środa, 2 maja 2012

Nie minęło nic prócz lat


Szymon Kobylinski  

Aleksandra Ziolkowska-Boehm 


                 NIE MINELO NIC, PROCZ LAT ...



Wyd.Nowy Swiat, Warszawa 2003  
ISBN 83-7386-045-2





Fragmenty recenzji:



„Ona swe listy pisala z roznych miejsc Stanow Zjednoczonych, on odpisywal jej z Warszawy lub z letniskowego domu we wsi Gniazdowo.


Nie jest to korespondencja banalna. Bo choc wiele tu informacji o codziennych zdarzeniach i rodzinnych problemach, to najwiecej miejsca zajmuje w niej dyskurs dotyczacy wydarzen politycznych, przemyslenia. Dotyczace historii, literatury, sztuki i folozofii. To pan Szymon narzuca poruszane w listach tematy. To on „kropi” sazniste liscidla, bo „list pwinien być gruby..” W ogole – pisze – wpedzasz mnie w straszne koszta, bo samoloty wozace moja korespondencje pod Twój adres, brzuchami szoruja po falach, tak im ciezko przez ten Atlantyk, ale trudno – musze się powywnetrzac! A Ty, kto jak kto, Ty masz nadludzka cierpliwosc do gadatliwych starszych panow...! I cierp za to”.


Pani Aleksandra tez nie była gorsza i nie ograniczala się zdawkowych uwag. Powstawaly wiec listy „opasle”, pelne ocen wydarzen kulturalnych, odwolan do literatury, przypomnien i anegdot zwiazanych ze wspolnymi znajomymi: Antonim Slonimskim czy Stefanem Kisielewskim. Wankowicz w tej korespondencji wystepuje najczesciej: można by nawet powiedziec, ze jej patronuje(...) Do dawnych czasow Kobylinski odwoluje się nieustannie, w nich szuka materii swej rysunkowej i pisarskiej tworczosci.


Czytajacemu listy pani Aleksandry i pana Szymona w dobie poczty elektronicznej i wszechobecnego SMS-u chcialoby się za poeta powiedziec: oto ostatni, co tak listy pisali”.


   Tadeusz J.Zolcinski „Olenko Boehmila”, POCZTA POLSKA,  2 listopada 2003


.





(...)”Wymieniaja uwagi o wydarzeniach w Polsce. Duzo miejsca zajmuje im dyskusja na temat Ameryki. Ponieważ Pan Szymon wyraza się krytycznie o American Way of Life, Pani Olenka czuje się w obowiazku go bronic. Korespondencja obejmuje okres: grudzień 1992 – marzec 2002. Pelna jest ciekawostek z ich zycia, informacji o wspolczesnej Ameryce i Polsce. Czyta się z wielka przyjemnoscia i zainteresowaniem”.


    Miroslawa Palaszewska: ”Pan Szymon i pani Olenka”. NOWA MYSL POLSKA, 21-28 grudnia 2003



.

(...)”Zdawaloby się, ze charaktery obojga korespondentow pasuja do siebie niemal idealnie – kultura, inteligencja, dowcip, zamilowanie do przyrody i wiejskiego zycia. Wszystko to laczy i czyniloby ich listy nadzwyczaj zgodnymi, gdyby nie wkradl się jeden tylko, ale za to nadzwyczaj kontrowersyjny problem. Problem Ameryki.


   Pojawia się on już w pierwszym liscie z Polski i przewijac będzie przez cale dziesieciolecie, az do listu ostatniego, pisanego w pare zaledwie dni po pamietnym 11 wrzesnia 2001 roku (...) Szymon Kobylinski ukazuje się przez swoje listy jako osobnik motywowany dwiema poteznymi pasjami: antyamerykanizmem i antykomunizmem. I podczas gdy ta druga odgrywa w korespondencji role raczej drugorzedna, obsesja antyamerykanizmu przeslania temu skodinad madremu czlowiekowi prawde, zastepowana obrazami wzietymi z drugorzednego kina i telewizji, co jak wiadomo, nie stanowi najlepszego zrodla. Nie można jednak zyc tylko negatywnymi uczuciami, totez Szymom rekompensuje je motorami silniejszymi niz obsesje – miloscia do rodziny, praca, ukochaniem zwierzat i wsi, niemal symbolicznie nazwanej Gniazdowo. A kazda z tych spraw zajmuje nalezne, poczesne miejsce w jego listach. I tu pelna zgodnosc z Aleksandra Ziolkowska-Boehm pozwala na ciekawy miedzy nimi dialog o podstawowych wartosciach zycia, zamiast politycznej czy ideologicznej polemiki.


   Autorka imponujacej liczby ksiazek, podrozniczka i gleboka patriotka zarówno Polski, jak i Ameryki, znajduje z Szymonem Kobylinskim wspolny uczuciowy ton dla tych samych spraw, jakie tak pozytywnie nastrajaja go do zycia. Gdzie może – polemizuje i spokojnie argumentuje, czasem jednak, poniesiona temperamentem, potrafi wykrzyknac.(...).


   Mysle, ze ksiazke te należy goraco polecic tym wszystkim, dla których Ameryka jest obiektem milosci, jak i tym, którzy jej nienawidza. Jedno i drudzy znajda tu potezna dawke materialu do przemyslenia, co w rezultacie pozwoli im na wyciegniecie wlasnych – oby wlasciwych – wnioskow”.


    Jerzy R.Krzyzanowski „Transatlantycki dialog o wartosciach”, PRZEGLAD POLSKI- NOWY DZIENNIK, Nowy Jork, 19 grudnia 2003
.



„(...) Jest cala arcypolska osadzona w polszczyznie, ale także już amerykanska. (...)


Komu by się chciało Że tak jest w istocie świadczy opublikowana niedawno korespondencja Aleksandry Ziółkowskiej z Szymonem Kobylińskim ("Nie minęło nic prócz lat" Nowy Świat 2003). Wymiana listów między nimi rozpoczyna się w połowie lat 90. a kończy tuż po 11 września 2001 roku. Korespondencja dowodzi wielkiej sympatii czy przyjaźni łączącej ich oboje ale też zasadniczej różnicy w postrzeganiu Ameryki. Szymon Kobyliński świetny rysownik i niedoceniony pisarz bywał krytyczny wobec Wielkiego Brata a wtedy w obronie American Way of Life występowała pani Aleksandra. - Jestem bardzo wdzięczna Szymonowi za to, że swoimi długimi pięknymi listami zmuszał mnie w tej korespondencji do wysiłku narzucając jej poziom, myślę, że wysoki. "Znaliśmy się 30 lat; kiedy po jego śmierci przeczytałyśmy z żoną Szymona - Danusią te listy raz jeszcze przekonałam się, że dał mi więcej, niż myślałam. To on uczył mnie że informacje o piramidach czy o Alasce nie są dla niego ciekawe interesuje się natomiast tym jak ja widzę te piramidy czy Alaskę. To ja mam być interesująca choćby i mój sposób widzenia świata był na wskroś egocentryczny. Z moich książek pisywał długie wnikliwe recenzje przeznaczone tylko dla moich oczu. Komu by się chciało..." Ale też jest w jego listach świadectwo smutnych nierzadko nastrojów efektów skłócenia ze sobą i z niemal wszystkimi wokół. Pewnie w takim właśnie stanie ducha na przełomie lat 1994 i 1995 r. zaczął w swoich listach oskarżać Amerykę i Amerykanów o prymitywizm natrząsając się z amerykańskiej historii i kultury a przy tym przemawiając jakby z piedestału. Cytując Norwida przeciwstawiając bohaterom amerykańskim... Zawiszę postaci Matejkowskie Wita Stwosza. No to wtedy z równą zaciętością zabrałam się za obronę Ameryki choć ona obrony nie potrzebuje. Amerykanie mają świetne samopoczucie i doskonale sobie dają radę. To raczej Polska kraj nowy świeżutki w rodzinie demokratycznych państw potrzebuje specjalnego traktowania jakiejś taryfy ulgowej. Jak za panią matką Rzeczywiście natrząsał się pan Szymon z Ameryki w liście z 19 stycznia 1995 r. pisząc: "Kuse to wszystko płyciutkie i zapożyczone z - usprawiedliwianym - kompleksem niższości wobec nas. Dawny film ukazujący jak nowobogacki cham przewiózł sobie do jakiegoś Milwaukee kompletny zamek szkocki wraz z duchem ukazuje tę sytuację bezbłędnie. Kupić granitowe ciosy budowlane kupić ducha przy okazji i być lepszym od Smitha z sąsiedztwa. Totalne ubóstwo..." Nic dziwnego że wzięła pani Aleksandra w obronę i Marka Twaina i Jacka Londona, i amerykańską architekturę i film. By wreszcie skonstatować: "Owszem na Amerykę niemal wszyscy teraz w Polsce wykrzykują. Piszą i mówią o niej z pasją jak kiedyś np. o Rosjanach. Pojawił się ulubiony termin “tandeta amerykańska”. Tandeta jest i polska i niemiecka i amerykańska; brońmy się przed tandetą jako taką. Te wykrzykiwania antyamerykańskie dawno spostrzegłam, wychwyca je “Nowy Dziennik”, przedrukowując różne teksty z Polski. Rozdziera szaty Zanussi czy Duda-Gracz, może dlatego, że stawiali na karierę w Ameryce i teraz są zawiedzeni. Słusznie piszesz, że Polacy nie powinni małpować Ameryki, mając wspaniałe własne korzenie. Nie powinni małpować nikogo, ale to chyba inny temat nie amerykański. Dlaczego Polska i wiele krajów jak za panią matką pędzi za Ameryką? To ich problem nie Ameryki". (...)


Krzysztof Maslon „Pan Jezus nie urodzil się gdzies w Polsce”  RZECZPOSPOLITA PLUS MINUS, 27 grudnia 2003


.
„Niemal okrągłe dziesięciolecie miesci się w tym tomie listow (1992-2002); dziesięciolecie, zadawałoby się, ważne dla Polski i świata, ale dla korespondujacych przyjaciół chyba „ważne inaczej”, bo niczego w ich listach, poza przyczynkowymi uwagami, o dziejącej się historii, zmianach społecznych nie znajdziemy (...) Raz jedyny do takiej konfrontacji dochodzi (w kwestii rzekomej wyższosci Polski i Europy nad Ameryka, która to też stawia Kobyliński, a Ziółkowska-Boehm z wielką energią i nie mniejszym ładunkiem racjonalności obala) i są to najciekawsze karty książki. (...). W sumie jednak ostrość tego rodzaju sądów rozpływa się w lekturze przyjacielskich pogawędek, wspominkow, utyskiwań na wydawców, wrażeń z podróży, przyrodniczych obserwacji, nowinek z życia rodzinnego itp.”


M.R. ODRA, Nr 12, 2004, str. 121


          


(...) Niech neologizm pani Aleksandry – bogunwija – atrakcyjna fonetycznie, przyswojona fleksyjnie (bogunwii, bogunwiję, bogunwiją) – stanie się swojskim odpowiednikiem dotychczasowej obcej postaci bogainvillea. Gdyby się to dokonało, można by powiedzieć, że jej autorka poszła słowotwórczymi śladami swego mistrza”.


* Jan Miodek: Bogunwija pani Aleksandry, CHARAKTERY, marzec, str. 57


.


„W tomie korespondencji Szymona Kobylińskeigo i Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm „Nie minęło nic, prócz lat..” znajduję na stronie 25 wypowiedzenie „Samorzutnie pieli na cześć Słoneczka Narodów”, a na str. 35 ....”(...)


* Jan Miodek: Rzecz o języku, SŁOWO POLSKIE. GAZETA WROCŁAWSKA,
   Nr 113, 15/16 maja 2004


.


(...)”Podczas lektury tak trudno oprzeć się wrażeniu, że w listy niejako został wpisany dźwięk głosu Kobylińskiego, tak silnie kojarzymy go z charakterystycznym dla autora, obecnym również tutaj, stylem gawędy. (...) Jawi się jako człowiek niezwykle zapracowany – dostarcza felietony i rysunki warszawskiej, ogółnokrajowej i polonijnej prasie. Ilustruje rozmaite publikacje (...) Poznajemy w nich także ekologa i miłośnika zwierząt, który snuje czarujące gawędy o sikorce Mańce udającej kanarka, przygarniętej kawce czy kunie. Z kolei Aleksandra Ziółkowska-Boehm śle w rewanżu ze Stanów Zjednoczonych opowieści o oposach, poumie i kotce „Suzy Putty the sweet Texas cat”. Oprócz czułego stosunku do zwierząt i natury w ogóle, korespondentów łączy zacięcie popularyzatorskie, cechujące wiele z ich twórczych poczynań, oraz pełna szacunku pamięc o Melchiorze Wańkowiczu(...)Natomiast dwa tematy są przedmiotem ich nieustających i wręcz burzliwych polemik: obecności tonu osobistego w pisarstwie oraz amerykański styl życia i kultura Stanów Zjednoczonych (...) Mimo rozbieżności poglądów pisarki i rysownika w niektórych kwestiach, całość ich korespondencji przesycona jest tonem wzajemnej sympatii i szacunku (...)”.


Joanna Pałach: Zaduma nad adresowaniem koperty, NOWE KSIĄŻKI Nr 6, 2004 str.70





„(...) Jej przyjaciel, Szymon Kobyliński, napisał wtedy do niej: Dosyć tych historii. Pisz o sobie”. I stworzył przezabawną i bardzo ciepłą książkę „Moje życie z kotką”, historię przygarniętego zwierzaka, który zmienił życie jej i jej męża (...).”.


Wiesław Paszkowski: Pisarka niezależna, DZIENNIK ZACHODNI, Częstochowa 24 października 2004





„Szymon Kobylinski w listach do Aleksandry Ziolkowskiej-Boehm zamieszczal soczyste opisy zycia w popeerelowskiej Polsce, a czasami prosto w oczy komentarz polityczny.(...) Do Pana Szymonowego opisu czerwonej choroby niewiele można dodać. Jest niezmiernie aktualny. Choroba ciągle się tli, a leczenie zabierze czas”.


Krzysztof Kostkiewicz „Retro, piekne retro”, TERAZ (Filadelfia), pazdziernik 2005


.


FRAGMENTY LISTÓW:


”Twoja Korespondencja z Szymonem Kobylinskim ciekawa, z czasem nabierze jeszcze większego znaczenia dokumentalnego”.


Robert Jarocki, Warszawa, grudzień 2003


.


„Nie minelo nic procz lat. . ." jest arcyciekawą książka.  Nie tylko jezyk listow jest imponujacy, ale struktura listow  jest niemal poetyczna,  argumentacje przekonujace i jasno wykladane.  Pani Ziolkowska bierze gorę w kazdej "klotence" z przyjacielem P.


Kobylinskim,   Należy cenic te ksiazke i za to, ze przybliza czytelnikowi znana postac, o ktorej moze malo wiedzial, ale ktora zawsze umiala fascynowac swoimi madrymi i dowcipnymi rysunkami z pierwszej strony „Polityki”.  Na stronach tej ksiazki Kobylinski pokazuje sie jako ciekawy, sympatyczny czlowiek, i Pani Ziolkowska dokonala pieknego pomnika przyjacielowi wygaslemu”.


Charles S.Kraszewski, 8 stycznia 2004, Pennsylvania, USA



.
„Ksiazke przeczytalem jednym tchem. Mialem zupelnie inny obraz pana Kobylinskiego. Najbardziej ucieszylem sie, ze podzielam prawie wszystkie jego poglady, z wyjatkiem dotyczacymi Ameryki i czesciowo Walesy, ktorego uwazam za najwieksze nieszczescie, jakie spotkalo Polske w momencie wybijania sie na niepodleglosc. W moim przekonaniu pan Kobylinski byl za malo krytyczny wobec niego. Co do Nowego Dziennika, to calkowicie podzielam jego zdanie (...)”.


Andrzej Cisek, Warszawa, 11 stycznia 2004



,
„Wczytuje sie w amerykanskie i Kobylinskiego teksty a nawet dopozyczam z biblioteki starsze ksiazki tego tytana pracy. Amerykanie sa zaklamani, zafascynowani falszywymi proroctwami i nawet nie odrozniaja juz, co sami kiedys powiedzieli, a co tak naprawde jest teraz zgodne z ich wlasnymi przekonaniami. Szymon Kobylinski jawi mi sie jako rzeczywisty wzorzec norm moralnych. Oczywista jest jego naiwnosc i prostota ujmowania zawilych zjawisk, ale to nie jest prostactwo. Natomiast uderzajaca jest nedza materialna, ktora zagrazala tak znanej, holubionej postaci zycia publicznego. Dzieki Pani korespondencji z nim pozbylem sie kompleksow z powodu podstawowych brakow rzeczy doczesnych. A jednak mowiac serio, to zle swiadczy o kraju, ktory tak nie docenia swoich wielkich ludzi. Kobylinski urasta w moich oczach, chociaz cenilem go, lecz daleko mi bylo do uwielbienia tej postaci”. 


Zbigniew Kowalewski, Warszawa 14 stycznia 2004


.


 ”Chce Pani napisac o koledze-adwokacie Jerzym Rynard-Raedke(...) Otoz miałem tego adwokata jako przeciwnika w pewnej sprawie i zawsze wracalismy razem koleja. Opowiadal bardzo ciekawie o roznych formach wspolpracy z koministami. Dlatego to mnie się przypomnialo, jak przeczytalem o róznicy jaka slusznie widzial w liscie do Pani Kobylinski pomiedzy Galczynskim a Szymborska. Raedke ciekawie to zilustrowal przykladami na tej drabinie. Zechce Pani zwrocic uwage, ze Melchior Wankowicz tylko publikowal w wydawnictwach PAX, ale nigdy nie pisal w gazetach tego Stowarzyszenia, ani nie był jego czlonkiem. Kobylinski zas swoje karykatury stale umieszczal w „Polityce”. Dzieki tym karykaturom mogl pisac i publikowac (i zrobil na tym niezle pieniadze). Mnie kiedys zaprosil Wankowicz na Pulawska, tam poznalem Herberta i Kisielewskiego. Od jednego z kolegow dowiedzialem się, ze Zbyszek Herbert okreslil mnie jako swego naprawde przyjaciela. Kisielewski zas sam opowiadal na Pulawskiej, ze Boleslaw Piasecki pytal go już ciezko chory jak przejdzie do historii. Pytany odpowiedzial – jako wydawca. Biorac pod uwage role tygodnika „Polityka” można się zamyslic nad porownaniem Wankowicza z Kobylinskim. Zakoncze jednak troche krocej. Szymon Kobylinski mnie by nie zaprosil, bo był zbyt madrym czlowiekiem, aby nie wiedziec, zebym nie przyszedl. Ale niech Pani nie sadzi, ze nie widze w jego dzialalnosci pewnych dobrych stron. To przeciez ja spowodowalem, ze w sprawie o tzw. antyradziekcie karykatury (koty z napisem: duz kot ZSRR i mniejsze – to Czechoslowacja, NRD, Wegry czyhaja na myszy. Gdzie wielka mysz n a czele z napisem Solidarnosc idzie z wasami - oczywiście to Walesa. Wlasciwie dokladniej niesie transparent. Sad dopuscil dowod z Bieglego, na ktorego wskazalismy kandydata w osobie Kobylinskiego. Wydal opinie niezwykle korzystna dla oskarzonych. Proszę, jeśli będzie okazja ku temu (przepraszam, ale to niegrzeczne sformulowanie) nie ma powodu ukrywac ani sprawy ani zrodla. Kobylinski przedstawil bardzo ciekawy wywod z zwiazku satyry politycznej z wolnoscia prasy. Sam przytoczyl przyklady zarzutow cenzury do swego pocztu figur do historii. Nie tylko, ze jego satyry w karykaturze były calkowicie absolutnie abstrakcyjne. Ukazaly się w „Polityce” ale rownie dobrze mogly się znalezc w radzieckich pismach satyrycznych jako „Ogoniok” i „Krokodyl”.


Mec.Stanislaw Szczuka, 19 listopada 2003


,


„Finally, I am very grateful to you for your very fine book, which I will be digesting in my leisure time and thereby also gaining a much better sense of the atmosphere in Poland in the critical 90’s”.


Zbigniew Brzezinski, Washington, D.C. March 24, 2004 


.


“Olenko, jestem pod wrazeniem "Nie minelo....".Nie moglem sie od niej oderwac.Listy Szymona piekne,madre,ogromnie pouczajace. Jednoczesnie takie taktowne w stosunku do Twojej osoby w tych sporach o Ameryke. Jednoczesnie widac wyraznie, ze to mistrz slowa. Szkoda ze odszedl tak wczesnie. Ksiazke ta nie omieszkalem podac jako lektury obowiazkowej dla swoich znajomych.


Dla mnie listy Szymona sa wielka szkola jezyka polskiego, wspanialego poczucia humoru, warsztatu pisarskiego, ogromnej znajomosci historii, skromnosci. Mysle, ze jednak czasu mu zabraklo, zeby spelnic sie w 100%. On w odroznieniu od Mistrza Melchiora byl slaby w reklamie. Nie potrafil sie sprzedawac. Tak czasem gina diamenty nieodkryte calkiem.Dzieki Tobie "nie calkiem umarl". Wiesz moja Olenko, teraz bardziej rozumiem Twardowskiego, kiedy mowi:".....Spieszmy sie kochac ludzi ,tak szybko odchodza". Mysle ze jest obowiazkiem Twoim powodowac zeby pamiec o Nich jakos przetrwala. Pytam sie gdzie jest Krzysztof Kakolewski? To nastepny jeszcze zyjacy ,warty zeby go holubic i ocalic od zapomnienia. Nie wszyscy potrafia walczyc o swoje w zalewie tandety. Ja moge poszczycic się, ze o mnie bylo u Mistrza Melchiora. Mam jego ksiazki z dedykacjami. Mam ksiazki z dedykacjami niemal wszystkie Twoje. Mam dzieki Tobie ksiazki z dedykacjami Kakolewskiego i Radgowskiego. Mam z Toba kontakt od czasu do czasu. Mnie rowniez teskno do "tych pagorkow lesnych i lak zielonych". Mysle, ze kiedys spotkamy sie nad jakims jeziorem mazurskim przy ognisku i pojadajc kielbaske z kija wieczorowa pora, powspominamy".        
Iwo Jankowski, Chicago, 30 marca 2004


.


„W Twoich ksiazkach widze wielka bliskosc, zwiazek z postaciami... Te ksiazki sa tak cudowne, bo sa naturalne, bo sympatia do Kobylinskiego czy innych osob, które zyja na kartach ksiazek jest prawdziwa, a nie wymyslona. Te ksiazki tchna duchem, czytelnicy zblizaja sie do osob, miejsc. Ja po przeczytaniu „Nie minelo nic, procz lat”, poczulam, jakbym przebywala z kims dawno znajomym, z kims z rodziny i zal mi się zrobilo, jak ksiazka się skonczyla”.
Joanna Sokolowska Toronto, 1 kwietnia 2004



.
„Listy Twoje i Szymona czytalam z rozkosza, ale wolno i z przerwami – klopoty ze wzrokiem. Teraz czas na refleksje, wracam do Twoich i Szymona listow i syce się finezja już nie dzisiejsza, nie mowiac już o poruszanych zagadnieniach. Nie ma już Szymona, ale zostalas jeszcze Ty – i bądź tam, gdzie jestes.(...)”.


Cezaria Iljin- Szymanska, Warszawa, 1 kwietnia 2004


.


(...)Ksiazka jest kapitalna! Jest bogata w przerozne tresci. Jest zywym dokumentem o Tobie (bardzo skapo, nie „wylewasz się”), o Szymonie, znanym wszytskim starym, mlodym, dzieciom, bo jest lubiany i popularny. Nie znalam go (tzw osobiscie) z takiego stosunku i do naszej niedawnej rzeczywistosci. Miał czym imponowac – erudyta, dowcipnis a zarazem w sposób dosc ciety prowadzone dowody n.t. Ameryki – bardzo w tych fragmentach podobalas mi się, dalas mu popalic. Dwa jezyki, ale wytworne (Twój wyważony), w dobrym stylu. W trakcie czytania wciąż mnie zaskakiwaliscie, ubawiliscie, daliscie uczte.


Bronislawa Kaczor, Szczecin, 22 kwietnia 2004


.



”Czyta sie to bardzo dobrze bo choc styl Twoich listow nie jest mi przeciez nowy i zawsze tryska z nich serdecznosc i rzeczowy optymizm to tutaj z Kobylinskim wasza konwersacja nabiera innego tonu. On posluguje sie archaizmami, ktorych na prozno szukac w dziesiejszej mowie czy pismie, przy tym jest szarmancki i pelen galanterii, ktora czytajacemu nie moze nie imponowac. Choc tematy tych pierwszych listow sa dosc osobiste, powiedzialbym nawet rodzinne, to i tak w niektorych wzmiankach o Twojej pracy uderza z nich poziom uznania i pochwaly Twoich pogladow i wynikow. To sie czytelnikowi podoba, te wtracone mysli i spojrzenie na owe trudne 90-te lata.


Mysle, ze Szymon Kobylinski poglaskuje brodke patrzac na to gdzies tam z gory i jest z Ciebie bardzo dumny za to skrupulatne kolekcjonowanie, a teraz wydanie Waszych listow. Te piekne, przykurzone zwroty maja teraz szanse nie umrzec”.


Waldek Sokalski, Houston, 18 stycznia 2006
.


„Witam serdecznie i przekazujê kilka uwag o wlasnie przeczytanych listach - rzeczywiscie kontynuacji "Ulicy...". 


Poczatek - kilka pierwszych listów - trochê trudny, czytelnik zostaje wrzucony w sprawy korespondentów, bez zadnego wprowadzenia, które by siê przydalo. Jezli wczesniej nie czytalbym "zólwia" byloby jeszcze trudniej.


Ale gdzies w okolicach poczatków dyskusji o Ameryce, jej wadach i zaletach, korespondencja zaczyna wciagac, nabiera rumieñców, potem zaczyna porywac, by w zakonczeniu porwac doglebnie.


Dominuje kilka powtarzajacych sie watków i tematów, stopniowo poglebianych, zrazu tylko sondowanych na sobie wzajemnie przez autorów.


 Pelno zapadajacych w pamiêc gawêd i obrazków, jak ten o pierwszym aparacie komórkowym, czy o znajomosci danego kraju bez koniecznosci w nim bywania.


Wiêcej tu z ducha i swiata Panaszymonowego, pisze listy szersze, refleksyjne. Cieszy siê nieskrywanie, gdy wreszcie dostaje w odpowiedzi list dluzszy i nawiazujacy w wiekszym stopniu do jego mysli-zastanowieñ (str.194-198).


(Ja wiem, Pani Aleksandro, ze po prostu Pani miala mniej czasu na korespondencjê, w przeciwieñstwie do Pana Szymona, cierpliwie stukajacego na maszynie w swoim nomen-omen Gniazdowie).


 Gdzies podskórnie Pan Szymon pragnal cieplych slów od Pani, stad niemal sam bylem Pani wdzieczny, czytajac pochwaly jakie pojawily sie w ostatnich listach na temat map, rysunków, zachwytów mêza i Tomka nad talentem rysownika. Gdy pojawily sie slowa" "poruszyles wiele ciekawych zagadnieñ i zmusiles  mnie tym do dluzszej odpowiedzi".


Ostatnie listy z Ameryki rzeczywiscie dlugie i cieple w tonie.


Wciaz skupiajace sie wokól tych samych teamatów.   


Nie napisze jakie to uczucie, gdy w koñcu pojawia siê list pisany od zony Pan Szymona, nie od niego samego, po czym nastêpuje list od Pani, ale jeszcze wyslany przed odejsciem Pana Szymona, wreszcie notka-zawiadomienie...


Brakuje mi w tej korespondencji, gdzies "pomiêdzy", miedzy listami,  krótkich informacji o Waszych spotkaniach w Polsce. Jest obustronna têsknota za nimi, jest umawianie siê i plany. Ale czy i kiedy sie widzieliscie - nie wiadomo.


"Mam na ten ogólny temat  swoje spostrzezenia, i kiedys sobie moze po prostu trochê pogadamy". No własnie - wrecz chciałoby sie wiedziec, ze sobie serdecznie pogadaliscie.



Myslê, ze Pan Szymon czul wielka satysfakcje zarówno z ksiazki "Podróze z moja kotka", do której powstania sie przyczynił i co Pani mu wdziêcznie przypominala, jak i z tonacji, która pojawila siê w jednym z ostatnich Pani listów, a na która byc moze dlugoletnia korespondencja z mieszkañcem Gniazdowa mogla miec wplyw : "Wiesz Szymonie, ze ja robie siê jak Twój Maciek, po skokach tu i tam tesknie do jednego miejsca. I chce sobie osiasc. Najchetniej gdzies pod dêbem miec stoliczek z laweczka, czyli w Polsce."


I  tym pieknym cytatem, przepraszajac za nazbyt moze smiale sady,


pozdrawiam serdecznie.


Krzysztof  Zajaczkowski


*


Fragmenty ksiazki ukazaly się w:





TERAZ (Filadelfia)


NOWY KURIER (Toronto)


ARKUSZ (Poznan)


NOWY DZIENNIK- WEEKEND (Nowy Jork)





Wywiad na temat ksiazki: Polskie Radio (z Ewa Heine), Radio Polonia (z Maria Wieczorkiewicz), TV - Telewizyjny Kurier Warszawski; „Z gornej Polki” (Tadeusz Gorny)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz