niedziela, 7 października 2012

Andrzej Palacz rozmawia dla "Wydawcy"



http://www.wydawca.com.pl/index.php?s=info&kat=2&dzial=52&poddzial=113&id=4874



Moje książki i Wańkowicz

 



25-08-2009


WYDAWCA.com.pl.

 Fot. Juliusz Englert




Andrzej Palacz:
MOJE KSIĄŻKI I WAŃKOWICZ - ROZMOWA Z ALEKSANDRĄ ZIÓŁKOWSKĄ-BOEHM

Rozmowa z pisarką ALEKSANDRĄ ZIÓŁKOWSKA-BOEHM

 

 

,,WYDAWCA’’: Poznajemy się przy okazji wydania Pani kolejnej książki ,,Otwarta rana Ameryki’’ poświęconej amerykańskim Indianom. Na ostatnich Targach Książki w Krakowie nie było chyba nikogo, kto by nie zwrócił uwagi na przechadzające się po hali barwne postacie w pióropuszach – ciekawa forma promocji, ciekawa książka, ale dla Pani chyba dość nietypowa.

 

ALEKSANDRA ZIÓŁKOWSKA-BOHEM: I tak, i nie; książki piszę od lat 30, to moja pasja, moje życie. Temat ,,indiański’’ fascynował mnie od dawna. W 1948 roku rzeźbiarz polskiego pochodzenia Korczak Ziółkowski w Dakocie Południowej, w skałach Czarnych Wzgórz rozpoczął pracę nad olbrzymim pomnikiem wodza Siuksów Crazy Horse'a (Szalonego Konia), wsławionego bitwą nad Little Big Horn. Po śmierci rzeźbiarza, od 1982 roku dzieło to kontynuuje rodzina, do której mam honor należeć. Korczak Ziółkowski był moim stryjem, a jego historia stała się punktem wyjścia zbioru opowieści reportażowych poświęconych współczesnemu życiu i sytuacji amerykańskich Indian. Piszę w niej o szkołach indiańskich, losach kobiet, które nazywam ,,indiańskimi księżniczkami", o indiańskich szyfrantach z II Wojny Światowej, o smutku rezerwatów i o fortunach kasyn gry, wspierających wiele ambitnych przedsięwzięć. Załączyłam tam również rozmowy z przedstawicielami plemion Szejenów, Apaczów, Kiowa, Chiskasaw.

Książka jest o tyle dla mnie ważna, że jest to moja pierwsza ,,amerykańska’’ książka. I nie myślę tu o języku, w którym została napisana, popełniłam już kilka innych, ale o temacie, ściśle amerykańskim i wynikającym z moich doświadczeń zdobytych już na tej oddalonej o tysiące kilometrów od Polski ziemi.

 

W.: Książka jest bogato ilustrowana i pięknie  wydana  przez wydawnictwo Debit i z Bielska-Białej.

Z właścicielami Debitu, małżeństwem Anną i Witoldem Wodziczko, znamy się kilka lat. Ucieszyłam się, gdy przyjechali na styczniowy Salon Pisarzy w Bibliotece Narodowej, podczas którego pełniłam rolę bohaterki. Lubimy się i cenimy, a ponieważ dużo mówiłam o zbliżającej się właśnie do końca mojej ,,indiańskiej’’ książce, zaproponowali mi współpracę. Efektem jest pięknie i starannie wydana książka, która, mam nadzieję, spodoba się także czytelnikom. Na promocje książki zorganizowane w Warszawie i Łodzi przyszły tłumy czytelników. Trochę nerwów kosztowało mnie spotkanie w Warszawie; słotny dzień i rozkopane Krakowskie Przedmieście nie zachęcały do nawet wyjścia z domu. Ale powoli, powoli sala Domu Literatury zapełniała się. Spotkanie prowadził wybitny krytyk Krzysztof Masłoń. Jak się okazało, po miłym wieczorze Debit sprzedał kilkadziesiąt moich książek, co wspólnie uznaliśmy za sukces.

Z Debitem współpracowałam już wcześniej, przy okazji drugiego wydania książki ,,Podróżę z moją kotką’’ – było to wspólne wydanie z Nowym Światem pana Kamila Witkowskiego, przesympatycznego, młodego człowieka, znawcę literatury i rynku wydawniczego, który mi wydał także książkę ,,Nie minęło nic, prócz lat‘’. Jest to opowieść o zwierzętach, polskiej wsi, i o … współczesnej Ameryce, toczona ze swadą, w formie korespondencyjnego dialogu między mną a Szymonem Kobylińskim: dyskusja polemik, anegdot, cytatów i dygresji. Ta książka ma być wznowiona wiosną z licznymi rysunkami Szymona Kobylińskiego w Wydawnictwie Nowy Swiat.

 

W: Wydała Pani ponad 20 tytułów, w tym książki o Wańkowiczu, opowiadania, reportaże, wspomnienia. Większość w języku polskim. Z ostatnich pamiętam ,,Kaję od Radosława, czyli historię Hubalowego krzyża’’ wydaną prze Muzę w ubiegłym roku. Zmienia Pani wydawców jak rękawiczki. Z czego to wynika?

Głównie z nieznajomości polskiego rynku wydawniczego. Za granicą mieszkam na stałe od 1990 roku. Do Polski przyjeżdżam często, zwykle na dwa miesiące, a teraz na cały rok jako stypendystka Fulbrighta. Ale to za krótko, by poznać dokładnie rynek. Wielu wydawnictw, które pamiętam z czasów PRL już nie ma, nie ma również nowych, powstałych tuż po zmianach 98 roku, jak choćby Polonii, która rozpoczęła wydawanie serii emigracyjnych i przedwojennych’ książek Wańkowicza. Teraz negocjuję z kilkoma wydawnictwami; poznałam niedawno dzięki Panu Tadeuszowi Górnemu prezesa PIW-u, Pana Rafała Skąpskiego, sprawia doskonałe wrażenie osoby solidnej, odpowiedzialnej, zaproponował mi współpracę – zobaczę, może z tego coś wyjdzie.

 

Właśnie Wańkowicz, jak zaczęła się Pani przygoda z Wańkowiczem?

Zaczęła i wciąż nie kończy. W Stanach opublikowałam dwa obszerne szkice poświęcone Wańkowiczowi i jego metodzie twórczej. Chcąc amerykanom przybliżyć tą postać nazwałam go ,,polskim Hemingawyem’’. To między innymi dzięki tym pracom otrzymałam stypendium naukowe Fulbrighta – jest ono w USA bardzo cenione. Ale po kolei.

 Na czwartym roku polonistki (Uniwersytet Łódzki, 1972 rok) za temat pracy magisterskiej wybrałam twórczość reportażową Melchiora Wańkowcza. Praca była prawie na ukończeniu, zostało do wyjaśnienia kilka ważnych kwestii, po które zwróciłam się do samego Pisarza. List ten zaowocował spotkaniem z Nim: na piąte piętro kamienicy przy ul. Puławskiej 10, naprzeciwko byłego kina Moskwa, wchodziłam z drżeniem serca. Jaki jest naprawdę bohater mojej pracy, jak mnie przyjmie?  Po przeczytaniu kilku moich esejów poświęconych jego książkom, w tym ,,Strzępów epopei’’, Wańkowicz, z zimnego i dość oschłego starszego Pana zmienił się nie do poznania; ,,Pani umie myśleć krytycznie’’  - powiedział. Z przewidywanych 40  minut spotkanie zmieniło się w długi i ciekawy wieczór. Gosposia, Pani Marta podała kawę i ciasteczka, potem zasiedliśmy do kolacji, a Wańkowicz opowiadał, opowiadał… między innymi  o swych kłopotach z książką ,,Wojna i pióro’’. Miała ukazać się nakładem Wydawnictwa MON i traktowała o stosunku do wojny różnych narodów, i o formach jej prezentacji w literaturze. Autor dzielił się w niej swymi bogatymi doświadczeniami, podawał wiele przykładów, przytaczał tytuły. Wydawnictwu książka się spodobała, ale poprosiło o jej uzupełnienie o przykłady z doświadczeń naszego wschodniego sąsiada. Wańkowicz odpowiedział, że jest gotów to uczynić, ale nie posiada materiałów.  Wydawnictwo zaproponowało pomoc researchera, historyka Aleksandra Horodyskiego - właściwe nazwisko Kotecki. Współpraca obu Panów układała się znakomicie; materiałów przybywało, książka rosła. Kiedy Wańkowicza zaproponował wynagrodzenie za wykonaną pracę, usłyszał od Horodyskiego, że ten robi to ,,dla mistrza-wieszcza, i nie oczekuje żadnej rekompensaty finansowej. Bomba wybuchła, gdy książka została złożona do druku. Okazało się, że Horodycki zażądał umieszczenie swego nazwiska na stronie tytułowej książki jako współautor i to alfabetycznie, czyli przed Wańkowiczem. Oczywiście pisarz odmówił, ale negocjacje ciągnęły się przez długie miesiące, książka czekała na druk. Pisarz czuł się wykorzystany i oszukany. Stanęło w końcu na formule: ,,przy współpracy autorskiej Aleksandra Horodyckiego’’.

  Mówiąc mi o tym Wańkowicz miał swój cel – nieoczekiwanie zaproponował mi pracę u siebie w charakterze właśnie researchera. Myślę, że zakładał, że taka młoda osoba nie będzie miał ciągot historyka, z którym się zetknął.  Pracował wówczas nad kolejną książką, przyszłą ,,Karafką La Fontaine’a’’. Moje zadanie miało polegać na zbieraniu cytatów z książek typu monograficznego i biograficznego dotyczących zagadnień związanych z szeroko rozumianą twórczością: czym ona jest, czym jest natchnienie, jak wygląda praca twórcy, z jakim problemami się on styka, cenzura, krytyka itp. Książka była zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach: miała dokładny plan zatytułowanych roboczo rozdziałów, podtytuły i odnośnik, miałam sięgać głównie po książki typu monograficznego i biograficznego. Miałam się nie zgodzić?.. Ze spotkania wyszłam oszołomiona i ze skarbem pod pachą: książkami z dedykacjami Mistrza i pierwszą teczką z Jego archiwum. Wańkowicz miał doskonale opracowane archiwum: poszczególne teczki dotyczące konkretnych książek, recenzje, listy, fotografie  – wszystko opisane i  posegregowane. Źródło nieograniczonej wiedzy dla mojej pracy magisterskiej. Te teczki mi po kolei wypożyczał do domu do Lodzi. Co za ogromy kredyt zaufania, prawda?

Kolejne spotkanie miało miejsce na drugi, niedzielny dzień. Był to maj, dni ,,książki i prasy’’. Przed Pałacem Kultury odbywał się kiermasz książek, podczas którego, na stoisku Instytutu Wydawniczego PAX Wańkowicz podpisywał swoje tytuły. Tłumy ludzi z torbami pełnymi książek, Wańkowicz przez dwie godziny składający autografy, i ja, skromna studentka wpisująca w podsuwane książki daty. Dwa niezapomniane dni, które zmieniły moje życie.

Kolejne miesiące to wizyta raz na dwa tygodnie w Warszawie – przekazanie zebranych cytatów  - to dla Pisarza, i  odbiór kolejnej teczki – to dla mnie, do mojej pracy magisterskiej.

Kilka miesięcy później był wyjazd do Domu Pracy Twórczej w Oborach pod Warszawą, później do Domu Pracy Twórczej ZAIKS-u w Konstancie gdzie Wańkowicz całymi dniami pracował nad książką, a jeszcze później praca, na etacie, ,,sekretarki i asystentki’’ . Dotychczasowa sekretarka Wańkowicza, pracująca u niego od czterech lat, Pani Alicja, wyszła za mąż i planowała wyjazd na Węgry; Wańkowicz poprosił mnie o jej zastąpienie. Długo jednak nie sekretarzowałam pisarzowi. Nasilały się problemy ze zdrowiem, Wańkowicz zmarł 10 września 1974 w Warszawie na nowotwór żołądka mając 82 lata. Znałam go w sumie dwa lata i trzy miesiące.

Za cenną pamiątkę moje współpracy uważam np. dedykację, którą pisarza zamieścił w drugim tomie ,,Karafki La Fontaine’a’’: ,,Mojej sekretarce magister Aleksandrze Ziółkowskiej, bez której oddanego współpracownictwa zapewne byłaby to jeszcze gorsza książka’’.     

 

W.: Jakim człowiekiem był wówczas  Wańkowicz?

Zapamiętałam pierwsze spotkanie, wrażenie. Miał szeroką twarz, dość długie włosy w nieładzie. Oczy z opadającą górną powieką, ruchliwe i uważne. Wydawał się duży i otyły. Ale poruszał się lekko i tym samym nie sprawiał wrażenia ciężkawego. Miał w swojej sylwetce, ruchach coś szlachetnego, coś ,,pańskiego;’’. Wydawał się także oschły, niecierpliwy i znużony. Gdy go poznałam był już człowiekiem schorowanym, miał kłopoty ze zdrowiem, także bolała go ręka zraniona odłamkiem podczas wojny. Ludzie go cieszyli, ale jednocześnie często męczyli i wręcz irytowali. Był na ogół jednak życzliwy innym, szczególnie twórczym i ambitnym, rzetelnym i oddanym pracy.

Dużo ze sobą rozmawialiśmy, opowiadał  o sobie, żegnał się  swoiście z życiem -

wiedział że jest ciężko chory. Po operacji chudł w zastraszającym tempie. Byłam świadkiem wielu interesujących rozmów i zapisów. Np. kilka miesięcy przed śmiercią przekazał znaczną kwotę pieniędzy na pomoc represjonowanym studentom; te kwoty potem stały się podwaliną finansowa KOR-u. O tym pisze profesor Andrzej Friszke we wstępie do Jana Józefa Lipskiego ostatniej książki poświeconej KORowi.

W testamencie Wańkowicz zapisał mi swoje archiwum i możność korzystania z dwu pokoi w jego willi, do czasu aż dostanę własne mieszkanie. Miałam także czuwać nad  serią ,,Dzieła Wybrane’’, otrzymując w zamian odliczaną z honorarium pisarza miesięczną pensję. Jej wydania, dzieląc się tytułami, podjęły wówczas Wydawnictwo Literackie i Instytut Wydawniczy PAX. Za życia pisarza ukazał się tom pierwszy serii ,,Czerwień i amarant’’, w skład którego weszły ,,Szczenięce lata’’ i ,,Opierzona rewolucja’’. Ta druga książka ukazała się bez pewnych fragmentów – dopiero w 1993 roku, nakładem Wydawnictwa Polonia wyszła pełna jej wersja. Testament Wańkowicza zapewnił mi dwa lata spokojnego życia, mogłam skończyć pracę doktorską. Bardzo to sobie cenię.

 

W: Wykorzystując zebrane w archiwum materiały opracowała i wydała Pani kilka poważnych opracowań dotyczących Wańkowicza, m.in.: ,,Blisko Wańkowicza", ,,Na tropach Wańkowicza", ,,Proces 1964 roku Melchiora Wańkowicza’’ i ostatnio dwutomowy zbIór jego listów do żony, Zofii pt. ,,King i Królik’’ pięknie wydany przez wydawnictwo ,,Twój Styl’’. To ogromna praca przypominająca polskiemu społeczeństwu postać ,,mistrza reportażu’’.

 

A.Z: Ale też ogromna odpowiedzialność. Jako młoda osobna przejmując ,,spadek’’ nie miałem świadomości jego wagi. Wańkowicz był przecież na cenzurowanym u władzy ludowej; był przez nią wciąż inwigilowany, ja zresztą też. Otrzymałam zezwolenie na wgląd w akta Wańkowicza. Przeglądałam je w bibliotece IPN: opasłe tomiska pełne donosów, raportów, odpisów, a nawet oryginałów, pisanych przez niego listów. Moja teczka jest też opasła, liczy 200 stron. Znalazłam w niej m.in. stenogram spotkania, na które zaproszono mnie, wkrótce po śmierci Wańkowicza, do Ministerstwa Kultury: w towarzystwie wiceministra, krakowskiego wydawcy oraz jakiegoś pana, który się nie przedstawił. Rozmawiano tam ze mną o archiwum pisarza, jakie mam w stosunku do niego plany, kto się nim interesuje. Nie miałam nic do ukrycia, ale przypadkiem chyba zdekonspirowałam wówczas agenta o pseudonimie ,,Mieczysław’’ (Ryszard Lassota), który podszywając się pod ,,przyjaciele domu’’ i sugerując przeniesienie archiwum do Londynu, do pana Zbigniewa Racięskiego, próbował wyłudzić ode mnie archiwum. Pan Racięski, którego znałam i do którego zadzwoniłam, nic o tym nie widział i agent wpadł. Ale w teczce znalazłam też miłą dla mnie notatkę: Kazimierz Koźniewski, który dla bezpieki pisał elaboraty na temat Wańkowicza, stwierdził, że archiwum, które pozostaje w wilii pisarza przy ulicy Studenckiej 50, zostało „”zapisane w całości jego sekretarce Aleksandrze Ziółkowskiej, którą Wańkowicz wysoko cenił, a nawet twierdził, że ,,ostatni rok swego życia tylko jej zawdzięcza””’’.

Zawartość archiwum była przedmiotem wielu plotek, domysłów, spekulacji.  Rzadko je udostępniam, jedynie wówczas, gdy wiem, że będzie ono naprawdę przydatne. Pokazałam je np. profesorowi Marcinowi Kuli, Robertowi Jarockiemu, który potrzebował materiałów do ,,tematów  żydowskich’’ Wańkowicza, Paweł Kądziela potrzebował listy Kazimierza Wierzyńskiego, a Mirosława Pałaszewska korespondencję z Zofią Kossak-Szczucką. Ostatnio udostępniam młodym historykom, doktorantom, jak np. Annie Malcer Zakrzackiej z Gdańska.

Wracając do samego Wańkowicza – mam w stosunku do niego swoisty dług wdzięczności, który staram się spłacić pisząc książki o nim, drukując jego listy i inne materiały. Pozostało jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, między innymi wydanie tzw. Powązek, czyli publikacji dotychczas nie wydanych. W pierwszych latach po śmierci Wańkowicza, mimo, że od ministra Kultury dostałam kasę pancerną do przechowywania teczek, te moim zdaniem najważniejsze materiały, m.in. ,Powązki’’, wywiozłam do rodziców, do Łodzi. Dziś wszystko jest tu, w moim warszawskim mieszkaniu.

Od kilku lat poszukuję wydawców, którzy byli by zainteresowani wydaniem tych rzeczy.

 

W. Nie rozumiem, nie ma chętnych do ich wydania?

A.Z.: To w większości są już rzeczy archiwalne. Niestety, wydawcy chcą wydawać poszczególne tytuły, a mnie zależy na całości. Z planowego cyklu książek poświęconych tematom żydowskim ukazała się np. tylko część pierwsza pt. ,,De Profundis’’. Wańkowicz wydał ją  w Tel Awiwie, w Polsce wydano ją na początku lat 90. - weszła w skład serii Wydawnictwa Polonia (które niestety zbankrutowało i seria została przetrwała). Pozostała cześć druga pt. ,,Ziemia zanadto obiecana’’, traktująca o jego fascynacjach narodem żydowskim; dlaczego był nękany, przetrwał, wybił się, napisana  obiektywnie, po Wańkowiczowsku, czyli pokazująca różne koleje losu tego narodu. Ma swego wydawcę czekają też jego reportaże o Wołyniu, książka ,,Kennedy na tle epoki’’.

Niestety, o Wańkowiczu powoli zapomina się. W księgarniach nie ma jego tytułów  – dopiero teraz, po wprowadzeniu ,,Ziela na kraterze’’ na listę lektur obowiązkowych  wznowienia książki podjęła się łódzka Literatura. Młodzież nie zna Wańkowicza.

Czasy, gdy zainteresowanie postacią  Wańkowicza i jego książkami było ogromne: (pierwsze trzy wydania mojej ,,Blisko Wańkowicza’’ ukazały się w nakładach po 30 tys. egzemplarzy); minęły. A szkoda, bo jego książki można czytać na nowo - to znakomita lektura.

 

W.: Może moda wróci?

 Być może, ale jak szukałam wydawcy listów Wańkowicza, to cała historia. Trwało to 10 lat: najpierw miał wydać je PAX, później Prószyński i S-ka, w końcu stanęło na Twoim Stylu, o którym mogę powiedzieć tylko same dobre słowa. Wyszła piękna książką, ale niestety w nakładzie tylko 3 tys. egzemplarzy, który jeszcze się chyba nie sprzedał, Ale to pokazuje, jakie jest zainteresowanie dziś Wańkowiczem. Miejmy nadzieję, że to się  zmieni. Czas przywrócić Wańkowicza nowym pokoleniom.

 

 

 

Aleksandra Ziółkowska-Boehm  ur. 15 kwietnia 1949 r. w Łodzi, polska pisarka, od 1990 r. zamieszkała w Wilmington w stanie Delaware w USA. Córka Henryka i Antoniny z Laśkiewiczów. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Łódzkim (1968-73), w 1978 r. obroniła doktorat nauk humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1972-74 była asystentką i sekretarką Melchiora Wańkowicza; pisarz zadedykował jej Karafki LaFontaine'a i zapisał w testamencie swoje archiwum. W 1975 r. przebywała w Oksfordzie na stypendium Oxford Language Centre. W latach 1977-81 wchodziła w skład Redakcji Repertuaru Teatru Telewizji Polskiej. W 1981 r. wyjechała na kolejne stypendium zagraniczne (Ministerstwa Kultury rządu prowincji Ontario, Kanadyjsko-Polskiego Instytutu Naukowego w Toronto i Fundacji Adama Mickiewicza w Toronto), tym razem do Toronto. W 1985 r. uzyskała stypendium waszyngtońskiego Institute of International Education (Fulbright), w 1990 stypendium Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku. Od 1990 r. mieszka w USA. Regularnie odwiedza Polskę. 2006-07 stypendystka Fulbrighta na wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Należy m.in. do Stowarzyszenia Autorów ZAiKS w Warszawie (od 1976), Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (od 1990), Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie w Londynie (od 1994), Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku ( od 1991), Polskiego Instytutu Naukowego w Ameryce (od 1991) Amerykańskiego PEN-Clubu (od 1998). Otrzymała m.in. nagrody: Ministerstwa Kultury i Sztuki (1988), ,,Złoty Exlibris" Książnicy Pomorskiej (2001) i The Delaware Division of the Arts Award in the Literature-Creative Nonfiction discipline (2006), Nagrodę Literacką za rok 2007 Stowarzyszenia Pisarzy Polskich na Obczyźnie, Londyn 2007. Autorka artykułów publikowanych m.in. w ,,Odrze", ,,Arkuszu", ,,Przekroju", ,,Polityce", ,,Przeglądzie Powszechnym", ,,Twoim Stylu", oraz pismach zagranicznych – ,,Zeszytach Historycznych " (Paryż), ,,Kulturze" (Paryż), ,,Nowym Dzienniku" (Nowy Jork), ,,Sarmatian Review" (Houston), ,,Periphery" (Ann Arbor), ,,The Polish Review" (Nowy Jork). Najnowsza jej książka „jest poświęcona tematy ce amerykańskich Indian i nosi tytuł „Otwarta rana Ameryki”.

 
 
 
 

piątek, 28 września 2012

Katarzyna Zarecka rozmawia z Aleksandrą Ziólkowską -Boehm



 

Katarzyna Zarecka

Emocje mogą popychać do pisania, ale nie mogą zapanować - Aleksandra Ziółkowska-Boehm

kzarecka

2007-09-01
 
 
Zdjęcie: Andrzej Bernat

W dość niezwykły sposób udało mi się nawiązać kontakt z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm. I po raz kolejny potwierdziło się, że jedna niezwykłość prowadzi w prostej linii do drugiej. Ta ostatnia z kolei do następnej. Cała moja korespondencja do Pani Aleksandry jest niezwykła. Cała Pani Aleksandra w sobie samej jest niezwykła. Niezwykły jest też ten wywiad i każde zawarte tam słowo. W swej niezwykłości wszystko jest piękne i prawdziwe, czyli... zwykle. Zwykłość bowiem jest cieniem niezwykłości. A od cienia nigdy nie uciekniemy na długo.


Katarzyna Zarecka: - Bohaterka "Kai od Radosława" – Cezaria Iljin - zmarła. Gdy skończyłam czytać książkę, pomyślałam, że powinna żyć wiecznie. Dzięki Pani, dzięki tej opowieści będzie. Co Panią kierowało przy pisaniu – chęć powiadomienia ludzi o jej niezwykłym życiu, czy, w pewnym sensie, oddanie jej czci, podziękowanie, "przeniesienie do wieczności"?

Aleksandra Ziółkowska-Boehm: - Życie za oceanem uwypukla pewne sprawy, oddala inne. Może także dajeperspektywę, której czasami mi brakowało na miejscu. Cenię miejsca, bo sie oddalily, wartości i postawy pewnych ludzi. Cezaria Iljin-Szymańska, którą nazywałam jej powstańczym imieniem Kaja, była kobietą,która mimo dużej różnicy wieku, jaka nas dzielila, była dobrym kompanem do przyjaźni. Widziała i przeżyla wiele, osiągnęła wiele, pozostała otwarta na świat i ludzi, lojalna, serdeczna i wiele rozumiejąca. Do samego końca, czyli do skończenia 90 lat z kawałkiem. Życie Kai było tak bardzo złączone z naszą pogmatwaną polską historią, ona nie zatraciła siebie i pozostała kobietą niezależną, aktywną, twórczą, serdeczną, nawet skorą do żartów czy śmiechu. Bardzo cenię takie postawy. Na napisanie książki opartej na jej życiu zdecydowałam się późno, ale ustaliłyśmy obie, że już tak widocznie musiało być. To, że doczekała tej książki, jej promocji, cieszyła sie recenzjami, sama uznała za wielki dar od losu.

Polonijne Radio w Teksasie: - Opowieści innych o ich życiu zawsze mnie interesowały, chętnie je wysłuchuję i czasami chcę o nich także napisać. To Pani słowa. Daję sobie głowę obciąć, że tak było z Kają. Ile jest jeszcze żywotów, które chciałaby Pani opisać?

Ojej, byle mi życia i zdrowia starczyło! Każdy z nas ma historię do opowiedzenia i własną górę do przebycia! Słuchanie, obserwowanie, jak się układają losy ludzi, całych rodzin, nieraz wydaje mi się wręcz fascynujące. Od kilku miesięcy zbieram materiał do nowej książki. Wszystko zaczęło się na promocji książki o Kai, po której na końcu podszedł do mnie pan Janusz Krasicki z fotografiami pogrzebu wspólnego znajomego, Hubalczyka Józefa Alickiego. Trochę mi także opowiedził o sobie i swojej rodzinie. Znałam jego krewnego, adiutanta Hubala, Henryka "Dołęgę" Ossowskiego. Wypytywałam o losy jego i innych znajomych. Na drugim spotkaniu (tym razem w warszawskim KIKu), poszlismy na herbatę do niedalekiej "Harendy". Słuchałamopowieści, zadawałam pytania, i wreszcie powiedziałam trochę nieśmiało, że te historie powinny być zapisane. Tak się zaczęło. Teraz wraz z panem Januszem i jego żoną Danutą spotykamy się, jeździmy do Kraśnicy, do Kunic, na Diablą Górę, niebawem pojedziemy do Stefanowa. I tak zbieram materiał. Oby mi go starczyło na książkę, bo jeszcze cała niemal góra do przebycia przede mną.

Przez wielu jest Pani kojarzona, jako zaufana sekretarka Melchiora Wańkowicza, której pisarz zapisał w testamencie swoje archiwum. Jak Pani wspomina Wańkowicza? Jako tego, na którego książkach uczyła się Pani polskiej historii, jako przyjaciela, wybitnego autora…

Choć nieraz przedstawiano mnie jako "wieloletnią sekretarkę Wańkowicza", w sumie znałam tylko 2 lata i 3 miesiące, z tego rok byłam wciąż studentką. Poznałam pisarza jako studentka pisząca o nim pracę magisterską. Wańkowicz na pewno wywarł ogromny wpływ na moje życie i moje zainteresowanie, przyznaję to z dumą i także z pewną pokorą. Zapewne nauczyłam się od niego dyscypliny i wartości pracy. Sama jednak wyrobiłam, czy też rozwinęłam w sobie np. ciekawość drugiego człowieka i pasję czy wręcz antuzjazm, który mi nieraz towarzyszy w pisaniu. Wańkowicz udzielil mi ogromnego kredytu zaufania zapisując swoje archiwum, i to zobowiązuje. Napisałam na temat jego twórczości doktorat, opublikowałam książki: "Blisko Wańkowicza", "Na tropach Wańkowicza", "Proces 1964 roku", opracowałam jego korespondencję z żoną, córką Krystyną, która zginęła w Powstaniu, Jerzym Giedroyciem. Redagowałam też serię jego Dzieł Zebranych. Zaciagnęlam wobec pisarza swoisty dług i staram sie go spłacać. Także wobec losu.

W "Ulicy Żółwiego Strumienia" czytam: Ameryka była wtedy czymś bardzo nierzeczywistym, oddalonym i nie dotyczyło nikogo z nas. Teraz jest rzeczywistym, bliskim i dotyczy bezpośrednio Pani. Wtedy poznawała Pani Amerykę z książek, teraz swoim amerykańskim przyjaciołom przybliża Polskę. Jest Pani takim naszym attaché. Czy ludziom z USA Polska jest tak samo nieznana, jak na przykład nam Wybrzeże Kości Słoniowej?

I tak, i nie. Zależy to od osoby, z którą rozmawiam, jej wykształcenia, zainteresowań. Chyba podobnie jest w Polsce, gdy spytamy kogoś o Stany Zjednoczone? Każdy ma "swoją Amerykę", czy w marzeniach czy w rzeczywistości. Nakłada się na to suma naszych wrażeń, lektur, filmów, opowieści czy doświadczeń. Czasami marzeń. Może nie trzeba wyjeżdzać, tylko stworzyć "swoja Amerykę – marzenie" w Polsce? Wracam do tematu – że rolą pisarza jest "opowiadać historie", mieć "story to tell", jak mawiał Singer, aby mobilizowaly ludzi do zastanowienia sie, w ogóle do myślenia. Taka jest najogólniej mowiąc rola książki.

Jest Pani wielbicielką kotów – kiedyś napisała książkę o Suzy, teraz na 9-miesieczne stypendium Fulbrighta przywiozła ze Stanów do Polski dwa koty. Jerzy Pilch jest znany z felietonów, w których wychwala wyższość kotów nad psami. Czy dla Pani psy to też zwierzęta nieco mniej… hm… jakby to wyjaśnić… wyjątkowe?

Kocham i psy i koty, w ogóle jestem wrażliwa na świat zwierząt i uważam, że za mało dla ich losu robię. Zwykle miałam koło siebie psy, bardzo ubogaciły moje życie. 9 lat temu w Houston w Teksasie pojawiła się w moim i mojego męża życiu czekoladowo-złota kotka, którą nazwaliśmy Suzy, dwa lata potem w stanie Delaware doszedł do nas żółty kocurek Claude. Suzy nas zaadoptowała i zdobyła nasze serca. Kiedy nie miałam już komu opowiadać historyjek o podróżniczce Suzy, także o innych kotach, napisałam książkę "Podróże z moją kotką". Mogę wciąz dopisywać nowe rozdziały, bo oba koty jeżdżą z nami w wiele miejsc. Suzy była z nami wiele tygodni w indiańskich rezerwatach, wiele razy w Polsce. Oba koty są teraz rok w Warszawie towarzysząc mi wstypendium Fulbrighta. Doskonale się tu miewają.

Zdradziła mi Pani jakiś czas temu, że "żyje teraz inną książką". Taką, którą chce pokazać "swoją Amerykę". Pracowała Pani nad nią dziesięć lat, odkładała, wracała… Mimo wszystko udało się i już jesienią będziemy wszyscy mogli ją poznać. Proszę powiedzieć coś więcej o tej nowej publikacji.

Książka jest o Indianach i nazywa się "Otwarta rana Ameryki", Wydawnictwo Debit ma ją wydać na październikowe Targi Książki w Krakowie. Są to opowieści reportażowe o obecnej sytuacji Indian, są także moje z nimi rozmowy. Spędziłam niemal 3 miesiące w rezerwacie Pine Ridge w Południowej Dakocie, mamy przyjaciół Indian, prenumeruję dwa pisma ukazujące sie w rezerwacie. Materiał, który znalazłam, wysłuchałam, zdumiał mnie. Mimo wszystkich lektur i studiów, ten temat jest tak skomplikowany, że zajęło mi 10 lat, by książkę skończyć. Wiele razy odkładałam swoje opowieści na bok także ze względów emocjonalnych, bo piszę o wielu tragediach, niezrozumieniu, krzywdzie. Wielkie mocarstwo, jakim jest Ameryka, zmaga się z tym tematem. O tym wszystkim nie wie wielu Amerykanów, podobnie jak wielu Polaków.

Z fragmentów, który drukowała "Rzeczpospolita", można dowiedzieć się, że w kulturze Siuksów szczodrość jest cnotą, a obelgą jest pomówienie kogoś o chciwość i skąpstwo. Brzmi pięknie, ale za moment czytam o skrajnej biedzie, bezrobociu, alkoholizmie, braku perspektyw. Co zatem przeważa w rezerwatach – te piękne ideały, czy jednak szarość życia?

W naszej kulturze też jest wiele tradycji i cnót, a czy to znaczy, że im Polacy hołdują? Skrajne ubóstwo tworzy nowego człowieka, a wśród Indian wielu żyje w skrajnym ubóstwie.

Indianie – skąd takie zainteresowanie? Rozumiem, że nie każdy miał w rodzinie Korczaka Ziółkowskiego, który w Południowej Dakocie rzeźbił w skale pomnik legendarnego wodza Crazy Horse’a, ale wątpię, aby, że tak to określę – "zainteresowania rodzinne", miały tutaj główne znaczenie.

Najpierw była to myśl, nieśmiała i odsunięta na bok, żeby coś napisać.... skoro Korczak Ziółkowski postanowił "górę wyrzeźbić", to ja, osoba pisząca, coś napiszę... Potem zaczęłam naprawdę się interesować tematem, regularnie jeździć do rezerwatów. Przyznaję, że pierwszą myślą była duma , że przynależę do rodziny Korczka Ziółkowskiego, i że to zobowiązuje. Potem temat mnie opanował, były okresy, że żyłam niemal w bólu czytając, wysłuchując opowieści. Jak wspomniałam wcześniej, odsuwalam je potem na bok, bo nie umiałam o tym napisać. Emocje mogą popychać do pisania, ale nie mogą zapanować. To bardzo ważne. Bliski mi jest styl wyciszony, boję się patosu. W wielu przypadkach unikam komentarzy, opisuję, pokazuję, ale wnioski zostawiam czytelnikowi. Najtrudniej było mi pisać o biedzie. Kurczyłam się w sobie, z trudem dobierałam słowa.

Czy któraś z literackich nagród i wyróżnień, które Pani dostała, ma dla Pani znaczenie szczególne?

Nie mam ich wiele, więc tym bardziej cenię każdą – najpierw dostałam nagrodę już nieistniejącego białostockiego miesięcznika reporterów "Kontrasty", potem Złoty Ekslibris Książnicy Pomorskiej. W USA w 2006 roku otrzymałam doroczne wyróżnienie mojego stanu Delaware w dziedzinie literatury ("creative non fiction"), kilka stypendiów, wśród nich moje obecne stypendium Fulbrighta, dzięki któremu jestem cały rok w Polsce, ogromnie cenię.

I już na koniec, a jednocześnie tak jakby na początek, ponieważ wracam do Kai – czym jest dla Pani "szeroki świat"?

"Szeroki świat" jest w nas samych. Zabieramy go ze sobą w najdalsze zakątki, ale także w miejsca obok, niedalekie. Ładnie, gdy umiemy pokazać siebie w "szerokim świecie", gdy jesteśmy na dalekich antypodach,umiemy opowiedzieć o własnym kraju, powiedzieć coś, co wywoła zainteresowanie i uśmiech mieszkańca Peru czy Meksyku. I gdy z szacunkiem i zainteresowaniem wysłuchujemy opowieści innych o ich życiu i kraju. "Szeroki świat" to postawa otwartości, bez uprzedzeń, ocen, serdeczność i zaciekawienie innymi. To są podróże, które mogą kształcić, to wiedza, która otwiera horyzonty. To myślenie na codzień perspektywami "szerokiego świata".

 

 

środa, 26 września 2012

Hanna Loch - Podróże Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm





http://podroze.gazeta.pl/podroze/1,114158,4428654.html



GAZETA WYBORCZA 27.08.2007



 


Hanna Loch


Aleksandra Ziółkowska-Boehm, pisarka i dziennikarka*







Serce zostało w Wilmington w stanie Delaware, gdzie od ponad 17 lat mieszkam z moim amerykańskim mężem Normanem

Mamy tam dom z ogrodem, do którego zawsze z przyjemnością wracam. Co roku jednak spędzam w Polsce dwa miesiące; teraz, dzięki stypendium Fulbrighta, jestem na dłużej. Niczym ambasador bronię Polski w Ameryce i Ameryki w Polsce. Szczególnego uczucia nabrałam też do kilku miast, w których żyłam, np. do Toronto w Kanadzie (spędziłam tam blisko trzy lata) czy do Houston w Teksasie (niemal dziewięć lat). Mam tam zaprzyjaźnionych ludzi i oswojone miejsca.

Ciekawe jest to, że...

Ameryka ma wiele oblicz: inna jest na południu, inna na zachodzie, na pewno inna w Nowym Jorku. Od skrajnego konserwatyzmu po liberalizm. Ta różnorodność łącznie z klimatami daje wielkie urozmaicenie, a także poczucie, że wystarczy tu zmienić miejsce zamieszkania, by zmienił się cały świat wokół nas.

Dojechałam tam

oczywiście samolotem. Ale po Stanach sporo podróżuję także samochodem. Wraz z mężem i naszą kotką Suzy odbyliśmy np. ponaddwumiesięczną wyprawę, przemierzając Delaware, Pensylwanię, Ohio, Indianę, Illinois, Wisconsin, Minnesotę, Dakotę Północną i Południową, Wyoming, Kolorado, Kansas, Oklahomę, Missouri. Z dawnych lat mile wspominam też podróż statkiem handlowym z moim synkiem Tomkiem do Wenecji i Maroka.



Niezapomniany dzień miał miejsce

gdy po raz pierwsze odwiedziłam ośrodek Crazy Horse w Południowej Dakocie poświęcony Indianom. W 1948 r. rzeźbiarz polskiego pochodzenia Korczak Ziółkowski zaczął wznosić ogromny pomnik Crazy Horse'a, wodza Siuksów Oglala w bitwie nad Little Big Horn. Od jego śmierci w 1982 r. dzieło to kontynuuje rodzina, do której z dumą należę. Duże wrażenie zrobiła też na mnie Niagara, park Yellowstone, Wielki Kanion i ogrody botaniczne Longwood Gardens w Pensylwanii - dobrze pamiętam dni, gdy widziałam te miejsca, niezapomniane przeżycie.

Najlepsze wakacje

spędziłam w meksykańskich miejscowościach nad Pacyfikiem: Mazatlan, Puerto Vallarta, Acapulco, Cancun na Jukatanie. Wody oceanu mają szmaragdowy kolor, a zachodzące słońce jest intensywnie czerwone. Lubię meksykańską kulturę, muzykę mariachi, pełne słońce. Niezwykle podobało mi się w ubiegłym roku na karaibskiej wyspie Roatan koło Hondurasu - nigdy wcześniej nie zbierałam tak ogromnych zielono-różowych muszli. Jeszcze jako studentka ciekawe wakacje spędzałam na wsi w Lipcach Reymontowskich.

W Polsce lubię

otwartą przestrzeń i pola. Lubię pejzaż wsi, ale także warszawską Starówkę. Kocham Tatry, a z miast - Toruń i Kraków. Niezwykła jest ulica Piotrkowska w Łodzi.

Mój ulubiony hotel

to Stouffer Presidente w Houston oraz sieć uroczych moteli La Quinta Inn. Podróżując po Ameryce, chętnie się w nich zatrzymuję. Ich wystrój ma w sobie ciepło meksykańskiego słońca.

Niebo w gębie poczułam

jedząc w Nowym Orleanie zupę gumbo z kawałków ryb, kurczaka, krewetek, ryżu i ostrych kreolskich przypraw. W Polsce zawsze zajadam się najlepszymi w świecie jogurtami i malinami. Lubię także rosół, żurek, zupę grzybową, pomidorową i naleśniki z serem.

Na wyprawę zawsze zabieram

Amol (działa na wszystko, zapobiega również niestrawności - po każdej kolacji w dalekich miejscach piję szklankę wody z Amolem), szorty na spacery oraz długie spódnice i wydekoltowane bluzki, które wkładam na wieczór. No i oczywiście książkę, notatnik i długopis - bez nich byłabym nieszczęśliwa.

Nigdy więcej nie powrócę do...

Stambułu i Singapuru. Podróż do Singapuru była długa - miejsce ładne, ale niesprzyjające, wielki kontrast z luzem Ameryki. Oszukano nas w sklepie ze sprzętem fotograficznym, czuliśmy się naciągani. Stambuł odwiedziłam jako bardzo młoda osoba, czułam się źle, niepewnie, atmosfera nie była przyjazna. Nie oswoiłam sobie tego miasta w żaden sposób i chyba nie dam mu drugiej szansy.

Wkrótce będę w drodze do...

Nieborowa. Będę tam redagować książkę o Indianach, którą właśnie skończyłam ("Otwartą ranę Ameryki" wydrukuje jesienią Wydawnictwo Debit). Myślę o tym eleganckim miejscu z radością, będziemy z mężem zabierać nasze dwa koty na spacery do nieborowskiego parku.

Wymarzony cel podróży

Seszele, Galapagos, Belize, Emiraty, Syria. Pociąga mnie egzotyka tych miejsc i opowieści znajomych. Syn poleca mi Indie, po których wędrował trzy razy po trzy miesiące. Namawia zwłaszcza na wyprawę do Radżasthanu - w Udajpurze i Bikanerze można pomieszkać w pałacach jak z bajki, a nad świętym jeziorem Pushkar zobaczyć listopadowy targ wielbłądów.

*Aleksandra Ziółkowska-Boehm w latach 1972-74 była asystentką i sekretarką Melchiora Wańkowicza; autorka książek m.in. "Blisko Wańkowicza", "Ulica Żółwiego Strumienia", "Kaja od Radosława", "Podróże z moją kotką"









Julita Karkowska rozmawia Nie tylko o Wańkowiczu





 

 

 

NOWY DZIENNIK, PRZEGLĄD POLSKI, NOWY YORK, 16 LIPCA 2010

 

       NIE TYLKO O WAŃKOWICZU

 

Z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm
rozmawia Julita Karkowska

Można sądzić, że zamierzała pani zająć się pracą naukową. I pracę magisterską, i rozprawę doktorską pisała pani o Wańkowiczu. A po doktoracie prosta droga właśnie raczej do pracy naukowej czy naukowo-dydaktycznej. Tymczasem pani z tej drogi zdecydowanie zboczyła w stronę literatury.

Mówimy o okresie, kiedy miałam 29 lat i obroniłam na Uniwersytecie Warszawskim doktorat. W czasie studiów drukowałam różne teksty w łódzkiej prasie, pisywałam też w prasie literackiej. Po obronie doktoratu życie nasunęło mi różne możliwości i wybory i poszłam drogą literacką, nie naukową, zaś uzyskany tytuł naukowy pomógł mi po latach np. w uzyskaniu tutaj, w USA, stypendium Fulbrighta czy wcześniej w Polsce Fundacji Kościuszkowskiej.

Warsztat naukowy nabyty przy pisaniu doktoratu ułatwia mi pisanie niektórych moich książek. Np. w poświęconej Indianom Otwartej ranie Ameryki podpieram się rozmaitymi źródłami, podobnie robię w tryptyku historycznym Z miejsca na miejsce, w cieniu legendy Hubala, Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża i Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon. Są to opowieści historyczne o losach pojedynczych ludzi, którymi historia miotała w różne strony. Stosunkowo lekkie w czytaniu książki (bardzo się staram, by były takie właśnie) mają jednak odnośniki, przypisy, zaplecze historyczne, bibliografię.

Nie wykorzystuję warsztatu naukowego we wszystkich książkach, bo np. w Podróżach z moją kotką czy w Ulicy Żółwiego Strumienia już nie. Prowadzę w nich luźną, ale świadomą i podporządkowaną rygorom własną narrację.

Melchior Wańkowicz miał bardzo silną osobowość jako człowiek i jako twórca. Czy nie bała się pani, że zdominuje pani sposób widzenia świata i zaciąży nad pani własną twórczością?

Niczego się nie bałam. Poznałam Wańkowicza jako studentka 4. roku polonistyki, w ogóle znałam pisarza jedynie dwa lata i 4 miesiące, w tym był okres studiów i półtora roku pracy jako jego asystentka i sekretarka. Kiedy zmarł, miałam ledwie 25 lat i już rozpoczęty doktorat. Niebawem po śmierci pisarza krakowskie Wydawnictwo Literackie zwróciło się do mnie z pytaniem, czy nie napisałabym książki wspomnieniowej o Wańkowiczu. Napisałam ją w 6 miesięcy, została wydana szybko i ładnie. Miała wiele recenzji, była komentowana i bardzo popularna, ukazały się 3 wydania, w sumie ponad 100 tysięcy nakładu.

Wątek wańkowiczowski oczywiście często się przewija w moim pisaniu. Mówię "oczywiście", bo był to mój obowiązek i dług do spłacenia, skoro pisarz mnie - młodziutkiej wtedy asystentce - zapisał swoje archiwum. Napisałam trzy książki poświęcone jego życiu i twórczości, wydaję tomy z jego korespondencją, prowadzę serię dzieł zebranych w wydawnictwie Prószyński i S-ka. Piszę do każdego tomu posłowia, prezentuję nieznane materiały z archiwum.

Okazało się także, że musiałam Wańkowicza raz po raz bronić, co trwa do dzisiaj, ponieważ pojawiają się różni ludzie, którzy chcąc pogrążyć znanych twórców wymyślają jakieś dziwne teorie.

Znam doskonale twórczość Wańkowicza i koleje jego losu, nie ma w jego życiu niczego ciemnego, nie wplątał się w żadne układy polityczne. Był człowiekiem uczciwym, ale też człowiekiem sensownych kompromisów, która to cecha uważana jest np. w USA jako dodatnia.

Pisarz po powrocie do Polski w 1958 r. zgodził się na skróty w Bitwie o Monte Cassino. Dzięki tej książce ugruntowana została powojenna legenda bitwy. Jego książki sławiące bohaterstwo żołnierza polskiego przynosiły pokrzepienie, a on sam dawał przykład niezależnej postawy. Po procesie politycznym w 1964 r. dla wszystkich ludzi uosabiał odwagę cywilną i niezależność sądów.

Wańkowicz mówił, że nie jest beletrystą, cytuje pani w książce jego wypowiedź: "Dopiero gdy dostanę fakt, on obrasta, rozkwita w syntezy, porównania, analogie. Fakt jest dla mnie katalizatorem dla wyobraźni". Jak ten proces twórczy przebiegał?

Uczestniczyłam tylko w powstawaniu Karafki La Fontaine'a, ostatniego dzieła pisarza, które rozrosło się do dwóch tomów (Wańkowicz zadedykował mi drugi tom). To książka niejako warsztatowa, w której pisarz dzieli się swoimi spostrzeżeniami, doświadczeniem wielu lat, zastanawia, czym jest talent, czym jest proces twórczy.

Czyli nie byłam świadkiem powstawania jego słynnych reportaży, jak np. była Zofia Górska (później Romanowiczowa), która pracowała jako jego sekretarka przy pisaniu Bitwy o Monte Cassino. Wańkowicz jej bardzo pomógł i zaważył na jej losie, o czym pięknie napisała w powieści Sono felice (Londyn, 1977 r.). Wyrosła z niej beletrystka, nie reporterka.

Myślę, że Wańkowicz lubił wyzwalać w wybranych osobach twórcze umiejętności, kreatywne spojrzenie. Tak zachęcił do pisania m.in. swoją młodziutką córkę Martę-Tili i był zawiedziony, kiedy później poddała się silnej osobowości męża i zaprzestała pisania.

Autor Ziela na kraterze dawał sobą przykład umiejętności patrzenia na ludzi, ciekawości innego człowieka. Był tytanem pracy, ale też nie żył jak pustelnik, smakował i cieszył się życiem. Umiał zorganizować sobie dzień, ustawić pracę. To są cechy i umiejętności bardzo istotne. Gdy się je posiądzie w młodym wieku, są bardzo przydatne. Twórczość, wybór tematów - to już nam życie podsuwa. Umiejętność pracy, skupienia, talent do wyszukiwania tematów, podejście do nich są ogromnie cenne, i to trzeba umieć z siebie wydobyć.

Tak jak Bolesław Leśmian kreował nowe słowa w poezji, tak Melchior Wańkowicz w prozie; mówię prozie, bo jego pisarstwo daleko wychodziło poza klasycznie definiowany reportaż. Skąd się brała ta słowotwórcza wena? Z braku pewnych określeń w polszczyźnie czy z potrzeby tworzenia własnego, charakterystycznego języka?

Klasycznie definiowany reportaż ma określone reguły i jeżeli ktoś je przekracza, a uchodzi za pisarza non fiction, może być krytykowany. Wyjściem jest stworzenie własnej teorii.

Wańkowicz napisał swoją teorię reportażu, czym ten gatunek jest dla niego. Napisał o metodzie mozaiki, o łączeniu faktów czy zdarzeń, które się przytrafiały różnym ludziom i wpisanie ich w jeden życiorys. Uzyskiwał tym sposobem prawdę syntetyczną. Napisał tę teorię dopiero po wydrukowaniu swoich wielkich reportaży, jest to jego teoria i jego sposób radzenia sobie z tematem i materiałem.

Polszczyzna pochodzącego z Kresów Wańkowicza była bogata i kipiąca smakowitościami. Można już w Szczenięcych latach, wczesnej książce o Kresach, zachwycić się jego językiem. Tu właśnie zwyczaje i obyczaje opisane są językiem pełnym słowotwórczych ubarwień, z humorem i lekkością.

Z dokumentów, z którymi zapoznała się pani w Instytucie Pamięci Narodowej, wynika, że Wańkowicz miał wielu jeśli nie wręcz wrogów, to ludzi sobie niechętnych. Czy dlatego, że - jak napisał w 1976 r. Andrzej Pawluczuk - "Niezgoda na przejawy indywidualnej i społecznej bezmyślności była charakterystyczną cechą jego osobowości i pisarstwa. Wańkowicz, mimo wielu kłopotów i pokus - pozostał jej zawsze wierny, nie uległ żadnej presji"?

Koledzy po piórze często zazdrościli mu ciekawych książek i wiernych czytelników. Niezwykle częstą ludzką cechą jest "kundlizm" - tak pisarz nazwał zawiść i zazdrość. Na okładce pierwszego wydania książeczki pod takim właśnie tytułem dał motto: "Szewc zazdrości kanonikowi, że prałatem został". Zdolność cieszenia się nawet z niewielkich sukcesów przyjaciół czy znajomych jest trudniejsza niż współczucie. Łatwiej współczuć (on taki biedny, chory, a ja tak się dobrze miewam), niż radować się dobrą passą innych.

Wańkowicz chadzał własnymi drogami, nie lubił i nie chciał należeć do żadnej grupy czy politycznych środowisk. Widział często różne strony tego samego zjawiska, nie chciał wpaść po uszy w coś, co się nie zgadzało z jego pisarskim powątpiewaniem, ciekawością drugiej strony, dociekliwością i badaniem szczegółów.

To mu nie pomogło. Nie dostał żadnej nagrody - ani przed wojną, ani na emigracji, ani po wojnie, bo nigdy nie był uważany "za swojego" i nikt go nie wytypował do nagrody. Ciekawy przypadek.

W wydanej w tym roku książce "Na tropach Wańkowicza po latach" rozdział "Marta Erdman. Ostatnia z Domeczku...", w którym pisze pani o ostatnim okresie życia Tirliporka, kończy zdanie o Janie Erdmanie, jej mężu: "Miał jeszcze przed sobą, jak się okazało, bardzo dramatyczne lata". Dlaczego zostawiła pani takie niedopowiedzenie?

Bo to już historia rodziny Erdmanów. Napisałam o niej trochę w Ulicy Żółwiego Strumienia.

"Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon" to klasyczna saga polskiej rodziny szlacheckiej, która w swym majątku w latach 30. ub. wieku założyła stadninę. To też opowieść o bohaterskim majorze Hubalu i kilku oddziałach partyzanckich, którym pomagali mieszkańcy dworu, także o niezwykłych losach koni z tej stadniny. Hubal, Hubalczycy byli bohaterami książki Wańkowicza. A pani - przed "Dworem w Kraśnicy..." napisała powieść historyczną "Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża", nagrodzoną przez londyński Związek Pisarzy na Obczyźnie.

Nie piszę o majorze Hubalu, zostawiam ten temat historykom i dokumentalistom. Piszę o tym, co działo się wokół Hubala, i też to jest niewielki, poboczny wątek w tych trzech książkach. Koń Hubala o imieniu Demon pochodził ze słynnej stadniny koni arabskich (ale Demon był koniem pełnej krwi angielskiej). Krzyż Virtuti Militari Hubala, zostawiony na przechowanie przez kurierkę mojej bohaterce, Kai od Radosława, stał się jej amuletem, nosiła go na szyi w czasie Powstania Warszawskiego. Po jego upadku dotarła do rodziny do Białegostoku, tam została aresztowana przez NKWD i wywieziona do Ostaszkowa. Polacy pomogli jej ukryć krzyż: wydrążyli w obcasie buta otwór i tak przetrwał. Wróciła do Polski jesienią 1946 r., została znaną architektką. Ten krzyż towarzyszył jej 54 lata.

Piszę o całym życiu Kai - począwszy od najszczęśliwszego dla niej okresu - o dzieciństwie w górach Ałtaj. Jej rodzina była wśród Polaków zasiedlających Syberię dobrowolnie, i to jest także ciekawy wątek książki.

Napisałam o Romanie Rodziewiczu, który we Włoszech zaraz po wojnie opowiedział Wańkowiczowi dzieje oddziału majora Dobrzańskiego, i tak powstała słynna książeczka Hubalczycy (do której dokumentaliści mają wiele uwag krytycznych). Ja zaś napisałam o całym życiu Rodziewicza - przez okres Hubala przemknęłam się cytując niewielki pamiętnik. Natomiast piszę o jego dzieciństwie w Mandżurii, o aresztowaniu, o okresie w Auschwitz i Buchenwaldzie, a po wojnie o emigracji. Jego całe życie wydało mi się godne pokazania - jako życie człowieka, którym historia rzucała z miejsca na miejsce. Mam z Romanem kontakt do dziś, mieszka w Anglii.

Bliskie są mi opowieści o życiu, sagi rodzinne. Lubię opowiedzieć o życiu ludzi, którzy umieli je przeżyć godnie, mimo trudności, mimo klęsk, wojen, wielu nieszczęść. Takich właśnie ludzi wybieram, są moimi i moich książek bohaterami. Wchodzą do szczególnego panteonu. Czytelnicy też ich kochają, co obserwuję z radością.

Jak pani sobie radzi na niełatwym dziś rynku wydawniczym?

Polscy wydawcy publikują moje książki bez sponsorów. Zakładają, że się rozejdą, że przez lata pisania pozyskałam wiernych czytelników. Doceniam, że moje książki są recenzowane i omawiane nie tylko w pismach literackich, ale specjalistycznych, zainteresowały się nimi np. Koń Polski, Polskie Araby, Wiadomości Ziemiańskie.

Z kolei w USA doceniam, że książka Open Wounds: A Native American Heritage jest recenzowana przez pisma indiańskie i rekomendowana przez samych Indian. Cieszę się, gdy kociarze pytają mnie na kiermaszach, kiedy napiszę kolejny tom o mojej kotce Suzy, a amerykański wydawca poleca tę książkę innym. Ale jest to efekt żmudnej pracy już przez 35 lat, której jestem oddana, która z latami stała się moją wielką pasją. Oby mi tylko życia starczyło na tematy, którymi chciałabym się jeszcze zająć.

Dziękuję za rozmowę.