poniedziałek, 27 lutego 2017

Nie tylko o Wankowiczu Julita Karkowska wywiad







"Przegląd Polski" - dodatek literacki do Nowego Dziennika, 
Nowy Jork



rozmawia Julita Karkowska

Można sądzić, że zamierzała pani zająć się pracą naukową. I pracę magisterską, i rozprawę doktorską pisała pani o Wańkowiczu. A po doktoracie prosta droga właśnie raczej do pracy naukowej czy naukowo-dydaktycznej. Tymczasem pani z tej drogi zdecydowanie zboczyła w stronę literatury.
Mówimy o okresie, kiedy miałam 29 lat i obroniłam na Uniwersytecie Warszawskim doktorat. W czasie studiów drukowałam różne teksty w łódzkiej prasie, pisywałam też w prasie literackiej. Po obronie doktoratu życie nasunęło mi różne możliwości i wybory i poszłam drogą literacką, nie naukową, zaś uzyskany tytuł naukowy pomógł mi po latach np. w uzyskaniu tutaj, w USA, stypendium Fulbrighta czy wcześniej w Polsce Fundacji Kościuszkowskiej.
Warsztat naukowy nabyty przy pisaniu doktoratu ułatwia mi pisanie niektórych moich książek. Np. w poświęconej Indianom Otwartej ranie Ameryki podpieram się rozmaitymi źródłami, podobnie robię w tryptyku historycznym Z miejsca na miejsce, w cieniu legendy HubalaKaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża i Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon. Są to opowieści historyczne o losach pojedynczych ludzi, którymi historia miotała w różne strony. Stosunkowo lekkie w czytaniu książki (bardzo się staram, by były takie właśnie) mają jednak odnośniki, przypisy, zaplecze historyczne, bibliografię.
Nie wykorzystuję warsztatu naukowego we wszystkich książkach, bo np. wPodróżach z moją kotką czy w Ulicy Żółwiego Strumienia już nie. Prowadzę w nich luźną, ale świadomą i podporządkowaną rygorom własną narrację.
Melchior Wańkowicz miał bardzo silną osobowość jako człowiek i jako twórca. Czy nie bała się pani, że zdominuje pani sposób widzenia świata i zaciąży nad pani własną twórczością?
Niczego się nie bałam. Poznałam Wańkowicza jako studentka 4. roku polonistyki, w ogóle znałam pisarza jedynie dwa lata i 4 miesiące, w tym był okres studiów i półtora roku pracy jako jego asystentka i sekretarka. Kiedy zmarł, miałam ledwie 25 lat i już rozpoczęty doktorat. Niebawem po śmierci pisarza krakowskie Wydawnictwo Literackie zwróciło się do mnie z pytaniem, czy nie napisałabym książki wspomnieniowej o Wańkowiczu. Napisałam ją w 6 miesięcy, została wydana szybko i ładnie. Miała wiele recenzji, była komentowana i bardzo popularna, ukazały się 3 wydania, w sumie ponad 100 tysięcy nakładu.
Wątek wańkowiczowski oczywiście często się przewija w moim pisaniu. Mówię "oczywiście", bo był to mój obowiązek i dług do spłacenia, skoro pisarz mnie - młodziutkiej wtedy asystentce - zapisał swoje archiwum. Napisałam trzy książki poświęcone jego życiu i twórczości, wydaję tomy z jego korespondencją, prowadzę serię dzieł zebranych w wydawnictwie Prószyński i S-ka. Piszę do każdego tomu posłowia, prezentuję nieznane materiały z archiwum.
Okazało się także, że musiałam Wańkowicza raz po raz bronić, co trwa do dzisiaj, ponieważ pojawiają się różni ludzie, którzy chcąc pogrążyć znanych twórców wymyślają jakieś dziwne teorie.
Znam doskonale twórczość Wańkowicza i koleje jego losu, nie ma w jego życiu niczego ciemnego, nie wplątał się w żadne układy polityczne. Był człowiekiem uczciwym, ale też człowiekiem sensownych kompromisów, która to cecha uważana jest np. w USA jako dodatnia.
Pisarz po powrocie do Polski w 1958 r. zgodził się na skróty w Bitwie o Monte Cassino. Dzięki tej książce ugruntowana została powojenna legenda bitwy. Jego książki sławiące bohaterstwo żołnierza polskiego przynosiły pokrzepienie, a on sam dawał przykład niezależnej postawy. Po procesie politycznym w 1964 r. dla wszystkich ludzi uosabiał odwagę cywilną i niezależność sądów.
Wańkowicz mówił, że nie jest beletrystą, cytuje pani w książce jego wypowiedź: "Dopiero gdy dostanę fakt, on obrasta, rozkwita w syntezy, porównania, analogie. Fakt jest dla mnie katalizatorem dla wyobraźni". Jak ten proces twórczy przebiegał?
Uczestniczyłam tylko w powstawaniu Karafki La Fontaine'a, ostatniego dzieła pisarza, które rozrosło się do dwóch tomów (Wańkowicz zadedykował mi drugi tom). To książka niejako warsztatowa, w której pisarz dzieli się swoimi spostrzeżeniami, doświadczeniem wielu lat, zastanawia, czym jest talent, czym jest proces twórczy.
Czyli nie byłam świadkiem powstawania jego słynnych reportaży, jak np. była Zofia Górska (później Romanowiczowa), która pracowała jako jego sekretarka przy pisaniu Bitwy o Monte Cassino. Wańkowicz jej bardzo pomógł i zaważył na jej losie, o czym pięknie napisała w powieści Sono felice (Londyn, 1977 r.). Wyrosła z niej beletrystka, nie reporterka.
Myślę, że Wańkowicz lubił wyzwalać w wybranych osobach twórcze umiejętności, kreatywne spojrzenie. Tak zachęcił do pisania m.in. swoją młodziutką córkę Martę-Tili i był zawiedziony, kiedy później poddała się silnej osobowości męża i zaprzestała pisania.
Autor Ziela na kraterze dawał sobą przykład umiejętności patrzenia na ludzi, ciekawości innego człowieka. Był tytanem pracy, ale też nie żył jak pustelnik, smakował i cieszył się życiem. Umiał zorganizować sobie dzień, ustawić pracę. To są cechy i umiejętności bardzo istotne. Gdy się je posiądzie w młodym wieku, są bardzo przydatne. Twórczość, wybór tematów - to już nam życie podsuwa. Umiejętność pracy, skupienia, talent do wyszukiwania tematów, podejście do nich są ogromnie cenne, i to trzeba umieć z siebie wydobyć.
Tak jak Bolesław Leśmian kreował nowe słowa w poezji, tak Melchior Wańkowicz w prozie; mówię prozie, bo jego pisarstwo daleko wychodziło poza klasycznie definiowany reportaż. Skąd się brała ta słowotwórcza wena? Z braku pewnych określeń w polszczyźnie czy z potrzeby tworzenia własnego, charakterystycznego języka?
Klasycznie definiowany reportaż ma określone reguły i jeżeli ktoś je przekracza, a uchodzi za pisarza non fiction, może być krytykowany. Wyjściem jest stworzenie własnej teorii.
Wańkowicz napisał swoją teorię reportażu, czym ten gatunek jest dla niego. Napisał o metodzie mozaiki, o łączeniu faktów czy zdarzeń, które się przytrafiały różnym ludziom i wpisanie ich w jeden życiorys. Uzyskiwał tym sposobem prawdę syntetyczną. Napisał tę teorię dopiero po wydrukowaniu swoich wielkich reportaży, jest to jego teoria i jego sposób radzenia sobie z tematem i materiałem.
Polszczyzna pochodzącego z Kresów Wańkowicza była bogata i kipiąca smakowitościami. Można już w Szczenięcych latach, wczesnej książce o Kresach, zachwycić się jego językiem. Tu właśnie zwyczaje i obyczaje opisane są językiem pełnym słowotwórczych ubarwień, z humorem i lekkością.
Z dokumentów, z którymi zapoznała się pani w Instytucie Pamięci Narodowej, wynika, że Wańkowicz miał wielu jeśli nie wręcz wrogów, to ludzi sobie niechętnych. Czy dlatego, że - jak napisał w 1976 r. Andrzej Pawluczuk - "Niezgoda na przejawy indywidualnej i społecznej bezmyślności była charakterystyczną cechą jego osobowości i pisarstwa. Wańkowicz, mimo wielu kłopotów i pokus - pozostał jej zawsze wierny, nie uległ żadnej presji"?
Koledzy po piórze często zazdrościli mu ciekawych książek i wiernych czytelników. Niezwykle częstą ludzką cechą jest "kundlizm" - tak pisarz nazwał zawiść i zazdrość. Na okładce pierwszego wydania książeczki pod takim właśnie tytułem dał motto: "Szewc zazdrości kanonikowi, że prałatem został". Zdolność cieszenia się nawet z niewielkich sukcesów przyjaciół czy znajomych jest trudniejsza niż współczucie. Łatwiej współczuć (on taki biedny, chory, a ja tak się dobrze miewam), niż radować się dobrą passą innych.
Wańkowicz chadzał własnymi drogami, nie lubił i nie chciał należeć do żadnej grupy czy politycznych środowisk. Widział często różne strony tego samego zjawiska, nie chciał wpaść po uszy w coś, co się nie zgadzało z jego pisarskim powątpiewaniem, ciekawością drugiej strony, dociekliwością i badaniem szczegółów.
To mu nie pomogło. Nie dostał żadnej nagrody - ani przed wojną, ani na emigracji, ani po wojnie, bo nigdy nie był uważany "za swojego" i nikt go nie wytypował do nagrody. Ciekawy przypadek.
W wydanej w tym roku książce "Na tropach Wańkowicza po latach" rozdział "Marta Erdman. Ostatnia z Domeczku...", w którym pisze pani o ostatnim okresie życia Tirliporka, kończy zdanie o Janie Erdmanie, jej mężu: "Miał jeszcze przed sobą, jak się okazało, bardzo dramatyczne lata". Dlaczego zostawiła pani takie niedopowiedzenie?
Bo to już historia rodziny Erdmanów. Napisałam o niej trochę w Ulicy Żółwiego Strumienia.
"Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon" to klasyczna saga polskiej rodziny szlacheckiej, która w swym majątku w latach 30. ub. wieku założyła stadninę. To też opowieść o bohaterskim majorze Hubalu i kilku oddziałach partyzanckich, którym pomagali mieszkańcy dworu, także o niezwykłych losach koni z tej stadniny. Hubal, Hubalczycy byli bohaterami książki Wańkowicza. A pani - przed "Dworem w Kraśnicy..." napisała powieść historyczną "Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża", nagrodzoną przez londyński Związek Pisarzy na Obczyźnie.
Nie piszę o majorze Hubalu, zostawiam ten temat historykom i dokumentalistom. Piszę o tym, co działo się wokół Hubala, i też to jest niewielki, poboczny wątek w tych trzech książkach. Koń Hubala o imieniu Demon pochodził ze słynnej stadniny koni arabskich (ale Demon był koniem pełnej krwi angielskiej). Krzyż Virtuti Militari Hubala, zostawiony na przechowanie przez kurierkę mojej bohaterce, Kai od Radosława, stał się jej amuletem, nosiła go na szyi w czasie Powstania Warszawskiego. Po jego upadku dotarła do rodziny do Białegostoku, tam została aresztowana przez NKWD i wywieziona do Ostaszkowa. Polacy pomogli jej ukryć krzyż: wydrążyli w obcasie buta otwór i tak przetrwał. Wróciła do Polski jesienią 1946 r., została znaną architektką. Ten krzyż towarzyszył jej 54 lata.
Piszę o całym życiu Kai - począwszy od najszczęśliwszego dla niej okresu - o dzieciństwie w górach Ałtaj. Jej rodzina była wśród Polaków zasiedlających Syberię dobrowolnie, i to jest także ciekawy wątek książki.
Napisałam o Romanie Rodziewiczu, który we Włoszech zaraz po wojnie opowiedział Wańkowiczowi dzieje oddziału majora Dobrzańskiego, i tak powstała słynna książeczka Hubalczycy (do której dokumentaliści mają wiele uwag krytycznych). Ja zaś napisałam o całym życiu Rodziewicza - przez okres Hubala przemknęłam się cytując niewielki pamiętnik. Natomiast piszę o jego dzieciństwie w Mandżurii, o aresztowaniu, o okresie w Auschwitz i Buchenwaldzie, a po wojnie o emigracji. Jego całe życie wydało mi się godne pokazania - jako życie człowieka, którym historia rzucała z miejsca na miejsce. Mam z Romanem kontakt do dziś, mieszka w Anglii.
Bliskie są mi opowieści o życiu, sagi rodzinne. Lubię opowiedzieć o życiu ludzi, którzy umieli je przeżyć godnie, mimo trudności, mimo klęsk, wojen, wielu nieszczęść. Takich właśnie ludzi wybieram, są moimi i moich książek bohaterami. Wchodzą do szczególnego panteonu. Czytelnicy też ich kochają, co obserwuję z radością.
Jak pani sobie radzi na niełatwym dziś rynku wydawniczym?
Polscy wydawcy publikują moje książki bez sponsorów. Zakładają, że się rozejdą, że przez lata pisania pozyskałam wiernych czytelników. Doceniam, że moje książki są recenzowane i omawiane nie tylko w pismach literackich, ale specjalistycznych, zainteresowały się nimi np. Koń PolskiPolskie Araby,Wiadomości Ziemiańskie.
Z kolei w USA doceniam, że książka Open Wounds: A Native American Heritagejest recenzowana przez pisma indiańskie i rekomendowana przez samych Indian. Cieszę się, gdy kociarze pytają mnie na kiermaszach, kiedy napiszę kolejny tom o mojej kotce Suzy, a amerykański wydawca poleca tę książkę innym. Ale jest to efekt żmudnej pracy już przez 35 lat, której jestem oddana, która z latami stała się moją wielką pasją. Oby mi tylko życia starczyło na tematy, którymi chciałabym się jeszcze zająć.
Dziękuję za rozmowę.

Ordo Constantinian Magni


February 25, 1982
Toronto, Canada

1981 Constantinian Prize

ORDO CONSTANTINIAN MAGNI

International Constantinian Order








Janusz M. Paluch Wczoraj i dziś. Polacy na Kresach Wstęp






Janusz M. Paluch, 

Wczoraj i Dziś. Polacy na Kresach

Małe Wydawnictwo Kraków 2013, 

ISBN 978-83-62971-06-0

Biblioteka "Cracovia Leopolis", Tom XII


Wstęp:

Aleksandra Ziółkowska-Boehm


Polacy na Kresach

 Wywiad daje szczególny komfort wysłuchiwania opinii, subiektywnego opisu przebiegu zdarzeń, relacji między ludźmi. Przysłuchiwanie się rozmowie wywołuje poczucie bliskości; spisana i wydrukowana rozmowa daje podobne odczucia. Janusz Paluch, autor Rozmów o Kresach i nie tylko, nową książkę także poświęcił tematyce Kresów i kolejny raz nadał piękny ton swoim wywiadom. Jego interlokutorzy to ludzie pełni pasji i zaangażowania. Czasami wywołują wrażenie, jakby byli odkrywcami nieznanego lądu i jego mieszkańców – bo też dla wielu z nas Kresy są wciąż mało znane. Polska ma swoją szczególną, mityczną krainę miodem i mlekiem płynącą, kwitnące winnicami Podole, krajobrazy wryte w pamięć dzięki pisarzom i historii, która boleśnie i okrutnie doświadczyła te ziemie przemocą, gwałtem i krwią; zmiotła i ludzi, i ich domy. 

Rozmowy, przeprowadzone przez Janusza Palucha na przestrzeni ostatnich piętnastu lat, publikowane były na łamach kwartalnika „Cracovia Leopolis”. Są zapisem tamtej rzeczywistości. Uaktualnienia zostały zaznaczone w przypisach. Wydaje się, że te rozmowy zaczęto przeprowadzać bardzo późno, ale też wcześniej generalnie nie można było pisać o Kresach. Pierwsza „odwilż kresowa” to rok 1980, kiedy zaczęto mówić, pisać i wydawać. Potem nastał stan wojenny, ale lawina już ruszyła i poszła o wiele łatwiej i szybciej po 1989 roku. Główny nurt, który przewija się w prezentowanych w książce rozmowach, to rozbudzenie fascynacji Kresami – ich przyrodą, ludźmi, kulturą i niezwykłą aurą. I jakże bolesnymi ludzkim historiami, które są wciąż otwartą, niezagojoną raną. Rozmówcy Janusza Palucha mają w sobie ogromną empatię do losów Polaków pozostawionych na wschodnich rubieżach dawnej Rzeczpospolitej. To grupa wrażliwych ludzi o wielkim sercu. Nauczyciele, architekci, pisarze, kolekcjonerzy przenoszą swoje pasje na innych, także na młodzież. Marta Urbańska opowiada o zorganizowaniu inwentaryzacyjnych praktyk studentów architektury Politechniki Krakowskiej na Kresach. Jakże pięknie mówi o Kamieńcu: „To była też moja pierwsza w życiu podróż na Podole. Padłam na kolana. Moja rodzina pochodzi z Podola; od XV wieku byliśmy na Rusi, a od XVII nasza gałąź rodziny siedziała na Podolu. Tak więc dla mnie była to mityczna kraina. W domu słyszałam głównie opowieścio Podolu. I jak śpiewa, nomen omen, Kuba Sienkiewicz: «Byłemw Rio, byłem w Baio», ale niczego takiego jak ta moja pierwsza podróż na Podole nie przeżyłam ani przedtem, ani potem. I żaden kanion, żadna Arizona, żadne fiordy – to nie to”. Po przeczytaniu krótkiej rozmowy z uczestnikiem obrony Lwowa, jednym z „dzieci Lwowskich”, byłam poruszona prostotą i jednocześnie przesłaniem tego niezwykłego wywiadu. Roman Asler przypomina wydarzenia sprzed osiemdziesięciu laty, gdy jako piętnastolatek brał udział w obronie Lwowa. Mieszkał przy ulicy Polnej, której nazwę zmieniono potem na Lwowskich Dzieci. Leżał w łóżku chory na grypę, kiedy kolega zastukał w okno. Roman je uchylił i usłyszał: „Roman, uciekaj ze mną na front. Ukraińcy zajmują Lwów. Trzeba bronić miasta!”. Mówi, że mieszkał na parterze, więc nie było problemem uciec przez okno. Po trzech dniach donoszenia amunicji, dostał własny karabin i kazano mu strzelać. Nie czuł się dobrze, bo przecież miał grypę, której nie wyleżał. Gdy walczyli na cmentarzu, bał się i płakał „mamo, mamo...”. Matka, córka powstańca z 1863 roku, czekała. Wrócił do domu, ale w 1920 roku znowu go opuścił, by wziąć udział w wojnie z bolszewikami. Roman Asler opowiada o swoich wyczynach jako naturalnych reakcjach. Nie ma w tej rozmowie wielkich słów. I to ma w sobie wywiad – że przywołując słowa opowiadającego – pokazuje cały jego stosunek do sprawy, w której brał udział. Jakże interesująca mogłaby być cała książka o Romanie Aslerze (który zmarł w 1997). Szkoda, że nie powstał zapis rozmów Krystyny Czajkowskiej (np. z Heleną Makowiecką, o. Rafałem Kiernickim, prof. Mieczysławem Gębarowiczem) i wrażeń, które wrażliwym sercem odbierała w czasie swoich pierwszych wyjazdów do Lwowa (pierwszyraz w 1958 roku, a przecież wtedy tak trudno było wyjechać na Kresy). Pojechała, by przywieźć autografy Aleksandra Fredry, wspierając zamysł profesora Stanisława Pigonia wydającego pisma autora Zemsty. Książka pokazuje wzruszające przykłady woluntariatu. Profesor Zygmunt Kolenda – inicjator akcji charytatywnej na rzecz Polaków we Lwowie i okolicy – przypomniał, kiedy do Lwowa pojechała ekipa krakowskiej telewizji, by nakręcić film. Z całej Polski ruszyła pomoc – hojność i spontaniczność ludzi przekroczyła wyobrażenie. Wolontariusze zaangażowali się całym sercem, kilka osób z komisji charytatywnej obsłużyło siedemset potrzebujących.

Wolontariat i akcje charytywane, jakże szeroko są rozgałęzione w bogatych Stanach Zjednoczonych, gdzie działają rozmaite fundacje wspierające przedsięwzięcia i instytucje kulturalne, stowarzyszenia pomocy nie tylko dla ludzi, ale i zwierząt. W polskim społeczeństwie bezinteresowna działalność na rzecz drugiego człowieka znana jest od lat w Kościele, natomiast wielka rola i siła wolontariatu, popularnego w Polsce międzywojennej, jest w obecnej Polsce wciąż mało rozwinięta.

Ileż tematów, ileż zaangażowanych ludzi, jaka bogata mozaika rozmowców Janusza Palucha. Krystyna Gąsowska, przedstawicielka Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” – od kilku lat na emeryturze – mówi o działalności wspierającej Polaków żyjących na Kresach Południowo-Wschodnich; Danuta Nespiak – lwowianka mieszkająca we Wrocławiu – porusza temat braku muzeum czy instytutu kresowego w Polsce; Mariusz Olbromski – do niedawna dyrektor Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej – postawił sobie za cel doprowadzenie do uaktywnienia działalności kulturalnej środowisk polskich na dawnych Kresach; Janusz Smaza dba o konserwację cmentarzy polskich nie tylko na Kresach, ale w calej Europie. Jest w książce rozmowa z Eugeniuszem Tuzow-Lubańskim, mieszkającym w Kijowie, wówczas redaktorem pisma „Dziennik Kijowski”, który ukazuje się w stolicy Ukrainy w języku polskim; ze Zdzisławem Ruszelem, nieżyjącym już, krakowskim kolekcjonerem, organizatorem poświęconych Kresom edukacyjnych wystaw. Jest wywiad z artystą malarzem i działaczem niepodległościowym, Adamem Macedońskim, który w kwietniu 1940 roku wraz z rodziną opuścił okupowane przez sowietów tereny polskich Kresów i udał się do Krakowa, gdzie od 1945 roku działał w organizacjach podziemnych. Pełna anegdot jest rozmowa z artystą malarzem Stefanem Berdakiem mieszkającym na krakowskim Salwatorze, który przywołuje swoje lata lwowskie do 1945 roku. Janusz Paluch rozmawia także z pisarzami, autorami bezcennych książek. Związanych z Kresami jest wielu bohaterów książek Barbary Wachowicz: jak Aleksander Kamiński, który zaczął swą odważną i szlachetną służbę w Humaniu na Ukrainie, jak twórcy polskiego harcerstwa – Olga i Andrzej Małkowscy, którzy mieszkali na Górze św. Jacka we Lwowie, czy także wielcy poeci romantyzmu Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki, jak i bohater narodowy wielu krajów, przywódca Insurekcji 1794 roku, Tadeusz Kościuszko. Jest w książce rozmowa z Ewą Siemaszko, która wraz z ojcem wydała monumentalną książkę Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945; z Karoliną Grodziską, autorką Księgi Cytatów o Lwowie; Stanisławem Grodziskim, autorem książki W Królestwie Galicji i Lodomerii; z Przemysławem Włodkiem, lekarzem, pasjonatem Kresów, autorem przewodników po Lwowie i Wilnie, który przygotowuje książkę poświęconą mieszkańcom i ulicom Lwowa. Niezwykle interesujący jest wywiad z profesorem Stanisławem S. Nicieją, autorem między innymi książki Lwowskie Orlęta. Czyn i legenda, który zapowiada jakże fascynujące tematy swoich przyszłych książek, jak Lwów w kulturze europejskiej. Podkreśla, że napisze także o Ormianach, Żydach i Niemcach, którzy mieli swój udział w kształtowaniu miasta. Planuje też napisać biografię niezwykłej postaci – dramaturga, autora wierszy i wspaniałych piosenek – wielkiego Mariana Hemara.

Czytając rozmowy Janusza Palucha, dostrzegam, że teraz Lwów jest miastem odwiedzających je zafascynowanych kulturą i historią ludzi. To oni spłacają dług niepamięci o Polakach i o Polsce, która tam była. Nie pamięci wpajanej przez wiele dziesiątek lat przez komunistycznych inżynierów edukacyjnego zapominania o narodowej tożsamości. Wszyscy rozmówcy mogą urzec nas swoim oddaniem, pasją, zapalić podziwem dla swojej bezintresowności i miłości do szeroko pojętej tematyki Kresów. Mówią o swoim pierwszym wyjeździe, nieraz przypadkowym, który wywołał kolejne. Jakże budujące są przykłady włączenia młodzieży do odzyskiwania pamięci narodowej związanej z Kresami. Bogusław Kołcz przypomniał postać poety i dr. med. Jerzego Masiora związanego z Akademickim Liceum i Gimnazjum im. Króla Bolesława Chrobrego w Nowym Sączu, który przygotowywał starannie z młodzieżą kolejne wyprawy do Lwowa. Stawał przed mapą przedwojennej Polski, objaśniał, pokazywał zdjęcia z Cmentarza Obrońców Lwowa, przywoływał swoje wspomnienia z lwowskiego harcerstwa, mówił o pamiątkach polskich na Kresach. Uświadamiał, nauczał i zapalał młodzież, która jechała przygotowana na swoje wędrówki, wracała z własnymi doświadczeniami i własnym emocjonalnym bagażem. Jak mówi Mariusz Graniczka, dyrektor krakowskiego Gimnazjum im. Stanisława Konarskiego przy ulicy Bernardyńskiej, którego młodzież od 2000 roku regularnie wyjeżdża na Kresy: „Kresy tkwią w każdym z nas – świadomie czy podświadomie – jako kraina owiana legendą, znana czy to z przekazów rodzinnych, czy literatury i filmu. W naszej wyobraźni jawią się jako miejsca pełne niesamowitości i tajemniczości – tygiel kultury narodowej. W poprzednich latach były przecież niedostępne. Teraz przyszedł czas, by dla siebie, a przede wszystkim dla młodzieży, odkrywać je od nowa”. Roma Krzemień mówi: „Przecież tam zostało wszystko! Tam jest Polska!”.

Jest w książce poruszony niezwykle ważny temat Karty Polakai powrotów do Polski. Karta Polaka nie załatwia zobowiązań Polski wobec Polaków na Wschodzie, nie tylko zesłańców do Kazachstanu. Karta Polaka brzmi jak substytut, jakiś wykalkulowany twór dzielący Polaków na tych ze Wschodu i z Zachodu. Dlaczego nie daje się poświadczeń obywatelstwa, jak daje się Polakom mieszkającym w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii i innych krajach osiedlenia? Jak mówi Teresa Siedlar-Kołyszko: „Autentycznym Polakom, którzy urodzili się przed wojną, często walczyli w Wojsku Polskim czy w podziemiu o polskość oraz ich dzieciom bezwzględnie należy się polskie obywatelstwo i polskie paszporty”. Przywoływany wyżej profesor Zygmunt Kolenda przypomina, że po 1956 roku przyjechało do Polski ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy Polaków, a nie byliśmy wówczas bogatszym państwem, tymczasem w ostatnich latach w ramach repatriacji wróciło do kraju zaledwie trzy tysiące Polaków. Mówi wprost, że kolejne rządy III Rzeczypospolitej nie zabrały się za ten palący problem konstruktywnie. Melchior Wańkowicz w Szczenięcych latach – jednej z najpiękniejszychksiążek o życiu i o dworach polskich na Kresach – pisze o matczynych Nowotrzebach nad Niewiażą: „Dom i życie w nim zawarte musiały zniknąć”. Kończy swoją opowieść, przywołując ojcowski dwór w Kalużycach, w powiecie ihumeńskim w guberni mińskiej, bolesnym zawołaniem: „O Wielki Boże! Nie ma Kalużyc”. Anna Bernat, we wstępie do ostatniego wydania książki, napisała, że Szczenięce lata pozostaną „symboliczną opowieścią o losie kresowych domów i dworków. Po większości z nich nie pozostał przecież kamień na kamieniu, tylko w zdziczałych ogrodach można było jeszcze do niedawna dostrzec zarysy fundamentów zdruzgotanych, zniesionych z powierzchni domostw”.


Domów nie ma, ale pozostali ludzie. Są to rodziny, nasze polskie rodziny tych, którzy przeżyli krzywdy nie do naprawienia. Żyją ich potomkowie, ale żyją też wciąż starsi ludzie, którzy pamiętają z dzieciństwa te okrutne czasy. Jest ich coraz mniej. Trzeba z nimi rozmawiać, by wszystko, co można, zapisać na „twardy dysk” pamięci narodowej. Polska powinna myśleć o starszych i biednych, i ich wesprzeć. Dla tych, którzy by chcieli wrócić, polskie domy starców i opieki społecznej powinny być otwarte. Polska powinna pamiętać o tych młodych, którzy chcą być i czuć się Polakami na Ukrainie, Białorusi, Litwie czy Kazachstanie, Uzbekistanie, i gdzie jeszcze ich dramatyczne losy rzuciły. Powinniśmy o nich dbać, by byli na tych ziemiach elitą intelektualną, a jeśli chcieliby żyć w Polsce, powinno się im to umożliwić: dać im szansę. Takiej szansy nie mieli ich dziadkowie ani rodzice. Nie zapominajmy o nich. Nie zapominajmy o Polakach na Kresach. To są krewni nas wszystkich, to są nasi, to są Polacy. Mija rok za rokiem i niebawem będziemy mogli zadbać już tylko o mogiły. Zatroszczmy się o młode pokolenia, aby chciały się czuć Polakami, aby wiedziały, że mogą na Polskę liczyć.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

wtorek, 14 lutego 2017

Andrzej Wajda WYWIAD



https://philpapers.org/rec/ZIKAIW

polska wersja:


ODRA




Aleksandra Ziółkowska-Boehm rozmawia z 

ANDRZEJEM WAJDĄ

WYWIAD Z AMERYKĄ W TLE


Aleksandra Ziółkowska-Boehm -  Jak Pan widzi Amerykę?


Andrzej Wajda - Całe swoje życie, przez wszystkie lata ja, jak inni w Polsce, nasłuchiwaliśmy uważnie, co nadchodzi z Ameryki. Przed wojną mówiło się o Ameryce jako o kraju, któremu Polska zawdzięcza odzyskanie Niepodległości. Gdy wybuchła druga wojna światowa, patrzyliśmy, co zrobi Ameryka, czekaliśmy, kiedy wypowie wojnę Niemcom. Potem z kolei, przez 50 lat Polski Ludowej, Ameryka była głównym wrogiem Związku Radzieckiego, więc Polacy byli jej przyjaciółmi. A dziś odnoszę wrażenie, że Polacy najbardziej ufają Stanom Zjednoczonym.
Osobnym tematem jest emigracja do USA. Ameryka zyskała na drugiej wojnie światowej, gdyż Europę opuścili liczni artyści, pisarze i naukowcy. Wielu intelektualistów wyjechało i osiedliło się w Ameryce, na skutek sprzeciwu wobec niemieckiego i sowieckiego totalitaryzmu. Również groźba wojny wygnała wielu wybitnych ludzi z ich ojczystych krajów. Co ważniejsze, Stany, kraj nieograniczonych moźliwości, znalazły dla nich odpowiednie zatrudnienie na uniwersytetach i uczelniach artystycznych. To dało szansę amerykańskiej młodzieży zapoznać się przez osobisty kontakt z artystami z europejskiej awangardy. Pozwoliło też Czesławowi Miłoszowi głosić swoje poglądy na świat i sztukę - bowiem lata spędzone w Paryżu nie dały mu szansy na udział we francuskim życiu artystycznym i intelektualnym i skazywały na całkowity margines.

A.Z-B. -  Jak dalece w Pana twórczości była obecna Ameryka ?


A.W. - Swój teatr rozpocząłem od wystawienia dwóch sztuk amerykańskich: “Kapelusz pełen deszczu” i “Dwoje na huśtawce”. Co ważniejsze, mogę powiedzieć, że film “Obywatel Cane” obudził mnie do zajęcia się filmem.
Realizując “Popiół i diament”, myślałem często o „Asfalt Jungle” i tzw. czarnej serii filmów gangsterskich z lat 50- tych.
Nie umiem powiedzieć, jak moje życie potoczyłoby sie, gdybym znalazł się w Stanach. Myślę, że gdyby “Popiół i diament” został wytypowany do Oscara, co ze względów politycznych było niemożliwe, gdyż film ten nie był przedstawiony do żadnego festiwalu filmowego na świecie, może ruszyłbym w tamtą stronę.

A.Z-B - Został Pan w Polsce i osiągnął pozycję najwybitniejszego polskiego reżysera, a w 2000 roku Amerykanie nagrodzili Pana największym wyróżnieniem w świecie filmu - Oscarem.

A.W. – Dziś, bez chwili wahania odpowiadam: szczęśliwie się stało, że zostałem w Polsce. Tu jest moje miejsce, wywalczyłem je i osiągnąłem swoją pozycję miedzynarodową tu pracując. Wierzę w swoją misję, jako jednego z twórców Polskiej Szkoły Filmowej.

 

A.Z-B. - Jak znajdywał Pan Amerykę w czasie swoich odwiedzin?


A.W. - Ameryka jako kraj jest wspaniała. Nigdzie nie ma tyle przestrzeni, która tworzy iluzję wolności. Odbyłem podróż samochodem przez Teksas do Las Vegas i do Grand Canyon. Jestem pewien, że Grand Canyon jest bliżej Boga niż inne miejsca ziemi.
Nowy Jork jest miastem niezwykłym, tyle jest tam do oglądania. W latach 60-tych i 70-tych panował tam prawdziwy duch sztuki nowoczesnej, która wtedy porzuciła bezpowrotnie Paryż.
Dusza nowoczesnej sztuki też przeniosła się z Paryża do Nowego Jorku, dlatego Europie jest dziś tak trudno odbudować swój prestiż.


A.Z-B - Czy Pana zdaniem Nowy Jork będzie centrum sztuki dla Polaków także po wejściu Polski do Unii Europejskiej?

A.W. - Osobiście wiążę nadzieję z nowym Berlinem, uważam, że to właśnie Berlin stanie się stolicą połączonej Europy, która musi się rozwijać na wschód, zaś Niemcy szukają swojego nowego miejsca w świecie. Berlin będzie więc miejscem połączenia wschodniej i zachodniej Europy, która tu właśnie, od naszej granicy odrodzi się. Nam, Polakom, jest bliżej do Berlina oddalonego o 200 kilometrów, niż do oddalonego o 2000 kilometrów Paryża, co również będzie nie bez znaczenia, gdyż staniemy się pomostem dla państw położonych na wschodzie w ich drodze do Europy.


A.Z-B. - Czy uważa Pan, że tragedia 11 września zmieniła obraz Ameryki?

A.W. – Na pewno, ale Amerykanie jako racjonaliści, naród pragmatyków, będą szukali różnych dróg i rozwiązań tej trudnej sytuacji. A nie jest ona łatwa, gdyż Stany Zjednoczone muszą stać się krajem policyjnym i muszą wziąć pod nadzór nie tylko swoje społeczeństwo.

A.Z.-B-  Roman Polański, który jako młody początkujący aktor otrzymał od Pan rolę w filmie “Pokolenie”, zagrał teraz w Pana najnowszym filmie “Zemsta” rolę Papkina.  Myślę, że widz amerykański będzie chciał zobaczyć owianego legendą i skandalem reżysera jako aktora. Wyrobił on sobie swoje miejsce w tym kraju i szkoda, że go tu nie ma.

A.W. - Kiedy patrzyłem na jego zdolności i energię, gdy grał w moim filmie, a później studiował reżyserię i robił swoje pierwsze filmy – widziałem w nim amerykańskiego reżysera i wierzę, ze Polański urodził się, by żyć i tworzyć w Ameryce.
Ujął mnie tym, że teraz, po latach, zgodził się zagrać w “Zemście” rolę Papkina, która ma w polskim teatrze wielkie tradycje i grana była przez znakomitych aktorów. Najbardziej ujął mnie jednak tym, że wrócił do swego ojczystego języka i kina, które go stworzyło.  To piękny i wspaniały gest z jego strony.
Polański jako Papkin jest przybyszem i na ekranie, i w naszym kinie, które zresztą, jak cała kinematografia europejska przeżywa niemałe trudności, z których finansowe nie są największymi.


A.Z-B. -Stało się to także dzięki Pana magii i talentowi, że widownia polska mimo ogromnej konkurencji filmów amerykańskich, przychodzi tłumnie na polskie filmy. Jest to zapewne przyjemnym zaskoczeniem dla wszystkich malkontentów. Co jest w obecnym okresie słabością w polskim filmie?

A.W. - Pogróżka, że multiplexy wyeliminują polskie filmy, nie spełniła się. W 1975 roku w Polsce było 3500 ekranów, ale w 1989 już tylko 700 ekranów, teraz zbliżamy się pewnie do 1300 sal w kinowych. W ostatnich latach polskie kino rzeczywiście powraca na ekrany. “Ogniem i mieczem” obejrzało 7 milionów ludzi, “Pana Tadeusza” przeszło 6 milionów, a “Zemstę” już blisko dwa miliony. To zdecydowanie więcej niż amerykańskie superprodukcje, co oznacza, że Polakom potrzebne jest własne kino narodowe.
Największą słabością polskiej kinematografii, jest brak scenarzystów. Niewielka produkcja filmowa powoduje, że tylko niewielka grupa ludzi zajmuje się pisaniem scenariuszy. Kiedyś towarzyszyła nam polska literatura. Były to powieści i opowiadania z wyraźnymi postaciami, akcją, dialogami i tematem poruszającym sprawy społeczne i polityczne. Współcześni pisarze w naszym kraju zajęli się introspekcją własnego wnętrza, co oznacza, że reżyserzy sami wzięli się do pisania, a nie zawsze mają talent literacki.


A.Z.-B. Czy przyłącza się Pan do europejskiego chóru narzekających na niski poziom amerykańskiego kina?

A.W.- Amerykańskie kino jest traktowane jako produkt, ale w amerykańskim kinie powstają arcydzieła, takie filmy, które głęboko  zastanawiają się nad rzeczywistością nie tylko USA, lecz i świata. A cała reszta kina rozrywkowego tworzy klientów amerykańskiej produkcji – mody, muzyki rozrywkowej itp., kreując sposób i styl życia przejmowany z ekranu.
Te ambitne filmy maja przewagę nad naszymi europejskimi, ponieważ nie tylko opowiadają o najbardziej skomplikowanych sprawach, trudnych problemach, ale również znajdują formę, która trafia do każdego z widzów. W tych pięknych ambitnych filmach uderza swoista prostota środków wypowiedzi. Powodem jest głębokie przekonanie ludzi kina w USA, że do widza można i trzeba dotrzeć z każdym tematem.
Tymczasem kino europejskie robi się dla wąskiej grupy odbiorców, na przykład jak to było w czasach francuskiej Nowej Fali - dla łacińskiej dzielnicy Paryża. Film można zrobić niedużym nakładem dla małej publiczności i można to zrozumieć, gdyż taka sytuacja pozwala na wielką wolność twórcy, gorzej gdy zaczyna się uważać, że im mniej widzów, tym film jest lepszy, gdyż odwołuje się dla elity. Tymczasem tymi wiernymi widzami reżysera stają się ciocia lub najbliższa rodzina.
Właśnie takie myślenie zamordowało kino w Europie, która wydaje mi się, powraca do rozumu głównie dzięki młodym reżyserom wracającym ze Stanów do Europy, jak choćby reżyser filmu „Amelia”.


A.Z-B - Jakie nastąpią trudności w kinie, gdy Europa będzie się jednoczyć?

A.W. - Trudności językowe. Europa to istna wieża Babel. Przed laty, ci, których uważamy za ojców zjednoczonej Europy, wpadli na pomysł, by tu właśnie posługiwano się łaciną jako językiem europejskim. Tuż po wojnie 1945 r. był to język kościoła. Mógł też stać się językiem polityki. W końcu wszystkie traktaty europejskie w przeszłości były spisane po łacinie. Śmieszy mnie, kiedy pomyślę, że urzędnicy Unii Europejskiej w Brukseli cały dzień meczą się mówiąc we własnych językach za pomocą dziesiątków tłumaczy, po czym wieczorem, w barze ustalają wszystko, co najważniejsze rozmawiając po angielsku.

A.Z-B -Czy możemy porozmawiać o nie nagłaśnianym Pana filmie z 1990 roku poświęconym Januszowi Korczakowi, do którego scenariusz zrobiła Agnieszka Holland, z Wojciechem Pszoniakiem w roli głównej. Na pokazie z Cannes widownia zareagowała  wielką owacją. Cytowana jest w internecie Pana wypowiedz: “My good intentions were useless”, moje dobre intencje okazały się niepotrzebne. W Stanach nikt nie wie o tym filmie i jego losie. Jak Pan patrzy na całą sprawę po kilkunastu latach?

A.W. - Film na pokazie specjalnym w Cannes przyjęto entuzjastycznie, odbyła się standing ovation. Następnego dnia w “Le Monde” ukazała się recenzja filmu, w której “Korczak” został nazwany filmem antysemickim. Krytykowano zwłaszcza symboliczną końcową scenę filmu jako zafałszowanie historii, itd.  Było to dla mnie bolesne, ale zrozumiałem, że Francja woli się rozprawić z polskim antysemityzmem, nie z własnym. Francuzi szukają bowiem pretekstu, by nie stawić czoła faktom, że to na przykład francuska władza i francuska policja wysyłała Żydów do Oświęcimia.
Wcześniej, kiedy film “Ziemia Obiecana” otrzymał nominację do Oscara, w czasie konferencji  prasowej w Los Angeles jeden z krytyków szczególnie gwałtownie napadał na ten film, nazywając go antysemickim.  Po konferencji zapytałem go, gdzie widział „Ziemę obiecaną”?
Usłyszałem wówczas: „Nie muszę oglądać tego filmu, żebym wiedział, że jest antysemicki, skoro przychodzi z Polski”.
To również było powodem, że ten film nie wszedł na ekrany amerykańskie, a właśnie “Ziemia obiecana” jest filmem, który mógłby się w Ameryce spodobać, gdyż jego akcja i problemy są w Ameryce zrozumiałe. Fakt ten był dla mnie wielkim niezasłużonym ciosem.


A.Z-B. -Interesujące jest Pana i Pani Krystyny Zachwatowicz zainteresowanie Japonią. Przeczytałam Pana wypowiedź, gdy w czasie okupacji ukrywał się Pan w Krakowie. Kiedyś wyszedł Pan na miasto i w Sukiennicach zobaczył wystawę sztuki japońskiej. Japonia była sprzymierzeńcem Niemiec, stąd ówczesny niemiecki gubernator Krakowa, generał Frank, urządził wystawę w Krakowie. Po latach, jako znany reżyser został Pan odznaczony japonskim Noblem, Kyoto Prize. Dzięki Panu i Pana Małżonce Krystynie Zachwatowicz, w Krakowie mamy Japońskie Centrum Sztuki Manggha. Zapoczątkowali Państwo coś bardzo niezwykłego w Polsce...

A.W. - Przed wojną Feliks Jasieński zebrał kilkanaście tysięcy obiektów japońskiej dawnej sztuki, które ofiarował Muzeum Narodowemu w Krakowie. Od 1926 roku minęło  ponad pół wieku, powstala więc potrzeba, by wznieść budynek dla pokazania tych zbiorów.
Otrzymałem wysoką nagrodę z Japonii, którą Pani wspomina, i ona mnie zobowiazywała. Postanowiliśmy razem z Krystyną wybudować Centrum Sztuki Japońskiej. Mój gest trafił na zrozumienie w Japonii. Architekt japoński, Arata Isosaki wykonał i ofiarował projekt naszej fundacji Kyoto – Kraków. Rząd japoński przeznaczył na ten cel 2 miliony dolarów, kolejarze japońscy, którzy solidaryzując sie z Solidarnością w Polsce zebrali następny milion. Odbyła się również specjalna zbiórka, co w sumie dało 5,5 miliona dolarów i pozwoliło w ciągu 15 miesięcy wybudować Centrum Manggha i udostępnić zbiory japońskie.
W naszym kraju niełatwo jest kontynuować jakieś przedsięwzięcie, gdyż na przeszkodzie stoją zwykle obiektywne trudności jak wojna, zmiana ustroju. Tym bardziej jesteśmy z Krystyną szczęśliwi, że nasza inicjatywa trafiła na dobry grunt i nie tylko powstało Centrum Sztuki i Tachniki Japońskiej w Krakowie, ale stało się ono żywą i działąjącą instytucją, jedną z ważniejszych w tym mieście, odwiedzoną również przez Cesarza Japonii Akihito wraz z Małżonką.


A.Z.-B. -Proszę powiedzieć o roli w Pana życiu i twórczości Pańskiej żony – Krystyny Zachwatowicz, znanej z Piwnicy pod Baranami aktorki, wybitnego scenografa. Wystąpiła ona w Pana filmach - w pięknej roli w “Pannach z Wilka”, w “Człowieku z marmuru”, “Kronice wypadków miłosnych”. Zadedykował Jej Pan książkę “Double Vision”. Na czym polega sekret Państwa dobrego związku - dwojga znanych i twórczych ludzi?

A.W. - Każde z nas szanuje w drugim artystę, który tworzy własny świat i działa we własnej dziedzinie twórczości. Pracujemy razem w teatrze, Krystyna wystąpiła także w moich filmach jako aktorka, od kilku lat uczy młodych ludzi scenografii teatralnej na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, jest też wykładowcą w Akademii Teatralnej, gdzie prowadzi zajęcia z reżyserami. Te spotkania czynią nas zawsze młodymi.


A.Z.-B - Proszę powiedzieć o Warszawskiej Szkole Filmowej własnego imienia.

A.W. -Od stycznia 2002 roku istnieje Mistrzowska Szkoła Reżyserii Filmowej. Kieruje nią Wojciech Marczewski. Spotykamy się 8-10 razy w roku po 2 tygodnie. Wybraliśmy 13 studentów z przeszło 250 chętnych. 5-ciu z nich jest już po studiach filmowych, inni mają za sobą po kilka filmów zrobionych w niezależnych produkcjach. 
Szkoła nigdy nie mogłaby powstać, gdyby nie Ryszard Krauze, właściciel firmy “Optimus”, który sfinansował najbliższe pięć lat naszego istnienia.
Nauka trwa rok, w czasie którego młodzi ludzie przygotowują swój projekt, pracując od idei, do scenariusza. Wspólnie realizujemy sceny z przyszłego filmu, poszukujemy obsady i po roku projekt takiego filmu może byc prezentowany producentom, jako rzecz gotowa do realizacji.


A.Z.-B. -W książce “Double Vision” pisze Pan o roli muzyki w filmie. Czy uroczysty i triumfalny Polonez Wojciecha Kilara (inny od lirycznego poloneza Ogińskiego) będzie po latach nazywany “polonezem z Pana Tadeusza” Wajdy?

A.W. - Kilar to nie jest jedyny kompozytor, z którym współpracuję, ale niezwykle cenię jego muzykę w filmie. Jest zawsze zgodna z tematem i wspaniale wzmaga rytm obrazu.

 

A.Z-B. - W książce “Papież Słowian Zwiastun nadziei” (Toruń 2000) jest zamieszczona Pana wypowiedz na temat po raz pierwszy usłyszanej wiadomości o wyborze Kardynała Wojtyły. Pisze Pan, że tego dnia pracował na Chełmskiej i elektrycy podeszli do Pana, żeby powtórzyć zasłyszaną w radiu wiadomość o wyborze Papieża Polaka. Pan nie tylko nie uwierzył im, ale dość ostro ich ofuknął. Zastanawia się Pan, jak czytam, czy zawiodła Pana fantazja, albo coś innego było przyczyną, że odepchnął Pan od siebie tę dobrą nowinę. Pisze Pan: - ”Czy pomniejszaliśmy siebie i to, co działo się wkoło? Czy pogodziliśmy się z małością i prowincją”?  Przyznam, że mnie Pana słowa poruszyły.


A.W. -Potęga Kościoła polskiego leży w tym, że zachował się tak samo konsekwentnie w czasach kataklizmu - w okresie okupacji hitlerowskiej, kiedy zginęło tysiące księży, jak i w systemie stalinowskim, gdzie stanął przed niezwykle trudnymi sytuacjami politycznymi, ale to w Rzymie zapadały i zapadają decyzje, które dotyczyły kościoła w Polsce i ta niezależność uratowała Jego prestiż nie tylko religijny, lecz i społeczny.
To prawda, nie wierzyłem, że doczekam się upadku komunizmu. Byłem pewien, że przetrwa jeszcze długo, a jego korozja potrwa dziesiątki lat.


A.Z-B. - Czy czasy się zmieniły i jesteśmy inni? Jak dalece Polski Papież, Nobel dla Miłosza i Szymborskiej, Oscar dla Pana, zmieniły obraz Polaków o sobie?

A.W. – Polacy są na pewno z tych sukcesów dumni i szczęśliwi, ale do prawdziwego szczęścia potrzebne im jest jeszcze zwyciestwo w piłce nożnej w Mundialu.


A.Z.-B. - W Stanach rola sportu jest mocno podkreślana od czasów szkolnych. Uważa się, że gry zespołowe uczą umiejętności działania w grupie. Aby wygrać, trzeba działać wspólnie. Gdy się przegra, jest to porażką grupy, itd.

A.W. - Polakom brakuje umiejętności działania w zespole. Jestem wielkim zwolennikiem sportu, uważam, że jeżeli Polska ma sie ucywilizować, musi uczyć się sportu zespołowego.
Prawdziwy zespół w pojęciu wspólnoty działania spotkalem w Japonii pracując tam w teatrze. Podobnie jest w teatrze amerykańskim.


A.Z.-B - Ma Pan w swoim dorobku wybitne dzieła, wiele z nich wywarło duży wpływ na polską rzeczywistość. Film “Ziemia obiecana” uważana jest za najwspanialszy polski film. Jakie są Pana najbliższe plany ?

A.W. - Podczas porządkowania mego krakowskiego archiwum zatrzymałem sie przy 196 projekcie, którego nie zrealizowałem. Są to gotowe scenariusze, adaptacje, projekty filmów. Tak więc, o wiele więcej jest niezrealizowanych filmów, niż tych, które zrobiłem.
Mam wiele pomysłów na film. Który z nich będzie realizowany pierwszy, trudno dziś przewidzieć.

Wywiad przeprowadzony jesienią 2002 roku ukazał się w języku angielskim w „The Sarmatian Review” (kwiecień 2003), i powtórzony w “The Chesterton Review” (Wiosna/lato, volume 33, Issue 1/2 2007). W jezyku polskim – „Odra”,styczeń 2017.











czwartek, 9 lutego 2017

Sobiepan Wankowicz Max Fuzowski Newsweek





O Melchiorze Wańkowiczu, jego powrocie do Polski oraz zarzutach o współpracy pisarza z PRL-owskimi władzami z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, ostatnią sekretarz Wańkowicza, autorką książki „Na tropach Wańkowicza... po latach” rozmawia Max Fuzowski.



NEWSWEEK POLSKA  8 GRUDNIA  2009

Sobiepan Wańkowicz - rozmowa z 

Aleksandrą Ziółkowską-Boehm (cz. I)



rozmawiał Max Fuzowski


O Melchiorze Wańkowiczu, jego powrocie do Polski oraz zarzutach o współpracy pisarza z PRL-owskimi władzami z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, ostatnią sekretarz Wańkowicza, autorką książki „Na tropach Wańkowicza... po latach” rozmawia Max Fuzowski.

Newsweek: W „Na tropach Wańkowicza… po latach” opisała pani notatki bezpieki dotyczące Melchiora Wańkowicza. Jeśli wierzyć donosom Wańkowicz nie był lubiany przez kolegów pisarzy, ani tych w Polsce, ani na emigracji. Dlaczego?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Zazdroszczono mu ogromnej popularności, rzeszy czytelników, którzy go cenili za jego postawę, za tematykę książek.
Czytelnicy go wręcz uwielbiali.

Newsweek: „Jednych drażni literackim sobiepaństwem, u drugich budzi zawiść. Jest za wydajny, siedzi „na boku” i sam sobie jakoś rządzi” - pisał „Dziennik Polski” w 1956 roku. To dobra charakterystyka Wańkowicza?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Dobra. Wańkowicz zawsze chadzał własnymi ścieżkami i nie dał się zaszufladkować. Nie należał do grup literackich, politycznych, był zbyt kanciasty i zbyt niezależny. Można to nazwać także sobiepaństwem.



Newsweek: Dlatego nigdy nie dostał żadnej nagrody? Zarówno w Polsce, jak i za granicą?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Nie dostał w Polsce przedwojennej za np. „Na tropach Smętka”, na emigracji np. za „Bitwę o Monte Cassino”, ani też po powrocie do kraju nie dostał żadnej nagrody państwowej.
Aby dostać nagrodę trzeba być wytypowanym przez jakąś grupę czy stowarzyszenie. Wańkowicz jakby zbyt drażnił sobą, nieraz sam to wywoływał. Po napisaniu „Bitwy o Monte Cassino”, gdzie podbił narodowy bębenek, wydał książkę „Kundlizm”, gdzie umieścił motto „szewc zazdrości kanonikowi, ze prałatem został”. Pisał, że w czasach zagrożenia naród się jednoczy i jest bohaterski, a w czasie, kiedy trzeba się wziąć do pracy, jest niemal siedliskiem kundli. Jak można go było poprzeć, kiedy takie stwierdzenie wielu bolało czy obrażało?


Newsweek: Skąd się wziął spór Wańkowicza z Giedroyciem?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Giedroyc wydał jako jedną z pierwszych w Instytucie Literackim książkę Wańkowicza „Klub Trzeciego Miejsca”, i współpraca miedzy pisarzem a redaktorem układała się jakiś czas dobrze. Z czasem Giedroyc przyjął wyraźną linię polityczną i Wańkowicz nie chciał do niej należeć. Był zadziorny i dalej chadzał własnymi ścieżkami. Np. nie podpisał oświadczenia, że nie będzie pisał do kraju. Zależało mu na czytelniku i na wydawaniu książek, nie chciał, by mu ktokolwiek narzucał linię polityczną.


Newsweek: Wańkowicz był opleciony gęstą siecią agentów. Donosili na niego Dominik Horodyński, Andrzej Szczypiorski, Jerzy Wańkowicz, Jerzy Putrament czy Kazimierz Koźniewski. Wańkowicz nie był tego świadomy?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Myślę, że nie był, choć Koźniewskiego „przejrzał” w czasie procesu 1964 roku, kiedy ten ze świadka obrony stał się świadkiem oskarżenia. Przyjaciel domu, kolega córek, którego Zofia Wańkowiczowa zatrudniła w czasie okupacji, zadziwił Wańkowicza swoimi zeznaniami i pisarz napisał na ten temat specjalny pitaval, który porozsyłał do wielu ludzi nazywając Koźniewskiego „kapusiem”. Nie myślę, by jednak zakładał, ze pozostałe wymienione przez pana osoby donosiły na niego czy na innych.


Newsweek: Wańkowicz szukał za to szukał agentów wśród najbliższych przyjaciół. Pawła Jasienicę na łożu śmierci miał spytać o to, czy ten nie był agentem...
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Mam w książce rozdział poświęcony temu tematowi. Pokazuję „stronę Wańkowicza”. Sprawę tę przypomniał, a przede wszystkim jednoznacznie negatywnie nagłośnił Bartoszewski – jak piszę - opierając ją na rozmowie z Jasienicą i na słowach jego żony. Uważam, ze interpretacje tej sprawy zawdzięcza się głównie TW „Ewie”, która donosiła na Wańkowicza jeszcze zanim została żoną Jasienicy. Zofia O’Bretenny nie znosiła Wańkowicza od lat. W trakcie procesu 1964 roku, czyli pięć lat zanim została żoną Jasienicy, cztery lata zanim jeszcze Gomułka rzucił swoje oskarżenie na Pawła Jasienicę, już pisała na autora „Monte Cassino” swoje raporty. Czytałam te raporty w archiwum IPN. Wyraźnie drażniła ją wieloletnia przyjaźń między pisarzami, i po poślubieniu Jasienicy chciała ją rozbić. A była to przyjaźń wypróbowana. Obydwaj w 1964 roku złożyli w Komorowie wizytę Marii Dąbrowskiej, która w swoich „Dziennikach” napisała o odwiedzinach „panów z „Listu 34”".


Newsweek: „Należy do gatunku ludzi o szczególnym zainteresowaniu w osiąganiu osobistych korzyści materialnych. Obok względu natury patriotycznej ogromnie mu zależy na utrzymaniu stałego kontaktu z wydawnictwami w kraju w celach zarobkowych” - pisał w raporcie dla bezpieki Jerzy Wańkowicz. To nie była odosobniona opinia o Melchiorze Wańkowiczu.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Każdemu pisarzowi zależy na wydawaniu. Po to się pisze książki, by je wydawać. Z czego pisarz ma żyć? Hydraulik czy stolarz żyje z pracy, którą wykonuje, dlaczego pisarz ma nie żyć z tego, co pisze i co się ukaże? Szczególnie tak płodny i popularny pisarz, jakim był autor „Ziela na kraterze”.


Newsweek: „Nigdy nie myślałem, ile co kosztuje, a szczególnie jedzenie, Ono rosło! Pan Bóg dawał jaja, drób, zboże za darmo i jeszcze dziś mam poczucie darmowości. Koniak chyba leci u mnie ze skały” - mówił Wańkowicz. To pokazuje, że potrzeby miał jednak większe od typowego Polaka mieszkającego w PRL-u.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Wiele osób ma potrzeby większe niż może sobie pozwolić. Wańkowicz w PRL po powrocie nareszcie nie musiał się martwic o codzienne życie. Przed wojną wynajął słynny „Domeczek” na Dziennikarskiej. Przenieśli się z żoną i córkami do mieszkania na Mianowskiego, bo nie stać ich było na spłaty kredytu. Dopiero w czasie okupacji pani Zofia tam zamieszkała ponownie, wynajmowała pokoje lokatorom. W PRL stać ich było na płacenie czynszu tzw. kwaterunkowego mieszkania na rogu Puławskiej i Rakowieckiej (dwa pokoje z alkową). Chcę powiedzieć, że Wańkowicz miał przyznane w Ameryce tzw. social security, najniższe, bo nie wypracował, ale każdemu obywatelowi USA po 65 roku życia należy się zawsze pewna suma renty. Wtedy w Polsce nawet najmniejsza suma, czyli 100 dolarów, to było bardzo dużo. Żyło się bodaj za ok. 20 dolarów miesięcznie. Czyli nie tyle nakłady książek, które dawały pewne pieniądze, ale comiesięczne amerykańskie social security pozwalało im obojgu żyć na takim poziomie, by się nie martwić o ceny żywności czy koniaku. Chcę zaznaczy, że Wańkowicz był jednocześnie człowiekiem oszczędnym, irytował się na moje niepogaszone lampy itd. Miał takie jakby protestanckie podejście, że pieniędzy się nie rozrzuca, ale jest się szczodrym, gdy trzeba. Pisarz wspierał regularnie niemałymi sumami opozycję. Cytuję w książce wypowiedź Jana Olszewskiego, cytuję wypowiedź Andrzeja Friszke, który napisał o tym we wstępie do książki Jana Józefa Lipskiego „KOR”. Pisarz zostawił także niemały zapis pieniężny właśnie na „represjonowanych politycznie”. Zrobił to bez rozgłosu i nikt o tym nie wiedział aż do lat po roku 1989, kiedy napisałam o tym w paryskiej „Kulturze” i w „Więzi”.


Newsweek: Sławomir Cenckiewicz w tekście „Melchiora Wańkowicza kręta droga do Polski Ludowej” próbował dowieść, że Wańkowicz został przez komunistów uwiedziony, a nawet przekupiony. Dowodem miała być willa „ofiarowana w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi przez komunistów”.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: To oczywista bzdura. Wywołała protest m.in. Jana Sawy, który doglądał budowy (pod koniec życia pisarza) domu na Studenckiej. To sprostowanie ukazało się w „Biuletynie IPN”, gdzie się pierwotnie ukazał artykuł, ale już nie powtórzył go „Tygodnik Powszechny,” który wcześniej powtórzył „rewelacje” Cenckiewicza.


Newsweek: Wańkowicz popełnił błąd wracając w 1958 roku do Polski?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Dobrze, że wrócił, bo ukazały się jego książki jak „Monte Cassino”, „Ziele na kraterze” i inne. Gdyby został i umarł na emigracji, kiedy by się ukazały? Po 1989 roku? Do kogo by trafiły, w jakim nakładzie by zostały wydane? Tymczasem pomogły narodowi przetrwać trudne lata komunizmu. „Monte Cassino” stało się niemal jak biblia narodowa.


Newsweek: Dlaczego właściwie wrócił? 
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Wrócił do czytelników. Żył w Stanach w biedzie, Zofia Wańkowiczowa sprzątała po domach. Nie miał warunków do pisania i nie miał gdzie drukować. Dobrze, ze wrócił. Dobrze dla niego, dobrze dla czytelników, dobrze dla literatury polskiej.

Newsweek: Nigdy tego nie żałował? Nawet w 1964 roku, w trakcie swojego procesu?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Nigdy. Pisał do Giedroycia (3 listopada 1963 roku): „Ani chwili nie żałuję decyzji powrotu do Polski i życie by mi się urwało, gdybym musiał z niej wyjechać”.


*
Częsć 2

NEWSWEEK, 10 GRUDNIA 2009

Kontynuujemy wywiad o Melchiorze Wańkowiczu przeprowadzony z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, ostatnią sekretarką publicysty.


Newsweek: W tym roku minęła 35. rocznica śmierci pisarza, wydawnictwo Prószyński przygotowało wydanie jego dzieł zebranych w szesnastu tomach. Ale o Wańkowiczu mało się mówi. Dlaczego?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: O wielu pisarzach nie mówi się wiele, gdy mija 30 lat od ich śmierci. W Ameryce nie mówi się wiele np. o Hemingwayu. Kilka lat temu właśnie w Stanach Zjednoczonych przetoczyła się w prasie dyskusja na temat Hemingwaya. Według przeprowadzonych sondaży Hemingway jest wielkim nazwiskiem dla średniego i starszego pokolenia Amerykanów, ale już młodzi znają go głównie ze słyszenia, czasami z lektury jednej książki. Powstało natomiast wiele filmów opartych na jego książkach lub w których przywoływany jest sam autor „Pożegnania z bronią”. Telewizja pokazuje czasami film o bitwie o Monte Cassino Jerzego Passendorfera, jest film Bohdana Poręby „Hubal”, jest film Piotra Morawskiego „Mój pradziad Wańkowicz”, film Jerzego Wójcika „Wrota Europy” na podstawie „Szpitala w Cichiniczach”. Znane są słowa Wańkowicza, jak „chciejstwo”, ”kundlizm”, są szkoły jego imienia, w tym Wyższa Szkoła Dziennikarska, mamy nagrodę tzw.
Melchiory za najlepszy reportaż radiowy, są ulice jego imienia.

Newsweek: W polskiej kulturze funkcjonuje mit Wańkowicza w oderwaniu od jego spuścizny literackiej. Czy w takim wypadku ma w ogóle szanse stać się klasykiem?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Mit ma swoje podłoże i recepcję, a twórczość swoją. Często pomagają sobie nawzajem, nieraz przeszkadzają.


Newsweek: Czy w przypadku Wańkowicza jednak przede wszystkim nie przeszkadzają? Tak jak choćby w wypadku Witkacego.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Ma pan rację. Tyle jest krytycyzmu, czasami wręcz ataków, że one przysłaniają twórczość pisarza. Wciąż się dyskutuje, czy dobrze, czy źle, że wrócił do Polski. Często są to dyskusje jałowe i nie starcza już jakby miejsca i temperamentu na skupienie się na książkach i ich przesłaniu.


Newsweek: Czy można nazwać Wańkowicza ojcem polskiego reportażu? Właściwie go stworzył, ale też nie doczekał się bezpośrednich następców.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Wańkowicz słusznie uznawany jest za ojca reportażu polskiego. Jego kresowa szlachecka przeszłość, jego słownictwo nie mogło znaleźć „bezpośrednich” następców. Doczekał się tego, że reportaż w Polsce zakwitł i obrósł dużymi nazwiskami. Ryszard Kapuściński nieraz przywoływał nazwisko autora „Sztafety”, książki, którą wyjątkowo cenił.


Newsweek: Może problem polega na tym, że – jak pisze pani w swojej książce - „Wańkowicz był istotnie reporterem spraw pozytywnych, świadczy o tym nie tylko wielki, nawet zbyt wielki, jak się okazało, optymizm w „Sztafecie”, ale i treść „Tworzywa”, gdzie po raz pierwszy w literaturze polskiej bohaterowie emigranci nie tylko nie upadają, nie marnieją, ale odnoszą sukcesy”. My chyba jednak wolimy martyrologię i nam tu ten optymizm Wańkowicza nie pasuje.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Na pewno wolimy cierpiętnictwo i melancholię...


Newsweek: „Pisarz zaangażowany musi wierzyć w to, co pisze, szczerze kochać, szczerze nienawidzić” - pisał Wańkowicz. Jak to się ma do przekonania, że reporter powinien pozostać obiektywny?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Często trudno jest być obiektywnym, ale oczywiście powinno to nam przyświecać. Szkoła dziennikarstwa amerykańskiego starannie uczy odłączenia emocji od pisarstwa. Książki żyją własnym życiem i to czytelnicy nadają im własny odbiór.


Newsweek: „Bitwa o Monte Cassino” otworzyła w Polsce nowy rozdział wielkiego współczesnego reportażu wojennego. Ale też po latach okazało się, że Wańkowicz wyolbrzymił rolę podporucznika Jana Kochanowskiego, na którego relacji oparł swój tekst...
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Sprawa innego naświetlenia zdobycia Widma i roli Jana Kochanowskiego i Zdzisława Starosteckiego, o której piszę w swojej książce, powstała nie w zamierzeniu, bo pisarz dowiedział się o całej sprawie po latach


Newsweek: Podobnie w „Westerplatte” nie ma wzmianki o prawdziwej roli zastępcy majora Sucharskiego, kapitana Franciszka Dąbrowskiego, który był dowódcą obrony. Okazuje się, że najlepiej znane książki Wańkowicza nie mają takiej wartości historycznej, jak myśleliśmy. To też nie umacnia jego pozycji.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: O roli Dąbrowskiego w Westerplatte wszyscy dowiedzieliśmy się także dopiero po latach. Książki Wańkowicza nadały rozgłos Hubalowi, Westerplatte. Odegrały swoją, niezwykle ważną rolę. „Bitwa Monte Cassino”, gdzie pisarz był korespondentem wojennym, pozostanie zaś wspaniałym reportażem wojennym i jest już klasyką.


Newsweek: W pełni się zgadzam. Chodzi mi jednak o to, że przez wiele lat traktowaliśmy te książki jako źródło prawdy historycznej, a Wańkowicza często wyłącznie jako pisarza historycznego. Teraz już nie możemy.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: I dobrze. Niech zaczną żyć tylko własnym życiem „Szczenięcie lata” czy „Ziele na kraterze”.


Newsweek: Dlaczego Wańkowicz poszedł na kompromis z komunistami i zgodził się na wydanie ocenzurowanej wersji „Monte Cassino”?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Zachęcam wszystkich szperaczy do porównania wydań, myślę, że ich trochę zaskoczą wnioski. Obraz samej bitwy został wiernie zachowany. Wańkowicz dał narodowi obraz ważnej bitwy. Książka ta dla wielu stała się strawą pomagającą przeżyć lata komunizmu. Zmiany polegały na naprawdę niewielkich usunięciach fragmentów dotyczących łagrów czy dotyczących formułowania się w Sowietach wojska Andersa.


Newsweek: Jaki Wańkowicz był prywatnie?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Znałam go ledwie ponad dwa lata, z tego ostatni rok pracowałam jako jego sekretarka i asystentka. Wańkowicz miał kłopoty ze zdrowiem, które się nasilały, przeszedł ciężką operację i ścigał się z czasem, chciał skończyć rozpoczętą ważną dla siebie książkę. Ostatnie dziesięć miesięcy walczył z postępującym stanem nieuleczalnej choroby. Pracował całymi dniami i tego także oczekiwał od de mnie, 23-letniej osoby. W tak młodym wieku podporządkowanie się intensywnej pracy jest dobrą lekcją na przyszłe lata.


Newsweek: Roman Brandstaetter powiedział: „Zaobserwujcie, jak Wańkowicz słucha”. Czy w tym kryje się tajemnica mistrzostwa Wańkowicza?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Umiał słuchać. Umiał sam mówić także. Gdybyśmy wszyscy posiedli sztukę słuchania, nie tylko pisarze i ich dzieła by na tym skorzystały, ale i związki rodzinne czy przyjaźni może byłyby głębsze.


Aleksandra Ziółkowka-Boehm (ur. 1949) – ostatnia asystentka Melchiora Wańkowicza, redaktor jego dzieł zebranych, autorka książki „Na tropach Wańkowicza... po latach”. Pisarka i reporterka. Wydała m.in. „Nie tylko Ameryka”, „Podróże z moją kotką” oraz „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon”. Mieszka w Stanach Zjednoczonych.