czwartek, 9 lutego 2017

Sobiepan Wankowicz Max Fuzowski Newsweek





O Melchiorze Wańkowiczu, jego powrocie do Polski oraz zarzutach o współpracy pisarza z PRL-owskimi władzami z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, ostatnią sekretarz Wańkowicza, autorką książki „Na tropach Wańkowicza... po latach” rozmawia Max Fuzowski.



NEWSWEEK POLSKA  8 GRUDNIA  2009

Sobiepan Wańkowicz - rozmowa z 

Aleksandrą Ziółkowską-Boehm (cz. I)



rozmawiał Max Fuzowski


O Melchiorze Wańkowiczu, jego powrocie do Polski oraz zarzutach o współpracy pisarza z PRL-owskimi władzami z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, ostatnią sekretarz Wańkowicza, autorką książki „Na tropach Wańkowicza... po latach” rozmawia Max Fuzowski.

Newsweek: W „Na tropach Wańkowicza… po latach” opisała pani notatki bezpieki dotyczące Melchiora Wańkowicza. Jeśli wierzyć donosom Wańkowicz nie był lubiany przez kolegów pisarzy, ani tych w Polsce, ani na emigracji. Dlaczego?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Zazdroszczono mu ogromnej popularności, rzeszy czytelników, którzy go cenili za jego postawę, za tematykę książek.
Czytelnicy go wręcz uwielbiali.

Newsweek: „Jednych drażni literackim sobiepaństwem, u drugich budzi zawiść. Jest za wydajny, siedzi „na boku” i sam sobie jakoś rządzi” - pisał „Dziennik Polski” w 1956 roku. To dobra charakterystyka Wańkowicza?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Dobra. Wańkowicz zawsze chadzał własnymi ścieżkami i nie dał się zaszufladkować. Nie należał do grup literackich, politycznych, był zbyt kanciasty i zbyt niezależny. Można to nazwać także sobiepaństwem.



Newsweek: Dlatego nigdy nie dostał żadnej nagrody? Zarówno w Polsce, jak i za granicą?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Nie dostał w Polsce przedwojennej za np. „Na tropach Smętka”, na emigracji np. za „Bitwę o Monte Cassino”, ani też po powrocie do kraju nie dostał żadnej nagrody państwowej.
Aby dostać nagrodę trzeba być wytypowanym przez jakąś grupę czy stowarzyszenie. Wańkowicz jakby zbyt drażnił sobą, nieraz sam to wywoływał. Po napisaniu „Bitwy o Monte Cassino”, gdzie podbił narodowy bębenek, wydał książkę „Kundlizm”, gdzie umieścił motto „szewc zazdrości kanonikowi, ze prałatem został”. Pisał, że w czasach zagrożenia naród się jednoczy i jest bohaterski, a w czasie, kiedy trzeba się wziąć do pracy, jest niemal siedliskiem kundli. Jak można go było poprzeć, kiedy takie stwierdzenie wielu bolało czy obrażało?


Newsweek: Skąd się wziął spór Wańkowicza z Giedroyciem?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Giedroyc wydał jako jedną z pierwszych w Instytucie Literackim książkę Wańkowicza „Klub Trzeciego Miejsca”, i współpraca miedzy pisarzem a redaktorem układała się jakiś czas dobrze. Z czasem Giedroyc przyjął wyraźną linię polityczną i Wańkowicz nie chciał do niej należeć. Był zadziorny i dalej chadzał własnymi ścieżkami. Np. nie podpisał oświadczenia, że nie będzie pisał do kraju. Zależało mu na czytelniku i na wydawaniu książek, nie chciał, by mu ktokolwiek narzucał linię polityczną.


Newsweek: Wańkowicz był opleciony gęstą siecią agentów. Donosili na niego Dominik Horodyński, Andrzej Szczypiorski, Jerzy Wańkowicz, Jerzy Putrament czy Kazimierz Koźniewski. Wańkowicz nie był tego świadomy?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Myślę, że nie był, choć Koźniewskiego „przejrzał” w czasie procesu 1964 roku, kiedy ten ze świadka obrony stał się świadkiem oskarżenia. Przyjaciel domu, kolega córek, którego Zofia Wańkowiczowa zatrudniła w czasie okupacji, zadziwił Wańkowicza swoimi zeznaniami i pisarz napisał na ten temat specjalny pitaval, który porozsyłał do wielu ludzi nazywając Koźniewskiego „kapusiem”. Nie myślę, by jednak zakładał, ze pozostałe wymienione przez pana osoby donosiły na niego czy na innych.


Newsweek: Wańkowicz szukał za to szukał agentów wśród najbliższych przyjaciół. Pawła Jasienicę na łożu śmierci miał spytać o to, czy ten nie był agentem...
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Mam w książce rozdział poświęcony temu tematowi. Pokazuję „stronę Wańkowicza”. Sprawę tę przypomniał, a przede wszystkim jednoznacznie negatywnie nagłośnił Bartoszewski – jak piszę - opierając ją na rozmowie z Jasienicą i na słowach jego żony. Uważam, ze interpretacje tej sprawy zawdzięcza się głównie TW „Ewie”, która donosiła na Wańkowicza jeszcze zanim została żoną Jasienicy. Zofia O’Bretenny nie znosiła Wańkowicza od lat. W trakcie procesu 1964 roku, czyli pięć lat zanim została żoną Jasienicy, cztery lata zanim jeszcze Gomułka rzucił swoje oskarżenie na Pawła Jasienicę, już pisała na autora „Monte Cassino” swoje raporty. Czytałam te raporty w archiwum IPN. Wyraźnie drażniła ją wieloletnia przyjaźń między pisarzami, i po poślubieniu Jasienicy chciała ją rozbić. A była to przyjaźń wypróbowana. Obydwaj w 1964 roku złożyli w Komorowie wizytę Marii Dąbrowskiej, która w swoich „Dziennikach” napisała o odwiedzinach „panów z „Listu 34”".


Newsweek: „Należy do gatunku ludzi o szczególnym zainteresowaniu w osiąganiu osobistych korzyści materialnych. Obok względu natury patriotycznej ogromnie mu zależy na utrzymaniu stałego kontaktu z wydawnictwami w kraju w celach zarobkowych” - pisał w raporcie dla bezpieki Jerzy Wańkowicz. To nie była odosobniona opinia o Melchiorze Wańkowiczu.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Każdemu pisarzowi zależy na wydawaniu. Po to się pisze książki, by je wydawać. Z czego pisarz ma żyć? Hydraulik czy stolarz żyje z pracy, którą wykonuje, dlaczego pisarz ma nie żyć z tego, co pisze i co się ukaże? Szczególnie tak płodny i popularny pisarz, jakim był autor „Ziela na kraterze”.


Newsweek: „Nigdy nie myślałem, ile co kosztuje, a szczególnie jedzenie, Ono rosło! Pan Bóg dawał jaja, drób, zboże za darmo i jeszcze dziś mam poczucie darmowości. Koniak chyba leci u mnie ze skały” - mówił Wańkowicz. To pokazuje, że potrzeby miał jednak większe od typowego Polaka mieszkającego w PRL-u.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Wiele osób ma potrzeby większe niż może sobie pozwolić. Wańkowicz w PRL po powrocie nareszcie nie musiał się martwic o codzienne życie. Przed wojną wynajął słynny „Domeczek” na Dziennikarskiej. Przenieśli się z żoną i córkami do mieszkania na Mianowskiego, bo nie stać ich było na spłaty kredytu. Dopiero w czasie okupacji pani Zofia tam zamieszkała ponownie, wynajmowała pokoje lokatorom. W PRL stać ich było na płacenie czynszu tzw. kwaterunkowego mieszkania na rogu Puławskiej i Rakowieckiej (dwa pokoje z alkową). Chcę powiedzieć, że Wańkowicz miał przyznane w Ameryce tzw. social security, najniższe, bo nie wypracował, ale każdemu obywatelowi USA po 65 roku życia należy się zawsze pewna suma renty. Wtedy w Polsce nawet najmniejsza suma, czyli 100 dolarów, to było bardzo dużo. Żyło się bodaj za ok. 20 dolarów miesięcznie. Czyli nie tyle nakłady książek, które dawały pewne pieniądze, ale comiesięczne amerykańskie social security pozwalało im obojgu żyć na takim poziomie, by się nie martwić o ceny żywności czy koniaku. Chcę zaznaczy, że Wańkowicz był jednocześnie człowiekiem oszczędnym, irytował się na moje niepogaszone lampy itd. Miał takie jakby protestanckie podejście, że pieniędzy się nie rozrzuca, ale jest się szczodrym, gdy trzeba. Pisarz wspierał regularnie niemałymi sumami opozycję. Cytuję w książce wypowiedź Jana Olszewskiego, cytuję wypowiedź Andrzeja Friszke, który napisał o tym we wstępie do książki Jana Józefa Lipskiego „KOR”. Pisarz zostawił także niemały zapis pieniężny właśnie na „represjonowanych politycznie”. Zrobił to bez rozgłosu i nikt o tym nie wiedział aż do lat po roku 1989, kiedy napisałam o tym w paryskiej „Kulturze” i w „Więzi”.


Newsweek: Sławomir Cenckiewicz w tekście „Melchiora Wańkowicza kręta droga do Polski Ludowej” próbował dowieść, że Wańkowicz został przez komunistów uwiedziony, a nawet przekupiony. Dowodem miała być willa „ofiarowana w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi przez komunistów”.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: To oczywista bzdura. Wywołała protest m.in. Jana Sawy, który doglądał budowy (pod koniec życia pisarza) domu na Studenckiej. To sprostowanie ukazało się w „Biuletynie IPN”, gdzie się pierwotnie ukazał artykuł, ale już nie powtórzył go „Tygodnik Powszechny,” który wcześniej powtórzył „rewelacje” Cenckiewicza.


Newsweek: Wańkowicz popełnił błąd wracając w 1958 roku do Polski?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Dobrze, że wrócił, bo ukazały się jego książki jak „Monte Cassino”, „Ziele na kraterze” i inne. Gdyby został i umarł na emigracji, kiedy by się ukazały? Po 1989 roku? Do kogo by trafiły, w jakim nakładzie by zostały wydane? Tymczasem pomogły narodowi przetrwać trudne lata komunizmu. „Monte Cassino” stało się niemal jak biblia narodowa.


Newsweek: Dlaczego właściwie wrócił? 
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Wrócił do czytelników. Żył w Stanach w biedzie, Zofia Wańkowiczowa sprzątała po domach. Nie miał warunków do pisania i nie miał gdzie drukować. Dobrze, ze wrócił. Dobrze dla niego, dobrze dla czytelników, dobrze dla literatury polskiej.

Newsweek: Nigdy tego nie żałował? Nawet w 1964 roku, w trakcie swojego procesu?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Nigdy. Pisał do Giedroycia (3 listopada 1963 roku): „Ani chwili nie żałuję decyzji powrotu do Polski i życie by mi się urwało, gdybym musiał z niej wyjechać”.


*
Częsć 2

NEWSWEEK, 10 GRUDNIA 2009

Kontynuujemy wywiad o Melchiorze Wańkowiczu przeprowadzony z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, ostatnią sekretarką publicysty.


Newsweek: W tym roku minęła 35. rocznica śmierci pisarza, wydawnictwo Prószyński przygotowało wydanie jego dzieł zebranych w szesnastu tomach. Ale o Wańkowiczu mało się mówi. Dlaczego?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: O wielu pisarzach nie mówi się wiele, gdy mija 30 lat od ich śmierci. W Ameryce nie mówi się wiele np. o Hemingwayu. Kilka lat temu właśnie w Stanach Zjednoczonych przetoczyła się w prasie dyskusja na temat Hemingwaya. Według przeprowadzonych sondaży Hemingway jest wielkim nazwiskiem dla średniego i starszego pokolenia Amerykanów, ale już młodzi znają go głównie ze słyszenia, czasami z lektury jednej książki. Powstało natomiast wiele filmów opartych na jego książkach lub w których przywoływany jest sam autor „Pożegnania z bronią”. Telewizja pokazuje czasami film o bitwie o Monte Cassino Jerzego Passendorfera, jest film Bohdana Poręby „Hubal”, jest film Piotra Morawskiego „Mój pradziad Wańkowicz”, film Jerzego Wójcika „Wrota Europy” na podstawie „Szpitala w Cichiniczach”. Znane są słowa Wańkowicza, jak „chciejstwo”, ”kundlizm”, są szkoły jego imienia, w tym Wyższa Szkoła Dziennikarska, mamy nagrodę tzw.
Melchiory za najlepszy reportaż radiowy, są ulice jego imienia.

Newsweek: W polskiej kulturze funkcjonuje mit Wańkowicza w oderwaniu od jego spuścizny literackiej. Czy w takim wypadku ma w ogóle szanse stać się klasykiem?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Mit ma swoje podłoże i recepcję, a twórczość swoją. Często pomagają sobie nawzajem, nieraz przeszkadzają.


Newsweek: Czy w przypadku Wańkowicza jednak przede wszystkim nie przeszkadzają? Tak jak choćby w wypadku Witkacego.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Ma pan rację. Tyle jest krytycyzmu, czasami wręcz ataków, że one przysłaniają twórczość pisarza. Wciąż się dyskutuje, czy dobrze, czy źle, że wrócił do Polski. Często są to dyskusje jałowe i nie starcza już jakby miejsca i temperamentu na skupienie się na książkach i ich przesłaniu.


Newsweek: Czy można nazwać Wańkowicza ojcem polskiego reportażu? Właściwie go stworzył, ale też nie doczekał się bezpośrednich następców.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Wańkowicz słusznie uznawany jest za ojca reportażu polskiego. Jego kresowa szlachecka przeszłość, jego słownictwo nie mogło znaleźć „bezpośrednich” następców. Doczekał się tego, że reportaż w Polsce zakwitł i obrósł dużymi nazwiskami. Ryszard Kapuściński nieraz przywoływał nazwisko autora „Sztafety”, książki, którą wyjątkowo cenił.


Newsweek: Może problem polega na tym, że – jak pisze pani w swojej książce - „Wańkowicz był istotnie reporterem spraw pozytywnych, świadczy o tym nie tylko wielki, nawet zbyt wielki, jak się okazało, optymizm w „Sztafecie”, ale i treść „Tworzywa”, gdzie po raz pierwszy w literaturze polskiej bohaterowie emigranci nie tylko nie upadają, nie marnieją, ale odnoszą sukcesy”. My chyba jednak wolimy martyrologię i nam tu ten optymizm Wańkowicza nie pasuje.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Na pewno wolimy cierpiętnictwo i melancholię...


Newsweek: „Pisarz zaangażowany musi wierzyć w to, co pisze, szczerze kochać, szczerze nienawidzić” - pisał Wańkowicz. Jak to się ma do przekonania, że reporter powinien pozostać obiektywny?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Często trudno jest być obiektywnym, ale oczywiście powinno to nam przyświecać. Szkoła dziennikarstwa amerykańskiego starannie uczy odłączenia emocji od pisarstwa. Książki żyją własnym życiem i to czytelnicy nadają im własny odbiór.


Newsweek: „Bitwa o Monte Cassino” otworzyła w Polsce nowy rozdział wielkiego współczesnego reportażu wojennego. Ale też po latach okazało się, że Wańkowicz wyolbrzymił rolę podporucznika Jana Kochanowskiego, na którego relacji oparł swój tekst...
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Sprawa innego naświetlenia zdobycia Widma i roli Jana Kochanowskiego i Zdzisława Starosteckiego, o której piszę w swojej książce, powstała nie w zamierzeniu, bo pisarz dowiedział się o całej sprawie po latach


Newsweek: Podobnie w „Westerplatte” nie ma wzmianki o prawdziwej roli zastępcy majora Sucharskiego, kapitana Franciszka Dąbrowskiego, który był dowódcą obrony. Okazuje się, że najlepiej znane książki Wańkowicza nie mają takiej wartości historycznej, jak myśleliśmy. To też nie umacnia jego pozycji.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: O roli Dąbrowskiego w Westerplatte wszyscy dowiedzieliśmy się także dopiero po latach. Książki Wańkowicza nadały rozgłos Hubalowi, Westerplatte. Odegrały swoją, niezwykle ważną rolę. „Bitwa Monte Cassino”, gdzie pisarz był korespondentem wojennym, pozostanie zaś wspaniałym reportażem wojennym i jest już klasyką.


Newsweek: W pełni się zgadzam. Chodzi mi jednak o to, że przez wiele lat traktowaliśmy te książki jako źródło prawdy historycznej, a Wańkowicza często wyłącznie jako pisarza historycznego. Teraz już nie możemy.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: I dobrze. Niech zaczną żyć tylko własnym życiem „Szczenięcie lata” czy „Ziele na kraterze”.


Newsweek: Dlaczego Wańkowicz poszedł na kompromis z komunistami i zgodził się na wydanie ocenzurowanej wersji „Monte Cassino”?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Zachęcam wszystkich szperaczy do porównania wydań, myślę, że ich trochę zaskoczą wnioski. Obraz samej bitwy został wiernie zachowany. Wańkowicz dał narodowi obraz ważnej bitwy. Książka ta dla wielu stała się strawą pomagającą przeżyć lata komunizmu. Zmiany polegały na naprawdę niewielkich usunięciach fragmentów dotyczących łagrów czy dotyczących formułowania się w Sowietach wojska Andersa.


Newsweek: Jaki Wańkowicz był prywatnie?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Znałam go ledwie ponad dwa lata, z tego ostatni rok pracowałam jako jego sekretarka i asystentka. Wańkowicz miał kłopoty ze zdrowiem, które się nasilały, przeszedł ciężką operację i ścigał się z czasem, chciał skończyć rozpoczętą ważną dla siebie książkę. Ostatnie dziesięć miesięcy walczył z postępującym stanem nieuleczalnej choroby. Pracował całymi dniami i tego także oczekiwał od de mnie, 23-letniej osoby. W tak młodym wieku podporządkowanie się intensywnej pracy jest dobrą lekcją na przyszłe lata.


Newsweek: Roman Brandstaetter powiedział: „Zaobserwujcie, jak Wańkowicz słucha”. Czy w tym kryje się tajemnica mistrzostwa Wańkowicza?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Umiał słuchać. Umiał sam mówić także. Gdybyśmy wszyscy posiedli sztukę słuchania, nie tylko pisarze i ich dzieła by na tym skorzystały, ale i związki rodzinne czy przyjaźni może byłyby głębsze.


Aleksandra Ziółkowka-Boehm (ur. 1949) – ostatnia asystentka Melchiora Wańkowicza, redaktor jego dzieł zebranych, autorka książki „Na tropach Wańkowicza... po latach”. Pisarka i reporterka. Wydała m.in. „Nie tylko Ameryka”, „Podróże z moją kotką” oraz „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon”. Mieszka w Stanach Zjednoczonych.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza