O Melchiorze Wańkowiczu, jego powrocie do Polski oraz zarzutach o współpracy pisarza z PRL-owskimi władzami z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, ostatnią sekretarz Wańkowicza, autorką książki „Na tropach Wańkowicza... po latach” rozmawia Max Fuzowski.
NEWSWEEK POLSKA
8 GRUDNIA 2009
Sobiepan Wańkowicz - rozmowa z
Aleksandrą Ziółkowską-Boehm (cz. I)
rozmawiał Max Fuzowski
O Melchiorze Wańkowiczu, jego
powrocie do Polski oraz zarzutach o współpracy pisarza z PRL-owskimi władzami z
Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, ostatnią sekretarz Wańkowicza, autorką książki „Na
tropach Wańkowicza... po latach” rozmawia Max Fuzowski.
Newsweek: W „Na tropach
Wańkowicza… po latach” opisała pani notatki bezpieki dotyczące Melchiora
Wańkowicza. Jeśli wierzyć donosom Wańkowicz nie był lubiany przez kolegów
pisarzy, ani tych w Polsce, ani na emigracji. Dlaczego?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Zazdroszczono mu ogromnej popularności, rzeszy
czytelników, którzy go cenili za jego postawę, za tematykę książek. Czytelnicy
go wręcz uwielbiali.
Newsweek: „Jednych drażni
literackim sobiepaństwem, u drugich budzi zawiść. Jest za wydajny, siedzi „na
boku” i sam sobie jakoś rządzi” - pisał „Dziennik Polski” w 1956 roku. To dobra
charakterystyka Wańkowicza?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Dobra. Wańkowicz zawsze chadzał własnymi ścieżkami
i nie dał się zaszufladkować. Nie należał do grup literackich, politycznych,
był zbyt kanciasty i zbyt niezależny. Można to nazwać także sobiepaństwem.
Newsweek: Dlatego nigdy
nie dostał żadnej nagrody? Zarówno w Polsce, jak i za granicą?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Nie dostał w Polsce przedwojennej za np. „Na
tropach Smętka”, na emigracji np. za „Bitwę o Monte Cassino”, ani też po
powrocie do kraju nie dostał żadnej nagrody państwowej.
Aby dostać nagrodę trzeba być wytypowanym przez jakąś grupę czy stowarzyszenie.
Wańkowicz jakby zbyt drażnił sobą, nieraz sam to wywoływał. Po napisaniu „Bitwy
o Monte Cassino”, gdzie podbił narodowy bębenek, wydał książkę „Kundlizm”,
gdzie umieścił motto „szewc zazdrości kanonikowi, ze prałatem został”. Pisał,
że w czasach zagrożenia naród się jednoczy i jest bohaterski, a w czasie, kiedy
trzeba się wziąć do pracy, jest niemal siedliskiem kundli. Jak można go było
poprzeć, kiedy takie stwierdzenie wielu bolało czy obrażało?
Newsweek: Skąd się wziął
spór Wańkowicza z Giedroyciem?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Giedroyc wydał jako jedną z pierwszych w
Instytucie Literackim książkę Wańkowicza „Klub Trzeciego Miejsca”, i współpraca
miedzy pisarzem a redaktorem układała się jakiś czas dobrze. Z czasem Giedroyc
przyjął wyraźną linię polityczną i Wańkowicz nie chciał do niej należeć. Był
zadziorny i dalej chadzał własnymi ścieżkami. Np. nie podpisał oświadczenia, że
nie będzie pisał do kraju. Zależało mu na czytelniku i na wydawaniu książek,
nie chciał, by mu ktokolwiek narzucał linię polityczną.
Newsweek: Wańkowicz był
opleciony gęstą siecią agentów. Donosili na niego Dominik Horodyński, Andrzej
Szczypiorski, Jerzy Wańkowicz, Jerzy Putrament czy Kazimierz Koźniewski.
Wańkowicz nie był tego świadomy?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Myślę, że nie był, choć Koźniewskiego „przejrzał”
w czasie procesu 1964 roku, kiedy ten ze świadka obrony stał się świadkiem
oskarżenia. Przyjaciel domu, kolega córek, którego Zofia Wańkowiczowa
zatrudniła w czasie okupacji, zadziwił Wańkowicza swoimi zeznaniami i pisarz
napisał na ten temat specjalny pitaval, który porozsyłał do wielu ludzi nazywając
Koźniewskiego „kapusiem”. Nie myślę, by jednak zakładał, ze pozostałe
wymienione przez pana osoby donosiły na niego czy na innych.
Newsweek: Wańkowicz
szukał za to szukał agentów wśród najbliższych przyjaciół. Pawła Jasienicę na
łożu śmierci miał spytać o to, czy ten nie był agentem...
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Mam w książce rozdział poświęcony temu tematowi.
Pokazuję „stronę Wańkowicza”. Sprawę tę przypomniał, a przede wszystkim
jednoznacznie negatywnie nagłośnił Bartoszewski – jak piszę - opierając ją na
rozmowie z Jasienicą i na słowach jego żony. Uważam, ze interpretacje tej
sprawy zawdzięcza się głównie TW „Ewie”, która donosiła na Wańkowicza jeszcze
zanim została żoną Jasienicy. Zofia O’Bretenny nie znosiła Wańkowicza od lat. W
trakcie procesu 1964 roku, czyli pięć lat zanim została żoną Jasienicy, cztery
lata zanim jeszcze Gomułka rzucił swoje oskarżenie na Pawła Jasienicę, już
pisała na autora „Monte Cassino” swoje raporty. Czytałam te raporty w archiwum
IPN. Wyraźnie drażniła ją wieloletnia przyjaźń między pisarzami, i po
poślubieniu Jasienicy chciała ją rozbić. A była to przyjaźń wypróbowana.
Obydwaj w 1964 roku złożyli w Komorowie wizytę Marii Dąbrowskiej, która w
swoich „Dziennikach” napisała o odwiedzinach „panów z „Listu 34”".
Newsweek: „Należy do
gatunku ludzi o szczególnym zainteresowaniu w osiąganiu osobistych korzyści
materialnych. Obok względu natury patriotycznej ogromnie mu zależy na
utrzymaniu stałego kontaktu z wydawnictwami w kraju w celach zarobkowych” -
pisał w raporcie dla bezpieki Jerzy Wańkowicz. To nie była odosobniona opinia o
Melchiorze Wańkowiczu.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Każdemu pisarzowi zależy na wydawaniu. Po to się
pisze książki, by je wydawać. Z czego pisarz ma żyć? Hydraulik czy stolarz żyje
z pracy, którą wykonuje, dlaczego pisarz ma nie żyć z tego, co pisze i co się
ukaże? Szczególnie tak płodny i popularny pisarz, jakim był autor „Ziela na
kraterze”.
Newsweek: „Nigdy nie
myślałem, ile co kosztuje, a szczególnie jedzenie, Ono rosło! Pan Bóg dawał
jaja, drób, zboże za darmo i jeszcze dziś mam poczucie darmowości. Koniak chyba
leci u mnie ze skały” - mówił Wańkowicz. To pokazuje, że potrzeby miał jednak
większe od typowego Polaka mieszkającego w PRL-u.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Wiele osób ma potrzeby większe niż może sobie
pozwolić. Wańkowicz w PRL po powrocie nareszcie nie musiał się martwic o
codzienne życie. Przed wojną wynajął słynny „Domeczek” na Dziennikarskiej.
Przenieśli się z żoną i córkami do mieszkania na Mianowskiego, bo nie stać ich
było na spłaty kredytu. Dopiero w czasie okupacji pani Zofia tam zamieszkała
ponownie, wynajmowała pokoje lokatorom. W PRL stać ich było na płacenie czynszu
tzw. kwaterunkowego mieszkania na rogu Puławskiej i Rakowieckiej (dwa pokoje z
alkową). Chcę powiedzieć, że Wańkowicz miał przyznane w Ameryce tzw. social
security, najniższe, bo nie wypracował, ale każdemu obywatelowi USA po 65 roku
życia należy się zawsze pewna suma renty. Wtedy w Polsce nawet najmniejsza
suma, czyli 100 dolarów, to było bardzo dużo. Żyło się bodaj za ok. 20 dolarów
miesięcznie. Czyli nie tyle nakłady książek, które dawały pewne pieniądze, ale
comiesięczne amerykańskie social security pozwalało im obojgu żyć na takim
poziomie, by się nie martwić o ceny żywności czy koniaku. Chcę zaznaczy, że
Wańkowicz był jednocześnie człowiekiem oszczędnym, irytował się na moje
niepogaszone lampy itd. Miał takie jakby protestanckie podejście, że pieniędzy
się nie rozrzuca, ale jest się szczodrym, gdy trzeba. Pisarz wspierał
regularnie niemałymi sumami opozycję. Cytuję w książce wypowiedź Jana
Olszewskiego, cytuję wypowiedź Andrzeja Friszke, który napisał o tym we wstępie
do książki Jana Józefa Lipskiego „KOR”. Pisarz zostawił także niemały zapis
pieniężny właśnie na „represjonowanych politycznie”. Zrobił to bez rozgłosu i
nikt o tym nie wiedział aż do lat po roku 1989, kiedy napisałam o tym w
paryskiej „Kulturze” i w „Więzi”.
Newsweek: Sławomir
Cenckiewicz w tekście „Melchiora Wańkowicza kręta droga do Polski Ludowej”
próbował dowieść, że Wańkowicz został przez komunistów uwiedziony, a nawet
przekupiony. Dowodem miała być willa „ofiarowana w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi
przez komunistów”.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: To oczywista bzdura. Wywołała protest m.in. Jana
Sawy, który doglądał budowy (pod koniec życia pisarza) domu na Studenckiej. To sprostowanie ukazało się w
„Biuletynie IPN”, gdzie się pierwotnie ukazał artykuł, ale już nie powtórzył go
„Tygodnik Powszechny,” który wcześniej powtórzył „rewelacje” Cenckiewicza.
Newsweek: Wańkowicz
popełnił błąd wracając w 1958 roku do Polski?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Dobrze, że wrócił, bo ukazały się jego książki jak
„Monte Cassino”, „Ziele na kraterze” i inne. Gdyby został i umarł na emigracji,
kiedy by się ukazały? Po 1989 roku? Do kogo by trafiły, w jakim nakładzie by
zostały wydane? Tymczasem pomogły narodowi przetrwać trudne lata komunizmu.
„Monte Cassino” stało się niemal jak biblia narodowa.
Newsweek: Dlaczego
właściwie wrócił?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Wrócił do czytelników. Żył w Stanach w biedzie,
Zofia Wańkowiczowa sprzątała po domach. Nie miał warunków do pisania i nie miał
gdzie drukować. Dobrze, ze wrócił. Dobrze dla niego, dobrze dla czytelników,
dobrze dla literatury polskiej.
Newsweek: Nigdy tego nie
żałował? Nawet w 1964 roku, w trakcie swojego procesu?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Nigdy. Pisał do Giedroycia (3 listopada 1963
roku): „Ani chwili nie żałuję decyzji powrotu do Polski i życie by mi się
urwało, gdybym musiał z niej wyjechać”.
*
Częsć 2
NEWSWEEK, 10 GRUDNIA 2009
Kontynuujemy wywiad o
Melchiorze Wańkowiczu przeprowadzony z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, ostatnią
sekretarką publicysty.
Newsweek: W tym roku
minęła 35. rocznica śmierci pisarza, wydawnictwo Prószyński przygotowało
wydanie jego dzieł zebranych w szesnastu tomach. Ale o Wańkowiczu mało się
mówi. Dlaczego?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: O wielu pisarzach nie mówi się wiele, gdy mija 30
lat od ich śmierci. W Ameryce nie mówi się wiele np. o Hemingwayu. Kilka lat
temu właśnie w Stanach Zjednoczonych przetoczyła się w prasie dyskusja na temat
Hemingwaya. Według przeprowadzonych sondaży Hemingway jest wielkim nazwiskiem
dla średniego i starszego pokolenia Amerykanów, ale już młodzi znają go głównie
ze słyszenia, czasami z lektury jednej książki. Powstało natomiast wiele filmów
opartych na jego książkach lub w których przywoływany jest sam autor „Pożegnania
z bronią”. Telewizja pokazuje czasami film o bitwie o Monte Cassino Jerzego
Passendorfera, jest film Bohdana Poręby „Hubal”, jest film Piotra Morawskiego
„Mój pradziad Wańkowicz”, film Jerzego Wójcika „Wrota Europy” na podstawie
„Szpitala w Cichiniczach”. Znane są słowa Wańkowicza, jak „chciejstwo”,
”kundlizm”, są szkoły jego imienia, w tym Wyższa Szkoła Dziennikarska, mamy
nagrodę tzw. Melchiory za najlepszy reportaż radiowy, są ulice jego
imienia.
Newsweek: W polskiej
kulturze funkcjonuje mit Wańkowicza w oderwaniu od jego spuścizny literackiej.
Czy w takim wypadku ma w ogóle szanse stać się klasykiem?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Mit ma swoje podłoże i recepcję, a twórczość
swoją. Często pomagają sobie nawzajem, nieraz przeszkadzają.
Newsweek: Czy w przypadku
Wańkowicza jednak przede wszystkim nie przeszkadzają? Tak jak choćby w wypadku
Witkacego.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Ma pan rację. Tyle jest krytycyzmu, czasami wręcz
ataków, że one przysłaniają twórczość pisarza. Wciąż się dyskutuje, czy dobrze,
czy źle, że wrócił do Polski. Często są to dyskusje jałowe i nie starcza już
jakby miejsca i temperamentu na skupienie się na książkach i ich przesłaniu.
Newsweek: Czy można
nazwać Wańkowicza ojcem polskiego reportażu? Właściwie go stworzył, ale też nie
doczekał się bezpośrednich następców.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Wańkowicz słusznie uznawany jest za ojca reportażu
polskiego. Jego kresowa szlachecka przeszłość, jego słownictwo nie mogło
znaleźć „bezpośrednich” następców. Doczekał się tego, że reportaż w Polsce
zakwitł i obrósł dużymi nazwiskami. Ryszard Kapuściński nieraz przywoływał
nazwisko autora „Sztafety”, książki, którą wyjątkowo cenił.
Newsweek: Może problem
polega na tym, że – jak pisze pani w swojej książce - „Wańkowicz był istotnie
reporterem spraw pozytywnych, świadczy o tym nie tylko wielki, nawet zbyt
wielki, jak się okazało, optymizm w „Sztafecie”, ale i treść „Tworzywa”, gdzie
po raz pierwszy w literaturze polskiej bohaterowie emigranci nie tylko nie
upadają, nie marnieją, ale odnoszą sukcesy”. My chyba jednak wolimy
martyrologię i nam tu ten optymizm Wańkowicza nie pasuje.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Na pewno wolimy cierpiętnictwo i melancholię...
Newsweek: „Pisarz
zaangażowany musi wierzyć w to, co pisze, szczerze kochać, szczerze
nienawidzić” - pisał Wańkowicz. Jak to się ma do przekonania, że reporter
powinien pozostać obiektywny?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Często trudno jest być obiektywnym, ale oczywiście
powinno to nam przyświecać. Szkoła dziennikarstwa amerykańskiego starannie uczy
odłączenia emocji od pisarstwa. Książki żyją własnym życiem i to czytelnicy
nadają im własny odbiór.
Newsweek: „Bitwa o Monte
Cassino” otworzyła w Polsce nowy rozdział wielkiego współczesnego reportażu
wojennego. Ale też po latach okazało się, że Wańkowicz wyolbrzymił rolę
podporucznika Jana Kochanowskiego, na którego relacji oparł swój tekst...
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Sprawa innego naświetlenia zdobycia Widma i roli
Jana Kochanowskiego i Zdzisława Starosteckiego, o której piszę w swojej książce,
powstała nie w zamierzeniu, bo pisarz dowiedział się o całej sprawie po latach
Newsweek: Podobnie w
„Westerplatte” nie ma wzmianki o prawdziwej roli zastępcy majora Sucharskiego,
kapitana Franciszka Dąbrowskiego, który był dowódcą obrony. Okazuje się, że
najlepiej znane książki Wańkowicza nie mają takiej wartości historycznej, jak
myśleliśmy. To też nie umacnia jego pozycji.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: O roli Dąbrowskiego w Westerplatte wszyscy
dowiedzieliśmy się także dopiero po latach. Książki Wańkowicza nadały rozgłos
Hubalowi, Westerplatte. Odegrały swoją, niezwykle ważną rolę. „Bitwa Monte
Cassino”, gdzie pisarz był korespondentem wojennym, pozostanie zaś wspaniałym
reportażem wojennym i jest już klasyką.
Newsweek: W pełni się
zgadzam. Chodzi mi jednak o to, że przez wiele lat traktowaliśmy te książki
jako źródło prawdy historycznej, a Wańkowicza często wyłącznie jako pisarza
historycznego. Teraz już nie możemy.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: I dobrze. Niech zaczną żyć tylko własnym życiem
„Szczenięcie lata” czy „Ziele na kraterze”.
Newsweek: Dlaczego
Wańkowicz poszedł na kompromis z komunistami i zgodził się na wydanie
ocenzurowanej wersji „Monte Cassino”?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Zachęcam wszystkich szperaczy do porównania wydań,
myślę, że ich trochę zaskoczą wnioski. Obraz samej bitwy został wiernie
zachowany. Wańkowicz dał narodowi obraz ważnej bitwy. Książka ta dla wielu
stała się strawą pomagającą przeżyć lata komunizmu. Zmiany polegały na naprawdę
niewielkich usunięciach fragmentów dotyczących łagrów czy dotyczących
formułowania się w Sowietach wojska Andersa.
Newsweek: Jaki Wańkowicz
był prywatnie?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Znałam go ledwie ponad dwa lata, z tego ostatni rok
pracowałam jako jego sekretarka i asystentka. Wańkowicz miał kłopoty ze
zdrowiem, które się nasilały, przeszedł ciężką operację i ścigał się z czasem,
chciał skończyć rozpoczętą ważną dla siebie książkę. Ostatnie dziesięć miesięcy
walczył z postępującym stanem nieuleczalnej choroby. Pracował całymi dniami i
tego także oczekiwał od de mnie, 23-letniej osoby. W tak młodym wieku
podporządkowanie się intensywnej pracy jest dobrą lekcją na przyszłe lata.
Newsweek: Roman
Brandstaetter powiedział: „Zaobserwujcie, jak Wańkowicz słucha”. Czy w tym
kryje się tajemnica mistrzostwa Wańkowicza?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Umiał słuchać. Umiał sam mówić także. Gdybyśmy
wszyscy posiedli sztukę słuchania, nie tylko pisarze i ich dzieła by na tym
skorzystały, ale i związki rodzinne czy przyjaźni może byłyby głębsze.
Aleksandra Ziółkowka-Boehm
(ur. 1949) – ostatnia asystentka Melchiora Wańkowicza, redaktor jego dzieł
zebranych, autorka książki „Na tropach Wańkowicza... po latach”. Pisarka i
reporterka. Wydała m.in. „Nie tylko Ameryka”, „Podróże z moją kotką” oraz „Dwór
w Kraśnicy i Hubalowy Demon”. Mieszka w Stanach Zjednoczonych.