Pisanie jest moją pasją
ROZMAWIAŁ
WOJTEK MAŚLANKA
|
08.06.2020
NOWY DZIENNIK,
NY, 8 czerwca 2020
str. 22-24
 |
| Dr
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: "Swoje teksty non fiction nazywam
opowieściami. Mają luźną budowę, swobodny tok narracji, mogą – nie muszą – być
większe od opowiadania, mniejsze niż powieść" / Foto: THOMAS TOMCZYK |
"Uważam,
że niejako naszym – Polaków żyjących na emigracji – obowiązkiem jest 'robić, co
można' na rzecz polskiej historii, polskiej kultury" – mówi "Nowemu
Dziennikowi" dr Aleksandra Ziółkowska-Boehm, laureatka tegorocznego tytułu
Wybitny Polak w USA w kategorii kultura.
Pani Aleksandro, gratuluję tytułu Wybitny Polak w USA, który niedawno pani
zdobyła w konkursie organizowanym przez stowarzyszenie Panga Network USA oraz
Fundację Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. Jest to jedno z wielu
wyróżnień i nagród, które pani do tej pory otrzymała. Jak pani zareagowała na
wiadomość o tym tytule oraz co on dla pani oznacza?
Ucieszyłam się. Z wiekiem coraz bardziej cieszymy się docenieniem. Nawet jak
się sami nie przyznajemy. Jak podkreślam w książce „Pisarskie delicje” –
pisanie to poświęcanie długich godzin na pracę, która nie zawsze jest odbiciem
naszych starań i nadziei, nierzadko przynosi wyobcowanie, gorycz i pustkę. To
są godziny i całe dnie zmagania z własnym lenistwem, niewiedzą, to odsuwanie
wielu spraw na bok, wielu spotkań, nieraz wielu małych i większych
przyjemności. Pisanie to długie godziny samotności, a po jakimś czasie… lata
samotności. Czytajmy biografie pisarzy, wiele nam dadzą. Nie czekajmy, aż
pisarze odejdą na zawsze, by o ich książkach i o nich dobrze mówić – ale już w
czasie przeszłym.
Tytuł ten otrzymała pani w kategorii kultura. Od wielu lat promuje ją pani
w swoich książkach i publikacjach. Jakie, pani zdaniem, znaczenie ma nasza
kultura dla osób żyjących na emigracji oraz czy możemy nią w jakiś sposób
zainteresować przeciętnego Amerykanina? Dlaczego promowanie kultury i
powiązanej z nią historii jest takie ważne?
Jeden z amerykańskich wydawców powiedział mi, że pisząc o konkretnym człowieku,
konkretnej rodzinie, pokazując ich losy – tragedie, które wywołała wojna –
przybliżam innym „ludzki dramat”. Niezależnie, czy to jest rodzina polska,
francuska, norweska… gdy się czyta ciekawie pokazującą ich tragiczne losy
książkę (czy ogląda film), wywołuje wzruszenie, budzi współczucie i szacunek.
Czytelnik przejmuje się, gdy czyta o prawdziwych przeżyciach konkretnych ludzi.
Utożsamia się z nimi i nie będzie potem bez zastanowienia mówić bezsensownych
uwag czy ostrych lekceważących stwierdzeń. Uważam, że niejako naszym – Polaków
żyjących na emigracji – obowiązkiem jest „robić, co można” na rzecz polskiej
historii, polskiej kultury. Na przykład (mówiła o tym Mira Puacz, właścicielka
księgarni Polonia Bookstore w Chicago) zachęcam, by kupować dla siebie lub
dawać w prezencie – książki polskich autorów, czy poświęcone polskiej historii,
a także pytać o nie w bibliotekach. Można podać karteczkę z nazwiskami autorów,
jest wymiana międzybiblioteczna, także księgarnie sprowadzą książkę. Powtarzam,
gdy pojawia się zainteresowanie polskim tematem, polskim autorem, to
natychmiast zostaje dostrzeżone poprzez odnotowanie w komputerze. Róbmy to dla
sprawy polskiej. Nawet jak już znamy książkę… zamawiajmy ją.

Aleksandra
Ziółkowska-Boehm poznała Melchiora Wańkowicza w 1972 r. jako studentka
czwartego roku filologii polskiej Uniwersytetu Łódzkiego / Foto: ARCHIWUM
ALEKSANDRY ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM
Prócz tego, że jest pani lubianą i poczytną pisarką, wiele osób kojarzy
panią jako byłą asystentkę i sekretarkę Melchiora Wańkowicza, a także
popularyzatorkę jego twórczości, co również podkreślała kapituła przyznająca
pani tytuł Wybitnego Polaka w USA. W jaki sposób doszło do waszej współpracy,
zresztą bardzo owocnej, tym bardziej że ten wybitny pisarz i publicysta
zadedykował pani drugi tom książki „Karafka La Fontaine’a”, a także w
testamencie przekazał swoje archiwum.
Będąc studentką czwartego roku filologii polskiej Uniwersytetu Łódzkiego jako
temat pracy magisterskiej wybrałam twórczość reportażową Melchiora Wańkowicza
(zastanawiałam się także nad wyborem Zofii Kossak). Czytałam jego książki,
pisałam eseje, i w niedługim czasie napisałam list do pisarza, że napotykam na
pewne tematy, o które chciałabym go spytać. W odpowiedzi zaprosił mnie do
Warszawy wyznaczając dzień i godzinę. Przyjął mnie dość niecierpliwie, mówiąc,
że jest zajęty, pracuje nad nową książką i ma kłopoty ze zdrowiem. Spytał, czy
czytałam jego książki. „Wszystkie” – odpowiedziałam. „Także te wydane na
emigracji?”. „Tak, dzięki mojemu ojcu – miłośnikowi historii, który je
zgromadził. Mam kilka prac zaliczeniowych na ich temat”. „Może mi je pani
pokazać?”. Na szczęście wzięłam je ze sobą. Zagłębił się w lekturze, ja trochę
się niepokoiłam, że zostanie 10 minut na zadanie pytań, które przygotowałam.
Tymczasem Wańkowicz po przeczytaniu popatrzył na mnie uważnie i powiedział:
„Umie pani myśleć krytycznie, pisze pani o sprawach, o których zapomniałem”
(np. cytowałam wspomnienia gen. Dowbor-Muśnickiego omawiając książkę „Strzępy
epopei”). Pisarz zaczął sam mówić o sobie, o książce „Wojna i pióro”, która się
niedawno ukazała, do której wydawca polecił mu ambitnego researchera, który
miał mu przynosić materiały. Tenże – kiedy pisarz książkę ukończył – „poczuł
się” współautorem. Długie miesiące trwały utarczki; piszę o tym w książce
„Wokół Wańkowicza”. Słuchałam tych i innych historii z ogromnym
zainteresowaniem, pisarz jakby z przyjemnością patrzył, że ma wdzięczną
słuchaczkę, swoistego „pracusia z polonistyki”. Opowiedział o nowym projekcie
książki – ogólnie: czym jest talent, czy to postanowienie, że się jest
utalentowanym, a przede wszystkim praca. Spytał, czy nie spróbowałabym pomóc mu
zbierać materiały do książki, zostać researcherką (zakładał, że taka młoda
osoba nie „poczuje się” współautorką). I tak się zaczęła współpraca;
przywoziłam materiały – wypisane z lektur monografii, biografii, pamiętników
różnych twórców. Skończyłam studia, obroniłam magisterium i wtedy Wańkowicz zaproponował
mi stałą pracę u siebie… kontynuację pracy researcherki, a także asystentki i
sekretarki. I tak się zaczęło. Na Uniwersytecie Warszawskim otworzyłam przewód
doktorski na temat twórczości pisarza, książka „Karafka La Fontaine’a”
rozrastała się, ostatecznie powstały dwa tomy. Wańkowicz zmarł po ciężkiej
chorobie 10 września 1974 r. Od mojego pierwszego spotkania do śmierci pisarza
upłynęły jedynie dwa lata i 4 miesiące. Na pewno był to bardzo czynny i ważny
okres w moim życiu.
Myślę, że pomysł z przekazaniem wspomnianego wcześniej archiwum był bardzo
dobrym posunięciem ze strony Melchiora Wańkowicza, ponieważ dzięki temu jego
pisarska spuścizna została ogromnie wzbogacona i uzupełniona po jego śmierci.
To oczywiście za sprawą pani działalności. Książki i publikacje oraz liczne
wstępy i przypisy do jego wydawnictw są tego najlepszym dowodem. Czy w tym
archiwum są jakieś niepublikowane zbiory i dokumenty, które mogą nam jeszcze
bardziej przybliżyć postać tego prozaika i dziennikarza?
W latach 2009-2012 ukazała się 16-tomowa seria Dzieł Wszystkich Wańkowicza, do
której weszły – dotąd niepublikowane – reportaże z Wołynia (wstęp napisał
Krzysztof Masłoń) i teksty o tematyce żydowskiej „Ziemia za wiele obiecana”
(wstęp napisał prof. Marcin Kula). Także ukazały się dwa tomy korespondencji z
żoną, osobno z córką Krystyną, z Miłoszem, Catem Mackiewiczem, Kossak-Szczucką
i Giedroyciem. Nieopublikowane są korespondencje prywatne oraz z czytelnikami.

Od pierwszego
spotkania Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm z Melchiorem Wańkowiczem do śmierci
pisarza upłynęły jedynie dwa lata i 4 miesiące / Foto: ARCHIWUM ALEKSANDRY
ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM
Jako asystentka oraz spadkobierczyni archiwum, na pewno miała pani okazję
poznać bliżej Melchiora Wańkowicza, jego osobowość i sposób bycia, ale również
zgłębić tajemnice różnych zapisków, dzienników i korespondencji – również tej
niepublikowanej. W jaki sposób scharakteryzowałaby pani i przedstawiła jego
postać osobom, które nigdy go nie spotkały, ale również nie miały kontaktu z
jego dziełami ani też z pani książkami i publikacjami na jego temat?
W Polsce trzy książki Wańkowicza są lekturami szkolnymi. Pomyślmy o czytelniku
amerykańskim. W 2013 r. w Stanach Zjednoczonych ukazała się w języku angielskim
książka „Melchior Wańkowicz Poland’s Master of the Written Word”, po której
wydaniu miałam swoistą satysfakcję, pamiętając z zachowanych materiałów, że gdy
w 1958 r. pisarz wyjeżdżał do Polski, oskarżany był przez Polonię o powrót „do
komunistów”. Teraz zaś, po 55 latach, jakby wrócił do Ameryki książką o sobie.
Ze względu na popularność, osobowość, porównałam pisarza do Ernesta Hemingwaya.
Książka ma drugie wydanie, trafiła do kilkuset (dokładnie 893) amerykańskich
bibliotek oraz zbiorów takich uniwersytetów, jak: Princeton, Harvard, Yale,
Columbia, Pennsylvania, Cornell, Rice, Tulane, Stanford, a także do bibliotek w
Anglii, Szwajcarii, Niemczech, Hongkongu, Egipcie, Chinach i Australii. Myślę,
że warto podkreślić, iż jest to pisarz, który pokazuje w sposób niezwykle
poruszający rodzinę, bohaterstwo żołnierzy oraz tragedie ludzkie spowodowane
wojną.
Czy i w jaki sposób Melchior Wańkowicz oraz jego działalność pisarska
wpłynęła na pani twórczość? Kto jeszcze wywarł na pani swoje piętno, oczywiście
w pozytywnym znaczeniu tego słowa? Pytam o to, ponieważ wiem, że miała pani
kontakt z wieloma znaczącymi osobami w polskiej kulturze i historii, jak np.:
Jerzy Giedroyc, Czesław Miłosz, Szymon Kobyliński, Zbigniew Brzeziński czy też
Isaak Singer.
Wańkowicz nauczył mnie dyscypliny pracy, uszanowania – jak w „Karafce La
Fontaine’a” – różnych stron spojrzenia (dopóty wypływa z dobrych pobudek), że
czasami są „dwie prawdy” (tak nazwał wydane w jednym tomie książki „Hubalczycy”
i „Westerplatte”). Lektury wielu książek, ale i wiele poznanych osób miało
wpływ na moje pisanie. Sięgam chętnie po prace Władysława Tatarkiewicza, nie
tylko o filozofii, o szczęściu, ale jego biograficzne, wspomnieniowe. Miałam
zaszczyt i przyjemność znać profesora, dostałam od niego kilka książek z
pięknymi dedykacjami. Na przykład podarował mi swoje „Zapiski do
autobiografii”. Podam jeden z wielu niezwykłych fragmentów: „Zawsze byłem do
życia przywiązany, nawet wtedy, gdy przynosiło przykrości, gdy nie byłem
zadowolony z siebie, z innych ludzi. Z układu wypadków. (…) Teraz, pod koniec
życia – nabrało ono dla mnie jeszcze nowych wartości. Już zrobiłem, co mogłem,
nie potrzebuję się wysilać. Już wybrałem, jak żyć – nie potrzebuję się namyślać
i niepokoić. Ale także – co równie ważne – wyszedłem z obiegu, przestałem być
dla innych ludzi rywalem i przez to ludzie są dla mnie lepsi, żyję w
łagodniejszej i przez to lepszej atmosferze”.

Archiwum
Melchiora Wańkowicza, które Aleksandra Ziółkowska-Boehm otrzymała w spadku po
tym pisarzu i publicyście znajduje się w jej warszawskim mieszkaniu / Foto:
NORMAN BOEHM
Specjalizuje się pani głównie w literaturze faktu, a wspólnym mianownikiem
większości pani książek są ludzkie losy. Skąd to zainteresowanie historią i
człowiekiem uwikłanym w jej dzieje, głównie tragiczne i skomplikowane?
W 2019 r. na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach Aleksandra Biegaj obroniła
pracę magisterską zatytułowaną: „Obrazy ludzkich losów w twórczości Aleksandry
Ziółkowskiej-Boehm”, miałam okazję jej lektury – jest bardzo interesująca. Skąd
moja wrażliwość na takie tematy? Zapewne jeszcze z dzieciństwa, wczesnej
młodości. Dużo zawdzięczam wychowaniu i domowi. Ojciec uwrażliwił nas – mnie i
moich dwóch braci – na tematy historyczne. Starał się, byśmy czytali, jak
mówił, odpowiednie książki w odpowiednim wieku; mówił nam o polskiej historii.
A ludzkie losy? Kiedy w 1990 r. zamieszkałam w Stanach Zjednoczonych, poznałam
między innymi emigrantów z okresu wojny. Wcześniej spotykałam ich w Kanadzie,
gdzie ponad dwa lata przebywałam na stypendium, napisałam dwie książki. U wielu
zamieszkanie na obczyźnie wyzwoliło nowe problemy, ból, lęki i trudności
adaptacyjne. Kompensowali to wielkim oddaniem sprawom polskim – powstawały
kościoły, organizacje, stowarzyszenia, pisma, książki, księgarnie. Skupiłam się
na gatunku reportażu, napisałam na ten temat esej „Literacki reportaż,
opowieść, czyli literatura faktu” (jest w „Pisarskich delicjach”). Dlaczego
reportaż? Dwudziesty pierwszy wiek od samego początku należy do literatury
faktu i zapewne taki pozostanie. Gdy wchodzi się do sieci księgarń Barnes and
Noble w oczy rzucają się przede wszystkim monografie, biografie, wspomnienia,
omówienia, pamiętniki, dzienniki, wywiady, relacje. Swoje teksty non fiction
nazywam opowieściami. Mają luźną budowę, swobodny tok narracji, mogą – nie
muszą – być większe od opowiadania, mniejsze niż powieść. Perspektywa pokazania
wydarzeń może być wieloraka, jak i różnorodny punkt widzenia. Gdy wybieram
pierwszą osobę narracji, pokazuję opowieść od strony bohatera, zachowuję jego
styl mówienia, patrzenia na opisywane zdarzenia. Stosując trzecią osobę
narracji, podaję wiele innych wiadomości, także historycznych – opartych na
różnych źródłach (często przytaczając je w przypisach). Używam obu form, a
szczególnie lubię oddać głos swojemu bohaterowi, przywołać jego dobór słów i
sposób wypowiadania się.
Czym dla pani jest pisarstwo? Czy to jest bardziej misja, pasja czy może
sposób na życie? Jakie wskazówki i porady może pani przekazać młodym adeptom
sztuki pisarskiej?
Napisałam o tym wspominaną wcześniej książkę „Pisarskie delicje”. Pisanie jest
moją pasją, i rodzajem swoistej misji, gdy przywołuję naszą bolesną polską
historię. Wskazania, które mogę dać młodym adeptom sztuki pisarskiej… – by
cenili swoje pasje, by nad nimi czuwali, by się nie zniechęcali. Pozwolę sobie
przytoczyć rady, których mi udzielił Isaac B. Singer w Nowym Jorku we wrześniu
1985 r., gdy byłam stypendystką Fulbrighta. W czasie spotkania zadałam
pisarzowi pytanie: jakie ma przesłanie dla młodych pisarzy? Zacytuję fragment z
autoryzowanej wypowiedzi Singera. „Jakie mam przesłanie dla pisarzy? Aby
spełniali trzy warunki. Po pierwsze, aby mieli historię do opowiedzenia. W
obecnej literaturze coraz bardziej to się zaniedbuje. Ważne jest, aby historia
ta miała swój początek, rozwinięcie i zakończenie. Wskazania Arystotelesa
możemy zmienić, ale wciąż ważne jest, by była to opowieść dobrze prowadzona
przez piszącego. Zapał, gorliwość, pragnienie druku kazały pisarzom zapomnieć,
że opisywanie ludzkich zdarzeń jest artystycznym przesłaniem pisarstwa. Po
drugie, aby posiąść potrzebę opowiedzenia tej właśnie, a nie innej historii.
Kiedyś miałem dobry temat, ale nie miałem pasji i dlatego nic nie napisałem. Po
trzecie, musi to być moja opowieść, przekonanie, że nikt inny nie może tego tak
dobrze opisać jak ja. Nie jest łatwo mieć takie przekonanie. Tylko wielcy to
posiadają. Trzeba pisać o tym, co się zna, wie najlepiej, własną opowieść,
własny temat”.

Zbigniew
Brzeziński był jednym z recenzentów książek Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm (z
prawej) / Foto: ARCHIWUM ALEKSANDRY ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM
Wśród pani kilkudziesięciu książek są także pozycje wydane w języku
angielskim. Jak Amerykanie odbierają i reagują na pani twórczość?
Książki o tematyce historycznej, opisujące losy Polaków w czasie drugiej wojny
światowej i po niej, są w naukowych bibliotekach w świecie; bardzo to dla mnie
ważne. Cenię recenzje, głosy, które pojawiły się po ich ukazaniu. Pisał o moich
książkach przytaczany na tylnych okładkach, znany na obu półkulach Zbigniew
Brzeziński, a także historycy i autorzy amerykańscy: Neal Pease, Stanley Cloud
i Lynne Olson (autorzy tłumaczonej w Polsce wspanialej książki „Sprawa honoru.
Dywizjon 303 Kościuszkowski”), Stanley Weintraub, Bruce E. Johansen, John
R.Alley, Matt DeLaMater (autor książek o Napoleonie), Terrence O’Keeffe, Karl
Maramorosch, Brytyjczyk Christoph Mick; polskiego pochodzenia historycy, jak
Piotr S. Wandycz i Anna M. Cienciała, autorzy: Ewa Thompson, Jerzy R.
Krzyżanowski, Charles S. Kraszewski (także tłumacz i poeta), Irene Tomaszewski,
Leszek Adamczyk, Florence W. Clowes, John Radzilowski. Przyznam, że może
najlepiej się ma książka o kotach „On the Road with Suzy from Cat to Companion”
(polska wersja „Podróże z moją kotką”).
Wspomniała pani o książce opowiadającej o przygodach Suzy. Wiem, że kocha
pani nie tylko koty, ale także psy. Jaką, pani zdaniem, rolę odgrywają zwierzęta
w naszym życiu?
Zwierzęta zawsze były ważne w moim życiu. W dzieciństwie najwięcej łez wylałam
z powodu tragedii, które się im zdarzały – ulegały wypadkom, umierały, pies
potarmosił małe kociątko, które tego nie przeżyło. Gdy się zwraca uwagę na
zwierzątko, mówi do niego – odpowiada najczulej jak umie. Pies jest naprawdę
naszym największym przyjacielem. Nie ma nas pół godziny, wracamy i cieszy się,
jakby nie było nas pół dnia. Miałam psy i zawsze kochać je będę, na koty długie
lata patrzyłam serdecznie, ale z dystansem. Wiedziałam, że są niezależne… i
gdzie im do psa. Zaadoptowała nas w Teksasie kotka szyrletka, chodziła najpierw
za nami – a kiedy wprowadziła się do nas – z nami na spacery, bez smyczy,
trzymając się blisko. Wystarczyło powiedzieć „walk”, biegła do drzwi i czekała.
Gdy zostawialiśmy ją w domu, wracaliśmy po kilku godzinach – witała nas z dużą
ładnie okazywaną radością. „Suzy jest ‚dogie cat’ – mawiał mój mąż Norman. –
Jest niemal jak pies”. To powiedzenie miało być dużym komplementem dla kociego
rodu, który reprezentowała. Przytyła, mówiliśmy że sadełka dostała z dobrego
życia. Wzięliśmy ją do weterynarza na szczepienia… „Ona nie ma sadełka, kotka
jest w ciąży” – oznajmił. Urodziła pięć kociąt. Obserwowanie, jak o nie dba i
jak dorastają, było wielką radością. Daliśmy ogłoszenie do „Houston Chronicle”,
że kocięta „szukają dobrego domu”. Wybraliśmy najlepszych właścicieli dla
koteczków. Po jakimś czasie wyjechaliśmy na dwa tygodnie, oddaliśmy Suzy do
kociego hoteliku, który dbał o zwierzątka, przetrzymywał w klatkach. Po
powrocie zobaczyliśmy smutną wychudzoną kotulkę… odmawiała jedzenia, płakała
całymi dniami, naderwała struny głosowe. Norman powiedział: „Już cię nigdy nie
zostawimy”… i zaczęła z nami jeździć. Dwa i pół miesiąca jeździliśmy wspólnie
po indiańskich rezerwatach, była także kilkanaście razy w Polsce, w samolocie
leciała w torbie z nami. Podziwialiśmy ją, a ona nas, była jak piesek, czuła,
uważna, wdzięczna, że się ją zabiera ze sobą. Miałam wiele opowieści, pisałam o
niej do wielkiego artysty Szymona Kobylińskiego, miłośnika zwierząt. „Napisz
książkę, tyle ładnych masz o tej kotce uwag” – zaproponował. I tak napisałam
„Podróże z moją kotką”, książka miała dwa wydania w Polsce. W Ameryce wydało ją wydawnictwo Purdue University Press pt.
„On the Road with Suzy: From Cat to Companion”. Książka jest dodrukowywana już 10 lat.

Aleksandra
Ziółkowska-Boehm kocha zwierzęta. Na zdjęciu – z kotką Suzy / Foto: NORMAN
BOEHM
Pani twórczość zawiera również kilka książek związanych ze Stanami
Zjednoczonymi, ale dwie są chyba szczególnie ważne. Jedną z nich jest „Open
Wounds a Native American Heritage”, znana w wersji polskiej jako „Otwarta rana
Ameryki”. Opowiada o Korczaku Ziółkowskim, czyli pani stryju i rzeźbiarzu
związanym z budową w skałach pomnika Crazy Horse’a. W jaki sposób znalazł się
on wśród Apaczów?
W rodzinnych opowieściach wracała postać krewnego ojca – Korczaka
Ziółkowskiego, rzeźbiarza z Dakoty Południowej, którego rodzice, Anna i Józef
Ziółkowscy, wyemigrowali do Stanów i wkrótce po narodzinach syna zginęli
tragicznie. O jego kolejach niezwykłego losu napisałam w książce „Nie tylko
Ameryka”. Stał się znanym rzeźbiarzem, m.in. wyrzeźbił popiersie Ignacego
Paderewskiego, pomagał Gutzonowi Burglumowi w rzeźbieniu głów prezydentów w
Mount Rushmore. Otrzymał wtedy niezwykłą propozycję od wodza Siuksów, którym
był Henry Standing Bear – by wyrzeźbił wodza Crazy Horse’a (napisał: „My,
czerwonoskórzy, również mamy swoich bohaterów”). I tak się zaczęło.
Bezpośrednią inspiracją do książki stał się właśnie mój stryj, rzeźbiarz
Korczak Ziółkowski. Gdy jako stypendystka Fulbrighta pojechałam w 1985 r. do
Rapid City w Dakocie Południowej, Korczak od trzech lat nie żył.
Przygotowywałam się do tej książki od wielu lat, nie tylko czytając, ale
śledząc bieżące wydarzenia. Od 1990 r., kiedy zamieszkałam na stałe w Stanach
Zjednoczonych, prenumerowałam dwa indiańskie pisma: „Lakota Country Times” i
„Indian Country Today”. Odbyłam trzy wyprawy do rezerwatu Pine Ridge w Dakocie
Południowej, byłam w rezerwatach indiańskich w Teksasie, Montanie, Wisconsin,
odwiedziłam też terytoria indiańskie w Oklahomie. Im więcej czytałam i
widziałam, tym bardziej temat się ode mnie oddalał. Zaczęłam być nie tylko
wymagającą, ile bardzo krytyczną wobec siebie samej. Jeździliśmy z Normanem na
kolejne pow-wow (zjazdy plemienne), temat mnie coraz bardziej wciągał.
Jednocześnie bałam się, że spłycę problem, zrobię z tematu amerykańskich Indian
swoistą „polską cepelię”. Bałam się także, że napiszę nieobiektywnie, że będzie
mną kierować nie wiadomo skąd wzięty protekcjonizm, upajanie się egzotyką czy
innością. Przez długi okres sądziłam, że nie jestem w stanie opisać tematu,
który jest złożony, a ja go widzę jednostronnie. Bałam się także, że napiszę
książkę, która będzie jeszcze jedną „wersją białego człowieka”. Więc się nie
spieszyłam. Chciałam przespać, jakby powiedzieli Irokezi, z tym tematem
niejedną noc. W Polsce pięknie książkę wydało wydawnictwo Debit pt. „Otwarta
rana Ameryki” (2007), w Stanach Zjednoczonych pt. „Open Wounds a Native
American Heritage” (2009) ukazała się przy wsparciu Apaczów z Oklahomy.

Aleksandra
Ziółkowska-Boehm z mężem Normanem na tle rzeźby Crazy Horse’a wyrzeźbionej
przez jej stryja Korczaka Ziółkowskiego w skale gór znajdujących się w Dakocie
Południowej / Foto: THOMAS TOMCZYK
Drugą z bardzo ważnych amerykańskich książek – na którą chciałbym zwrócić
uwagę – napisanych przez panią jest „Ingrid Bergman and Her American Relatives”
czyli w wersji polskiej „Ingrid Bergman prywatnie”. Jak doszło do tego, że
wśród wielu polskich bohaterów wojennych, których losy opisywała pani w swoich
książkach, znalazła się opowieść o słynnej hollywoodzkiej aktorce, znanej m.in.
z filmu „Casablanca”, który należy do moich ulubionych, włącznie z piękną
ścieżką dźwiękową?
Babka mojego męża Normana – Blenda Bergman – i ojciec Ingrid Bergman – Justus –
byli rodzeństwem. Babka Blenda była pobożną luteranką, studiowała Biblię i w
rozmowach często robiła do niej odniesienia. Spędzała dużo czasu ze swoim
jedynym wnukiem Normanem. 25-letnia Ingrid przyleciała z córeczką Pią do
Ameryki, podczas pobytu w Nowym Jorku dwukrotnie odwiedziła swoich
amerykańskich krewnych. Na prośbę rodziców Norman zagrał dla swojej bliskiej
kuzynki na fortepianie. Po latach Norman widywał Ingrid w Rzymie, w Deauville,
w Londynie. Kiedy wyszłam za mąż za Normana, zobaczyłam różne pamiątki,
fotografie i listy Ingrid do babci Normana, do jego ojca i do niego. Trochę
zwlekałam z napisaniem pięknej rodzinnej opowieści, chciałam ją pokazać
serdecznie, bez plotek, ale wciąż odwlekałam. Po dwudziestu latach małżeństwa
powiedziałam Normanowi: „Wiesz, nie powinnam tego odkładać”… i napisałam. Jest
to powieść rodzinna, powściągliwa, serdeczna. Jeden z czytelników – twórca i
wykonawca piosenek Tomasz Wojtkowski – napisał, że styl książki przypomina mu
melodie bossa novy.
Pani nieżyjący już mąż Norman Boehm znany był z tego, że bronił dobrego
imienia Polski, mimo że – poza panią – nie miał żadnego związku z naszym
krajem. Wysyłał listy do „Time’a” i „New York Timesa” z prośbą o sprostowania,
gdy gazety te publikowały krzywdzące nas określenia „polskie obozy śmierci”, a
także lobbował za wejściem naszego kraju do NATO. Jak w związku z tą propolską
działalnością był postrzegany i traktowany przez Amerykanów?
Dzięki Normanowi poznałam Amerykanów pracujących poza Stanami Zjednoczonymi,
jeżdżących po świecie, mających szacunek dla innych kultur. Norman (nadzorując
kontrakty przy budowie szybów wiertniczych) pracował 16 lat w Arabii
Saudyjskiej, 4 lata w Londynie i 3 lata w Stavanger w Norwegii. Był wrażliwy na
drugiego człowieka, na prawdę, na tragiczną historię, na losy ludzkie. Podobnie
myślącymi ludźmi się otaczał. Z latami Normana przyjaciele stali się także
moimi. Lubię z nimi rozmawiać, podtrzymujemy kontakt. Wiele dobrego się od nich
nauczyłam, np. pozytywnego myślenia, cieszenia się wzajemnymi dobrymi
wiadomościami. Także przez fakt, że mieszkali w innych krajach, wśród innych
kultur – są otwarci na wysłuchanie opinii innych, spojrzenie na sprawy z
różnych perspektyw. Wiem, słuchałam, jak różne grupy narodowościowe w Stanach
Zjednoczonych narzekają, że ich się nie rozumie. Anglicy np. opowiadają, jak
faworyzuje się Irlandczyków. Amerykanie niemieckiego pochodzenia (grupa
przeważająco liczna) mówili, jak już po zakończeniu wojny, gdy zakładali kluby,
przychodził ktoś sprawdzić, jakie prowadzone są rozmowy. Pisałam książkę o
amerykańskich Indianach, opowiadali, jak byli traktowani – jeżeli mieszkali
poza rezerwatami – w szkołach, w pracy. Myślę, że ciekawa byłaby książka, aby
wybrane grupy narodowościowe napisały o swoich przeżyciach, jak się czuły będąc
upokarzane i wyśmiewane. Powstałby jeden wielki chór. Polacy – w moim pojęciu –
nie mają się źle. Oczywiście to zależy od środowisk, ale interesują mnie
Amerykanie otwarci na świat, na inne kultury.

Rodzinne, świąteczne
zdjęcie Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm z mężem Normanem i synem Tomaszem / Foto:
ARCHIWUM ALEKSANDRY ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM
Nie myślała pani, żeby może opisać propolską działalność swojego męża
Normana Boehma, która na pewno była znacząca, skoro wspominał o niej nawet Jan
Nowak-Jeziorański w swojej książce „Polska droga do NATO”?
Chciałabym napisać. Nasze 26-letnie małżeństwo to był dar od Pana Boga. Jan
Nowak-Jeziorański w książce „Polska droga do NATO” pokazuje listy Normana do
(wtedy senatora stanu Delaware) Joe Bidena i senator Kay Bailey Hutchison z
Teksasu (mieszkaliśmy w Teksasie 8 lat), którzy długo nie wyrażali zgody na
przyjęcie Polski do NATO.
Na zakończenie proszę powiedzieć, nad czym obecnie pani pracuje lub
zamierza pisać w najbliższym czasie?
Nigdy nie wiem, czy praca przy skończeniu książki zabierze mi rok czy więcej.
Nie chcę także jakby zapeszać. Lubię przywoływać słowa mojej mamy: „Obyśmy
tylko zdrowi byli…”.
***
GLOSY:
Tomasz Lychowski BRAZYLIA
|
|
| Thu, Jun 11, 2020 2:43 pm |
Olenko,
Bardzo piekna rozmowa!
Piekne wspomnienia!
I piekne Wasze rodzinne zdjecie - Twoje, Normana i Tomka!
Czyta sie caly czas czekajac na wiecej! Wiecej! Wiecej!
Serdeczne gratulacje!
Tomasz