środa, 12 lipca 2017

Kurier Wilenski 2 czerwca 2017







KURIER WILEŃSKI

2 czerwca 2017

Poetycki „Maj nad Wilią”– 


spotkanie z niezwykłymi ludźmi



Tak się utarło, że pisząc i mówiąc o „Maju nad Wilią” traktujemy tę imprezę jako wybitnie poetycką. W rzeczy samej, poeci byli w roli głównej również na tegorocznym festiwalu trwającym w Wilnie od 28 maja do 2 czerwca.

Warto odnotować, że nie wszyscy jego uczestnicy są autorami wierszy. Byli wśród tegorocznych gości dziennikarze, redaktorzy wydawnictw, fotograficy, naukowcy, ludzie niezwykli, których życiową postawę cechuje przewaga intelektu nad emocjami, a praca umysłowa jest ich domeną. Kim są tegoroczni goście oraz stali bywalcy „Majów nad Wilią”?
Jak już informowaliśmy, gościem honorowym była Aleksandra Ziółkowska-Boehm (ur. 1949 r. w Łodzi). W Wilnie znalazła się po raz pierwszy. Od roku 1990 mieszka w Wilmington (stan Delaware, USA). Z Polską się jednak nie rozstała. Ukończyła Uniwersytet Warszawski. Jest doktorem nauk humanistycznych, członkinią amerykańskiego Pen Clubu.
Na mocy testamentu Melchiora Wańkowicza (ur. w 1892 w Kałużycach na Białorusi, zm. w 1974 w Warszawie) pani Aleksandra została właścicielką archiwum pisarza. Napisała o nim dokumentalną powieść „Blisko Wańkowicza”.


Ponadto Aleksandra Ziółkowska-Boehm jest autorką wielu poczytnych książek, które wydaje w Warszawie. Część z nich została przetłumaczona na angielski. Bohaterami jej wydawnictw są realni ludzie, boleśnie dotknięci przez los, najczęściej przez wojnę, obozy, wywózki. Na przykład „Druga wojna o Monte Cassino” to relacja o spotkaniu z generałem Januszem Brochwiczem-Lewińskim, (ur. w 1920 w Wołkowysku na Białorusi, zm. w 2017 w Warszawie), nieustraszonym dowódcą batalionu „Parasol” w powstaniu warszawskim. Ta oraz inne książki przyniosły autorce sporo nagród literackich.

W ub. roku pisaliśmy o promocji jego zbiorku wierszy „Werblista” (nagroda redakcji kwartalnika „Znad Wilii” za ciekawą pracę w konkursie „Polacy wielu kultur”). Już dwa lata z rzędu Tomasz Snarski organizuje w Gdańsku i Gdyni spotkania młodych poetów. Zaprasza tam naszą poetycką młodzież wileńską.
Kolegami po fachu z Polski byli: słynny komentator i podróżnik Krzysztof Renik (Polskie Radio), Tomasz Otocki (Przegląd Bałtycki) czy Teodozja Zariwna, redaktor naczelna czasopisma „Kijów”.


Zwiedzamy historyczny kościół pw. św. Anny i starożytny kamienny grób mnichów-pijarów. Już nie poszukując mitycznej wsi Lewidany, śpieszymy do Mejszagoły. Przed nami czyste, jakby odmłodzone miasteczko. A to za sprawą takich obiektów, jak odnowiony pałacyk Houwaltów. Z piękną białą balustradą już z daleka ładnie się patrzy.
W tradycyjnej Środzie Literackiej przy Celi Konrada, oprócz gości wzięli udział poeci wileńscy: Wojciech Piotrowicz, Alina Lassota, Józef Szostakowski, Teresa Markiewicz, Olga Riabinina z Wiejskiego Związku Pisarzy Litwy, Aleksander Lewicki oraz Aleksander Śnieżko.




Ponadto Aleksandra Ziółkowska-Boehm jest autorką wielu poczytnych książek, które wydaje w Warszawie. Część z nich została przetłumaczona na angielski. Bohaterami jej wydawnictw są realni ludzie, boleśnie dotknięci przez los, najczęściej przez wojnę, obozy, wywózki. Na przykład „Druga wojna o Monte Cassino” to relacja o spotkaniu z generałem Januszem Brochwiczem-Lewińskim, (ur. w 1920 w Wołkowysku na Białorusi, zm. w 2017 w Warszawie), nieustraszonym dowódcą batalionu „Parasol” w powstaniu warszawskim. Ta oraz inne książki przyniosły autorce sporo nagród literackich.
Rdzenny krakowianin, Krzysztof Lisowski (ur. 1954), również po raz pierwszy przyjechał na wileńską imprezę poetycką. Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie ukończył filologię polską, od lat pracuje w Wydawnictwie Literackim w Krakowie. Jest płodnym pisarzem i poetą. Wydał około 30 tytułów. Współpracuje z kilkoma pismami, interesuje się tematyką kresową. Jest laureatem licznych nagród.
Z Paryża przyjechała Maria Krystyna Orłowicz, prezes Stowarzyszenia „Kresy”, zarejestrowanego przez władze francuskie w 2009 r., chociaż założonego znacznie wcześniej. Pani Maria mówiła, że jej rodzice i starsi bracia pochodzą ze Stanisławowa, skąd musieli wyjechać do Przemyśla, gdzie wielu Polaków z Ukrainy znalazło po wojnie przystań. Pani Maria urodziła się w Polsce. We Wrocławiu studiowała francuski. Podczas jednego z wyjazdów na staż naukowy do Paryża, poznała swego przyszłego męża, również Polaka. Ich dwie córki, obecnie dorosłe, oprócz francuskiego, doskonale znają język polski i chętnie odwiedzają Warszawę.
Białostockiego dziennikarza, Zbigniewa Sulewskiego, można zaliczyć do stałych bywalców „Maja nad Wilią”, tak samo jak warszawską pisarkę Małgorzatę Karolinę Piekarską czy pochodzącą z Augustowa, Bożenę Intrator, obecnie obywatelkę USA, autorkę wierszy lirycznych. Od dwóch dziesięcioleci pisze zarówno w Polsce, jak też w Ameryce scenariusze filmowe. Powiedziała, że przyroda i aura okolic Augustowa oraz Wileńszczyzny są tak zbliżone, że najlepiej tu się czuje. Ponadto jest to coroczny powrót do poezji. Okazja do spotkania z innymi twórcami.

Zrozumiałe, że wszystkich gości nie da się wymienić. Wspomnę tylko o Tomaszu Snarskim (ur. 1985), najmłodszym uczestniku festiwalu. Pochodzi z Wilna. W Gdańsku ukończył prawo. Obronił tytuł doktora prawa. Obecnie jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Gdańskiego.
Wileńskich dziennikarzy reprezentowały: Aleksandra Akińczo (radio Znad Wilii), Renata Dunajewska i Regina Pakalniene (audycja w języku polskim Radia Litewskiego).
Lecz oto mamy zaplanowany wyjazd w poszukiwaniu śladów Melchiora Wańkowicza. Ponoć jako dziecko przebywał u swojej babki we wsi Lewidany na terenie obecnej gminy Dukszty rejonu wileńskiego oraz w majątku Jodańce (Juodėnai) w zachodniej stronie rejonu telszewskiego. Ktoś zaoponował twierdząc, że nie były to Jodańce lecz Nowotrzeby nad Niewiażą.

Tak czy owak zdecydowano jechać dalej.Przed nami była piękna Suderwa z unikatowym kolistym kościołem Trójcy Świętej, do zbudowania której podobno przyczynił się Wawrzyniec Gucewicz. Nasz cicerone, czyli Józef Szostakowski, poinformował, że przychodził tu na modlitwę rektor Uniwersytetu Wileńskiego Marian Zdziechowski (1861-1938). Jego letnia rezydencja znajdowała się właśnie w Suderwi.
Radość ogarnęła, szczególnie nas, wileńskich dziennikarzy, a były wśród nas Aleksandra Akińczo (radio Znad Wilii), Renata Dunajewska i Regina Pakalniene (audycja w języku polskim Radia Litewskiego), nie mówiąc o kolegach po fachu z Polski, jak słynny komentator i podróżnik Krzysztof Renik (Polskie Radio), Tomasz Otocki (Przegląd Bałtycki), Teodozja Zariwna, redaktor naczelna czasopisma „Kijów”, gdy ujrzeliśmy gmach byłego dworku ładnie odnowiony, czyściutki, pełen uroku, nad jeziorem, starannie urządzony przez administrację polskiej Szkoły Podstawowej w Suderwie.
Dyrektorka szkoły Teresa Młyńska wyszła na spotkanie. Odpowiedziała o szkole, której dumą ostatnimi laty stało się nowe przedszkole. Wychowuje się i rośnie w nim narybek dla szkoły. Goście aż nie uwierzyli, że to mali Polacy. Porozmawiali z dziećmi. Proszę bardzo, bez najmniejszej tremy dzieciarnia witała gości w ładnym polskim języku i chciała zadeklamować wiersze.

My jednak mieliśmy w planach zwiedzanie znajdującego się w sąsiedztwie, przy ul. Mariana Zdziechowskiego, parku kamiennych rzeźb „Vilnoja”, założonego przez Vidmantasa Martikonisa, rozkochanego w kamieniu, rozumiejącego wymowę kamiennych rzeźb. Aż 70 powstało ich tu za minione dwudziestolecie. Oprócz rzeźbiarzy litewskich swe prace oddali dla parku artyści z Rosji, Szkocji, Polski, Kanady i wielu innych krajów. Lato to najlepsza pora na odwiedzanie i poznawanie parku.

Ruszamy w kierunku Dukszt Pijarskich, o historii których Józef Szostakowski opowiedział podczas jazdy w autokarze. I oczywiście inna stała się aura miasteczka dzięki urokliwemu i wzruszającemu w swej wymowie „pałacykowi”, czyli Muzeum Księdza- Prałata Józefa Obrembskiego i Jego pomnikowi.

Przed pałacykiem Houwaltów, gdzie obecnie mieści się Centrum Rzemiosla Tradycyjnego, spotkała nas i serdecznie powitała kustosz Agata Granicka, znana wileńska palmiarka. Pokazała ciekawy wystrój pałacyku, wystawy rzeźb drewnianych oraz ekspozycję zdjęć fotografików Wileńszczyzny, a także pokój palm. Poinformowała, że wkrótce odbędzie koncert zespołu z Polski i pokazała salę widowiskową, o dużej, doskonałej scenie, ładnych wygodnych krzesłach.
„Wizytę” u Obrembskiego trudno opisać. Tu należy bywać i duszą czuć dawnego właściciela. Udaje się to dzięki wspaniałej narracji i szczerym wspomnieniom kustosz Walerii Adomejtis. Wyrosła tu, w Mejszagole „pod okiem” księdza prałata, mającego do dzieci szczególnie troskliwy stosunek.

sobota, 13 maja 2017

Marcin Lutomierski Indianski swiat Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm w Otwartej ranie Ameryki



Marcin Lutomierski (POLSKA)

Indiański świat Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm. Szkic o Otwartej ranie Ameryki[1]


Długa droga

            Myśl o Otwartej ranie Ameryki[2], rodziła się powoli, przez co najmniej 10 lat. „Przygotowywałam się – mówi autorka – do tej książki od lat, nie tylko wiele czytając, lecz również śledząc bieżące sprawy Indian” (s. 12). Inspiracje do wydania drukiem powstającego stopniowo zbioru tekstów były złożone. Oczywiście, pierwszy twórczy impuls stanowił sam fakt zamieszkania na kontynencie północnoamerykańskim, a także podróże po USA dzięki stypendium Fulbrighta, Institute of International Education i Fundacji Kościuszkowskiej. Ponadto pisarka odbywała wraz z mężem Normanem Boehmem wyprawy do rezerwatów indiańskich: w Dakocie Południowej, Teksasie, Montanie, Wisconsin i Oklahomie. Po trzecie, zachętę stanowiły również lektury anglojęzycznego piśmiennictwa poświęconego tematyce indiańskiej. Jednak za bezpośrednią inspirację do napisania książki autorka uznaje działalność swojego stryja, rzeźbiarza Korczaka Ziółkowskiego (który zaprojektował i zaczął rzeźbić w skale pomnik Szalonego Konia): „Gdy jako stypendystka Fulbrighta pojechałam w 1985 roku do Rapid City w Dakocie Południowej, Korczak od trzech lat nie żył. Zajęła się mną serdecznie jego żona Ruth. Dostałam od niej książki i upominki z ośrodka Crazy Horse dla mojego syna” (s. 12). Ziółkowska-Boehm mówi także o przyjaźniach z Indianami – nierzadko sąsiadami – różnych plemion, o wspieraniu indiańskich szkół i stopniowym zaprzyjaźnianiu się z tematem indiańskim. Pojawiał się on w rozproszonych publikacjach w prasie polskiej i zagranicznej, w książce Nie tylko Ameryka (Warszawa 1992), a najgłębszy wyraz znalazł w omwianym tu zbiorze reportaży i rozmów.

Rdzenni Amerykanie
Reportażowe opowieści, bo tak trzeba nazwać książkę Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, ukazują życie współczesnych Indian, ale bardzo często odwołuje się do dziejów ich przodków. Autorka dosłownie i metaforycznie podąża śladami przeszłości: przywołuje pamięć sławnych wodzów, bitew i rzezi, a także dawnych obyczajów i wierzeń.
Sytuacja rdzennych mieszkańców Ameryki u progu XXI wieku jest niezwykle zróżnicowana. Rząd USA uznaje ponad 500 niezależnych indiańskich grup tubylczych. Uogólniając, można stwierdzić, że Indianie na wschodzie kontynentu mają pewne przywileje, sprzyjające rozwojowi życia społeczno-kulturalnego. Ich inicjatywy zwykle spotykają się z akceptacją władz. Na przykład na terenie rezerwatu nie płaci się podatku od dochodu, co umożliwia Indianom prowadzenie własnych kasyn, dzięki którym m.in. sponsorują szkoły, muzea czy prace naukowe związane z kulturą rdzennych mieszkańców Ameryki. Ponadto Karta Indianina pozwala osiedlać się im poza rezerwatami.
Zupełnie inaczej rzecz przedstawia się zachodzie kontynentu. Do najważniejszych problemów plemion indiańskich, zwłaszcza tej części USA, można zaliczyć: problemy własności ziemi w rezerwatach (m.in. brak możliwości uzyskania kredytów); bezrobocie sięgające nawet 80% ludności rezerwatów; ubóstwo; alkoholizm; brak wzorców i ideałów dla młodych Indian; zaniedbania cywilizacyjno-technologiczne (m.in. złą infrastrukturę, brak komputerów i Internetu w wielu gospodarstwach domowych); niechęć do nauki języków przodków; apatia i marazm w społecznościach rezerwatów; własne prawo (plemienne) i samorządność w rezerwatach (m.in. zezwalanie na składowanie odpadów nuklearnych); podziały, nieufność i brak silnego lobby.
Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm jest wzbogacona oryginalnymi fotografiami, obszerną – w znacznej części anglojęzyczną – bibliografią źródeł i opracowań, a także aneksami z informacjami na temat Indian w wybranych stanach, takimi jak: liczba rdzennych mieszkańców w relacji do ogólnej liczny ludności stanu (najwięcej Native Americans żyje obecnie w stanach: Alaska, Nowy Meksyk, Oklahoma i Dakota Południowa), indiańska etymologia nazwy niektórych stanów oraz wykaz muzeów indiańskich w Ameryce Północnej i Południowej.

Relikty folkloru tradycyjnego
Reportaże i rozmowy emigracyjnej pisarki ukazują relikty folkloru tradycyjnego dawnych mieszkańców Ameryki. Przyjrzyjmy się wybranym przykładom z obszaru tańca, muzyki, obyczaju i wierzeń (w tym medycyny).
Obchodzone 12 listopada przez Komanczów w pueblo Tesque doroczne święto Feast Day, czas zmiany pór roku, jest okazją do przypomnienia tradycyjnych tańców indiańskich.

Z jednej strony – mówi Ziółkowska-Boehm – jest to tylko zabawa, przyjemność. Dzieci nie idą do szkoły, starzy przyjaciele spotykają się, by porozmawiać. Z drugiej strony, jest to czas na refleksję i nawiązanie związków duchowych. Ludzie kończą letnie prace i potwierdzają swe więzy z matką-ziemią. Główną atrakcją uroczystości jest taniec: szansa, aby się uściskać, pokrzyczeć, potrząsnąć dzwoneczkami i mieć przyjemność występowania. Sto osób – mężczyźni i kobiety – poruszają się w tańcu, chór chłopięcy i męski bije w pięć bębenków i śpiewa: „Daj nam życie, pobłogosław nam” (s. 50).

Bohaterowie Otwartej rany Ameryki niejednokrotnie przypominają, że taniec „od zawsze” współtworzy tradycje Indian oraz że posiada liczne odmiany i nazwy. Oto niektóre z nich: Fancy Dance, Jingle Dance, Grass Dance, Women’s Traditional Dance, Fancy Shawl Dance, Men’s Traditional Dance, Warrior Dance, Flag Bearers, Royalty, Straith Dance.
            Do magicznej funkcji muzyki odwołują się m.in. Indianie z plemienia Tlingit. Na przykład starszy mieszkaniec małej osady w południowo-wschodniej Alasce używa sakralnego bębna do wypędzenia demonów z budynku, w którym będą odbywać się narady sędziów plemiennych. Ci z kolei stosują wcześniej głodówkę oraz rytualne obrzędy obmycia. Okazuje się, że wyrok, który wkrótce wydali wobec dwóch młodych mieszkańców rezerwatu winnych brutalnej napaści, także wyrastał z dawnych wierzeń i był skazaniem na 18-miesięczną banicję (samotny pobyt na bezludnej wyspie).
            Istotnym składnikiem indiańskiego folkloru są wierzenia. Autorka Otwartej rany Ameryki wspomina o dwóch zjawiskach w tej sferze życia współczesnego mieszkańca Ameryki. Otóż, wielu – coraz więcej – Amerykanów szuka inspiracji i natchnienia poza religią, w której się urodzili i wychowali. Poszukiwanie sensu życia przejawia się zarówno w lekturze książek poradnikowych typu self-help, jak i wizytach u psychiatrów oraz uczestnictwie w kursach terapeutycznych. Spore zainteresowanie wzbudza jednak duchowość Indian – ze względu na swoją egzotykę i spirytualizm, a także obecne wśród niektórych białych Amerykanów poczucie winy za krzywdy przez wieki wyrządzane rdzennym mieszkańcom kontynentu. Ziółkowska-Boehm mówi o dynamicznej odpowiedzi rynku wydawniczego na to zapotrzebowanie oraz swoistej modzie na „indiańskich” uzdrawiaczy:

liczba białych praktykujących wierzenia i zwyczaje indiańskie w celach zarobkowych stale się powiększa. […] Sprzedaje się wszystko: rytuały sakralne, zioła lecznicze. Krytykowani za eksploatację indiańskich wierzeń odpowiadają, że mają wiele szacunku dla Indian, a te poczynania nie robią im krzywdy. Indianie jednak  uważają te praktyki białych za świętokradztwo i naruszenie ich wiary. Mówią, że coś, co jest specjalne, nagle staje się dostępne i zwyczajne (s. 99).

W tych haniebnych – zdaniem bohaterów książki – praktykach uczestniczą niekiedy indiańscy medicine men, którzy w celach zarobkowych oddalają się od rodzinnej ziemi i tradycji, a następnie świadczą płatne usługi uzdrawiaczy. W swoich dawnych społecznościach są wówczas postrzegani jako odszczepieńcy. Taka postawa dowodzi silnej obecności reliktów tradycyjnego folkloru z wyrazistą kategorią światopoglądową swój – obcy. 
Z drugiej strony, tubylczymi wierzeniami interesują się również sami Indianie. Oni to z różnych powodów dopiero po latach powracają do rodzimej kulturą i odkrywają własną tożsamość. A przy okazji wspomniane wyżej fascynacje i mody białych odbierają jako kolejne zagrożenie ze strony białych oraz próbę zagarnięcia ich własności.
Być może w wierzeniach najbardziej atrakcyjne dla współczesnego człowieka (bez względu na pochodzenie) wydaje się przekonanie, że życie polega na nieustannym procesie zdobywania wiedzy o sobie samym. Jej gromadzenie odbywa się w konfrontacji z problemami oraz pragnienie ładu wewnętrznego i harmonii z otaczającą przyrodą, która daje wystarczającą liczbę przykładów dotyczących życia w uczciwości i zgodzie z innymi.
            Mimo że autorka Otwartej rany Ameryki wskazuje na bardzo silne zróżnicowanie wierzeń indiańskich poszczególnych plemion, to odnajduje wśród nich następujące elementy wspólne: 1) „Ludzie są spokrewnieni ze wszystkimi na ziemi, zarówno z rzeczami martwymi, jak i istotami żyjącymi” (s. 103); 2) „Dbałość o wewnętrzną równowagę i zachowanie proporcji własnych uczuć i emocji […]: odwaga musi być równoważona przez mądrość, upór – przez giętkość i elastyczność” (s. 104); 3) „Ludzie, którzy nie widzą siebie jako części natury i Wszechświata, tkwią w iluzji i psychicznej izolacji. Aby się tego pozbyć, musimy wyrabiać w sobie współczucie dla innych i dla natury w ogóle” (s. 105).
Zagadnienie wierzeń indiańskich obejmuje także medycynę, która często powraca na kartach reportażowych opowieści i rozmów Ziółkowskiej-Boehm. Najwięcej i najchętniej – choć dla europejskiego czytelnika/słuchacza zapewne i tak nazbyt skrótowo – o poglądach rdzennych mieszkańców Ameryki na zdrowie człowieka wypowiada się Linwood Tall Bull z plemienia Szejenów Północnych – nauczyciel, szaman, uzdrawiacz oraz prezes Dog Soldier Society, które obecnie zajmuje się przechowywaniem i przekazywaniem tradycji indiańskich. Twierdzi on m.in., że stopy są niezwykle ważne dla dobrego samopoczucia człowieka, a w swoich rozważaniach odwołuje się zarówno do wierzeń indiańskich, jak i przesłania Ewangelii św. Jana:

Większość osób wstydzi się swoich stóp, ale stopy to nasze fundamenty, nasza podstawa. Dobre stopy, dobra rodzina. Jeżeli ludzie mają różne narośla, zgrubienia, nie będą nikogo słuchać, bo są rozkojarzeni i cierpiący. Obmywając ludziom stopy, okazujemy im respekt i zdobywamy ich wdzięczność. Otwierają przednimi serca i chcą nas wysłuchać. I sami się otworzą. Chrystus wiedział o tym (s. 228).

Linwood Tall Bull uważa również, że przyczyną wielu dolegliwości i przewlekłych chorób są wstrzymywane emocje, ponieważ tłumienie gniewu wewnątrz siebie działa na organizm niczym trucizna.  „Gdy mamy problemy, przykładowo ze skórą, to oznacza, że nasz system nerwowy nie jest w porządku” (s. 230). Dlatego Apacze symbolicznie przekazywali swoje negatywne odczucia kamieniowi, który odrzucali. Radzili potem, żeby na ich terytorium nie podnosić kamieni, gdyż skutkuje to podniesieniem cudzego problemu. Uzdrawiacz jest zdania, że sami kreujemy rzeczywistość wokół siebie i to właśnie od nas zależy, jaki styl życia wybierzemy. Z tego powodu szaman zaleca „słuchanie” własnego ciała. Otóż, dolegliwości lewej strony ciała oznaczają, że zawiodła nas kobieta, prawej zaś – że zranił nas mężczyzna. „Warto o tym wiedzieć, ale musimy także w to wierzyć. Szukajmy przyczyn, zastanówmy się, dlaczego chorujemy. Indiańska medycyna i uzdrawianie działa od środka. Patrzy się na korzenie dolegliwości” (s. 231). Szczególną moc uzdrawiania mają drzewa. Linwood Tall Bull zaleca dotykanie ich i rozmawianie z nimi, ponieważ takie zachowania rozładowują nasze wewnętrzne napięcia. „Jeżeli dziecko się gniewa, dlaczego wspina się na drzewo? Bo drzewo zabiera jego gniew, uspokaja go” (s. 231). 
Negatywny wpływ na indiańskie tradycje, w tym głównie folklor, miały i mają wpływ różne czynniki. Jednym z nich były dawne publiczne amerykańskie i kanadyjskie szkoły publiczne, do których uczęszczało w dzieciństwie wielu rozmówców Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm. Oto fragment jednej z relacji:

– Szkoła jest dla mnie gorzkim wspomnieniem… – mówi mi mocno starszy Indianin z plemienia Siuksów. Nazywa się Phil Lane. Miał pięć lat, kiedy znalazł się w Wakpale, w Dakocie Południowej, w szkole dla amerykańskich Indian, imienia świętej Elżbiety, patronki miłosierdzia chrześcijańskiego, która poświęciła życie posłudze chorym i ubogim.
                Lane pamięta płaczących kolegów, przywiązanych tak jak i on za kolana i publicznie chłostanych. Kary te skończyły się, kiedy całkowicie odrzucił indiańskie tradycje, wyrzekł się ich, kiedy upodobnił się do białych rówieśników (s. 54).

Dopiero od lat 70. XX wieku nastąpił okres wyraźnego zachęcania tubylczych mieszkańców Ameryki do pielęgnowania własnych tradycji i kultury. W całym USA wzrosło zainteresowanie problemami Indian. W szkołach indiańskich zaczęto nauczać historii, kultury, a nierzadko również lokalnych języków. 

Kultura współczesna
„Nasi ludzie żyją zwieszeni w kulturze, która ani nie jest całkowicie indiańska, ani nie jest całkowicie kulturą ludzi białych”, mówi jeden z członków plemienia Omaha (s. 21). Jedną z form reakcji na to zjawisko jest rozwój nowych tradycji indiańskich, a także folkloryzmu. Pojęcie folkloryzmu bezpośrednio wiąże się z folklorem. Określa się je zwykle jako folklorystyczną stylizację dzieła literackiego, muzycznego, plastycznego albo parafrazowanie treści i form folkloru w celach artystycznych lub komercyjnych. Folkloryzmowi niejednokrotnie zarzucano wtórność, uproszczenia, banalność, zafałszowanie i zubożenie treści kultury ludowej oraz wypieranie folkloru. Należy jednak pamiętać, że folkloryzm jest zjawiskiem należącym do wszechobecnej dziś kultury masowej i stanowi pewną modę na folklor. Tendencje, o których będzie mowa poniżej, trudno jednoznacznie określić i zakwalifikować do folkloru czy folkloryzmu (autorka książki „tylko” rejestruje pewne zachowania i nie rozważa kwestii pojęciowo-terminologicznych). Otwarta rana Ameryki podaje niemało takich przykładów, oto kilka z nich.
Nawiązaniom do indiańskiego folkloru sprzyjają różne okazje, jak chociażby Heritage Day, podczas których przywołuje się dziedzictwo kulturowe rdzennych Amerykanów. W wielu szkołach działają także koła muzyczne, sportowe i teatralne. Szkoły te oraz inne centra edukacyjne i rozrywkowe są nierzadko sponsorowane przez właścicieli kasyn. Istniejąc więc pewne instytucjonalne bodźce pobudzające zainteresowanie folklorem indiańskim. Z lektury książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm można wysnuć wniosek, że dzieci i młodzież chętniej sięgają do tradycyjnych tańców, strojów czy obyczajów, aniżeli języków.
Za szczególną odmianę folkloryzmu należy uznać pow-wow, czyli indiańskie tańce i pieśni. Jest to widowisko czy pokaz, podczas którego przywołuje się elementy dawnego folkloru. Dziś w wielu krajach (także w Polsce) istnieją wyspecjalizowane grupy miłośników tradycji rdzennych mieszkańców Ameryki, prezentujące się przy bardzo różnych okazjach. Pow-wow obserwujemy w społecznościach opisywanych przez emigracyjną pisarkę. Niewątpliwie, są to zjawiska o charakterze folklorystycznym, inspirowane często przez indiańskie szkoły, organizacje i stowarzyszenia. Wprawdzie występują tu elementy folkloru tradycyjnego, ale w nowych kontekstach: np. w towarzystwie mediów, w budynku szkoły albo centrum kulturalnego, z okazji świąt patrona szkoły czy innych uroczystości. Pytanie, na które trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź brzmi: czy pow-wow jest formą kontynuacji, czy może jednak naśladowania tradycyjnego folkloru ludowego? A może jego twórczą adaptacją? Dopowiedzmy, że Ziółkowska-Boehm dostrzega trzy aspekty widowiska pow-wow: jest to forma zapoznawania nie-Indian z kulturą indiańską, okazja do zacieśnienia więzów między różnymi plemionami oraz promocja i sprzedaż wyrobów indiańskich.
Od lat 70 XX. wieku z inspiracji ludzi białych (choć można odnaleźć pewne tropy indiańskie, zob. s. 87) organizowane są wybory Miss Indian. Mimo że tradycja ta stała się popularna w szerokich kręgach społeczności indiańskich, to i tak do konkursu zgłasza się proporcjonalnie mniej dziewcząt niż do konkursu o tytuł Miss Stanów Zjednoczonych. Dodajmy, że wybory na najpiękniejszą Indiankę są organizowane dla dziewcząt w wieku od 3 do 25 lat. Kryteriami, które należy spełnić, są przede wszystkim bardzo dobre wyniki w nauce oraz fakt niezamieszkiwania razem z mężczyzną. Ziółkowska-Boehm zwraca uwagę, że:

[…] standardy urody związane z wagą i wymiarami nie są najważniejsze w pierwszych eliminacjach, prowadzonych przez samych Indian.
                Nieśmiałość dziewcząt indiańskich jest raczej powszechna i uważana za cechę pozytywną. Dziewczęta od dzieciństwa są uczone skromności i muszą wiedzieć, kiedy zabierać głos, a kiedy milczeć. Tradycyjne indiańskie wartości to nie seksualność dziewcząt, ale ich walory jako przyszłych matek oraz przywiązanie do tradycji rodzinnych. Wygranie wyborów odczuwa się nie jako indywidualne zwycięstwo, ale jako zwycięstwo plemienia (s. 88).

Wybory Miss Indian z jednej strony nawiązują do dawnych wartości i wyobrażeń, w których ceniono kobietę przede wszystkim jako matkę, z drugiej zaś – stanowią część współczesnej kultury masowej.

Wrażliwa obserwatorka
Folklor (i folkloryzm) tubylczych plemion Ameryki jest tematem niezwykle złożonym i zróżnicowanym. Aleksandra Ziółkowska-Boehm ukazała przede wszystkim folklor ludowy, wobec którego przyjęła postawę uważnego i wrażliwego obserwatora: podała czytelnikowi fakty, wstrzymując się od jednoznacznej ich oceny. Podczas pisania autorka wyzbywała się stereotypowych wyobrażeń, szukała stosownego tonu wypowiedzi. Akcentowała swoją polską tożsamość, a zarazem wykraczała daleko poza ramy polonocentryzmu. Jej komentarze nie pojawiają się zbyt często i są wyciszone, przez co nie eksponują nadmiernie autorskiego „ja”. Głównym bohaterem opowieści są zawsze Indianie oraz ich życie społeczno-kulturalne, którego istotny element wciąż stanowi folklor. Można by zaryzykować stwierdzenie (gdyż nie jest ono wyrażone explicite), że m.in. w folklorze i zjawiskach folklorystycznych autorka widzi szanse na zachowanie tożsamości plemiennej w realiach XXI wieku.
Tytuł książki zapowiada jej pierwiastek emocjonalny, a mimo to publikacja posiada niezaprzeczalne walory dokumentu. Należy podkreślić, że folklor rdzennych mieszkańców Ameryki i jego relikty ukazane w książce Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm nie podlegają procesom mityzacji czy instrumentalizacji. W efekcie tak przyjętej strategii pisarsko-dziennikarskiej czytelnik może niemalże bezpośrednio obcować ze współczesnym folklorem plemion indiańskich, a jednocześnie poznać stanowisko polskiej emigracyjnej pisarki wobec tego problemu.

***
Otwarta rana Ameryki jest bardzo mądrą książką, która ze względu na tematykę i jej głęboko humanistyczne ujęcie powinna doczekać się kontynuacji. Gorąco zachęcam jej autorkę do powrotu na indiańskie szlaki, żeby sprawdziła, co słychać u „starych i nowych” znajomych.






[1] Szkic jest zmienioną wersją artykułu mojego autorstwa Folklor indiański w „Otwartej ranie Ameryki” Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm opublikowanego w tomie Inspiracje folklorem w kulturze i edukacji. W dwusetną rocznicę urodzin Oskara Kolberga, red. S. Kawalla, E. Lewandowska-Tarasiuk, J. W. Sienkiewicz, Warszawa 2014, s. 81–91.
[2] A. Ziółkowska-Boehm, Otwarta rana Ameryki, Bielsko-Biała 2007, Wydawnictwo DEBIT sp. j. Wszystkie obecne w artykule cytaty z książki będą odnosiły się do tego wydania.

piątek, 24 marca 2017

Norman Boehm From a Small Town to the Big World Wywiad Joanna Sokolowska-Gwizdka








http://www.cultureave.com/z-malego-miasteczka-w-wielki-swiat/




Culture Avenue

Joanna Sokołowska Gwizdka



Z małego miasteczka w wielki świat

rozmowa z Aleksandrą Ziółkowską Boehm 

o wspomnieniach Normana Boehma.

Joanna Sokołowska-Gwizdka: Na początku 2017 roku w amerykańskim wydawnictwie Hamilton Books wyszły wspomnienia Pani męża Normana Boehma From a Small Town to the Big World (Z małego miasteczka w wielki świat). Nie każdy pisze wspomnienia, skąd u Normana taka potrzeba zapisywania obserwacji i wydarzeń ze swojego życia?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Trochę było w tym mojej perswazji i pasji do pisania. Od lat mówiłam, że powinien napisać wspomnienia. Norman napisał we wstępie, że „Aleksandra go wciąż zachęcała”. Uważam, że każdy z nas ma swoją opowieść i może ją napisać opierając na własnym życiu. Każdy może napisać własne wspomnienie, biografię, pamiętnik czy historię rodzinną. Jak dalece chce, jak dalece potrafi, i czy będzie chciał i umiał poddać się dyscyplinie, to jest osobne zagadnienie.

JSG: Czy Norman Boehm prowadził regularny dziennik?
AZB: Nie prowadził dziennika. Zaczął pisać kilka lat temu, gdy byłam ponad rok na stypendium Fulbrighta. Na te stypendia jest zapraszana rodzina, Norman był ze mną. Kupiliśmy drugiego laptopa i zaczął pisać o swoim dzieciństwie, młodości, szkole, studiach, pracy za granicą. Pokazywał mi, zachęcałam, by rozwinął niektóre wątki, i tak się książka powolutku pisała.

JSG: Jaki był dom rodzinny Normana Boehma?
AZB: Norman był jedynakiem, miał szwedzko-niemieckie korzenie. Jego babcia (Blenda Bergman), przyjechała ze Szwecji, poznała emigranta z Niemiec (Carl Adalberta Boehm), i pobrali się. Ich jedyny syn, Normana ojciec, urodził się w Chicago. Rodzina przeniosła się na Wschodnie Wybrzeże i w niedużym miasteczku w stanie New Jersey urodził się Norman.

JSG: Napisała Pani piękną książkę o słynnej ciotce Normana Boehma, aktorce Ingrid Bergman. Czy w swoich wspomnieniach Norman poświęca jej dużo miejsca?
AZB: Norman oczywiście przywołuje spotkania ze swoją kuzynką Ingrid (w Polsce nazywano by ją ciocią). Ojciec Ingrid (Justus) i babcia Normana (Blenda) byli rodzeństwem.
W mojej książce Ingrid Bergman prywatnie (amerykańskie wydanie ukazało się pod tytułem Ingrid Bergman and her American Relatives) cytuję listy Ingrid do jego babci Blendy (ulubionej cioci Ingrid), do jego ojca, i także do Normana. Przywołuję jej wypowiedzi na temat Szwecji, Włoch, Ameryki. Piszę o jej małżeństwach, przede wszystkim, jak wielką pasją było dla niej aktorstwo. Książkę oparłam na rozmowach z Normanem, przeczytałam opublikowane książki na temat wielkiej aktorki, między innymi jej autobiografię (napisaną z Alanem Burgess) My Story.

JSG: Co spowodowało, że Norman Boehm zdecydował się na dalszą naukę z daleka od domu?
AZB: Jego ojciec uważał, że syn powinien wyjechać z małego miasteczka, poznać inne rejony wielkiej Ameryki. Po skończeniu szkoły średniej Norman wybrał studia na Uniwersytecie w Północnej Dakoce. Jechał trzy dni autobusem. Wiele osób okazało mu serdeczność, co zapamiętał na całe życie. Tęsknił za domem, ale - jak pisze - po pierwszej wizycie na święta, cieszył się, że wracał na uczelnię, gdzie miał kolegów, gdzie należał do honorowego studenckiego stowarzyszenia - fraternity: Alpha Tau Omega (ATO).

JSG: Norman Boehm, po ukończeniu chemii i kolejnych kursów prawniczych, spędził 23 lata poza Stanami Zjednoczonymi – 16 lat w Arabii Saudyjskiej, 4 lata w Londynie i 3 lata w Stavanger w Norwegii zarządzając budową szybów wiertniczych. Na czym polegała jego praca?
AZB: Był specjalistą od układania kontraktów, które dotyczyły między innymi właśnie budowy szybów wiertnicznych na oceanie. W Londynie nadzorował projekt North Coromorant, który w historii firmy Exxon jest uważany za „the most successful”, ukończono go wcześniej niż przewidywano, zmniejszono przewidywany budżet, i nie było żadnych „niespodzianek”.

JSG: Czy mieszkanie w krajach o różnych kulturach miało wpływ na poglądy Normana?
AZB: Ogromny. Pracowali z nim Arabowie, Palestyńczycy, Norwegowie, Anglicy. Cenił różne kultury i różnych ludzi. Zgromadzony przez niego szacunek dla „innych” został mu na całe życie.

JSG: Norman Boehm miał też pasje – gra na fortepianie i lotnictwo. Jak je realizował?
AZB: Był pilotem w amerykańskim NAVY, a po latach miał swój nieduży samolot (aeronca chief). Bardzo kochał latanie. O tym m.in. rozmawiał z  Donaldem Kutyną, amerykańskim 4-gwiazdkowym generałem, przez wiele lat szefem Air Force, który ma ogromne osiągnięcia. Napisałam o nim w książce The Roots Are Polish, ma bowiem polskie pochodzenie.
Jako chłopiec Norman przez osiem lat uczył się gry na forepianie. Uwielbiał muzykę Chopina (grywał np. „Walc minutowy”), Beethovena, Schuberta, Czajkowskiego. Grywał także popularne melodie, jak “Begin the Beguine”, “Adios”, “Granada”, “My Shawl”…  Do końca życia prawie każdego dnia grał na pianinie. Cały dom rozbrzmiewał muzyką... bardzo mi tego także brakuje…
JSG: Proszę opowiedzieć, jak się Państwo poznali.
AZB: Poznaliśmy się w Stanach, byłam wówczas na stypendium. Wymieniliśmy adresy i zaczęła się korespondencja. Telefonował co tydzień, kilka razy przyleciał do Warszawy. Niecały rok później w 1990 roku pobraliśmy się. Jest o tym rozdział w książce Barbary Henkel Bezpieczne związki (Wydawnictwo Nowy Swiat, 2003).
JSG: Czy zdecydowała się Pani na budowanie swojego życia w Stanach Zjednoczonych, właśnie ze względu na Normana?
AZB: Tak właśnie było - wyszłam za mąż i zamieszkałam z mężem w jego kraju, ale cały czas utrzymywałam i utrzymuję stały kontakt ze swoim. Zwykle dwa w razy do roku bywam w Polsce, ukazują się moje książki, mam ukochaną rodzinę i czytelników. Czeka też na mnie moje nieduże warszawskie mieszkanie, które bardzo lubię.

JSG: Jak pamiętam, Norman Boehm uczestniczył w Pani pracy, był zainteresowany polską historią, kulturą i reagował, gdy Polska, czy Polacy byli niesprawiedliwie oskarżani.
AZB: Reagował pięknie. Zabierał głos, gdy ukazywały się krzywdzące Polskę artykuły. Pisywał listy do redakcji pism, w których pojawiały się różne pomówienia. Włączył się także w akcję przekonywania amerykańskich senatorów do przyjęcia Polski do NATO. (Po śmierci Normana pięknie napisała o tym Anna Bernat dla PAP-u). W książce Jana Nowaka Jeziorańskiego Polska droga do NATO (Wrocław 2006, red. Dobrosława Platt, wstęp Jerzy Koźminski), są zamieszczone jego listy do senatora Joe Bidena (późniejszego wiceprezydenta), do senator Kay Bailey Hutchinson.  Norman stał się niemal „polskim patriotą”. Bardzo mnie to ujmowało i było ważnym aspektem w naszym wspólnym życiu.

JSG: Dzięki Pani pasji i pracy życie Normana stało się bogatsze o inną kulturę, którą pokochał jak swoją. Przyjeżdżał z Panią do Polski i Polskę poznał.
AZB: Bardzo lubił i cenił Polaków, uważał nasz naród za serdeczny, patriotyczny. O naszej historii dużo się ode mnie dowiadywał, bardzo miał piękne podejście do Polski. Żartuję czasami mówiąc, że nie znał polskiego, a ja nie tłumaczyłam mu różnych „polskich sporów”. Gdy pracował, przylatywał do Polski na krótko, zwykle dwa razy w roku. Gdy przeszedł na emeryturę – lecieliśmy oboje na siedem - osiem tygodni do Polski. Bywał na moich spotkaniach autorskich, lubił moją rodzinę, przyjaciół. Doskonale się w Polsce czuł. Wygłosił wykład na Politechnice Łódzkiej na temat etyki zawierania kontraktów. Jeździliśmy w różne miejsca, pokochał Zakopane. 



Z zabawnych anegdot opowiem jedną. W Zakopanem byliśmy na Gubałówce z Michałem Radgowskim, felietonistą "Polityki". Norman patrzył na panoramę gór pełen zachwytu. -Powiedz mu, że to są góry słowackie, powiedział Michał. -A po co?...Niech podziwia i myśli, że polskie, odpowiedziałam. Radgowski tak był...zaskoczony, że napisał o tym w felietonie.

Norman Boehm i Michał Radgowski


Gdy lecieliśmy oboje, towarzyszyła nam nasza kotka Suzy, a potem też drugi kot. Koty także dobrze się czuły w Warszawie (napisałam książkę Podróże z moją kotką, która miała też amerykańskie wydanie On the Road with Suzy from Cat to  Companion). Z naszą Suzy odwiedzaliśmy np indiańskie rezerwaty.

JSG: Wspomnienia Normana Boehma zostały opatrzone ciepłymi refleksjami jego przyjaciół, m.in. przywoływanego wczesniej generała polskiego pochodzenia, dowódcy Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej, Donalda J. Kutyny, czy Bruce’a E. Johansena, profesora na University of Nebraska. Pamiętam, że Norman miał też dobre relacje z Joe Bidenem, senatorem z Delaware, wiceprezydentem w rządzie Baracka Obamy. Czy dużo miejsca we wspomnieniach zajmują bliscy mu ludzie i przyjaźń?

AZB: Norman pisze o kolegach ze szkoły podstawowej, średniej, studiów, pracy, rodzinie. Napisał, jak zachwycił się Europą, po pierwszej pierwszej podróży na ten kontynent, jak inaczej przedstawiano ją w Stanach.
Napisałam do jego książki wstęp – między innymi jakim był człowiekiem prywatnie. Zacytowałam jego - naszych przyjaciół, m. in. znanego Indianina z Montany. Oboje z Normanem jeździliśmy do obu Dakot, Montany, wspieraliśmy szkoły indiańskie (St Labre, St Joseph i Red Cloud Indian School), Crazy Horse Memorial w Południowej Dakocie (gdzie przed laty mój stryj Korczak Ziółkowski zaczął rzeźbić w skałach wodza Crazy Horse). Norman jest obecny w mojej książce indiańskiej Otwarta rana Ameryki (amerykańskie wydanie Open Wounds A Native American Heritage).

JSG: Norman odszedł w maju 2016 roku. Czy przygotowywanie wspomnień do druku było dla Pani terapią?
AZB: Tak, praca nad wspomnieniami była swoistą terapią i swoistym ukojeniem. Żałuję, że Norman nie doczekał decyzji amerykańskiego wydawcy, że książki już nie zobaczył.

JSG: Czym dla Pani było dwadzieścia sześć lat życia z mężem Normanem?
AZB: Gdy się spotkaliśmy obydwoje byliśmy dojrzałymi ludźmi, umieliśmy docenić każdy wspólny dzień. Myślę, że w młodości często jesteśmy zapalczywi, niecierpliwi, wymagający. Oczekujemy więcej niż sami jesteśmy gotowi dać. Na wszystko trzeba dojrzałości. Z pokorą mogę powiedzieć, że nasze małżeństwo to był dar od Pana Boga.




poniedziałek, 13 marca 2017

Lynne Olson Those Angry Days


ODRA  NR 3, 2017, str 130-131



Lynne Olson -

Those Angry Days Roosevelt, Lindbergh, and America's Fight Over World War II, 1939-1941”

Random House, 2013 

Aleksandra Ziółkowska-Boehm


Ameryka przed przystąpieniem do drugiej wojny światowej


Lynne Olson, znakomita autorka publikacji historycznych, jest znana w Polsce z napisanej wraz z mężem, Stanley’em Cloud, książki „Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski”. Czytając angielskojęzyczne wydanie („A Question of Honor. The Kościuszko Squadron: Forgotten Heroes of World War”) zwróciłam uwagę, że przytaczane polskie nazwiska i nazwy mają zachowaną pisownię polskich czcionek (rzadkie to zjawisko, jakże świadczące o staranności Autorów i Wydawnictwa).


Wydana w 2013 roku roku nakładem Random House „Those Angry Days Roosevelt, Lindbergh, and America's Fight Over World War II, 1939-1941” jest książką interesującą z wielu powodow (gorąco polecam jej wydanie w języku polskim). Autorka pisze o okresie, zanim Ameryka przystąpiła do drugiej wojny, pokazuje gorzkie, czasem wręcz brutalne zderzenie osobowości i idei, które podzieliły naród.
Lynne Olson w mistrzowski sposób przytacza debaty nad amerykańską interwencją w czasie II wojny światowej. W centrum kontrowersji stało dwóch najbardziej znanych ludzi w Ameryce: prezydent Franklin D. Roosevelt, który uważał, że należy interweniować i starał się uzyskać poparcie społeczne dla udzielenia pomocy Churchillowi; i lotnik Charles Lindbergh, który jako nieoficjalny lider i rzecznik zwolenników izolacji w Ameryce, ukazany jest jako najgroźniejszy przeciwnik prezydenta i jego chęci przystąpienia do wojny. Obydwaj mieli ogromny wpływ na opinię publiczną, ich rywalizacja miała gorzkie podłoże osobiste jak i polityczne. Roosevelt zrobił wszystko, co mógł, by zniszczyć reputację Lindbergha, natomiast Lindbergh oskarżył Roosevelta, że podważa demokrację.

Autorka pokazuje jak silne były wówczas nastroje antywojenne i proniemieckie. Lindberghowi stawiano wręcz zarzuty, że był sympatykiem nazistów. Amerykański pionier lotnictwa w 1938 roku odebrał medal od Hermanna Goeringa.
Lindbergh, pokazany jako największy antagonista Roosevelta, przedstawiony jest jako chłodny i beznamiętny realista, uważający, że Anglia nie miała wyboru, tylko uznać Trzecią Rzeszę. We wrześniu 1941 roku w Des Moines Lindbergh ogłosił, że "największe zagrożenie kraju leży w żydowskiej własności i ich wpływach w filmach, prasie i radiu, w rządzie. "

W książce jest 18-stronicowy rozdział zatytułowany „Setting the Ground for Anti-Semitism”, gdzie autorka pisze, że większość amerykańskich uniwersytetów, włączywszy niemal wszystkie „Ivy League”, miały „strict quota sytems” (numerus clausus) w przyjmowaniu Żydów na studia. Cytowany jest między innymi uniwersytecki dziennik „Yale Daily News” zamieszczający antysemickie komentarze. Autorka pisze, że nawet po ukończeniu studiów Żydzi mieli problemy ze znalezieniem pracy.

Lynne Olson przypomina, że Linbergh, który w 1927 roku jako pierwszy przeleciał samotnie nad Atlantykiem bez międzylądowania, był niezwykle popularny, ale unikał dziennikarzy, odmawiał odpowiedzi na pytania, prawie nie udzielał autografów i nie pozował do fotografii. Mieszkał z żoną w odosobnionym domu otoczonym lasem niedaleko Hopewell w stanie New Jersey. Dziennikarze ich nękali, przeglądali śmieci, ponoć jeden z nich zatrudnił się jako służący. Ten szczególny harrasment zamienił się pewnego dnia w tragedię. 1 marca 1932 roku 20- miesięczny synek Charlie (Charles Jr.) spał na piętrze, rodzice jedli kolację na dole. Dziecko zostało porwane. Dwa miesiące później zwłoki zostały odnalezione w lesie. Przez kolejne cztery lata media rozpisywały się o tragedii. Aresztowano, odbył się proces i wydano wyrok śmierci na podejrzanego o zbrodnię Bruno Richarda Hauptmanna. Charles Lindbergh z żoną opuścili Stany Zjednoczone, przenieśli się do Anglii, kolejno do Francji. Lindbergh zmarł na Hawajach w 1974 roku.

Lynne Olson pokazuje wewnętrzne kłótnie, które zapanowały w Stanach Zjednoczonych w okresie poprzedzającym Pearl Harbor. Ameryka znalazła się w rozdarciu między tradycyjnym izolacjonizmem i pilną potrzebą, aby przyjść z pomocą Wielkiej Brytanii. Konflikt wokół interwencji był, jak FDR zauważył, "brudną walką", roiło się od szykan i intryg. W Waszyngtonie, grupa wysokich rangą oficerów, w tym szef sztabu sił powietrznych, była przeciwnikami pro-brytyjskiej polityki Roosevelta.

Przyszłość demokracji i roli Ameryki w świecie wisiała na włosku, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni.. W ciagu lat 1939-1941 Stany Zjednoczone włączyły się w jedną z najbardziej intensywnych debat w swojej historii. Były one (powtarzam: przed Pearl Harbor) kluczowe przy podejmowaniu decyzji dotyczących przyszłości Ameryki. Miliony ludzi - od studentów, gospodyń domowych, do prawników z Wall Street, zostało wprowadzonych w dyskusje, które okazały się niezwykle burzliwą walką obejmującą całą Amerykę.
Amerykanie byli świadomi, że będą musieli zapłacić wysoką cenę, jeśli wejdą do wojny, ale większość doszła do wniosku, że prawdopodobnie było to konieczne. To psychologiczne i emocjonalne przygotowanie było jednym z głównych powodów i wielkim krokiem do natychmiastowej jedności kraju.
Miliony ludzi zaangażowało się w dyskusje, które przy całej swej goryczy i gniewie, były prawdziwym ćwiczeniem demokracji. Interesująca była kluczowa rola, jaką przeciętni obywatele odgrywali w debacie. Po obu stronach powstawały tzw. „ruchy obywatelskie”. Np. w Yale University studenci byli nastawieni antywojennie. Założono wtedy America First Committee, który stał się najbardziej wpływową organizacją izolacjonizmu. Wśród wielu zaangażowanych byli Dr. Seuss, który potem stał się ulubionym autorem książek dla dzieci; przyszli prezydenci - John F. Kennedy i Gerald Ford; i przyszli pisarze - Kurt Vonnegut i Gore Vidal.

Książka Lynne Olson podważa ideę, która jest nadal powszechna, że społeczeństwo USA pozostało pod wpływem izolacjonizmu aż do Pearl Harbor. W rzeczywistości, w grudniu 1941 roku, większość Amerykanów doszła do wniosku, że pokonanie Hitlera było "największym zadaniem przed którym stoi ich kraj" i byli gotowi, aby przystąpić do wojny.