piątek, 24 marca 2017

Norman Boehm From a Small Town to the Big World Wywiad Joanna Sokolowska-Gwizdka








http://www.cultureave.com/z-malego-miasteczka-w-wielki-swiat/




Culture Avenue

Joanna Sokołowska Gwizdka



Z małego miasteczka w wielki świat

rozmowa z Aleksandrą Ziółkowską Boehm 

o wspomnieniach Normana Boehma.

Joanna Sokołowska-Gwizdka: Na początku 2017 roku w amerykańskim wydawnictwie Hamilton Books wyszły wspomnienia Pani męża Normana Boehma From a Small Town to the Big World (Z małego miasteczka w wielki świat). Nie każdy pisze wspomnienia, skąd u Normana taka potrzeba zapisywania obserwacji i wydarzeń ze swojego życia?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Trochę było w tym mojej perswazji i pasji do pisania. Od lat mówiłam, że powinien napisać wspomnienia. Norman napisał we wstępie, że „Aleksandra go wciąż zachęcała”. Uważam, że każdy z nas ma swoją opowieść i może ją napisać opierając na własnym życiu. Każdy może napisać własne wspomnienie, biografię, pamiętnik czy historię rodzinną. Jak dalece chce, jak dalece potrafi, i czy będzie chciał i umiał poddać się dyscyplinie, to jest osobne zagadnienie.

JSG: Czy Norman Boehm prowadził regularny dziennik?
AZB: Nie prowadził dziennika. Zaczął pisać kilka lat temu, gdy byłam ponad rok na stypendium Fulbrighta. Na te stypendia jest zapraszana rodzina, Norman był ze mną. Kupiliśmy drugiego laptopa i zaczął pisać o swoim dzieciństwie, młodości, szkole, studiach, pracy za granicą. Pokazywał mi, zachęcałam, by rozwinął niektóre wątki, i tak się książka powolutku pisała.

JSG: Jaki był dom rodzinny Normana Boehma?
AZB: Norman był jedynakiem, miał szwedzko-niemieckie korzenie. Jego babcia (Blenda Bergman), przyjechała ze Szwecji, poznała emigranta z Niemiec (Carl Adalberta Boehm), i pobrali się. Ich jedyny syn, Normana ojciec, urodził się w Chicago. Rodzina przeniosła się na Wschodnie Wybrzeże i w niedużym miasteczku w stanie New Jersey urodził się Norman.

JSG: Napisała Pani piękną książkę o słynnej ciotce Normana Boehma, aktorce Ingrid Bergman. Czy w swoich wspomnieniach Norman poświęca jej dużo miejsca?
AZB: Norman oczywiście przywołuje spotkania ze swoją kuzynką Ingrid (w Polsce nazywano by ją ciocią). Ojciec Ingrid (Justus) i babcia Normana (Blenda) byli rodzeństwem.
W mojej książce Ingrid Bergman prywatnie (amerykańskie wydanie ukazało się pod tytułem Ingrid Bergman and her American Relatives) cytuję listy Ingrid do jego babci Blendy (ulubionej cioci Ingrid), do jego ojca, i także do Normana. Przywołuję jej wypowiedzi na temat Szwecji, Włoch, Ameryki. Piszę o jej małżeństwach, przede wszystkim, jak wielką pasją było dla niej aktorstwo. Książkę oparłam na rozmowach z Normanem, przeczytałam opublikowane książki na temat wielkiej aktorki, między innymi jej autobiografię (napisaną z Alanem Burgess) My Story.

JSG: Co spowodowało, że Norman Boehm zdecydował się na dalszą naukę z daleka od domu?
AZB: Jego ojciec uważał, że syn powinien wyjechać z małego miasteczka, poznać inne rejony wielkiej Ameryki. Po skończeniu szkoły średniej Norman wybrał studia na Uniwersytecie w Północnej Dakoce. Jechał trzy dni autobusem. Wiele osób okazało mu serdeczność, co zapamiętał na całe życie. Tęsknił za domem, ale - jak pisze - po pierwszej wizycie na święta, cieszył się, że wracał na uczelnię, gdzie miał kolegów, gdzie należał do honorowego studenckiego stowarzyszenia - fraternity: Alpha Tau Omega (ATO).

JSG: Norman Boehm, po ukończeniu chemii i kolejnych kursów prawniczych, spędził 23 lata poza Stanami Zjednoczonymi – 16 lat w Arabii Saudyjskiej, 4 lata w Londynie i 3 lata w Stavanger w Norwegii zarządzając budową szybów wiertniczych. Na czym polegała jego praca?
AZB: Był specjalistą od układania kontraktów, które dotyczyły między innymi właśnie budowy szybów wiertnicznych na oceanie. W Londynie nadzorował projekt North Coromorant, który w historii firmy Exxon jest uważany za „the most successful”, ukończono go wcześniej niż przewidywano, zmniejszono przewidywany budżet, i nie było żadnych „niespodzianek”.

JSG: Czy mieszkanie w krajach o różnych kulturach miało wpływ na poglądy Normana?
AZB: Ogromny. Pracowali z nim Arabowie, Palestyńczycy, Norwegowie, Anglicy. Cenił różne kultury i różnych ludzi. Zgromadzony przez niego szacunek dla „innych” został mu na całe życie.

JSG: Norman Boehm miał też pasje – gra na fortepianie i lotnictwo. Jak je realizował?
AZB: Był pilotem w amerykańskim NAVY, a po latach miał swój nieduży samolot (aeronca chief). Bardzo kochał latanie. O tym m.in. rozmawiał z  Donaldem Kutyną, amerykańskim 4-gwiazdkowym generałem, przez wiele lat szefem Air Force, który ma ogromne osiągnięcia. Napisałam o nim w książce The Roots Are Polish, ma bowiem polskie pochodzenie.
Jako chłopiec Norman przez osiem lat uczył się gry na forepianie. Uwielbiał muzykę Chopina (grywał np. „Walc minutowy”), Beethovena, Schuberta, Czajkowskiego. Grywał także popularne melodie, jak “Begin the Beguine”, “Adios”, “Granada”, “My Shawl”…  Do końca życia prawie każdego dnia grał na pianinie. Cały dom rozbrzmiewał muzyką... bardzo mi tego także brakuje…
JSG: Proszę opowiedzieć, jak się Państwo poznali.
AZB: Poznaliśmy się w Stanach, byłam wówczas na stypendium. Wymieniliśmy adresy i zaczęła się korespondencja. Telefonował co tydzień, kilka razy przyleciał do Warszawy. Niecały rok później w 1990 roku pobraliśmy się. Jest o tym rozdział w książce Barbary Henkel Bezpieczne związki (Wydawnictwo Nowy Swiat, 2003).
JSG: Czy zdecydowała się Pani na budowanie swojego życia w Stanach Zjednoczonych, właśnie ze względu na Normana?
AZB: Tak właśnie było - wyszłam za mąż i zamieszkałam z mężem w jego kraju, ale cały czas utrzymywałam i utrzymuję stały kontakt ze swoim. Zwykle dwa w razy do roku bywam w Polsce, ukazują się moje książki, mam ukochaną rodzinę i czytelników. Czeka też na mnie moje nieduże warszawskie mieszkanie, które bardzo lubię.

JSG: Jak pamiętam, Norman Boehm uczestniczył w Pani pracy, był zainteresowany polską historią, kulturą i reagował, gdy Polska, czy Polacy byli niesprawiedliwie oskarżani.
AZB: Reagował pięknie. Zabierał głos, gdy ukazywały się krzywdzące Polskę artykuły. Pisywał listy do redakcji pism, w których pojawiały się różne pomówienia. Włączył się także w akcję przekonywania amerykańskich senatorów do przyjęcia Polski do NATO. (Po śmierci Normana pięknie napisała o tym Anna Bernat dla PAP-u). W książce Jana Nowaka Jeziorańskiego Polska droga do NATO (Wrocław 2006, red. Dobrosława Platt, wstęp Jerzy Koźminski), są zamieszczone jego listy do senatora Joe Bidena (późniejszego wiceprezydenta), do senator Kay Bailey Hutchinson.  Norman stał się niemal „polskim patriotą”. Bardzo mnie to ujmowało i było ważnym aspektem w naszym wspólnym życiu.

JSG: Dzięki Pani pasji i pracy życie Normana stało się bogatsze o inną kulturę, którą pokochał jak swoją. Przyjeżdżał z Panią do Polski i Polskę poznał.
AZB: Bardzo lubił i cenił Polaków, uważał nasz naród za serdeczny, patriotyczny. O naszej historii dużo się ode mnie dowiadywał, bardzo miał piękne podejście do Polski. Żartuję czasami mówiąc, że nie znał polskiego, a ja nie tłumaczyłam mu różnych „polskich sporów”. Gdy pracował, przylatywał do Polski na krótko, zwykle dwa razy w roku. Gdy przeszedł na emeryturę – lecieliśmy oboje na siedem - osiem tygodni do Polski. Bywał na moich spotkaniach autorskich, lubił moją rodzinę, przyjaciół. Doskonale się w Polsce czuł. Wygłosił wykład na Politechnice Łódzkiej na temat etyki zawierania kontraktów. Jeździliśmy w różne miejsca, pokochał Zakopane. 



Z zabawnych anegdot opowiem jedną. W Zakopanem byliśmy na Gubałówce z Michałem Radgowskim, felietonistą "Polityki". Norman patrzył na panoramę gór pełen zachwytu. -Powiedz mu, że to są góry słowackie, powiedział Michał. -A po co?...Niech podziwia i myśli, że polskie, odpowiedziałam. Radgowski tak był...zaskoczony, że napisał o tym w felietonie.

Norman Boehm i Michał Radgowski


Gdy lecieliśmy oboje, towarzyszyła nam nasza kotka Suzy, a potem też drugi kot. Koty także dobrze się czuły w Warszawie (napisałam książkę Podróże z moją kotką, która miała też amerykańskie wydanie On the Road with Suzy from Cat to  Companion). Z naszą Suzy odwiedzaliśmy np indiańskie rezerwaty.

JSG: Wspomnienia Normana Boehma zostały opatrzone ciepłymi refleksjami jego przyjaciół, m.in. przywoływanego wczesniej generała polskiego pochodzenia, dowódcy Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej, Donalda J. Kutyny, czy Bruce’a E. Johansena, profesora na University of Nebraska. Pamiętam, że Norman miał też dobre relacje z Joe Bidenem, senatorem z Delaware, wiceprezydentem w rządzie Baracka Obamy. Czy dużo miejsca we wspomnieniach zajmują bliscy mu ludzie i przyjaźń?

AZB: Norman pisze o kolegach ze szkoły podstawowej, średniej, studiów, pracy, rodzinie. Napisał, jak zachwycił się Europą, po pierwszej pierwszej podróży na ten kontynent, jak inaczej przedstawiano ją w Stanach.
Napisałam do jego książki wstęp – między innymi jakim był człowiekiem prywatnie. Zacytowałam jego - naszych przyjaciół, m. in. znanego Indianina z Montany. Oboje z Normanem jeździliśmy do obu Dakot, Montany, wspieraliśmy szkoły indiańskie (St Labre, St Joseph i Red Cloud Indian School), Crazy Horse Memorial w Południowej Dakocie (gdzie przed laty mój stryj Korczak Ziółkowski zaczął rzeźbić w skałach wodza Crazy Horse). Norman jest obecny w mojej książce indiańskiej Otwarta rana Ameryki (amerykańskie wydanie Open Wounds A Native American Heritage).

JSG: Norman odszedł w maju 2016 roku. Czy przygotowywanie wspomnień do druku było dla Pani terapią?
AZB: Tak, praca nad wspomnieniami była swoistą terapią i swoistym ukojeniem. Żałuję, że Norman nie doczekał decyzji amerykańskiego wydawcy, że książki już nie zobaczył.

JSG: Czym dla Pani było dwadzieścia sześć lat życia z mężem Normanem?
AZB: Gdy się spotkaliśmy obydwoje byliśmy dojrzałymi ludźmi, umieliśmy docenić każdy wspólny dzień. Myślę, że w młodości często jesteśmy zapalczywi, niecierpliwi, wymagający. Oczekujemy więcej niż sami jesteśmy gotowi dać. Na wszystko trzeba dojrzałości. Z pokorą mogę powiedzieć, że nasze małżeństwo to był dar od Pana Boga.




poniedziałek, 13 marca 2017

Lynne Olson Those Angry Days


ODRA  NR 3, 2017, str 130-131



Lynne Olson -

Those Angry Days Roosevelt, Lindbergh, and America's Fight Over World War II, 1939-1941”

Random House, 2013 

Aleksandra Ziółkowska-Boehm


Ameryka przed przystąpieniem do drugiej wojny światowej


Lynne Olson, znakomita autorka publikacji historycznych, jest znana w Polsce z napisanej wraz z mężem, Stanley’em Cloud, książki „Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski”. Czytając angielskojęzyczne wydanie („A Question of Honor. The Kościuszko Squadron: Forgotten Heroes of World War”) zwróciłam uwagę, że przytaczane polskie nazwiska i nazwy mają zachowaną pisownię polskich czcionek (rzadkie to zjawisko, jakże świadczące o staranności Autorów i Wydawnictwa).


Wydana w 2013 roku roku nakładem Random House „Those Angry Days Roosevelt, Lindbergh, and America's Fight Over World War II, 1939-1941” jest książką interesującą z wielu powodow (gorąco polecam jej wydanie w języku polskim). Autorka pisze o okresie, zanim Ameryka przystąpiła do drugiej wojny, pokazuje gorzkie, czasem wręcz brutalne zderzenie osobowości i idei, które podzieliły naród.
Lynne Olson w mistrzowski sposób przytacza debaty nad amerykańską interwencją w czasie II wojny światowej. W centrum kontrowersji stało dwóch najbardziej znanych ludzi w Ameryce: prezydent Franklin D. Roosevelt, który uważał, że należy interweniować i starał się uzyskać poparcie społeczne dla udzielenia pomocy Churchillowi; i lotnik Charles Lindbergh, który jako nieoficjalny lider i rzecznik zwolenników izolacji w Ameryce, ukazany jest jako najgroźniejszy przeciwnik prezydenta i jego chęci przystąpienia do wojny. Obydwaj mieli ogromny wpływ na opinię publiczną, ich rywalizacja miała gorzkie podłoże osobiste jak i polityczne. Roosevelt zrobił wszystko, co mógł, by zniszczyć reputację Lindbergha, natomiast Lindbergh oskarżył Roosevelta, że podważa demokrację.

Autorka pokazuje jak silne były wówczas nastroje antywojenne i proniemieckie. Lindberghowi stawiano wręcz zarzuty, że był sympatykiem nazistów. Amerykański pionier lotnictwa w 1938 roku odebrał medal od Hermanna Goeringa.
Lindbergh, pokazany jako największy antagonista Roosevelta, przedstawiony jest jako chłodny i beznamiętny realista, uważający, że Anglia nie miała wyboru, tylko uznać Trzecią Rzeszę. We wrześniu 1941 roku w Des Moines Lindbergh ogłosił, że "największe zagrożenie kraju leży w żydowskiej własności i ich wpływach w filmach, prasie i radiu, w rządzie. "

W książce jest 18-stronicowy rozdział zatytułowany „Setting the Ground for Anti-Semitism”, gdzie autorka pisze, że większość amerykańskich uniwersytetów, włączywszy niemal wszystkie „Ivy League”, miały „strict quota sytems” (numerus clausus) w przyjmowaniu Żydów na studia. Cytowany jest między innymi uniwersytecki dziennik „Yale Daily News” zamieszczający antysemickie komentarze. Autorka pisze, że nawet po ukończeniu studiów Żydzi mieli problemy ze znalezieniem pracy.

Lynne Olson przypomina, że Linbergh, który w 1927 roku jako pierwszy przeleciał samotnie nad Atlantykiem bez międzylądowania, był niezwykle popularny, ale unikał dziennikarzy, odmawiał odpowiedzi na pytania, prawie nie udzielał autografów i nie pozował do fotografii. Mieszkał z żoną w odosobnionym domu otoczonym lasem niedaleko Hopewell w stanie New Jersey. Dziennikarze ich nękali, przeglądali śmieci, ponoć jeden z nich zatrudnił się jako służący. Ten szczególny harrasment zamienił się pewnego dnia w tragedię. 1 marca 1932 roku 20- miesięczny synek Charlie (Charles Jr.) spał na piętrze, rodzice jedli kolację na dole. Dziecko zostało porwane. Dwa miesiące później zwłoki zostały odnalezione w lesie. Przez kolejne cztery lata media rozpisywały się o tragedii. Aresztowano, odbył się proces i wydano wyrok śmierci na podejrzanego o zbrodnię Bruno Richarda Hauptmanna. Charles Lindbergh z żoną opuścili Stany Zjednoczone, przenieśli się do Anglii, kolejno do Francji. Lindbergh zmarł na Hawajach w 1974 roku.

Lynne Olson pokazuje wewnętrzne kłótnie, które zapanowały w Stanach Zjednoczonych w okresie poprzedzającym Pearl Harbor. Ameryka znalazła się w rozdarciu między tradycyjnym izolacjonizmem i pilną potrzebą, aby przyjść z pomocą Wielkiej Brytanii. Konflikt wokół interwencji był, jak FDR zauważył, "brudną walką", roiło się od szykan i intryg. W Waszyngtonie, grupa wysokich rangą oficerów, w tym szef sztabu sił powietrznych, była przeciwnikami pro-brytyjskiej polityki Roosevelta.

Przyszłość demokracji i roli Ameryki w świecie wisiała na włosku, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni.. W ciagu lat 1939-1941 Stany Zjednoczone włączyły się w jedną z najbardziej intensywnych debat w swojej historii. Były one (powtarzam: przed Pearl Harbor) kluczowe przy podejmowaniu decyzji dotyczących przyszłości Ameryki. Miliony ludzi - od studentów, gospodyń domowych, do prawników z Wall Street, zostało wprowadzonych w dyskusje, które okazały się niezwykle burzliwą walką obejmującą całą Amerykę.
Amerykanie byli świadomi, że będą musieli zapłacić wysoką cenę, jeśli wejdą do wojny, ale większość doszła do wniosku, że prawdopodobnie było to konieczne. To psychologiczne i emocjonalne przygotowanie było jednym z głównych powodów i wielkim krokiem do natychmiastowej jedności kraju.
Miliony ludzi zaangażowało się w dyskusje, które przy całej swej goryczy i gniewie, były prawdziwym ćwiczeniem demokracji. Interesująca była kluczowa rola, jaką przeciętni obywatele odgrywali w debacie. Po obu stronach powstawały tzw. „ruchy obywatelskie”. Np. w Yale University studenci byli nastawieni antywojennie. Założono wtedy America First Committee, który stał się najbardziej wpływową organizacją izolacjonizmu. Wśród wielu zaangażowanych byli Dr. Seuss, który potem stał się ulubionym autorem książek dla dzieci; przyszli prezydenci - John F. Kennedy i Gerald Ford; i przyszli pisarze - Kurt Vonnegut i Gore Vidal.

Książka Lynne Olson podważa ideę, która jest nadal powszechna, że społeczeństwo USA pozostało pod wpływem izolacjonizmu aż do Pearl Harbor. W rzeczywistości, w grudniu 1941 roku, większość Amerykanów doszła do wniosku, że pokonanie Hitlera było "największym zadaniem przed którym stoi ich kraj" i byli gotowi, aby przystąpić do wojny.


wtorek, 7 marca 2017

Blisko Wankowicza na allegro




Ucieszylam sie takim ladnym opisem mojej pierwszej ksiazki, ktora ktos wystawil na allegro...





Sprzedam używaną książkę Aleksandry Ziółkowskiej pt. "Blisko Wańkowicza" wydaną przez Wydawnictwo Literackie Kraków. Książka w bardzo dobrym stanie, 117 stron.
 Pełna wrażliwości, ciekawych uwag relacja bardzo młodej osoby osoby, która znalazła się w towarzystwie starszego mądrego człowieka, i umiała i nawiązać z nim kontakt i być potrzebną i przydatną. Po latach została jedną z ciekawszych osobowości pisarskich, autorką wielu znakomitych książek. Broni i także pisze o Wańkowiczu, gdy jest taka potrzeba, a więc pozostała lojalna. Ładna rzadka cecha. 

Udzielam 1-miesięcznej gwarancji rozruchowej. NAJTANIEJ NA ALLEGRO! Wszelkie pytania kierujcie na mój mail, na gg: 9677631 (pisać nawet gdy niedostępny) lub na kom:517609032. Zapraszam też na moje inne aukcje, gdzie sprzedaję więcej książek.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Nie tylko o Wankowiczu Julita Karkowska wywiad







"Przegląd Polski" - dodatek literacki do Nowego Dziennika, 
Nowy Jork



rozmawia Julita Karkowska

Można sądzić, że zamierzała pani zająć się pracą naukową. I pracę magisterską, i rozprawę doktorską pisała pani o Wańkowiczu. A po doktoracie prosta droga właśnie raczej do pracy naukowej czy naukowo-dydaktycznej. Tymczasem pani z tej drogi zdecydowanie zboczyła w stronę literatury.
Mówimy o okresie, kiedy miałam 29 lat i obroniłam na Uniwersytecie Warszawskim doktorat. W czasie studiów drukowałam różne teksty w łódzkiej prasie, pisywałam też w prasie literackiej. Po obronie doktoratu życie nasunęło mi różne możliwości i wybory i poszłam drogą literacką, nie naukową, zaś uzyskany tytuł naukowy pomógł mi po latach np. w uzyskaniu tutaj, w USA, stypendium Fulbrighta czy wcześniej w Polsce Fundacji Kościuszkowskiej.
Warsztat naukowy nabyty przy pisaniu doktoratu ułatwia mi pisanie niektórych moich książek. Np. w poświęconej Indianom Otwartej ranie Ameryki podpieram się rozmaitymi źródłami, podobnie robię w tryptyku historycznym Z miejsca na miejsce, w cieniu legendy HubalaKaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża i Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon. Są to opowieści historyczne o losach pojedynczych ludzi, którymi historia miotała w różne strony. Stosunkowo lekkie w czytaniu książki (bardzo się staram, by były takie właśnie) mają jednak odnośniki, przypisy, zaplecze historyczne, bibliografię.
Nie wykorzystuję warsztatu naukowego we wszystkich książkach, bo np. wPodróżach z moją kotką czy w Ulicy Żółwiego Strumienia już nie. Prowadzę w nich luźną, ale świadomą i podporządkowaną rygorom własną narrację.
Melchior Wańkowicz miał bardzo silną osobowość jako człowiek i jako twórca. Czy nie bała się pani, że zdominuje pani sposób widzenia świata i zaciąży nad pani własną twórczością?
Niczego się nie bałam. Poznałam Wańkowicza jako studentka 4. roku polonistyki, w ogóle znałam pisarza jedynie dwa lata i 4 miesiące, w tym był okres studiów i półtora roku pracy jako jego asystentka i sekretarka. Kiedy zmarł, miałam ledwie 25 lat i już rozpoczęty doktorat. Niebawem po śmierci pisarza krakowskie Wydawnictwo Literackie zwróciło się do mnie z pytaniem, czy nie napisałabym książki wspomnieniowej o Wańkowiczu. Napisałam ją w 6 miesięcy, została wydana szybko i ładnie. Miała wiele recenzji, była komentowana i bardzo popularna, ukazały się 3 wydania, w sumie ponad 100 tysięcy nakładu.
Wątek wańkowiczowski oczywiście często się przewija w moim pisaniu. Mówię "oczywiście", bo był to mój obowiązek i dług do spłacenia, skoro pisarz mnie - młodziutkiej wtedy asystentce - zapisał swoje archiwum. Napisałam trzy książki poświęcone jego życiu i twórczości, wydaję tomy z jego korespondencją, prowadzę serię dzieł zebranych w wydawnictwie Prószyński i S-ka. Piszę do każdego tomu posłowia, prezentuję nieznane materiały z archiwum.
Okazało się także, że musiałam Wańkowicza raz po raz bronić, co trwa do dzisiaj, ponieważ pojawiają się różni ludzie, którzy chcąc pogrążyć znanych twórców wymyślają jakieś dziwne teorie.
Znam doskonale twórczość Wańkowicza i koleje jego losu, nie ma w jego życiu niczego ciemnego, nie wplątał się w żadne układy polityczne. Był człowiekiem uczciwym, ale też człowiekiem sensownych kompromisów, która to cecha uważana jest np. w USA jako dodatnia.
Pisarz po powrocie do Polski w 1958 r. zgodził się na skróty w Bitwie o Monte Cassino. Dzięki tej książce ugruntowana została powojenna legenda bitwy. Jego książki sławiące bohaterstwo żołnierza polskiego przynosiły pokrzepienie, a on sam dawał przykład niezależnej postawy. Po procesie politycznym w 1964 r. dla wszystkich ludzi uosabiał odwagę cywilną i niezależność sądów.
Wańkowicz mówił, że nie jest beletrystą, cytuje pani w książce jego wypowiedź: "Dopiero gdy dostanę fakt, on obrasta, rozkwita w syntezy, porównania, analogie. Fakt jest dla mnie katalizatorem dla wyobraźni". Jak ten proces twórczy przebiegał?
Uczestniczyłam tylko w powstawaniu Karafki La Fontaine'a, ostatniego dzieła pisarza, które rozrosło się do dwóch tomów (Wańkowicz zadedykował mi drugi tom). To książka niejako warsztatowa, w której pisarz dzieli się swoimi spostrzeżeniami, doświadczeniem wielu lat, zastanawia, czym jest talent, czym jest proces twórczy.
Czyli nie byłam świadkiem powstawania jego słynnych reportaży, jak np. była Zofia Górska (później Romanowiczowa), która pracowała jako jego sekretarka przy pisaniu Bitwy o Monte Cassino. Wańkowicz jej bardzo pomógł i zaważył na jej losie, o czym pięknie napisała w powieści Sono felice (Londyn, 1977 r.). Wyrosła z niej beletrystka, nie reporterka.
Myślę, że Wańkowicz lubił wyzwalać w wybranych osobach twórcze umiejętności, kreatywne spojrzenie. Tak zachęcił do pisania m.in. swoją młodziutką córkę Martę-Tili i był zawiedziony, kiedy później poddała się silnej osobowości męża i zaprzestała pisania.
Autor Ziela na kraterze dawał sobą przykład umiejętności patrzenia na ludzi, ciekawości innego człowieka. Był tytanem pracy, ale też nie żył jak pustelnik, smakował i cieszył się życiem. Umiał zorganizować sobie dzień, ustawić pracę. To są cechy i umiejętności bardzo istotne. Gdy się je posiądzie w młodym wieku, są bardzo przydatne. Twórczość, wybór tematów - to już nam życie podsuwa. Umiejętność pracy, skupienia, talent do wyszukiwania tematów, podejście do nich są ogromnie cenne, i to trzeba umieć z siebie wydobyć.
Tak jak Bolesław Leśmian kreował nowe słowa w poezji, tak Melchior Wańkowicz w prozie; mówię prozie, bo jego pisarstwo daleko wychodziło poza klasycznie definiowany reportaż. Skąd się brała ta słowotwórcza wena? Z braku pewnych określeń w polszczyźnie czy z potrzeby tworzenia własnego, charakterystycznego języka?
Klasycznie definiowany reportaż ma określone reguły i jeżeli ktoś je przekracza, a uchodzi za pisarza non fiction, może być krytykowany. Wyjściem jest stworzenie własnej teorii.
Wańkowicz napisał swoją teorię reportażu, czym ten gatunek jest dla niego. Napisał o metodzie mozaiki, o łączeniu faktów czy zdarzeń, które się przytrafiały różnym ludziom i wpisanie ich w jeden życiorys. Uzyskiwał tym sposobem prawdę syntetyczną. Napisał tę teorię dopiero po wydrukowaniu swoich wielkich reportaży, jest to jego teoria i jego sposób radzenia sobie z tematem i materiałem.
Polszczyzna pochodzącego z Kresów Wańkowicza była bogata i kipiąca smakowitościami. Można już w Szczenięcych latach, wczesnej książce o Kresach, zachwycić się jego językiem. Tu właśnie zwyczaje i obyczaje opisane są językiem pełnym słowotwórczych ubarwień, z humorem i lekkością.
Z dokumentów, z którymi zapoznała się pani w Instytucie Pamięci Narodowej, wynika, że Wańkowicz miał wielu jeśli nie wręcz wrogów, to ludzi sobie niechętnych. Czy dlatego, że - jak napisał w 1976 r. Andrzej Pawluczuk - "Niezgoda na przejawy indywidualnej i społecznej bezmyślności była charakterystyczną cechą jego osobowości i pisarstwa. Wańkowicz, mimo wielu kłopotów i pokus - pozostał jej zawsze wierny, nie uległ żadnej presji"?
Koledzy po piórze często zazdrościli mu ciekawych książek i wiernych czytelników. Niezwykle częstą ludzką cechą jest "kundlizm" - tak pisarz nazwał zawiść i zazdrość. Na okładce pierwszego wydania książeczki pod takim właśnie tytułem dał motto: "Szewc zazdrości kanonikowi, że prałatem został". Zdolność cieszenia się nawet z niewielkich sukcesów przyjaciół czy znajomych jest trudniejsza niż współczucie. Łatwiej współczuć (on taki biedny, chory, a ja tak się dobrze miewam), niż radować się dobrą passą innych.
Wańkowicz chadzał własnymi drogami, nie lubił i nie chciał należeć do żadnej grupy czy politycznych środowisk. Widział często różne strony tego samego zjawiska, nie chciał wpaść po uszy w coś, co się nie zgadzało z jego pisarskim powątpiewaniem, ciekawością drugiej strony, dociekliwością i badaniem szczegółów.
To mu nie pomogło. Nie dostał żadnej nagrody - ani przed wojną, ani na emigracji, ani po wojnie, bo nigdy nie był uważany "za swojego" i nikt go nie wytypował do nagrody. Ciekawy przypadek.
W wydanej w tym roku książce "Na tropach Wańkowicza po latach" rozdział "Marta Erdman. Ostatnia z Domeczku...", w którym pisze pani o ostatnim okresie życia Tirliporka, kończy zdanie o Janie Erdmanie, jej mężu: "Miał jeszcze przed sobą, jak się okazało, bardzo dramatyczne lata". Dlaczego zostawiła pani takie niedopowiedzenie?
Bo to już historia rodziny Erdmanów. Napisałam o niej trochę w Ulicy Żółwiego Strumienia.
"Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon" to klasyczna saga polskiej rodziny szlacheckiej, która w swym majątku w latach 30. ub. wieku założyła stadninę. To też opowieść o bohaterskim majorze Hubalu i kilku oddziałach partyzanckich, którym pomagali mieszkańcy dworu, także o niezwykłych losach koni z tej stadniny. Hubal, Hubalczycy byli bohaterami książki Wańkowicza. A pani - przed "Dworem w Kraśnicy..." napisała powieść historyczną "Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża", nagrodzoną przez londyński Związek Pisarzy na Obczyźnie.
Nie piszę o majorze Hubalu, zostawiam ten temat historykom i dokumentalistom. Piszę o tym, co działo się wokół Hubala, i też to jest niewielki, poboczny wątek w tych trzech książkach. Koń Hubala o imieniu Demon pochodził ze słynnej stadniny koni arabskich (ale Demon był koniem pełnej krwi angielskiej). Krzyż Virtuti Militari Hubala, zostawiony na przechowanie przez kurierkę mojej bohaterce, Kai od Radosława, stał się jej amuletem, nosiła go na szyi w czasie Powstania Warszawskiego. Po jego upadku dotarła do rodziny do Białegostoku, tam została aresztowana przez NKWD i wywieziona do Ostaszkowa. Polacy pomogli jej ukryć krzyż: wydrążyli w obcasie buta otwór i tak przetrwał. Wróciła do Polski jesienią 1946 r., została znaną architektką. Ten krzyż towarzyszył jej 54 lata.
Piszę o całym życiu Kai - począwszy od najszczęśliwszego dla niej okresu - o dzieciństwie w górach Ałtaj. Jej rodzina była wśród Polaków zasiedlających Syberię dobrowolnie, i to jest także ciekawy wątek książki.
Napisałam o Romanie Rodziewiczu, który we Włoszech zaraz po wojnie opowiedział Wańkowiczowi dzieje oddziału majora Dobrzańskiego, i tak powstała słynna książeczka Hubalczycy (do której dokumentaliści mają wiele uwag krytycznych). Ja zaś napisałam o całym życiu Rodziewicza - przez okres Hubala przemknęłam się cytując niewielki pamiętnik. Natomiast piszę o jego dzieciństwie w Mandżurii, o aresztowaniu, o okresie w Auschwitz i Buchenwaldzie, a po wojnie o emigracji. Jego całe życie wydało mi się godne pokazania - jako życie człowieka, którym historia rzucała z miejsca na miejsce. Mam z Romanem kontakt do dziś, mieszka w Anglii.
Bliskie są mi opowieści o życiu, sagi rodzinne. Lubię opowiedzieć o życiu ludzi, którzy umieli je przeżyć godnie, mimo trudności, mimo klęsk, wojen, wielu nieszczęść. Takich właśnie ludzi wybieram, są moimi i moich książek bohaterami. Wchodzą do szczególnego panteonu. Czytelnicy też ich kochają, co obserwuję z radością.
Jak pani sobie radzi na niełatwym dziś rynku wydawniczym?
Polscy wydawcy publikują moje książki bez sponsorów. Zakładają, że się rozejdą, że przez lata pisania pozyskałam wiernych czytelników. Doceniam, że moje książki są recenzowane i omawiane nie tylko w pismach literackich, ale specjalistycznych, zainteresowały się nimi np. Koń PolskiPolskie Araby,Wiadomości Ziemiańskie.
Z kolei w USA doceniam, że książka Open Wounds: A Native American Heritagejest recenzowana przez pisma indiańskie i rekomendowana przez samych Indian. Cieszę się, gdy kociarze pytają mnie na kiermaszach, kiedy napiszę kolejny tom o mojej kotce Suzy, a amerykański wydawca poleca tę książkę innym. Ale jest to efekt żmudnej pracy już przez 35 lat, której jestem oddana, która z latami stała się moją wielką pasją. Oby mi tylko życia starczyło na tematy, którymi chciałabym się jeszcze zająć.
Dziękuję za rozmowę.

Ordo Constantinian Magni


February 25, 1982
Toronto, Canada

1981 Constantinian Prize

ORDO CONSTANTINIAN MAGNI

International Constantinian Order








Janusz M. Paluch Wczoraj i dziś. Polacy na Kresach Wstęp






Janusz M. Paluch, 

Wczoraj i Dziś. Polacy na Kresach

Małe Wydawnictwo Kraków 2013, 

ISBN 978-83-62971-06-0

Biblioteka "Cracovia Leopolis", Tom XII


Wstęp:

Aleksandra Ziółkowska-Boehm


Polacy na Kresach

 Wywiad daje szczególny komfort wysłuchiwania opinii, subiektywnego opisu przebiegu zdarzeń, relacji między ludźmi. Przysłuchiwanie się rozmowie wywołuje poczucie bliskości; spisana i wydrukowana rozmowa daje podobne odczucia. Janusz Paluch, autor Rozmów o Kresach i nie tylko, nową książkę także poświęcił tematyce Kresów i kolejny raz nadał piękny ton swoim wywiadom. Jego interlokutorzy to ludzie pełni pasji i zaangażowania. Czasami wywołują wrażenie, jakby byli odkrywcami nieznanego lądu i jego mieszkańców – bo też dla wielu z nas Kresy są wciąż mało znane. Polska ma swoją szczególną, mityczną krainę miodem i mlekiem płynącą, kwitnące winnicami Podole, krajobrazy wryte w pamięć dzięki pisarzom i historii, która boleśnie i okrutnie doświadczyła te ziemie przemocą, gwałtem i krwią; zmiotła i ludzi, i ich domy. 

Rozmowy, przeprowadzone przez Janusza Palucha na przestrzeni ostatnich piętnastu lat, publikowane były na łamach kwartalnika „Cracovia Leopolis”. Są zapisem tamtej rzeczywistości. Uaktualnienia zostały zaznaczone w przypisach. Wydaje się, że te rozmowy zaczęto przeprowadzać bardzo późno, ale też wcześniej generalnie nie można było pisać o Kresach. Pierwsza „odwilż kresowa” to rok 1980, kiedy zaczęto mówić, pisać i wydawać. Potem nastał stan wojenny, ale lawina już ruszyła i poszła o wiele łatwiej i szybciej po 1989 roku. Główny nurt, który przewija się w prezentowanych w książce rozmowach, to rozbudzenie fascynacji Kresami – ich przyrodą, ludźmi, kulturą i niezwykłą aurą. I jakże bolesnymi ludzkim historiami, które są wciąż otwartą, niezagojoną raną. Rozmówcy Janusza Palucha mają w sobie ogromną empatię do losów Polaków pozostawionych na wschodnich rubieżach dawnej Rzeczpospolitej. To grupa wrażliwych ludzi o wielkim sercu. Nauczyciele, architekci, pisarze, kolekcjonerzy przenoszą swoje pasje na innych, także na młodzież. Marta Urbańska opowiada o zorganizowaniu inwentaryzacyjnych praktyk studentów architektury Politechniki Krakowskiej na Kresach. Jakże pięknie mówi o Kamieńcu: „To była też moja pierwsza w życiu podróż na Podole. Padłam na kolana. Moja rodzina pochodzi z Podola; od XV wieku byliśmy na Rusi, a od XVII nasza gałąź rodziny siedziała na Podolu. Tak więc dla mnie była to mityczna kraina. W domu słyszałam głównie opowieścio Podolu. I jak śpiewa, nomen omen, Kuba Sienkiewicz: «Byłemw Rio, byłem w Baio», ale niczego takiego jak ta moja pierwsza podróż na Podole nie przeżyłam ani przedtem, ani potem. I żaden kanion, żadna Arizona, żadne fiordy – to nie to”. Po przeczytaniu krótkiej rozmowy z uczestnikiem obrony Lwowa, jednym z „dzieci Lwowskich”, byłam poruszona prostotą i jednocześnie przesłaniem tego niezwykłego wywiadu. Roman Asler przypomina wydarzenia sprzed osiemdziesięciu laty, gdy jako piętnastolatek brał udział w obronie Lwowa. Mieszkał przy ulicy Polnej, której nazwę zmieniono potem na Lwowskich Dzieci. Leżał w łóżku chory na grypę, kiedy kolega zastukał w okno. Roman je uchylił i usłyszał: „Roman, uciekaj ze mną na front. Ukraińcy zajmują Lwów. Trzeba bronić miasta!”. Mówi, że mieszkał na parterze, więc nie było problemem uciec przez okno. Po trzech dniach donoszenia amunicji, dostał własny karabin i kazano mu strzelać. Nie czuł się dobrze, bo przecież miał grypę, której nie wyleżał. Gdy walczyli na cmentarzu, bał się i płakał „mamo, mamo...”. Matka, córka powstańca z 1863 roku, czekała. Wrócił do domu, ale w 1920 roku znowu go opuścił, by wziąć udział w wojnie z bolszewikami. Roman Asler opowiada o swoich wyczynach jako naturalnych reakcjach. Nie ma w tej rozmowie wielkich słów. I to ma w sobie wywiad – że przywołując słowa opowiadającego – pokazuje cały jego stosunek do sprawy, w której brał udział. Jakże interesująca mogłaby być cała książka o Romanie Aslerze (który zmarł w 1997). Szkoda, że nie powstał zapis rozmów Krystyny Czajkowskiej (np. z Heleną Makowiecką, o. Rafałem Kiernickim, prof. Mieczysławem Gębarowiczem) i wrażeń, które wrażliwym sercem odbierała w czasie swoich pierwszych wyjazdów do Lwowa (pierwszyraz w 1958 roku, a przecież wtedy tak trudno było wyjechać na Kresy). Pojechała, by przywieźć autografy Aleksandra Fredry, wspierając zamysł profesora Stanisława Pigonia wydającego pisma autora Zemsty. Książka pokazuje wzruszające przykłady woluntariatu. Profesor Zygmunt Kolenda – inicjator akcji charytatywnej na rzecz Polaków we Lwowie i okolicy – przypomniał, kiedy do Lwowa pojechała ekipa krakowskiej telewizji, by nakręcić film. Z całej Polski ruszyła pomoc – hojność i spontaniczność ludzi przekroczyła wyobrażenie. Wolontariusze zaangażowali się całym sercem, kilka osób z komisji charytatywnej obsłużyło siedemset potrzebujących.

Wolontariat i akcje charytywane, jakże szeroko są rozgałęzione w bogatych Stanach Zjednoczonych, gdzie działają rozmaite fundacje wspierające przedsięwzięcia i instytucje kulturalne, stowarzyszenia pomocy nie tylko dla ludzi, ale i zwierząt. W polskim społeczeństwie bezinteresowna działalność na rzecz drugiego człowieka znana jest od lat w Kościele, natomiast wielka rola i siła wolontariatu, popularnego w Polsce międzywojennej, jest w obecnej Polsce wciąż mało rozwinięta.

Ileż tematów, ileż zaangażowanych ludzi, jaka bogata mozaika rozmowców Janusza Palucha. Krystyna Gąsowska, przedstawicielka Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” – od kilku lat na emeryturze – mówi o działalności wspierającej Polaków żyjących na Kresach Południowo-Wschodnich; Danuta Nespiak – lwowianka mieszkająca we Wrocławiu – porusza temat braku muzeum czy instytutu kresowego w Polsce; Mariusz Olbromski – do niedawna dyrektor Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej – postawił sobie za cel doprowadzenie do uaktywnienia działalności kulturalnej środowisk polskich na dawnych Kresach; Janusz Smaza dba o konserwację cmentarzy polskich nie tylko na Kresach, ale w calej Europie. Jest w książce rozmowa z Eugeniuszem Tuzow-Lubańskim, mieszkającym w Kijowie, wówczas redaktorem pisma „Dziennik Kijowski”, który ukazuje się w stolicy Ukrainy w języku polskim; ze Zdzisławem Ruszelem, nieżyjącym już, krakowskim kolekcjonerem, organizatorem poświęconych Kresom edukacyjnych wystaw. Jest wywiad z artystą malarzem i działaczem niepodległościowym, Adamem Macedońskim, który w kwietniu 1940 roku wraz z rodziną opuścił okupowane przez sowietów tereny polskich Kresów i udał się do Krakowa, gdzie od 1945 roku działał w organizacjach podziemnych. Pełna anegdot jest rozmowa z artystą malarzem Stefanem Berdakiem mieszkającym na krakowskim Salwatorze, który przywołuje swoje lata lwowskie do 1945 roku. Janusz Paluch rozmawia także z pisarzami, autorami bezcennych książek. Związanych z Kresami jest wielu bohaterów książek Barbary Wachowicz: jak Aleksander Kamiński, który zaczął swą odważną i szlachetną służbę w Humaniu na Ukrainie, jak twórcy polskiego harcerstwa – Olga i Andrzej Małkowscy, którzy mieszkali na Górze św. Jacka we Lwowie, czy także wielcy poeci romantyzmu Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki, jak i bohater narodowy wielu krajów, przywódca Insurekcji 1794 roku, Tadeusz Kościuszko. Jest w książce rozmowa z Ewą Siemaszko, która wraz z ojcem wydała monumentalną książkę Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945; z Karoliną Grodziską, autorką Księgi Cytatów o Lwowie; Stanisławem Grodziskim, autorem książki W Królestwie Galicji i Lodomerii; z Przemysławem Włodkiem, lekarzem, pasjonatem Kresów, autorem przewodników po Lwowie i Wilnie, który przygotowuje książkę poświęconą mieszkańcom i ulicom Lwowa. Niezwykle interesujący jest wywiad z profesorem Stanisławem S. Nicieją, autorem między innymi książki Lwowskie Orlęta. Czyn i legenda, który zapowiada jakże fascynujące tematy swoich przyszłych książek, jak Lwów w kulturze europejskiej. Podkreśla, że napisze także o Ormianach, Żydach i Niemcach, którzy mieli swój udział w kształtowaniu miasta. Planuje też napisać biografię niezwykłej postaci – dramaturga, autora wierszy i wspaniałych piosenek – wielkiego Mariana Hemara.

Czytając rozmowy Janusza Palucha, dostrzegam, że teraz Lwów jest miastem odwiedzających je zafascynowanych kulturą i historią ludzi. To oni spłacają dług niepamięci o Polakach i o Polsce, która tam była. Nie pamięci wpajanej przez wiele dziesiątek lat przez komunistycznych inżynierów edukacyjnego zapominania o narodowej tożsamości. Wszyscy rozmówcy mogą urzec nas swoim oddaniem, pasją, zapalić podziwem dla swojej bezintresowności i miłości do szeroko pojętej tematyki Kresów. Mówią o swoim pierwszym wyjeździe, nieraz przypadkowym, który wywołał kolejne. Jakże budujące są przykłady włączenia młodzieży do odzyskiwania pamięci narodowej związanej z Kresami. Bogusław Kołcz przypomniał postać poety i dr. med. Jerzego Masiora związanego z Akademickim Liceum i Gimnazjum im. Króla Bolesława Chrobrego w Nowym Sączu, który przygotowywał starannie z młodzieżą kolejne wyprawy do Lwowa. Stawał przed mapą przedwojennej Polski, objaśniał, pokazywał zdjęcia z Cmentarza Obrońców Lwowa, przywoływał swoje wspomnienia z lwowskiego harcerstwa, mówił o pamiątkach polskich na Kresach. Uświadamiał, nauczał i zapalał młodzież, która jechała przygotowana na swoje wędrówki, wracała z własnymi doświadczeniami i własnym emocjonalnym bagażem. Jak mówi Mariusz Graniczka, dyrektor krakowskiego Gimnazjum im. Stanisława Konarskiego przy ulicy Bernardyńskiej, którego młodzież od 2000 roku regularnie wyjeżdża na Kresy: „Kresy tkwią w każdym z nas – świadomie czy podświadomie – jako kraina owiana legendą, znana czy to z przekazów rodzinnych, czy literatury i filmu. W naszej wyobraźni jawią się jako miejsca pełne niesamowitości i tajemniczości – tygiel kultury narodowej. W poprzednich latach były przecież niedostępne. Teraz przyszedł czas, by dla siebie, a przede wszystkim dla młodzieży, odkrywać je od nowa”. Roma Krzemień mówi: „Przecież tam zostało wszystko! Tam jest Polska!”.

Jest w książce poruszony niezwykle ważny temat Karty Polakai powrotów do Polski. Karta Polaka nie załatwia zobowiązań Polski wobec Polaków na Wschodzie, nie tylko zesłańców do Kazachstanu. Karta Polaka brzmi jak substytut, jakiś wykalkulowany twór dzielący Polaków na tych ze Wschodu i z Zachodu. Dlaczego nie daje się poświadczeń obywatelstwa, jak daje się Polakom mieszkającym w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii i innych krajach osiedlenia? Jak mówi Teresa Siedlar-Kołyszko: „Autentycznym Polakom, którzy urodzili się przed wojną, często walczyli w Wojsku Polskim czy w podziemiu o polskość oraz ich dzieciom bezwzględnie należy się polskie obywatelstwo i polskie paszporty”. Przywoływany wyżej profesor Zygmunt Kolenda przypomina, że po 1956 roku przyjechało do Polski ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy Polaków, a nie byliśmy wówczas bogatszym państwem, tymczasem w ostatnich latach w ramach repatriacji wróciło do kraju zaledwie trzy tysiące Polaków. Mówi wprost, że kolejne rządy III Rzeczypospolitej nie zabrały się za ten palący problem konstruktywnie. Melchior Wańkowicz w Szczenięcych latach – jednej z najpiękniejszychksiążek o życiu i o dworach polskich na Kresach – pisze o matczynych Nowotrzebach nad Niewiażą: „Dom i życie w nim zawarte musiały zniknąć”. Kończy swoją opowieść, przywołując ojcowski dwór w Kalużycach, w powiecie ihumeńskim w guberni mińskiej, bolesnym zawołaniem: „O Wielki Boże! Nie ma Kalużyc”. Anna Bernat, we wstępie do ostatniego wydania książki, napisała, że Szczenięce lata pozostaną „symboliczną opowieścią o losie kresowych domów i dworków. Po większości z nich nie pozostał przecież kamień na kamieniu, tylko w zdziczałych ogrodach można było jeszcze do niedawna dostrzec zarysy fundamentów zdruzgotanych, zniesionych z powierzchni domostw”.


Domów nie ma, ale pozostali ludzie. Są to rodziny, nasze polskie rodziny tych, którzy przeżyli krzywdy nie do naprawienia. Żyją ich potomkowie, ale żyją też wciąż starsi ludzie, którzy pamiętają z dzieciństwa te okrutne czasy. Jest ich coraz mniej. Trzeba z nimi rozmawiać, by wszystko, co można, zapisać na „twardy dysk” pamięci narodowej. Polska powinna myśleć o starszych i biednych, i ich wesprzeć. Dla tych, którzy by chcieli wrócić, polskie domy starców i opieki społecznej powinny być otwarte. Polska powinna pamiętać o tych młodych, którzy chcą być i czuć się Polakami na Ukrainie, Białorusi, Litwie czy Kazachstanie, Uzbekistanie, i gdzie jeszcze ich dramatyczne losy rzuciły. Powinniśmy o nich dbać, by byli na tych ziemiach elitą intelektualną, a jeśli chcieliby żyć w Polsce, powinno się im to umożliwić: dać im szansę. Takiej szansy nie mieli ich dziadkowie ani rodzice. Nie zapominajmy o nich. Nie zapominajmy o Polakach na Kresach. To są krewni nas wszystkich, to są nasi, to są Polacy. Mija rok za rokiem i niebawem będziemy mogli zadbać już tylko o mogiły. Zatroszczmy się o młode pokolenia, aby chciały się czuć Polakami, aby wiedziały, że mogą na Polskę liczyć.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm