Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Kula. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Kula. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2022

Marcin Kula, Wańkowicz po latach: towarzysz podróży historyków

<b>Marcin Kula Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie Wańkowicz po latach: towarzysz podróży historyków Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Wokół Wańkowicza, PIW, Warszawa 2019, s. 696. Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm imponuje rozmiarami oraz zapleczem materiałowym. W swoich opisach i analizie autorka wykorzystuje po pierwsze wiedzę, jaką zyskała, będąc przez lata sekretarką i asystentką Melchiora Wańkowicza. To jej przekazał swoje, skrupulatnie prowadzone archiwum, toteż miała dostęp do notatek pisarza, jego listów i wycinków. Sama korespondowała z mnóstwem ludzi, którzy mieli z nim kontakt. Prześledziła publikowane reakcje na jego książki. Przejrzała odnoszące się doń akta w archiwum paryskiej „Kultury” i w IPN… To nie jest „tylko" książka wspomnieniowa. Wspomnienia zostały w niej połączone z rezultatami wielkiej pracy, której trud przede wszystkim historyk potrafi docenić. xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Aleksandra Ziółkowska-Boehm stała się naszym przewodnikiem po drogach życia Wańkowicza. Widzimy jego codzienne bytowanie, różne prywatne sprawy, czytamy listy – co zresztą jest ciekawe nie tylko dla tej postaci, ale również dla refleksji nad historią kultury szeroko rozumianej. Towarzyszymy pisarzowi w smutku ostatniego okresu, kiedy był chory („Gdy pytałam, co go gnębi, opowiadał historie często sprzed lat, przypominał całożyciowe przykrości. Wszystko to, co mówił, było smutne, przygnębiające, czasami zdumiewające...” - s. 97). Z książki można się dowiedzieć o najróżniejszych sprawach, z którymi Wańkowicz mial kontakt – na przykład o historii wydawnictwa „Rój", o życiu emigracji, o paryskiej „Kulturze”. Także o sporach i namiętnościach nie tylko literackich wokół dzieł pisarza (na przykład o druku przez Związek Niemieckiego Wschodu niemieckiego tłumaczenia „Na tropach Smętka”, z numerowanymi egzemplarzami, dla poznania metod Polaków – co mojemu pokoleniu niestety żywo przypomina, dajmy na to, biuletyny tekstów zachodniej prasy, nawet tekstów audycji WE, przygotowywane dla osob zaufanych w PRL). xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Badania autorki w zakresie życia i twórczości Wańkowicza były zbieżne – bowiem dzieło pisarza było wyjątkowo splecione z jego życiem. To był człowiek, który nie przestawał być reporterem (Wańkowicz: „Gdy jadę tramwajem, coś zmusza mnie do tego, bym się dowiedział, jaką książkę czyta ów pan w przeciwległym kącie wozu. Śledzę jakąś parkę na przestrzeni kilku ulic, aby się dowiedzieć, jakim mówią językiem. Zaglądam do cudzych okien, odczytuję wszelkie szyldziki na drzwiach mieszkań kamienicy, do której przybywam w odwiedziny, szukam na cmentarzu znajomych nazwisk. Obojętnych mi ludzi wypytuję o ich życie. Niezwykłe nazwy ulic zmuszają mnie do zastanowienia się, dlaczego one tak właśnie brzmią. Chciałbym przetrząsnąć każdą rupieciarnię i każdy stos starych papierów. Każdy napis "Wstęp wzbroniony" nęci mnie do przekroczenia zakazu, każda tajemnica zachęca do jej zgłębienia” - s. 181). Przeprawiając się wpław przez Dniestr pod koniec września 1939 r., Wańkowicz przeniosł maszynę do pisania (!). Potem pisał czy to o „codzienności” wojennej tułaczki, czy o wielkich sprawach. Gdzie go los rzucił, tam obserwował i opisywał otoczenie. Gdy go ten los uwikłał go w wojnę, tworzył obraz wojny. Gdy go zaniósł go do Palestyny, to tam rozwijał swoje zainteresowanie Żydami i syjonizmem. Fascynował się Ameryką, gdzie spędził dziewięć lat. Żyjąc wśród emigrantów, obserwował i definiował dylematy, wobec których stali (Wańkowicz: „W 1949 roku sądzę, że Rosja zwycięży, ale nie potrafi urządzić świata. I rozleci się. Iść za stroną skazaną na przegranie przeciw Rosji, jest bezmyślnym samobojstwem, a walka o rzekome walory kultury zachodniej – zakłamaniem publicystów, którzy potrafią recytować Wyspiańskiego, ale z ekonomii politycznej nie przeczytali nawet jednego podstawowego podręcznika” - s. 278). xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Gdzie Wańkowicza coś interesowało – tam starał się pojechać (bolszewicka Rosja, Meksyk okresu wojny religijnej). Po latach Ryszard Kapuściński zaczął pewien ustęp, chyba nie zdając sobie sprawy jak charakterystyczne dla siebie formułuje zdanie: „Gdy jechałem na rewolucje do...” (dalej padła nazwa jakiegoś kraju afrykańkiego, której już nie pamiętam). Podczas jakiejś konferencji o problemach społecznych w Ameryce Łacińskiej Kapuściński wyszedl, mówiąc, że wróci później – bowiem dotarło do niego, że właśnie w tym mieście, trochę dalej, rozgrywa się bijatyka manifestantów z policją; poszedł tam zatem, by samemu obejrzeć ekspresję problemów społecznych. Właśnie taka była odpowiednio wcześniej postawa Wańkowicza. Kapuściski nie musiał go oczywiście naśladować – ale przynajmniej w tym wymiarze postawa wielkich twórców reportażu była podobna. xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Pisząc swoje reportaże, Wańkowicz z pewnością nie myślał o przyszłych historykach. Stworzył jednak dla nas niezwykłe źrodło – i w tym sensie stał się towarzyszem naszej podróży w czasie. Dysponujemy różnymi źródłami – ale reportaże z epoki mówią do nas w inny sposob niż materiały aktowe, nawet niż różnego typu raporty. To są opisy zawodowych i zapasjonowanych obserwatorów, którzy najczęściej umieją patrzeć, analizować i uogólniać. Wystarczy zreszta popatrzeć na współczesnych polskich reporterów (by wymienić przykładowo: Jacka Hugo-Badera, Adama Leszczyńskiego, Małgorzatę Rejmer, Ziemowita Szczerka, Mariusza Szczygła, Małgorzatę Szejnert, Wojciecha Tochmana…). Przyzwoity reporter to obserwator nieraz bardziej wiarygodny niż wielu innych autorów źródeł opisowych, gdyż najczęściej jest mniej od nich zainteresowany osobiście sprawą, o której pisze. Nadto najczęściej stara się zrozumieć obserwowanych ludzi, wczuć się w ich pasje. Istnieje oczywiście niebezpieczeństwo, że reporter pójdzie mocno w kierunku literatury, że – jak wielki malarz – przedstawi atmosferę sytuacji nawet kosztem dokładności jej odzwierciedlenia. Wańkowicz, jak pisze autorka, „wprowadził reportaż polski na szerokie drogi literatury faktu” (s. 175). Czasem obserwowano takie podejście u Kapuścińskiego, którego teksty czyta się znakomicie i z pożytkiem dla zrozumienia biegu spraw, ale czasem z pytaniem, czy odmalowane w szczegółach sytuacje doprawdy tak wyglądały. Teksty Wańkowicza chyba mogą być jednak źródłem nawet dla historyka najbardziej wiernego kanonom uprawianego zawodu. Nie da się dziś pisać o Polakach w Prusach Wschodnich, czy o COP-ie, bez ich lektury. Sam notabene z pożytkiem korzystałem z wańkowiczowskich reportaży dotyczących Palestyny i Meksyku. Ciekawe były wrażenia pisarza z bolszewickiej Rosji. Niektore z jego reportaży były dosłownie unikalne – jak wywiady z Rydzem-Śmigłym i z Beckiem w Rumunii, czy z Abrahamem „Yairem” Sternem, żydowskim terrorystą poszukiwanym przez Anglików. Wańkowicz, będąc w Palestynie, starał się o kontakt z nim. Nie mógł go uzyskać – co nie dziwne. W końcu dostał wiadomość, że ktoś przyjdzie do niego wieczorem i od przebiegu rozmowy zależy, czy dojdzie do spotkania. Rozmowa toczyła się przez całą noc. Gość ulotnił się po końcu godziny policyjnej. Troche później Wańkowicz wyszedł na ulicę i na plakatach z ogłoszeniami o osobie poszukiwanej zobaczył swojego rozmówcę. Wątkiem interesującym dla historyka jest jednak także samo życie Wańkowicza. Biologowie mawiają, że patrząc na kroplę wody pod mikroskopem można wiele dowiedzieć się o nadspodziewanie szerokich zagadnieniach. Bogate życie Wańkowicza mogłoby być pryzmatem, przy pomocy którego dałoby się napisać kawał historii Polski. Niektóre jego etapy dokumentował sam Wańkowicz, inne – albo te same – opisała oraz zilustrowała dokumentami autorka. W książce pojawia się życie przedwojenne pisarza, dzieje wydawnictwa „Rój”, zawirowania wojenne, jego życie na emigracji i (co ważne!) wśród emigrantów, kontakty z „Kulturą”, decyzja o powrocie i jej echa w środowisku emigracyjnym... no i życie w PRL. Ten ostatni etap bardzo mnie zainteresował – bowiem nasunął mi pytanie jakie okoliczności sprawiły, że w komunistycznej Polsce Wańkowicz mógł być tak wielką postacią. Potwierdził też moje przekonanie, wywiedzione zarówno z pracy zawodowej, jak ze wspomnień, o niekoherencji tego systemu przynajmniej po 1956 r. Stwierdzenie, że Wańkowicz był wielką postacią bowiem był wielkim pisarzem, jest tylko częściową prawdą. W PRL nie on jeden był wybitnym pisarzem, a mało kto został tak zapamiętany. W końcu władze mogły nie dopuścić, by rósł w siłę jako pisarz. Myślę, że jego popularność w pierwszym rzędzie budowały cechy osobiste. PRL była w znaczącym stopniu krajem ludzi szarych i typowych. Nawet wśród relatywnie znanych postaci mało było oryginałów, osób nietuzinkowych, nieszablonowych. Takich władza zresztą nie lubiła. Wańkowicz zaś taki był. Robił wrażenie swoją postawą, przynajmniej zewnętrzną pewnością siebie, rozbudowanym ego („Ileż różnych cech miał w sobie ten czlowiek! Był jednocześnie i egoistą, i gotowym do poświęceń, wielkim łgarzem, egocentrykiem, gruboskórnym, a także wrażliwym na ludzkie cierpienie, lękającym się o sobie myśleć jako o wielkim pisarzu, delikatnym, czułym, tkliwym. Był sprzecznością. Sama nie wiem, które cechy dominowały, zależało to od ludzi, od układów, od sytuacji” - s. 101; „Był sprzecznością: i chciał, i nie chciał nagrody państwowej, orderu, uroczystego pogrzebu, wielkiej śmierci” - s. 110). Bardzo mało było w PRL ludzi utrzymujących styl człowieka "do wypitki i do wybitki", przypominających szlachcica we dworze, prowadzących otwarty dom, gdzie bywała „cała Warszawa” („Lubił przyjmowć ludzi, lubił dawać dobrze zjeść. Ugaszczał ich delicjami, smakołykami, wyszukanymi różnościami, jak ośmiorice, ślimaki, żaby itp.” - s. 103). xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Był trochę człowiekiem dawnych czasów – co w PRL nie zdarzało się często, przynajmniej wśród osób funkcjonujących publicznie. Utrzymywał szeroką korespondencję, masowo otrzymywał listy od najróżniejszych nadawców, w tym od „zwykłych ludzi”. Wątpię, czy wiele znanych osób ludzi w ówczesnej Polsce odpowiedziałoby na list z pytaniem, czy dziecko ma nazwać psa „Dupek” (imię psa Wańkowicza), czy „Melchorek” (oczywiście od imienia samego pisarza). Jeszcze mniej odpowiedziałoby następująco: „Drogi Kubusiu, odbyłem z Dupkiem naradę, ale na razie do niczego nie doszliśmy: on chciał, żeby Twoj piesek nazywał się Dupek, a ja – żeby Melchiorek. Ale stało się tak, że już jedna dziewczynka nazwała swój jasiek Melchiorkiem, a biednego Dupka nikt jeszcze nie uczcił. Wobec czego powiedziałem Dupkowi >>mądry głupiemu ustąpi<<, na co on zamerdał ogonkiem. Ale powiedziałem: dobrze, niech piesek Kubusia zostanie Dupkiem Nr 2 i nie przynosi wstydu, ale na drugie imię niech ma Melchiorek. Na co Dupuś polizał mnie w nos, a więc się zgodził. Tak więc, jeśli Twój piesek będzie miał synka, to mu koniecznie wpisać należy imię ojca: "Dupek-Melchiorek". Daj mu z powodu tych chrzcin jakąś honorową kość. Całuję Ciebie – Melchior Wańkowicz” (s. 63-64). Pisarz był – co wówczas rzadkie - człowiekiem-firmą, autorytetem otwartym na kontakty, wręcz lubiącym chcących się do niego zbliżyć. Zatrudniał sekretarkę, budował dom, gromadził własne archiwum, produkował mnóstwo tekstów. Był atrakcyjny jako człowiek z Zachodu. Jako ten, który wrócił, był dla władz do pewnych granic wygodny. Jego dzieła znajdowały uznanie czytelników w różnych gronach – także w szeroko rozumianym środowisku ludzi władzy. Wówczas było w nim przecież już znacznie więcej ludzi o mentalności z grubsza przeciętnej niż charakterystycznej dla wiekowych komunistow. W latach sześćdziesiątych PZPR coraz bardziej uderzała w nutę patriotyczną. Robiła to i dawniej, ale wówczas ta patriotyczna stopniowo stawała się niemal jedyną. Coraz częściej wracał klasyczny dyskurs o bohaterstwie Polakow. Oczywiście, cała ta ewolucja miała ograniczenia – ale zaryzykuję powiedzenie, że właśnie dlatego mówienie o Monte Cassino było dla ówczesnych władz wygodniejsze niż mówienie na przykład o AK i Powstaniu Warszawskim. W ramach tej ewolucji Wańkowicz mógł być nawet wygodny z punktu widzenia władz. Prawda, bywały z nim kłopoty. Nie chciał siedzieć cicho. Podpisal list 34. Praktycznie nie ukrywał swoich myśli. Gdy przyszedł kiedyś do mojego liceum na spotkanie z młodzieżą, ktoś z uczniów (nie ja!) zapytał go dlaczego nie pisze o… i tu wymienił jakąś sprawę wtedy drażliwą, doprawdy nie pamiętam już jaką. Pisarz odpowiedział jednym słowem: „Dlatego”. Brak mi talentu Wańkowicza (sic!), by oddać tę scenę – ale nikt na sali nie miał wątpliwości, że miało to znaczyć, iż władza nie pozwala. Niemniej jednak narastający w latach sześćdziesiątych moczaryzm go potrzebował. On zresztą przyjmował w domu niektorych ludzi wyraźnie o takiej orientacji (Załuskich, Jana Zygmunta Jakubowskiego) – trudno powiedzieć, czy cynicznie, czy z prawdziwej chęci. Na tym tle proces Wańkowicza był czymś więcej niż strzeleniem sobie przez establishment w stopę („Ostatecznie proces przyniósł Wańkowiczowi jeszcze większa popularnosć, stał się kimś w rodzaju bohatera. Ludzie zatrzymywali go na ulicy, otrzymywał kwiaty i listy od czytelników. Znany był powszechnie wypadek, kiedy przyszedł do teatru, zajął miejsce w pierwszym rzędzie i w połowie aktu jeden z aktorów, rozpoznawszy go, podszedł do rampy, ukłonił się i dopiero potem wznowił grę. Brawa publiczności pokwitowały to zdarzenie” - s. 358). xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Ten proces był czymś sprzecznym z logiką ówczesnej ewolucji PZPR. Całe posunięcie bardziej pasowało do Gomułki niż do Moczara i wszystkich ówczesnych arywistów z tego okresu. Nie mam na to żadnych dowodów, ale odnoszę wrażenie, że proces Melchiora Wańkowicza (1964) był nie tylko ukaraniem pisarza przez Gomułkę ze złości za niepodporządkowywanie się PRL-owskim władzom, ale również komunikatem dla środowiska literackiego, że władza jest zdecydowana wymóc posłuszeństwo (jeśli nie zawahała się zamknąć, postawić przed sądem i skazać na 3 lata tak wybitnego pisarza, na dodatek mającego wtedy 72 lata…). Ostatecznie władza nie zdecydowała się uwięzić Wańkowicza – choć istnieje legenda jakoby on w pewnym sensie nawet chciał tego. Trudno oczywiście powiedzieć, że ktoś chce siedzieć w więzieniu – ale on też w swojej roli oskarżonego coś rozgrywał. xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Logiki trudno się było doszukać w systemie także w przedstawianych w książce mniejszych sprawach. Po przyjeździe do Londynu pisarza odległego duchowo (i zaznaczającego swój dystans ukrytymi, ale przecież wyczuwanymi przez władzę czynami) witał na miejskim teminalu lotniczym konsul z koniakiem i kwiatami. Zasłużony dla wydawania Wańkowicza wydawca utrzymywał jakieś mętne konszachty z SB w wysiłkach pozyskania jego archiwum, zresztą nie udanych. Jak owego wydawcę dzisiaj oceniać – nawet tylko w ramach tematu „Wańkowicz”? Co było ważniejsze? xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Józef Tejchma, wicepremier i Minister Kultury, osłaniał pisarza i pozostawał z nim w prywatnych stosunkach tak bliskich, że ten do jego żony pisał wierszyk: „Tejchmo Alicjo, Moja delicjo...” (s. 84). Pisarz aresztowany, z rewizją przeprowadzoną nawet w zawodowych materiałach, był jednak przetrzymywany w dobrych warunkach poza regularnym więzieniem. Został skazany, ale zwolniony od odbycia kary. Skazany, ale przyjęty na rozmowę przez samego Gomułkę („Pisarz mówił, że jedynie w Polsce możliwa jest sytuacja, aby skazany żył z wyrokiem półtorarocznego więzienia, poruszał się swobodnie, a nawet wyjeżdżał za granicę” - s. 358). xxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Nawet jeżeli w tle może kryły się rozgrywki wewnętrzne w ramach PZPR, których nie znamy – to opisywane zjawisko było jednak głębsze. Wańkowicz, pisarz opozycyjny, procesował się z Tadeuszem Walichnowskim – czołową postacią moczaryzmu, jedną z głównych postaci ofensywy marcowej, jedną z najmocniejszych postaci ówczesnego establishmentu policyjnego. Dobrze, procesował się o to, że tamten w swoim dziele napisał, iż „Na tropach Smętka” przyczyniło się do śmierci wielu osób (wskazując je Niemcom). Niemniej jednak procesował się. Proces zresztą wygrał – co niestety niewiele mu przyniosło, gdyż nie dożył wyroku. XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Ten system był niekoherentny, niespójny, zaś Wańkowicz swoją postacią i swoją twórczością, nawet okraiwaną, ową niekoherencję powiększał. W Polsce czytano „Bitwę o Monte Cassino”, nawet jeśli okrojoną, w wielkich nakładach, nieporównywalnych z ewentualnym przeszmuglowaniem pewnej liczby tej książki z Zachodu – co pewno miałoby miejsce, gdyby tam pozostał. Barwność postaci pisarza też była elementem zdrowia w niezdrowej PRL. Choćby dla takich przyczyn cenne było, że wrócił – wbrew wszystkim krytykującym ten jego krok. Z punktu widzenia cech systemu PRL – pomijając oczywisty ludzki aspekt sprawy – ciekawe są ostatnie momenty życia pisarza. Aleksander Małachowski odnotował: „Umierający Melchior Wańkowicz wezwał moją żonę oraz mnie i przez wiele nocnych godzin przekonywał nas, dlaczego nie możemy dopuścić , by mu sprawiono uroczysty, państwowy pogrzeb. Oni - mówił - zechcą to zrobić nie dla mnie, ale po to, by się sfotografować przy mojej trumnie”. Pisarz wyraził życzenie, by w nagrobku na rodzinnym grobie nie naprawiać rzeźby uszkodzonej kulą wystrzeloną podczas Powstania Warszawskiego. Skądinąd dziś powszechnie uważany za nieskończenie tępiony Kościół wysyłał księdza z ostatnią posługą choć Wańkowicz o niego nie prosił. W pogrzebie uczestniczył minister kultury, pogrzeb prowadzil jeden z biskupów, kamery TV filmowały (unikając widoku księży w kadrze), SB spisała swoje raporty z pogrzebu, cenzorskie zapisy w sprawach związanych z Wańkowiczem trwały, rzecz jasna, po jego śmierci. W sumie: totalne pomieszanie, ale lepiej było tak, niż inaczej. XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Last but not least, dla historyka ciekawe jest widoczne w sprawach Wańkowicza długie trwanie pewnych spraw dziejowych. One się w Polsce – choć nie tylko tu – nie mogą skończyć, niektóre nawet odradzają się. Za PRL niektóre były wyciszane, ale może tym bardziej żyły. Gomułka pomówił Jasienicę o sprawy z grubsza ćwierć wieku wcześniejsze – a potem miała miejsce okropna rozmowa Wańkowicza z umierającym. Upadł komunizm, a Polska wciąż żyje historią. Inni teraz mówią o Wałęsie sprzed pół wieku. Mnóstwo ludzi jest przekonanych, że tak trzeba i że w ogóle można rozwiązać wszystkie dawne sprawy. Także o tym, że o obraz przeszłości trzeba walczyć (w praktyce przy odwołaniu się do niego trzeba walczyć z przeciwnikami). W sumie: mało to zachęcające, przynajmniej z punktu widzenia historyka, który wolałby widzieć poparcie dla badań niż boje prowadzone w ramach tzw. polityki historycznej. XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Marcin Kula, Wańkowicz po latach: towarzysz podróży historyków, PAMIETNIK LITERACKI, Londyn, grudzień 2019.

piątek, 7 sierpnia 2020

Regina Wasiak-Taylor Ojczyzna literatura

 

 16 czerwca 2008

REGINA WASIAK-TAYLOR

i

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Wywiad

Na tropach Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm

[W:] Regina Wasiak-Taylor, Ojczyzna literatura. O srodowisku skupionym wokół Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, Oficyna Poetów i Malarzy, Londyn, 2013. Stron 288,
str. 227-238

["PAMIĘTNIK LITERACKI", Londyn 2008, t. XXXV

(Tekst wywiadu w książce skrócony, niżej cały)

RWT: Jury Nagrody Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie nagrodziło w ubiegłym roku Pani książkę „Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego krzyża”.  W świadomości wielu czytelników nazwisko Pani łączone jest z Melchiorem Wańkowiczem, którego asystentką była Pani przez ostatnie lata życia pisarza.  Jak przyjęła Pani to wyróżnienie, pamiętając przecież, że Wańkowicz nigdy nie otrzymał na obczyźnie żadnej literackiej nagrody, mimo, że spędził po wojnie w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych co najmnie trzynaście lat i opublikował kilka ważnych książek?

AZB:

Asystentką Wańkowicza byłam nie kilka lat, jak Pani wspomina, tylko jeden rok z niewielkim okladem. Znałam Wańkowicza w sumie jedynie dwa lata i dwa miesiace, z tego ponad rok wciąż studiowalam i dojeżdżałam z Łodzi do Warszawy przywożąc mu material do powstajacej wtedy książki KARAFKA LA FONTAINE’A.

Po skończeniu studiow w czerwcu 1973 roku pisarz zatrudnil mnie jako swoją astytentkę. 10 września 1974 roku zmarł.

Wspomina Pani, że Melchior Wańkowicz nie otrzymał  nagrody mieszkając na emigracji. Nie otrzymał jej w całym swoim 82-letnim życiu, nie tylko w okresie mieszkania w Anglii czy w USA.  Nie otrzymał jej przed wojną jako autor  znanej i ważnej NA TROPACH SMĘTKA SZTAFETY, SZCZENIĘCYCH LAT, nie otrzymał na emigracji, jako autor BITWY O MONTE CASSINO.  Ponoć wtedy na emigracji nagradzano pisarzy za ich książki w maszynopisie,  jeszcze ich nawet nie wydrukowali, a autora oprocz wspomnianego MONTE CASSINO, TWORZYWA, ZIELA NA KRATERZE, DRAGĄ DO URZĘDOWA, WRZEŚNIOWYM SZLAKIEM  skrzetnie pomijano.

Po powrocie w 1958 roku do Polski, czyli w PRL, też nie został nagrodzony. Nagrodą byli jego czytelnicy stojacy w kolejkach po jego książki, których  ogromne nakłady sprzedawano dosłownie spod lady.

Żaden system polityczny i żadne środowisko nie uznawało go za swojego

Prawda, że to żałosne? Podobnie żałosne jest, że Wańkowicza usunięto teraz z lektur szkolnych.

 

RWT: Emigracja londyńska nie darzyła Wańkowicza szczególnym sentymentem.  Raczej nie odmawiano mu talentu i pracowitości, a podkreślano słabości charakteru, co wydawało mi się zawsze małostkowe ze strony londyńskiej prasy i krytyki. 

 

AZB: Środowisko było skłócone, to wiem z dokumentów i lektur.  Jakże trudno uznać czyjś talent, jakże trudno jest zaakceptować czyjąć wyjatkowość. Łatwiej jest skrytykować, pomówić, zlekceważyć, czy wręcz rzucic słowa pogardy. Dobre słowa uznania przechodzą wielu osobom naprawdę  z wielkim trudem przez gardło.

Jak pamiętam, skłóceni ze środowiskiem londyńskiem było wielu. Emigracji londyńskiej nie darzył sentymentem Jerzy Giedroyc. Rok przed śmiercią pisał do mnie w liście określając ją jako „piekiełko londyńskie”.

Ja znam ten temat - powtarzam - z przekazów i materiałów. Osobiście poznałam kilka osób w Londynie i są to znakomite twórcze osoby, bardzo je cenię.  Środowiska jako takiego jednak nie znam.

 

RWT: Jerzy Giedroyć nie był stały w ocenie Wańkowicza.  W 1983 r. zgodził się na rozmowę ze mną o autorze KLUBU TRZECIEGO MIEJSCA i jego kontaktach z „Kulturą”, ale gdy doszło do spotkania poświęcił Wańkowiczowi zaledwie kilka minut, a pozostałe dwa kwadranse innym tematom.

AZB

Ze mną natomiast – gdy sie widzieliśmy - chętnie rozmawiał o Wańkowiczu.

 

RWT: Jak pisarz oceniał ten emigracyjny okres swojego życia po latach, czy nie żałował powrotu do kraju?

 

AZB: Nie żałował powrotu i pisał, że życie by mu się zawaliło, gdyby musiał powrócić na emigrację. Swoją decyzję powrotu do czytelników i do Polski uważał za mądrą i słuszną. W Stanach przed wyjazdem, Zofia Wańkowiczowa sprzątała po domach, Wańkowicz nie był drukowany, cytowany wyżej Giedroyc nie odpowiadał miesiącami na listy pisarza.

Ile zaś dał swoimi książkami narodowi polskiemu, jak bardzo przyczynił się, że powstała legenda o Monte Cassino i Hubalczykach – to jest rola ogromna jego książek i jego postawy. Dodawal Polakom ducha, dawal mi wsparcie, krzepił ich swoimi książkami. I swoją obecnościa. Czytelnicy „Życia Warszawy” wybrali ZIELE NA KRATERZE jako najlepszą książkę oddajacą atmosferę Powstania Warszawskiego.  

Pisarzowi władze wytoczyły proces polityczny w 1964 roku, za „szkalowaniai Polski Ludowej poprzez wysyłanie materiałów za granicę”. Siedział w więzieniu, dostał wyrok, z tym wyrokiem żył 10 lat. Dopiero po jego śmierci ostatecznie uznano ten wyrok w sądzie za haniebny.  Piszę o tym w książce PROCES MELCHIORA WAŃKOWICZA 1964 ROKU  i w drugim wydaniu NA TROPACH WAŃKOWICZA.

 

RWT: Zetknęła się Pani z Wańkowiczem na progu swojej kariery literackiej i naukowej, tuż po ukończeniu studiów polonistycznych w Łodzi.  Czy pamięta Pani dobrze ten dzień, kiedy stanęła Pani przed Melchiorem Wańkowiczem?

 

AZB: -Nie zetknęlam z tym tematem u progu kariery literackiej czy naukowej, tylko jeszcze jako studentka 4-go roku pisząca pracę magisterską o reportażu, i oczywiscie mistrz reportażu polskiego był jej głównym tematem. O tym spotkaniu pierwszym, gdy jako 23-letnia osoba po wysłaniu listu z pytaniami dotyczacymi moich badań, zostałam zaproszona do pisarza - napisałam w książce ULICA ŻÓŁWIEGO STRUMIENIA. Przywiozłam ze sobą własne opracowywania i prace zaliczeniowe na temat autora „Strzępów epopei”. Przeczytał je i ocenił tak dobrze, że tego pierwszego dnia poprosił, czy nie mogłabym pracować dla niego przywożąc jako researcherka materiały do książki, którą zamierzał pisać.  

Jako studentka pisywałam artykuły do prasy nie tylko łódzkiej, interesowało mnie wiele spraw i tematów, mając temat Wankowicza coraz bardziej opanowany, zaczęłam drukować także na temat jego twórczości.  

 

RWT: W jaki sposób to spotkanie wpłynęło na Pani przyszłość?

 

 

AZB:   Wpłynęło o tyle, że właśnie jako studentka zbieralam dla pisarza materiał do nowopowstajacej książki. Miała pokazać, czym jest twórczość, czym jest swoiste zjawisko: talent jako wybryk natury. Wańkowicz dał mi starannie opracowany plan – np. bodżce warunkowe, przeszkody, wszystko związane z szeroko rozumianym procesem twórczym. Jak mi powiedział,  był jak stara czapla, która już ryb nie łowi, a chce napisać o tym, jak patrzy na własną tworczość, i ja inni patrzyli na własną. Prosił mnie o materiały anegdotyczne, ogólne informacje. Czytałam wtedy wiele biografii, opracowań monograficznych.

Książka rozrosła się Wańkowiczowi do dwóch tomów, drugi jej tom zadedykował  mnie z podziękowaniem: „Pani.... bez której oddanego współpracownictwa zapewne byłaby to jeszcze gorsza książka”. Ładnie, prawda?..

 

RWT: Tak, bardzo. A czy miała Pani jakieś młodzieńcze marzenia i plany na życie, które po „wkroczeniu” w świat twórczości i życia Wańkowicza, musiała Pani odsunąć?

 

AZB:   -

Niczego nie odsuwałam.  Jakie wielkie ambicje może miec 23-letnia osoba? Raczej mglistą orientację. Wiedziałam, że będę sie zajmować literaturą, mój ojciec historyk mnie do tego od wielu lat jakby przygotowywał  podsuwając lektury i zachęcając do pisania. Żadnych wielkich planów  nie miałam, był to zresztą bardzo trudny okres z innego powodu. Wańkowicz był ciężko chory, przeszedł poważną operację, po której z trudem wracała do sił. W 16 miesiecy po moim rozpoczęciu pracy, pisarz zmarł.

 

RWT: Jaki Wańkowicz był na codzień ?  Mówiono wiele o jego humorze, skłonności do robienia kawałów, swoistych zwyczajów, jak  jedzenie „podkurka”...

 

- AZB: O tym wszystkim ja też słyszałam, ale powtarzam - ja znałam pisarza w ostatnim jego okresie życia. Nie znałam go w pełni sił twórczych, nie znam żadnych słynnych spotkań u Wańkowicza, o których chodziły legendy, znałam pisarza zmagającego się z uciekającym czasem, człowieka chorego i świadomie odchodzącego.  Chciał skończyć książkę i gdy tylko miał siły, pracował.

Jako młoda osoba, przejęłam się swoja szczególną jakby rolą. Wańkowicz pisał codziennie, trzeba byla sięgać wciąż do źródeł, sprawdzać, ustalać. Długie godziny spędzalam w Bibliotece Narodowej. To nie byla jeszcze epoka komputerow i internetu.

Wańkowicz był dla mnie cierpliwy i serdeczny, dla wielu ludzi już nie miał cierpliwości, spieszył się, męczyły go zmagania z postępującą chorobą. Żegnał się życiem, dużo mi opowiadał. Byłam może bogatsza o te opowiedziane mi jego historie życia, ale też w jakims sensie uboższa o beztroskę.

 

RWT: Zgodnie z wolą zmarłego pisarza została Pani w 1974 roku opiekunką i spadkobierczynią jego archiwum.  Trzeba to sobie unaocznić: 25. letnia polonistka mająca wręcz nieograniczone prawa do wydawania, publikowania książek, listów i innych materiałów pozostawionych w archiwum, a jednocześnie zobowiązana do czuwania nad prawdą o pisarzu, który należał do grona najpoczytniejszych i najwybitniejszych twórców literatury polskiej  XX wieku.  Taka świadomość może uskrzydlić, ale może też sparaliżować, prawda?

AZB:

Kontynuowalam prace, które robiłam za jego życia. Ukazywały sie dalsze tytuły serii DZIEŁA WYBRANE,  którą przygotowywałam - nanosiłam poprawki, redagowałam, dołączałam fotografie. Kontynuowałam swoje badania nad Wańkowiczem i jego twórczościa, także nad epoką. Zajęłam się pracą doktorska, którą w pięć lat później obronilam na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczęłam ją pisac u prof. Juliana Krzyżanowskiego, po jego śmierci kontynuowałam pod przewodnictwem prof. Janiny Kulczyckiej Saloni.

Niedługo po śmierci pisarza napisałam książkę BLISKO WAŃKOWICZA, która cieszyla sie ogromnym zainteresowaniem, miała mnóstwo recenzji. Zacytuję zabawną  notę  z „Tygodnika Powszechnego”. (20 V 1976, Jak zdobyłem bestseller):

„Aleksandry Ziółkowskiej „Blisko Wańkowicza” zdobyłem dzięki znajomemu z pracy. Jego znajomy – pracownik Domu Książki – przez znajomego zatrudnionego przy rozdziale ksiażek załatwil z kolei u znajomego księgarza z terenu jeden egzemplarz spod lady. A wszystko udalo się dlatego, że ten pierwszy znajomy otrzymuje ode mnie w tym roku po przeczytaniu kolejne numery „Tygodnika Powszechnego”, czując się zobowiazany uruchomil łańcuszek znajomości”.

Niedługo po śmierci pisarza napisałam też inne książki, ktore stopniowo ukazywały się: Z MIEJSCA NA MIEJSCE i  MOJE I ZASŁYSZANE.

Dziesięć lat po śmierci pisarza– byłam juz po doktoracie, po blisko 3 letnim pobycie na stypendiach w Kanadzie, gdzie wydałam dwie ksiązki, i potem ich polska wersja ukazała się w Polsce jako: KANADA, KANADA (1986), KANADYJSKI  SENATOR (1989).

  RWT: Czy są jeszcze w archiwum utwory, materiały napisane przez Wańkowicza, czekające na publikację?

 AZB:  

Tak, jest kilka tytułów, których ani na emigracji, ani w PRL nie chciano opublikować, ani teraz w wolnej Polsce nie jest łatwo znaleźć wydawcę. Jest to np druga część DE PROFUNDIS pt  ZIEMIA ZANADTO OBIECANA.   

Łatwiej mi wydać swoją książkę niz archiwalia Wańkowicza, który, jak mi mówią wydawcy: „już się nie sprzedaje”.

Na korespondencję dwutomową z żoną szukałam wydawców 10 lat, kilku się przymierzało, ale potem rezygnowali Młodzież nie zna Wańkowicza. Na spotkaniu z klasami maturalnymi na Zamku w Sandodmierzu uczniowie nie wiedzieli dosłownie nic na temat autora ZIELA NA KRATERZE. Nauczyciele tlumaczyli, że – nie ma go w lekturach.

A tymczasem, na przyklad, nie ma piękniejszej książki o Kresach niz SZCZENIĘCE LATA, jest o wiele lepsza niz DOLINA ISSY Miłosza.

 

  RWT: Wańkowicz korespondował z wieloma ludzmi, w tym pisarzami i wydawcami.  Kilka lat temu natknęłam się na listy Wańkowicza do Ireny z Zabłockich Bączkowskiej.  Czy wszystko jest warte opracowania i udostępnienia czytelnikowi?  „Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów” wydana w 2004 r. należy do jednej z najciekawszych w naszej epistolografii, oczywiście, z Pani skrupulatnymi przypisami, które przybliżają tło, dopowiadają okoliczności...

 

AZB: Opracowałam książkowe korespondencje Wańkowicza z jego córką Krystyną, która zginęła w Powstaniu, z Jerzym Giedroyciem i wspomnianą KING I KROLIK )

 Na korespondencję dwutomową z żoną szukałam wydawców 10 lat, kilku się przymierzało, ale potem rezygnowali.

W prasie opublikowałam listy z Miłoszem, Marią Dąbrowska, Catem Mackiewiczem

Publikowanie listów wiąże się z różnymi prawami autorów tych listów, więc słowo które Pami użyła „nieograniczone” nie jest najlepsze. Jak dalece materiał jest wart pokazania, to już ocena  przygotowującego, i  jak dalece potrafi zainteresować wydawcę.

 

RWT: Czy łatwo wyzwolić się spod wpływu, obowiązków i niewątpliwie uroku, pisarstwa Wańkowicza, aby znaleźć własną drogę twórczą?

 

AZB: Nie odczuwalam mojego pisania jako wyzwalania sie spod wpływu Wankowicza.. Moje pisanie jest zupełnie inne niż autora MONTE CASSINO.

W moje życie twórcze juz dorosłej osoby wkroczyło wielu wspaniałych ludzi, którzy mnie zachęcali do pisania. Chcę przywołać  profesora Władysława Tatarkiewicza, mam urocze jego liściki,  czy też Szymona Kobylińskiego, z którym korespondencja wyszła w książce NIE MINĘŁO NIC, PRÓCZ LAT. Szymon wiele listów poświęcił temu, bym pisała bardziej osobiste książki. W jakiejś mierze, to jemu zawdzięczam ULICĘ ŻÓŁWIEGO STRUMIENIA i PODRÓŻE Z MOJĄ KOTKĄ.

 

RWT: Czy mogłaby Pani zostać beletrystką?

 

AZB: -Pisanie jest dla mnie oswajaniem mojego wlasnego świata, czasu i miejsca wokół mnie. Mieszkam w Stanach Zjednoczonych, dużo podróżuję. Lubię literaturę faktu, ale jeżeli porwie mnie, zafascynuje jakiś temat,  będę chciała o nim napisac, i z różnych powodów wybiorę inną formę niż literatura faktu, to oczywiscie zakładam taką możliwość. Kto wie, może tematyka podytkuje mi beletrystyczne ujęcie? Niczego sobie nie narzucam, ani nie rezygnuję z góry.

 

 RWT: Pani reportaż literacki zwrócił uwagę czytelników i krytyków, m.in. w 2006 roku otrzymała Pani nagrodę w dziedzinie literatury Creative nonfiction, ufundowaną przez The Delaware Division of the Arts.  Widzę wiele wspólnego między literaturą faktu u „króla polskiego reportażu” jakim wielokrotnie ogłoszono Melchiora Wańkowicza, a jego asystentką, Aleksandrą Ziółkowską-Boehm.  Przede wszystkim tworzywem literackim dla obu pisarzy są fakty i postaci prawdziwe, nie wymyślone, łączy dziennikarska żyłka tropiciela rzeczywistości, pasja w podejściu do tematu, posiadanie solidnego warsztatu pisarskiego.  Czy potrafiłaby Pani nazwać różnice między Pani reportażem, a reportażem literackim autora „Na tropach Smętka”?

.

AZB:              

Każdy pisarz zajmujacy się literaraturą faktu docenia  podobne cechy, bo fakty i wydarzenia prawdziwe są jego materialem  

Wankowicz kipi metaforami i słowotwórstwem. Jest to język z Kresów, ma tamtejszą soczystość. Wańkowicz był jak mocne perfumy pachnące z daleka.

Ja mam jezyk i styl świadomie spokojny, nie lubię i unikam patosu  Mój reportaż i moje słowo jest powściągliwe, celowo niemal wyciszone.

Moich bohaterow pokazuję na przełomie i przestrzeni lat, Wańkowicz skupiał sie na ich jednym okresie, głównie na ich przeżyciach wojennych.

 

 

RWT: Literatura faktu jest w Polsce popularna i ma kilku wybitnych autorów.  Pamiętam, że w 1992 r. opublikowała Pani cykl wywiadów pt. „Korzenie są polskie”, z pobytu w Kanadzie.  Kiedy tak naprawdę wyjechała Pani z kraju?

 

AZB:

Literatura faktu jest bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych. Gdy się wchodzi do ogromych sieci księgarń, królują biografie, monografie, pamiętniki, opracowania historyczne – króluje literatura faktu. XXI wiek należy do literatury faktu, ludzie chca wiedziec o swiecie, o konkretnych postaciach i wydarzeniach wspolczesnych czy historycznych.

Pyta pni, kiedy kraj opuscilam, a ja nigdy nie wyjechałam w pełnym tego slowa znaczeniu z Polski. Zachowałam swoje warszawskie mieszkanie i wszystko tu na mnie czeka. Kazdego roku spędzam dwa miesiące w Polsce.

Najpierw, w 1981 roku wyjechałam do Toronto zaproszona przez profesora Tadeusza Krukowskiego, slawistę z Ottawy. Na miejscu dostałam  trzy stypendia, między innymi na napisanie książki poświęconej emigrantom polskim. W Kanadzie zastał mnie stan wojenny i zostałam dłużej niż zamierzony jeden rok. Napisałam dwie książki i tam mi je wydano. W grudniu 1983 roku wróciłam do Polski.

Wyjeżdzałam potem na stypendia (zawsze zagraniczne, nigdy mnie z Polski nie wysłano), m.in. na stupendium Fundacji Kosiuszkowskiej. W 1990 roku wyszłam za mąż za Normana

Mieszkaliśmy 9 lat w Teksasie, stale mieszkamy w stanie Delaware, między Waszyngtonem a Nowym Jorkiem, niedaleko Filadelfii. Jak wspomniałam, każdego roku jestem w Polsce, i od kilku lat towarzyszy mi mąż, a nawet  nasze dwa koty, których nie chcemy zostawiać w Stanach w kocich hotelikach, więc zabieramy je ze sobą.

Wracam do Warszawy jak do siebie, mam tu swoje książki, mam przyjaciół, czytelników. I mam Mamę i braci. To niemałe bogactwo, prawda?

 

RWT: To ma Pani wielki skarb, Pani Aleksandro! A jak doszło do napisania nagrodzonej przez Związek Pisarzy książki „Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego krzyża”?  Mieszka Pani  od 18 lat, w stanie Delaware, w USA, tymczasem temat i bohater książki należą do wschodniej Europy.  Czy nie było z tego powodu dodatkowych komplikacji?

 

AZB.

-Piszę na ten temat we wstępie. Ważny jest sam temat i świadomość, a raczej przekonanie, że jest ciekawy, trzeba też mieć pasję, by go napisać. Nieważne, czy się siedzi na wyspie Bali, czy w Nowym Jorku czy w Olsztynie, tylko sposób, w jaki się opowiada. Czy zainteresuje i pokaże, że jest ważny. W dobie internetu, telefonu łatwo jest  zapytać, sprawdzić, ustalić.  Powtarzam - ważna przede wszystkim jest nasza - pisarzy - gotowość i przekonanie, że to jest temat godny pokazania. I aby umiec przekonać także czytelnika, a wcześniej, wydawcę.

 

RWT:  Jak Pani trafia do takich niezwykłych ludzi jak Kaja?

 

AZB:

Kaje znalam 30 lat i nie myślałam, że będę o niej pisać. Aż pewnego dnia niemal olśniła mnie ta myśl, a było juz bardzo późno. Obie się spieszyłyśmy, bo moja bohaterka miała skończone 90 lat. Doczekała ksiązki, doczekała recenzji, zmarła tuż przed ogloszeniem nagrody Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Szkoda.

Ale moją bohaterką jest także moja ... kotka Suzy. PODRÓŻE Z MOJĄ KOTKĄ dostała tytuł książki tygodnia,  doczekała się, jak wspmniałam wcześniej, dwoch wydań. Została umieszczona przez Wyd Znak na liście „lektur obowiazkowych.do przeczytania na temat kotow”, obok ksiązek Eliota, Hemingwaya. Była pokazana w Muzeum Literatury na wystawie poświęconej ogólnie kotom w literaturze.

Jak trafilam do tego tematu?...Po prostu przyglądam się moim dwóm kotom z ciekawością i życzliwie, pisałam o nich do znajomych, aż wreszcie swoje obserwacje zapisałam w formie książki.

 

 

RWT:  Znalezienie ciekawego bohatera reportażu może być zapowiedzią dobrej książki, ale ten człowiek musi chcieć się otworzyć i być szczerym.  Pani ma rzadki dar docierania do swego rozmówcy, oswaja go Pani i zachęca do rozmowy.  Czy to się Pani zawsze udaje?

 

AZB:

Znałam i znam wielu wspaniałych ludzi. Wciąż ich poznaję. Może to jest umiejętność spoglądania na ludzi właśnie jako na ciekawych,  może w mojej obecnosci takimi się stają? To jest może jakas tajemnica?

Np. Kaje znałam jako architektkę, chodziłam na wystawy jej siostry rzeźbiarki. Wiedziałam, że miały ciekawe życie.

Myśle, że wiele ludzi ma piękną historię do opowiedzenia, tylko trzeba im pomóc w tym, by chcieli opowiedziec, trzeba na nich spojrzeć życzliwie, serdecznie i tak, by mieli zaufanie.

 

 

RWT:  Kaja opowiedziała na kartach książki wiele osobistych przeżyć, kilka bardzo intymnych, kilka też łzawo-sentymentalnych...  wyobrażam sobie, że nie wszystko może pisarz wydrukować nawet wtedy, gdy bohater się na to godzi, a czasem nawet domaga.  Jaki klucz stosuje Pani do selekcji wątków, wydarzeń, a nawet słów?

AZB:

Nie pamiętam łzawo-sentymentalnych, raczej poruszajace. To właśnie jest sprawa patrzenia. Gdybym je uznala za łzawo - sentymentalne, zapewne bym je odlożyła na bok. Ja je zobaczylam jako wstrząsające, przemawiające do mojej  -  i zakladam- do czytelnika – odczuć, wyobraźni, emocji.  Dla takich pojedyńczych scen pamięta się film, pamięta się książkę. Dla takich scen czasami się właśnie pisze książkę, bo inaczej wystarczy przeczytać książkę w pełni historyczną.

Kaja opowiedziała mi znacznie więcej niż jest napisane, na jej prośbe wyjęłam część materiału z książki, nie chciała, by pisać zbyt osobiście na jej temat. Musiałam to uszanować.  Mimo, że mi „pasowało do książki”.

 

 

RWT:  Czy zaprzyjaźnia się Pani ze swymi bohaterami? 

 

AZB:

-I tak i nie, bo z niektórymi tracę kontakt. Np. z senatorem Stanleyem Haidaszem bohaterem mojej ksiązki kanadyjskiej w Toronto odżyla na nowo znajomość w czasie moich niedawnych spotkań autorskich w Kanadzie, kiedy odwiedziłam go w Domu Copernicus w Toronto. 

Ale oczywiscie, że wielu z moich rozmowców staje mi się drogich, bo wspólne rozmowy i praca zbliżają.  Z wieloma moimi bohaterami nawiazałam głębokie i trwałe więzy. Śledzą moje kolejne ksiązki i zaliczają sie do moich przyjaciół.

Staram się być uważna i przestrzegać etyki zawodowej. Z wielu tematow rezygnuję,  mimo że „pasuja do książki”, liczę sie z odczuciami moich bohaterów. Mówią mi o wiele więcej niż „do książki”. Mają zaufanie, ja to doceniam, i nie mogłabym tego złamać.

Często są mi potem wdzięczni i nawet mnie w szczególny sposób kochają. Kaja, moja bohaterka, zapisała mi miejsce w swoim ... grobie na Powązkach, abyśmy były obie –autorka i bohaterka,  co jest wzruszajace... ale nawet się nad tym nie zastanawiałam. Mój syn jest na Karaibach, prowadzi tam własne pismo, ja mieszkam w Stanach Zjednoczonych, ... nie wiem, co ze mną będzie po śmierci.

 

 

RWT:  Opowieść o „Kai od Radosława...” wydana przez warszawską MUZE,  spotkała się z dobrym przyjęciem czytelników, miała świetne recenzje (nie widziałam niechętnych).  Nie ucichły jeszcze wokół niej dyskusje a na rynku krajowym pojawiła się nowa książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm o intrygującym tytule „Otwarta rana Ameryki”.

AZB:

Książka nie miała niechętnych recenzji, co nic nie znaczy, bo nawet bardzo dobre książki mają takowe.

Obie ksiązki traktują o historii – polskiej i amerykańskiej. Obie zmagaja się mitami powszechnymi, w Ameryce – nie wiedzą nic, prawie nic, na temat Powstania Warszawskiego, niewiele wiedzą takze, co teraz naprawdę dzieje sie z Indianami.  

 

RWT:  W miesięczniku „Nowe Książki” opublikowano długi wywiad z Panią.  Jego autorka, Anna Bernat, wydaje się być zaskoczona indiańskim tematem Pani ostatniej książki.  Mnie natomiast temat wydał się jakiś... oczywisty.  Spadkobierczyni Wańkowiczowskiej schedy – myślałam patrząc na witryny księgarskie – podróżuje, jak kiedyś jej mistrz, od „Atlantyku do Pacyfiku”,  aby opowiedzieć Polakom o sprawach nam mało znanych.

 

 AZB:

Wywiady ukazały się także np. w tontońskim „Liście Oceanicznym”,  w piśmie „Kraków” , „Wydawca”, „Tygiel Kultury”, itd.

Wspaniały miesięcznik „Nowe Książki” poświęcił mi styczniowy numer i bardzo to sobie cenię. Zamiescili wywiad i recenzje mojej książki idniańskiej archeologa z Uniwersytetu Jagiellońskiego. 

Anna Bernat od lat wiedziała o tej powstajacej książce i może sie zdziwiła tak tylko do wywiadu, aby mnie sprowokować do kilku odpowiedzi

Już w książce ULICA ŻÓŁWIEGO STRUMIENIA napisałam o swoim stryju rzeźbiarzu Korczaku Ziólkowskim, który w Pd Dakocie zaczął budowę w skale pomnik wodza Crazy Horse. Pisałam na ten temat np w książce NIE TYLKO AMERYKA bodaj jeden rozdział.

 

RWT:  Pomysł wyrzeźbienia wodza Indian w górze, w ogromnej bryle skalnej, wydaje się niebotyczny.  Przecież to nie jest forma o powszechnie przyjętej kubaturze.  No i do tego, cały ten projekt zrodził się w głowie Polaka, Pani krewnego.

 

AZB

Nie zrodził mu sie sam w głowie. Jako młody człowiek przyjął propozycje rzebiarza Gutzona Borgluma i pomagał mu rzeżbić w skale Mount Rushmore w Czarnych Wzgorzach głowy czterech prezynetow: Georga Washingtona, Thomasa Jeffersona, Abrahama Lincolna i Theodore’a Roosvelta. Wtedy Ziolkowski otrzymał ofertę od wodza Siuksow Standing Bear’a, który mu zaproponował, aby wyrzeźbił podobiznę wodza  Crazy Horse. Korczak przez kilka lat nie dawał odpowiedzi, wziął udzial w 2-ej wojnie światowe,j i po powrocie do Staóow w wieku 40 lat podjął się tego zadania.

 

RWT: Ten powstający od 1948 roku  pomnik Crazy Horse’a  przypomina historię budowy świątyni Sagrada Familia w Barcelonie, zaprojektowanej przez Antoniego Gaudi,  której początki sięgają roku 1883 i dotąd nie ukończonej.   Kto się opiekuje dzisiaj rzeźbą po śmierci Korczaka Ziółkowskiego?

 

AZB

Prace przy rzezbie kontynuuje rodzina, żona i dzieci. Korczak zostawł dokladnie opracowane plany kontynuowania swojego dziela .W 2000 roku została ukońcozna głowa Crazy Horse, teraz prace są prowadzone przy głowie konia.

 

RWT:  Wygląda na to, że do książki indiańskiej – jak Pani ją nazywa – dochodziła Pani, idąc najpierw  po tropach Korczaka Ziółkowskiego?

 

AZB

O Korczaku Ziółkowskim pisałam od dawna,  a do książki zabrałam  sie wiele lat późnie - . kiedy zaprzyjazniłam sie z Inidanami, kiedy odbyłam kilka wypraw do Montany i obu Dakot, po moim zamieszkaniu na terenie rezerwatu Pine Ridge ponad dwa miesiace,

  

RWT:  Czy udało się Pani dotrzeć do ciekawych materiałów na temat samego Korczaka Ziółkowskiego?

 

AZB Dotarłam do materiałów pisanych, wiele juz na jego temat było opublikowano w Stanach Zjednoczonych. Doszły moje rozmowy z rodziną i moje własne odczucia i refleksje z tego niezwykłego miejsca, jakim jest ośrodek Crazy Horse w Południowej Dakocie. 

 

RWT:  Dlaczego temat indiański okazał się trudny do ujęcia?

AZB:  

Bo jest tematem bolesnym, bo nie lubię patosu i gotowych reguł, a w takie ubiera się temat indiański, i w Polsce, i w Ameryce. Trudny, bo nie jest jednoznaczny i ja nie oskarżam tylko białych, ale piszę o Indianach też ktytycznie. Pisze, że np wódz Seattle mial niewolników, że inaczej wygladała śmierć wodza Crazy Horse niż podają mity. Został zamordowany przez Indianina, tak, jak przepowiedziano  mu we wczesnej młodości.

Od 10 lat czytam zaprenumerowane pisma indiańskie, i dopiero kiedy zaprzyjażnilismy się z mężem z kilkoma Indianami, po wielu wyprawach, lekturach, rozmowach, zaczęłam rozumieć ten temat i zdecydowałam się napisać tę książkę.

Uważam, o czym piszę wprost, że to wielki zaszczyt, że mogłam napisać o Indianach.

 

RWT:  Poszczególne rozdziały tej książki, dotyczące historii Indian, poszczególnych plemion, ich problemów społecznych i ekonomicznych, ukazywały się w krajowych pismach bez informacji, że będą kiedyś w zwartej publikacji.  Kiedy więc postanowiła Pani napisać o Indianach książkę?

 

 

AZB:

Wiele lat były to przymiarki i jakby wstępne zainteresowanie tematem.  Nie wiedziałam, czy mi starczy materiału, sił, i odwagi, aby napisać całą książkę. Drukowałam jednak teksty na temat Indian od wielu lat.  Aż mi  temat dojrzał do większej całosci. Wykorzystalam oczywiście drukowane teksty, często musiałam je zmodyfikować do książki, więc nie są to w pełni fragmenty książki.

Teraz pracuję przy nowej zupełnie książce i dam niebawem kawałki do prasy. Książka nie ma wciąż tytułu, dopiero się tworzy.

 

RWT:   W ostatniej książce (we wcześniejszych również) pojawia się często postać Pani męża, Normana, który nie tylko towarzyszy Pani w podróżach i wyprawach do rezerwatów i miejsc zamieszkałych przez Indian, ale także bierze udział w opracowaniu pewnych materiałów.

AZB

Mój mąż towarzyszył mi w niektórych wyprawach, na inne, na które dostałam amerykanskie stypendia, jeździłam sama. Z przyjemnością włączyłam jego postać do książki, bo uczyniło to moją opowieść bardziej wiarygodną, autorską, i czasami niemal osobistą.

Normana poprosiłam, by opracował listę nazw wybranych stanów, które używaja imion indiańskich.  Zrobił to na podstawie Almanachu, i tę  tabelę podpisałam oczywiście jego nazwiskiem.  Zawsze dziękuję każdemu, kto mi pomógł zdobyć informacje.

A przy okazji chcę powiedzieć, że Norman stał się jakby polskim patriotą. Zajmowal nieraz stanowisko w obronie Polski.  W ksiażce Jana Nowaka Jeziorańskiego POLSKA DROGA DO NATO (Ossolineum, Wroclaw 2006) są cytowane jego listy do senatorów, są listy Jana Nowaka do mnie i do męża. Książka stawia Normanowi piękny ukłon wdzięczności.

Pisał w sprawie książki Grossa, protestowal w określeniu polskich obozów pracy.

Norman jest bardzo szlachetnym i mądrym (i przystojnym także) człowiekiem i uważam za dar od losu nasze małżeństwo, które istnieje od 1990 rokut.

 

RWT: My Polacy, tak niewiele wiemy o najstarszych mieszkańcach Ameryki, operujemy stereotypami Indian wyniesionymi z filmowych westernów, ale już nawet ta wiedza pozwala na stwierdzenie, że biali Amerykanie rozprawili się z tubylcami – okrutnie.

 

AZB:

No właśnie, my Europejczycy to zrobiliśmy, przywieźliśmy nasze poglądy na ląd amerykański. Amerykanie jako koncept narodu dopiero się tworzył. Powtarzam, to my, Europejczycy mordowaliśmy Indian.

Do Ameryki ludzie uciekali np. przed prześladowaniami religijnymi, a na miejscu, na ziemi amerykańskiej, zmuszali Indian do przyjęcia chrześcijaństwa, zabraniali mówić w rodzimym jezyku. Ten proces minął, ale pozostawił ogromne szkody.

 

RWT:  Czy w dzisiejszej Ameryce Indianie są wciąż traktowani jako obywatele niższej kategorii?

 

AZB:  

-I tak, i nie , zależy od środowiska i miejsca zamieszkania. Jest wielu znanych ludzi, którzy chlubią sie krwia indiańska, np. aktorzy, jak Kevin Costner, Brad Pitt, John Deep, James Garner, Burt Reynolds, Robert Mitchum. Czy też znani aktorzy indiańscy, jak Graham Greeen i Wes Studi.

Ludzie biali zamieszkali blisko rezerwatów w Montanie czy Dakocie o Inianach często mówią z niechęcią, nawet z pogardą np. o ich alkoholiźmie.

 

RWT:  Wiele słyszałam o kasynach gry istniejących w indiańskich rezerwatach.  Poświęca Pani temu tematowi sporo miejsca w swojej książce.  W jakim stopniu są kasyna gry dobrodziejstwem i przekleństwem dla Indian?

 

AZB:

Kasynom poświęcam jeden rozdział. Jest to temat złozony. Jedynie nikły procent plemion korzysta z kasyn, większość ludności indiańskiej to nie dotyczy.

Wielkie dochody, pieniądze są oparte na ludzkiej potrzebie wygrania, czyli na czymś nieszlachetnym. W kasynach grają głównie biali, i muszą być one pobudowane w miejscach dostępnych. Na dalekich terenach obu Dakot nikt nie odwiedza kasyn, są za daleko od autostrad, za daleko od skupisk białych ludzi.

Z dochodów buduje się szkoły, ośrodki kultury, muzea, sponsoruje się wiele pięknych akcji. I to jest dobra rzecz.

 

 

RWT:  Czy sądzi Pani, że rząd amerykański jest w stanie uporać się z problemem Indian?

 

AZB:

-Indianie sami muszą sobie pomóc a rząd nie powinien im utrudniać .

Jest wiele pieknych przykładów wychodzenia na przeciw Indianom i ogólnie polityka rządu Stanów Zjednoczonych bardzo sprzyja Indianom już od wielu lat.  Żeby jeszcze sami chcieli  i umieli uporać się ze swoimi problemami, słabościami.

Ogromna rola to nauczanie, edukacja. Oboje z mężem sponsorujemy trzy katolickie szkoły indiańskie. O jednej ze szkół, St Labre w Montanie, piszę w książce. Wykształcenie jest lekarstwem i środkiem do świadomości i do zmian. Te muszą jednak wyjść od środka.

 

RWT:

„Otwarta rana Ameryki” będąca zbiorem reportaży, rozmów, szkiców historycznych, materiałów archiwalnych i faktograficznych – jest inna od poprzednich.  Ta inność tkwi głównie w kompozycji materiału, która jest luźna i otwarta, bez wyraźnej pointy: tak jak dramat Indian amerykańskich jest wciąż „otwarty” i trwa, i tak jakby zamierzała Pani dopisać do tej książki następne rozdziały.

 

AZB:

I mogłyby być... bo to jest nie zamknięta książka.  Na przykład niedawno skończyłam rozmowę z księdzem doktorem Randolphem Graczykiem, polskiego pochodzenia, który napisał książkę na temat jezyka Indian Crow. Nie zna języka polskiego, a nauczyl sie ich języka.

Nie stawiam w żadnej ze swoich książek, jak Pani mowi – pointy, czyli kropki, nie stawiam gotowych wniosków, rozwiązań. Ja wskazuję, co sie dzieje, pokazuję przyczyny, bo zwykle nie jest jedna, obchodzę temat z kilku stron. W każdej mojej książce niemal unikam komentarzy.  Taki właśnie stawiam sobie cel. Im bardziej trudny temat, tym staram się być powściagliwsza. Żadnego, Broń Boże, patosu, żadnych przymiotników, gotowych formuł.

Komentarz czy swoją opinię ma wyrobic sobie czytelnik, ja mam mu pomóc w tym, ale to on sam ma wyciągnąć wniosek.

Gdy widzimy relacje- obraz z terenów ogarnietych tragedią – zalanych np. wodą – to wystarczy, gdy kamera pokazuje nam obrazy tego nieszczęścia i biedy, komentarz przeszkadza. Nie trzeba mówic:  Proszę popatrzeć, jak biedny zalany teren, jakie nieszczescie. Niemal jakikolwiek komentarz irytuje, przeszkadza.

W moim pisaniu pokazywanie biedy indianskich rezerwatów, było dla mnie trudnym zadaniem. Zaczęłam od obrazu, że jedziemy z mężem, nic, pustka, drogi pokryte kurzem, żadnej austrady, nie ma sklepów, nie ma kawiarni, nie można się napić kawy, nie można kupić nic, nie można kupić alkoholu, a Indianie chodzą i zataczają się.

Ze ścisniętym sercem to pisałam, świadomie wyciszonym stylem. O to mi chodzi.

Pointę stawiałam  w wypracowaniach w szkole, jako pisarka unikam jej. 

 

 

RWT:  Czy przetłumaczy Pani ostatnią swoją książkę na język angielski?  Gorące przyjęcie jej przez polskich czytelników zachęciłoby niejednego pisarza do „podboju” obcego rynku wydawniczego.

 

AZB:

Właśnie się ten proces toczy, sami Indianie mnie do tego namawiają

 

 

RWT:  OTWARTA RANA AMERYKI jest wytypowana do nagrody Angelusa obejmujace pisarzy Europy Srodkowej. Trzymajmy kciuki!.

W ostatnich latach często wracała Pani do kraju na dłuższy pobyt głównie za sprawą amerykańskiego stypendium Fulbrighta. Jaki ma ono charakter?

 

AZB:

Byłam 12 miesiecy stypendystką amerykańską we własnym kraju, i to prestiżowego stypendium Fulbrighta.  Piękna sprawa i sobie to ogromnie cenię. Ze strony polskiej moim opiekunem z ramienia Uniwersytetu Warszawskiego był prof. Marcin Kula. Gdy uporządkuję zebrane materiały, a jest ich wiele, zapewne napiszę książkę z tego pobytu.

 

RWT:   Wiem, że podczas tego ostatniego pobytu w kraju wiele czasu spędziła Pani w Instytucie Pamięci Narodowej. Temat teczek IPN wciąż rozgrzewa Polaków do zaciekłych polemik. Czy znalazła Pani w teczkach Wańkowicza sprawy dotąd sobie nieznane i jaka to była lektura?

 

AZB

Była to smutna w sumie lektura, bo gromadzono oczywiscie nie żadne życzliwe uwagi, tylko donosy, powtarzane uwagi zazdrości i klamstwa. Środowisko literackie zazdrościło pisarzowi rozgłosu, jaki budził jego proces w Stanach Zjednoczonych i w Europie.

 

RWT: Słyszałam, że przeglądając teczki Wańkowicza w IPN natrafiła Pani również na swoją?

AZB:

200 stronicowa „teczka na mnie” zaczęła się, gdy byłam uczennica szkoły średniej. Do audycji Rendez Vous o 6.10  Radia Wolna Europa pisałam karteczki prosząc o nadanie piosenek. Modni wtedy byli Beatelsi. Podpisywałam te karteczki jako Magdalena, a więc myślałam, że to jest konspiracja z mojej strony. Piosenki zamówione wysłuchiwalam, ale trzy kartki dostały się w ręce bezpieki i zostałam  poproszona z ojcem, jako nieletnia, na rozmowe. Jak dotarli do mojego adresu i nazwiska, jest niewiadome, ale sprawę – jak podają w mojej teczce - oddano do zbadania do grafologów.

Późniejszy material to nagrywane rozmowy, fotografie osób, które bywały w domu pisarza w miesiącach nastałych po jego śmierci.

Krzywdy mi nikt nie zrobił, wzywana byłam nie do UB,  tylko do wiceministra Kultury i Sztuki, w czasie rozmów był obecny wydawca krakowski i pan, który się nie przedstawił. Teraz sprawozdania tego pana są w mojej teczce.

Z perspektywy czasu patrzę na wszystko zastanawiając się, jak byłam uparta, że nie dałam sobie „wyperswadować” archiwum Wańkoiwcza. I jak napisano, nie poddałam się działaniu operacyjnemu. Dzięki temu teraz IPN dał mi kopie tej teczki za darmo, w prezencie.

 

RWT:  Dla reportera i dla pisarza sprawa teczek, cała otoczka z nimi związana, może być niewyczerpanym źródłem tematów.  Jaki to jest dla Pani materiał?  Przed laty z lektury akt ów oskarżenia i procesu Wańkowicza w 1964 roku, powstał przecież fascynujący reportaż. 

 

AZB:

Zapewne wykorzystam ten materiał, na razie odłożyłam go trochę, aby się uleżał, i aby emocje nie zapanowały. Nie mam wciąż rozszyfrowanych pseudonimów ludzi, ktorzy składali donosy, oprócz kilku oczywistych dla mnie, reszta jest wciąż niewiadoma.

 

RWT:  Przyznana Pani Nagroda Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie sprowadziła Panią w ubiegłym roku do Londynu, który zna Pani dość dobrze, ale raczej tylko z lektur i z teczek IPN.  Czy wróci Pani do powiększającego się tutaj grona Pani czytelników?

 

AZB:

Z wielka chęcią. Bardzo chciałabym regularnie powracać do Londynu. Zazdroszczę Państwu bliskości Kraju (nie jest to wyprawa przez ocean i przesunięcie czasu o 6-7 godzin), a także, że jesteście Państwo skupieni, nie tak rozrzuceni, jak środowisko w Stanach Zjednoczonych.

Londyn był zawsze ośrodkiem ważnym i wiele twórczego się w nim działo.

Nagrodę Związku Pisarzy na Obczyźnie uważam za duże wyróżnienie i bardzo sobie cenię.

Prasa literacka w Polsce, także PAP, ładnie nadali tej  nagrodzie rozgłos.

Dumna jestem, że weszłam w poczet pięknych cenionych znanych ludzi, którzy wcześniej byli nagrodzeni.

 

RWT:

Dziękuję za rozmowę i gratuluję nagrody.

  

                          

.

 

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Wybitny Polak w USA wywiad Nowy Dziennik Wojtek Maslanka








Pisanie jest moją pasją

ROZMAWIAŁ WOJTEK MAŚLANKA
|
08.06.2020
NOWY DZIENNIK, NY, 8 czerwca 2020
str. 22-24
 
Dr Aleksandra Ziółkowska-Boehm: "Swoje teksty non fiction nazywam opowieściami. Mają luźną budowę, swobodny tok narracji, mogą – nie muszą – być większe od opowiadania, mniejsze niż powieść" / Foto: THOMAS TOMCZYK


"Uważam, że niejako naszym – Polaków żyjących na emigracji – obowiązkiem jest 'robić, co można' na rzecz polskiej historii, polskiej kultury" – mówi "Nowemu Dziennikowi" dr Aleksandra Ziółkowska-Boehm, laureatka tegorocznego tytułu Wybitny Polak w USA w kategorii kultura. 

Pani Aleksandro, gratuluję tytułu Wybitny Polak w USA, który niedawno pani zdobyła w konkursie organizowanym przez stowarzyszenie Panga Network USA oraz Fundację Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. Jest to jedno z wielu wyróżnień i nagród, które pani do tej pory otrzymała. Jak pani zareagowała na wiadomość o tym tytule oraz co on dla pani oznacza?

Ucieszyłam się. Z wiekiem coraz bardziej cieszymy się docenieniem. Nawet jak się sami nie przyznajemy. Jak podkreślam w książce „Pisarskie delicje” – pisanie to poświęcanie długich godzin na pracę, która nie zawsze jest odbiciem naszych starań i nadziei, nierzadko przynosi wyobcowanie, gorycz i pustkę. To są godziny i całe dnie zmagania z własnym lenistwem, niewiedzą, to odsuwanie wielu spraw na bok, wielu spotkań, nieraz wielu małych i większych przyjemności. Pisanie to długie godziny samotności, a po jakimś czasie… lata samotności. Czytajmy biografie pisarzy, wiele nam dadzą. Nie czekajmy, aż pisarze odejdą na zawsze, by o ich książkach i o nich dobrze mówić – ale już w czasie przeszłym.

Tytuł ten otrzymała pani w kategorii kultura. Od wielu lat promuje ją pani w swoich książkach i publikacjach. Jakie, pani zdaniem, znaczenie ma nasza kultura dla osób żyjących na emigracji oraz czy możemy nią w jakiś sposób zainteresować przeciętnego Amerykanina? Dlaczego promowanie kultury i powiązanej z nią historii jest takie ważne?

Jeden z amerykańskich wydawców powiedział mi, że pisząc o konkretnym człowieku, konkretnej rodzinie, pokazując ich losy – tragedie, które wywołała wojna – przybliżam innym „ludzki dramat”. Niezależnie, czy to jest rodzina polska, francuska, norweska… gdy się czyta ciekawie pokazującą ich tragiczne losy książkę (czy ogląda film), wywołuje wzruszenie, budzi współczucie i szacunek. Czytelnik przejmuje się, gdy czyta o prawdziwych przeżyciach konkretnych ludzi. Utożsamia się z nimi i nie będzie potem bez zastanowienia mówić bezsensownych uwag czy ostrych lekceważących stwierdzeń. Uważam, że niejako naszym – Polaków żyjących na emigracji – obowiązkiem jest „robić, co można” na rzecz polskiej historii, polskiej kultury. Na przykład (mówiła o tym Mira Puacz, właścicielka księgarni Polonia Bookstore w Chicago) zachęcam, by kupować dla siebie lub dawać w prezencie – książki polskich autorów, czy poświęcone polskiej historii, a także pytać o nie w bibliotekach. Można podać karteczkę z nazwiskami autorów, jest wymiana międzybiblioteczna, także księgarnie sprowadzą książkę. Powtarzam, gdy pojawia się zainteresowanie polskim tematem, polskim autorem, to natychmiast zostaje dostrzeżone poprzez odnotowanie w komputerze. Róbmy to dla sprawy polskiej. Nawet jak już znamy książkę… zamawiajmy ją.


Aleksandra Ziółkowska-Boehm poznała Melchiora Wańkowicza w 1972 r. jako studentka czwartego roku filologii polskiej Uniwersytetu Łódzkiego / Foto: ARCHIWUM ALEKSANDRY ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM 


Prócz tego, że jest pani lubianą i poczytną pisarką, wiele osób kojarzy panią jako byłą asystentkę i sekretarkę Melchiora Wańkowicza, a także popularyzatorkę jego twórczości, co również podkreślała kapituła przyznająca pani tytuł Wybitnego Polaka w USA. W jaki sposób doszło do waszej współpracy, zresztą bardzo owocnej, tym bardziej że ten wybitny pisarz i publicysta zadedykował pani drugi tom książki „Karafka La Fontaine’a”, a także w testamencie przekazał swoje archiwum.

Będąc studentką czwartego roku filologii polskiej Uniwersytetu Łódzkiego jako temat pracy magisterskiej wybrałam twórczość reportażową Melchiora Wańkowicza (zastanawiałam się także nad wyborem Zofii Kossak). Czytałam jego książki, pisałam eseje, i w niedługim czasie napisałam list do pisarza, że napotykam na pewne tematy, o które chciałabym go spytać. W odpowiedzi zaprosił mnie do Warszawy wyznaczając dzień i godzinę. Przyjął mnie dość niecierpliwie, mówiąc, że jest zajęty, pracuje nad nową książką i ma kłopoty ze zdrowiem. Spytał, czy czytałam jego książki. „Wszystkie” – odpowiedziałam. „Także te wydane na emigracji?”. „Tak, dzięki mojemu ojcu – miłośnikowi historii, który je zgromadził. Mam kilka prac zaliczeniowych na ich temat”. „Może mi je pani pokazać?”. Na szczęście wzięłam je ze sobą. Zagłębił się w lekturze, ja trochę się niepokoiłam, że zostanie 10 minut na zadanie pytań, które przygotowałam. Tymczasem Wańkowicz po przeczytaniu popatrzył na mnie uważnie i powiedział: „Umie pani myśleć krytycznie, pisze pani o sprawach, o których zapomniałem” (np. cytowałam wspomnienia gen. Dowbor-Muśnickiego omawiając książkę „Strzępy epopei”). Pisarz zaczął sam mówić o sobie, o książce „Wojna i pióro”, która się niedawno ukazała, do której wydawca polecił mu ambitnego researchera, który miał mu przynosić materiały. Tenże – kiedy pisarz książkę ukończył – „poczuł się” współautorem. Długie miesiące trwały utarczki; piszę o tym w książce „Wokół Wańkowicza”. Słuchałam tych i innych historii z ogromnym zainteresowaniem, pisarz jakby z przyjemnością patrzył, że ma wdzięczną słuchaczkę, swoistego „pracusia z polonistyki”. Opowiedział o nowym projekcie książki – ogólnie: czym jest talent, czy to postanowienie, że się jest utalentowanym, a przede wszystkim praca. Spytał, czy nie spróbowałabym pomóc mu zbierać materiały do książki, zostać researcherką (zakładał, że taka młoda osoba nie „poczuje się” współautorką). I tak się zaczęła współpraca; przywoziłam materiały – wypisane z lektur monografii, biografii, pamiętników różnych twórców. Skończyłam studia, obroniłam magisterium i wtedy Wańkowicz zaproponował mi stałą pracę u siebie… kontynuację pracy researcherki, a także asystentki i sekretarki. I tak się zaczęło. Na Uniwersytecie Warszawskim otworzyłam przewód doktorski na temat twórczości pisarza, książka „Karafka La Fontaine’a” rozrastała się, ostatecznie powstały dwa tomy. Wańkowicz zmarł po ciężkiej chorobie 10 września 1974 r. Od mojego pierwszego spotkania do śmierci pisarza upłynęły jedynie dwa lata i 4 miesiące. Na pewno był to bardzo czynny i ważny okres w moim życiu.
Myślę, że pomysł z przekazaniem wspomnianego wcześniej archiwum był bardzo dobrym posunięciem ze strony Melchiora Wańkowicza, ponieważ dzięki temu jego pisarska spuścizna została ogromnie wzbogacona i uzupełniona po jego śmierci. To oczywiście za sprawą pani działalności. Książki i publikacje oraz liczne wstępy i przypisy do jego wydawnictw są tego najlepszym dowodem. Czy w tym archiwum są jakieś niepublikowane zbiory i dokumenty, które mogą nam jeszcze bardziej przybliżyć postać tego prozaika i dziennikarza?

W latach 2009-2012 ukazała się 16-tomowa seria Dzieł Wszystkich Wańkowicza, do której weszły – dotąd niepublikowane – reportaże z Wołynia (wstęp napisał Krzysztof Masłoń) i teksty o tematyce żydowskiej „Ziemia za wiele obiecana” (wstęp napisał prof. Marcin Kula). Także ukazały się dwa tomy korespondencji z żoną, osobno z córką Krystyną, z Miłoszem, Catem Mackiewiczem, Kossak-Szczucką i Giedroyciem. Nieopublikowane są korespondencje prywatne oraz z czytelnikami.


Od pierwszego spotkania Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm z Melchiorem Wańkowiczem do śmierci pisarza upłynęły jedynie dwa lata i 4 miesiące / Foto: ARCHIWUM ALEKSANDRY ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM 

Jako asystentka oraz spadkobierczyni archiwum, na pewno miała pani okazję poznać bliżej Melchiora Wańkowicza, jego osobowość i sposób bycia, ale również zgłębić tajemnice różnych zapisków, dzienników i korespondencji – również tej niepublikowanej. W jaki sposób scharakteryzowałaby pani i przedstawiła jego postać osobom, które nigdy go nie spotkały, ale również nie miały kontaktu z jego dziełami ani też z pani książkami i publikacjami na jego temat?
 
W Polsce trzy książki Wańkowicza są lekturami szkolnymi. Pomyślmy o czytelniku amerykańskim. W 2013 r. w Stanach Zjednoczonych ukazała się w języku angielskim książka „Melchior Wańkowicz Poland’s Master of the Written Word”, po której wydaniu miałam swoistą satysfakcję, pamiętając z zachowanych materiałów, że gdy w 1958 r. pisarz wyjeżdżał do Polski, oskarżany był przez Polonię o powrót „do komunistów”. Teraz zaś, po 55 latach, jakby wrócił do Ameryki książką o sobie. Ze względu na popularność, osobowość, porównałam pisarza do Ernesta Hemingwaya. Książka ma drugie wydanie, trafiła do kilkuset (dokładnie 893) amerykańskich bibliotek oraz zbiorów takich uniwersytetów, jak: Princeton, Harvard, Yale, Columbia, Pennsylvania, Cornell, Rice, Tulane, Stanford, a także do bibliotek w Anglii, Szwajcarii, Niemczech, Hongkongu, Egipcie, Chinach i Australii. Myślę, że warto podkreślić, iż jest to pisarz, który pokazuje w sposób niezwykle poruszający rodzinę, bohaterstwo żołnierzy oraz tragedie ludzkie spowodowane wojną.
Czy i w jaki sposób Melchior Wańkowicz oraz jego działalność pisarska wpłynęła na pani twórczość? Kto jeszcze wywarł na pani swoje piętno, oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa? Pytam o to, ponieważ wiem, że miała pani kontakt z wieloma znaczącymi osobami w polskiej kulturze i historii, jak np.: Jerzy Giedroyc, Czesław Miłosz, Szymon Kobyliński, Zbigniew Brzeziński czy też Isaak Singer.

Wańkowicz nauczył mnie dyscypliny pracy, uszanowania – jak w „Karafce La Fontaine’a” – różnych stron spojrzenia (dopóty wypływa z dobrych pobudek), że czasami są „dwie prawdy” (tak nazwał wydane w jednym tomie książki „Hubalczycy” i „Westerplatte”). Lektury wielu książek, ale i wiele poznanych osób miało wpływ na moje pisanie. Sięgam chętnie po prace Władysława Tatarkiewicza, nie tylko o filozofii, o szczęściu, ale jego biograficzne, wspomnieniowe. Miałam zaszczyt i przyjemność znać profesora, dostałam od niego kilka książek z pięknymi dedykacjami. Na przykład podarował mi swoje „Zapiski do autobiografii”. Podam jeden z wielu niezwykłych fragmentów: „Zawsze byłem do życia przywiązany, nawet wtedy, gdy przynosiło przykrości, gdy nie byłem zadowolony z siebie, z innych ludzi. Z układu wypadków. (…) Teraz, pod koniec życia – nabrało ono dla mnie jeszcze nowych wartości. Już zrobiłem, co mogłem, nie potrzebuję się wysilać. Już wybrałem, jak żyć – nie potrzebuję się namyślać i niepokoić. Ale także – co równie ważne – wyszedłem z obiegu, przestałem być dla innych ludzi rywalem i przez to ludzie są dla mnie lepsi, żyję w łagodniejszej i przez to lepszej atmosferze”.


Archiwum Melchiora Wańkowicza, które Aleksandra Ziółkowska-Boehm otrzymała w spadku po tym pisarzu i publicyście znajduje się w jej warszawskim mieszkaniu / Foto: NORMAN BOEHM 

Specjalizuje się pani głównie w literaturze faktu, a wspólnym mianownikiem większości pani książek są ludzkie losy. Skąd to zainteresowanie historią i człowiekiem uwikłanym w jej dzieje, głównie tragiczne i skomplikowane?

W 2019 r. na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach Aleksandra Biegaj obroniła pracę magisterską zatytułowaną: „Obrazy ludzkich losów w twórczości Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm”, miałam okazję jej lektury – jest bardzo interesująca. Skąd moja wrażliwość na takie tematy? Zapewne jeszcze z dzieciństwa, wczesnej młodości. Dużo zawdzięczam wychowaniu i domowi. Ojciec uwrażliwił nas – mnie i moich dwóch braci – na tematy historyczne. Starał się, byśmy czytali, jak mówił, odpowiednie książki w odpowiednim wieku; mówił nam o polskiej historii. A ludzkie losy? Kiedy w 1990 r. zamieszkałam w Stanach Zjednoczonych, poznałam między innymi emigrantów z okresu wojny. Wcześniej spotykałam ich w Kanadzie, gdzie ponad dwa lata przebywałam na stypendium, napisałam dwie książki. U wielu zamieszkanie na obczyźnie wyzwoliło nowe problemy, ból, lęki i trudności adaptacyjne. Kompensowali to wielkim oddaniem sprawom polskim – powstawały kościoły, organizacje, stowarzyszenia, pisma, książki, księgarnie. Skupiłam się na gatunku reportażu, napisałam na ten temat esej „Literacki reportaż, opowieść, czyli literatura faktu” (jest w „Pisarskich delicjach”). Dlaczego reportaż? Dwudziesty pierwszy wiek od samego początku należy do literatury faktu i zapewne taki pozostanie. Gdy wchodzi się do sieci księgarń Barnes and Noble w oczy rzucają się przede wszystkim monografie, biografie, wspomnienia, omówienia, pamiętniki, dzienniki, wywiady, relacje. Swoje teksty non fiction nazywam opowieściami. Mają luźną budowę, swobodny tok narracji, mogą – nie muszą – być większe od opowiadania, mniejsze niż powieść. Perspektywa pokazania wydarzeń może być wieloraka, jak i różnorodny punkt widzenia. Gdy wybieram pierwszą osobę narracji, pokazuję opowieść od strony bohatera, zachowuję jego styl mówienia, patrzenia na opisywane zdarzenia. Stosując trzecią osobę narracji, podaję wiele innych wiadomości, także historycznych – opartych na różnych źródłach (często przytaczając je w przypisach). Używam obu form, a szczególnie lubię oddać głos swojemu bohaterowi, przywołać jego dobór słów i sposób wypowiadania się.

Czym dla pani jest pisarstwo? Czy to jest bardziej misja, pasja czy może sposób na życie? Jakie wskazówki i porady może pani przekazać młodym adeptom sztuki pisarskiej?

Napisałam o tym wspominaną wcześniej książkę „Pisarskie delicje”. Pisanie jest moją pasją, i rodzajem swoistej misji, gdy przywołuję naszą bolesną polską historię. Wskazania, które mogę dać młodym adeptom sztuki pisarskiej… – by cenili swoje pasje, by nad nimi czuwali, by się nie zniechęcali. Pozwolę sobie przytoczyć rady, których mi udzielił Isaac B. Singer w Nowym Jorku we wrześniu 1985 r., gdy byłam stypendystką Fulbrighta. W czasie spotkania zadałam pisarzowi pytanie: jakie ma przesłanie dla młodych pisarzy? Zacytuję fragment z autoryzowanej wypowiedzi Singera. „Jakie mam przesłanie dla pisarzy? Aby spełniali trzy warunki. Po pierwsze, aby mieli historię do opowiedzenia. W obecnej literaturze coraz bardziej to się zaniedbuje. Ważne jest, aby historia ta miała swój początek, rozwinięcie i zakończenie. Wskazania Arystotelesa możemy zmienić, ale wciąż ważne jest, by była to opowieść dobrze prowadzona przez piszącego. Zapał, gorliwość, pragnienie druku kazały pisarzom zapomnieć, że opisywanie ludzkich zdarzeń jest artystycznym przesłaniem pisarstwa. Po drugie, aby posiąść potrzebę opowiedzenia tej właśnie, a nie innej historii. Kiedyś miałem dobry temat, ale nie miałem pasji i dlatego nic nie napisałem. Po trzecie, musi to być moja opowieść, przekonanie, że nikt inny nie może tego tak dobrze opisać jak ja. Nie jest łatwo mieć takie przekonanie. Tylko wielcy to posiadają. Trzeba pisać o tym, co się zna, wie najlepiej, własną opowieść, własny temat”.

Zbigniew Brzeziński był jednym z recenzentów książek Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm (z prawej) / Foto: ARCHIWUM ALEKSANDRY ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM 

Wśród pani kilkudziesięciu książek są także pozycje wydane w języku angielskim. Jak Amerykanie odbierają i reagują na pani twórczość?

Książki o tematyce historycznej, opisujące losy Polaków w czasie drugiej wojny światowej i po niej, są w naukowych bibliotekach w świecie; bardzo to dla mnie ważne. Cenię recenzje, głosy, które pojawiły się po ich ukazaniu. Pisał o moich książkach przytaczany na tylnych okładkach, znany na obu półkulach Zbigniew Brzeziński, a także historycy i autorzy amerykańscy: Neal Pease, Stanley Cloud i Lynne Olson (autorzy tłumaczonej w Polsce wspanialej książki „Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski”), Stanley Weintraub, Bruce E. Johansen, John R.Alley, Matt DeLaMater (autor książek o Napoleonie), Terrence O’Keeffe, Karl Maramorosch, Brytyjczyk Christoph Mick; polskiego pochodzenia historycy, jak Piotr S. Wandycz i Anna M. Cienciała, autorzy: Ewa Thompson, Jerzy R. Krzyżanowski, Charles S. Kraszewski (także tłumacz i poeta), Irene Tomaszewski, Leszek Adamczyk, Florence W. Clowes, John Radzilowski. Przyznam, że może najlepiej się ma książka o kotach „On the Road with Suzy from Cat to Companion” (polska wersja „Podróże z moją kotką”).

Wspomniała pani o książce opowiadającej o przygodach Suzy. Wiem, że kocha pani nie tylko koty, ale także psy. Jaką, pani zdaniem, rolę odgrywają zwierzęta w naszym życiu?

Zwierzęta zawsze były ważne w moim życiu. W dzieciństwie najwięcej łez wylałam z powodu tragedii, które się im zdarzały – ulegały wypadkom, umierały, pies potarmosił małe kociątko, które tego nie przeżyło. Gdy się zwraca uwagę na zwierzątko, mówi do niego – odpowiada najczulej jak umie. Pies jest naprawdę naszym największym przyjacielem. Nie ma nas pół godziny, wracamy i cieszy się, jakby nie było nas pół dnia. Miałam psy i zawsze kochać je będę, na koty długie lata patrzyłam serdecznie, ale z dystansem. Wiedziałam, że są niezależne… i gdzie im do psa. Zaadoptowała nas w Teksasie kotka szyrletka, chodziła najpierw za nami – a kiedy wprowadziła się do nas – z nami na spacery, bez smyczy, trzymając się blisko. Wystarczyło powiedzieć „walk”, biegła do drzwi i czekała. Gdy zostawialiśmy ją w domu, wracaliśmy po kilku godzinach – witała nas z dużą ładnie okazywaną radością. „Suzy jest ‚dogie cat’ – mawiał mój mąż Norman. – Jest niemal jak pies”. To powiedzenie miało być dużym komplementem dla kociego rodu, który reprezentowała. Przytyła, mówiliśmy że sadełka dostała z dobrego życia. Wzięliśmy ją do weterynarza na szczepienia… „Ona nie ma sadełka, kotka jest w ciąży” – oznajmił. Urodziła pięć kociąt. Obserwowanie, jak o nie dba i jak dorastają, było wielką radością. Daliśmy ogłoszenie do „Houston Chronicle”, że kocięta „szukają dobrego domu”. Wybraliśmy najlepszych właścicieli dla koteczków. Po jakimś czasie wyjechaliśmy na dwa tygodnie, oddaliśmy Suzy do kociego hoteliku, który dbał o zwierzątka, przetrzymywał w klatkach. Po powrocie zobaczyliśmy smutną wychudzoną kotulkę… odmawiała jedzenia, płakała całymi dniami, naderwała struny głosowe. Norman powiedział: „Już cię nigdy nie zostawimy”… i zaczęła z nami jeździć. Dwa i pół miesiąca jeździliśmy wspólnie po indiańskich rezerwatach, była także kilkanaście razy w Polsce, w samolocie leciała w torbie z nami. Podziwialiśmy ją, a ona nas, była jak piesek, czuła, uważna, wdzięczna, że się ją zabiera ze sobą. Miałam wiele opowieści, pisałam o niej do wielkiego artysty Szymona Kobylińskiego, miłośnika zwierząt. „Napisz książkę, tyle ładnych masz o tej kotce uwag” – zaproponował. I tak napisałam „Podróże z moją kotką”, książka miała dwa wydania w Polsce.
W Ameryce wydało ją wydawnictwo Purdue University Press pt. „On the Road with Suzy: From Cat to Companion”. Książka jest dodrukowywana już 10 lat.



Aleksandra Ziółkowska-Boehm kocha zwierzęta. Na zdjęciu – z kotką Suzy / Foto: NORMAN BOEHM 

Pani twórczość zawiera również kilka książek związanych ze Stanami Zjednoczonymi, ale dwie są chyba szczególnie ważne. Jedną z nich jest „Open Wounds a Native American Heritage”, znana w wersji polskiej jako „Otwarta rana Ameryki”. Opowiada o Korczaku Ziółkowskim, czyli pani stryju i rzeźbiarzu związanym z budową w skałach pomnika Crazy Horse’a. W jaki sposób znalazł się on wśród Apaczów?

W rodzinnych opowieściach wracała postać krewnego ojca – Korczaka Ziółkowskiego, rzeźbiarza z Dakoty Południowej, którego rodzice, Anna i Józef Ziółkowscy, wyemigrowali do Stanów i wkrótce po narodzinach syna zginęli tragicznie. O jego kolejach niezwykłego losu napisałam w książce „Nie tylko Ameryka”. Stał się znanym rzeźbiarzem, m.in. wyrzeźbił popiersie Ignacego Paderewskiego, pomagał Gutzonowi Burglumowi w rzeźbieniu głów prezydentów w Mount Rushmore. Otrzymał wtedy niezwykłą propozycję od wodza Siuksów, którym był Henry Standing Bear – by wyrzeźbił wodza Crazy Horse’a (napisał: „My, czerwonoskórzy, również mamy swoich bohaterów”). I tak się zaczęło. Bezpośrednią inspiracją do książki stał się właśnie mój stryj, rzeźbiarz Korczak Ziółkowski. Gdy jako stypendystka Fulbrighta pojechałam w 1985 r. do Rapid City w Dakocie Południowej, Korczak od trzech lat nie żył. Przygotowywałam się do tej książki od wielu lat, nie tylko czytając, ale śledząc bieżące wydarzenia. Od 1990 r., kiedy zamieszkałam na stałe w Stanach Zjednoczonych, prenumerowałam dwa indiańskie pisma: „Lakota Country Times” i „Indian Country Today”. Odbyłam trzy wyprawy do rezerwatu Pine Ridge w Dakocie Południowej, byłam w rezerwatach indiańskich w Teksasie, Montanie, Wisconsin, odwiedziłam też terytoria indiańskie w Oklahomie. Im więcej czytałam i widziałam, tym bardziej temat się ode mnie oddalał. Zaczęłam być nie tylko wymagającą, ile bardzo krytyczną wobec siebie samej. Jeździliśmy z Normanem na kolejne pow-wow (zjazdy plemienne), temat mnie coraz bardziej wciągał. Jednocześnie bałam się, że spłycę problem, zrobię z tematu amerykańskich Indian swoistą „polską cepelię”. Bałam się także, że napiszę nieobiektywnie, że będzie mną kierować nie wiadomo skąd wzięty protekcjonizm, upajanie się egzotyką czy innością. Przez długi okres sądziłam, że nie jestem w stanie opisać tematu, który jest złożony, a ja go widzę jednostronnie. Bałam się także, że napiszę książkę, która będzie jeszcze jedną „wersją białego człowieka”. Więc się nie spieszyłam. Chciałam przespać, jakby powiedzieli Irokezi, z tym tematem niejedną noc. W Polsce pięknie książkę wydało wydawnictwo Debit pt. „Otwarta rana Ameryki” (2007), w Stanach Zjednoczonych pt. „Open Wounds a Native American Heritage” (2009) ukazała się przy wsparciu Apaczów z Oklahomy.


Aleksandra Ziółkowska-Boehm z mężem Normanem na tle rzeźby Crazy Horse’a wyrzeźbionej przez jej stryja Korczaka Ziółkowskiego w skale gór znajdujących się w Dakocie Południowej / Foto: THOMAS TOMCZYK 

Drugą z bardzo ważnych amerykańskich książek – na którą chciałbym zwrócić uwagę – napisanych przez panią jest „Ingrid Bergman and Her American Relatives” czyli w wersji polskiej „Ingrid Bergman prywatnie”. Jak doszło do tego, że wśród wielu polskich bohaterów wojennych, których losy opisywała pani w swoich książkach, znalazła się opowieść o słynnej hollywoodzkiej aktorce, znanej m.in. z filmu „Casablanca”, który należy do moich ulubionych, włącznie z piękną ścieżką dźwiękową?

Babka mojego męża Normana – Blenda Bergman – i ojciec Ingrid Bergman – Justus – byli rodzeństwem. Babka Blenda była pobożną luteranką, studiowała Biblię i w rozmowach często robiła do niej odniesienia. Spędzała dużo czasu ze swoim jedynym wnukiem Normanem. 25-letnia Ingrid przyleciała z córeczką Pią do Ameryki, podczas pobytu w Nowym Jorku dwukrotnie odwiedziła swoich amerykańskich krewnych. Na prośbę rodziców Norman zagrał dla swojej bliskiej kuzynki na fortepianie. Po latach Norman widywał Ingrid w Rzymie, w Deauville, w Londynie. Kiedy wyszłam za mąż za Normana, zobaczyłam różne pamiątki, fotografie i listy Ingrid do babci Normana, do jego ojca i do niego. Trochę zwlekałam z napisaniem pięknej rodzinnej opowieści, chciałam ją pokazać serdecznie, bez plotek, ale wciąż odwlekałam. Po dwudziestu latach małżeństwa powiedziałam Normanowi: „Wiesz, nie powinnam tego odkładać”… i napisałam. Jest to powieść rodzinna, powściągliwa, serdeczna. Jeden z czytelników – twórca i wykonawca piosenek Tomasz Wojtkowski – napisał, że styl książki przypomina mu melodie bossa novy.
Pani nieżyjący już mąż Norman Boehm znany był z tego, że bronił dobrego imienia Polski, mimo że – poza panią – nie miał żadnego związku z naszym krajem. Wysyłał listy do „Time’a” i „New York Timesa” z prośbą o sprostowania, gdy gazety te publikowały krzywdzące nas określenia „polskie obozy śmierci”, a także lobbował za wejściem naszego kraju do NATO. Jak w związku z tą propolską działalnością był postrzegany i traktowany przez Amerykanów?

Dzięki Normanowi poznałam Amerykanów pracujących poza Stanami Zjednoczonymi, jeżdżących po świecie, mających szacunek dla innych kultur. Norman (nadzorując kontrakty przy budowie szybów wiertniczych) pracował 16 lat w Arabii Saudyjskiej, 4 lata w Londynie i 3 lata w Stavanger w Norwegii. Był wrażliwy na drugiego człowieka, na prawdę, na tragiczną historię, na losy ludzkie. Podobnie myślącymi ludźmi się otaczał. Z latami Normana przyjaciele stali się także moimi. Lubię z nimi rozmawiać, podtrzymujemy kontakt. Wiele dobrego się od nich nauczyłam, np. pozytywnego myślenia, cieszenia się wzajemnymi dobrymi wiadomościami. Także przez fakt, że mieszkali w innych krajach, wśród innych kultur – są otwarci na wysłuchanie opinii innych, spojrzenie na sprawy z różnych perspektyw. Wiem, słuchałam, jak różne grupy narodowościowe w Stanach Zjednoczonych narzekają, że ich się nie rozumie. Anglicy np. opowiadają, jak faworyzuje się Irlandczyków. Amerykanie niemieckiego pochodzenia (grupa przeważająco liczna) mówili, jak już po zakończeniu wojny, gdy zakładali kluby, przychodził ktoś sprawdzić, jakie prowadzone są rozmowy. Pisałam książkę o amerykańskich Indianach, opowiadali, jak byli traktowani – jeżeli mieszkali poza rezerwatami – w szkołach, w pracy. Myślę, że ciekawa byłaby książka, aby wybrane grupy narodowościowe napisały o swoich przeżyciach, jak się czuły będąc upokarzane i wyśmiewane. Powstałby jeden wielki chór. Polacy – w moim pojęciu – nie mają się źle. Oczywiście to zależy od środowisk, ale interesują mnie Amerykanie otwarci na świat, na inne kultury.


Rodzinne, świąteczne zdjęcie Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm z mężem Normanem i synem Tomaszem / Foto: ARCHIWUM ALEKSANDRY ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM 

Nie myślała pani, żeby może opisać propolską działalność swojego męża Normana Boehma, która na pewno była znacząca, skoro wspominał o niej nawet Jan Nowak-Jeziorański w swojej książce „Polska droga do NATO”?

Chciałabym napisać. Nasze 26-letnie małżeństwo to był dar od Pana Boga. Jan Nowak-Jeziorański w książce „Polska droga do NATO” pokazuje listy Normana do (wtedy senatora stanu Delaware) Joe Bidena i senator Kay Bailey Hutchison z Teksasu (mieszkaliśmy w Teksasie 8 lat), którzy długo nie wyrażali zgody na przyjęcie Polski do NATO.

Na zakończenie proszę powiedzieć, nad czym obecnie pani pracuje lub zamierza pisać w najbliższym czasie?

Nigdy nie wiem, czy praca przy skończeniu książki zabierze mi rok czy więcej. Nie chcę także jakby zapeszać. Lubię przywoływać słowa mojej mamy: „Obyśmy tylko zdrowi byli…”.


***

GLOSY:
Tomasz Lychowski BRAZYLIA
Date: Thu, Jun 11, 2020 2:43 pm
 
Olenko,

Bardzo piekna rozmowa!

Piekne wspomnienia!

I piekne Wasze rodzinne zdjecie - Twoje, Normana i Tomka!

Czyta sie caly czas czekajac na wiecej! Wiecej! Wiecej!

Serdeczne gratulacje!

Tomasz