poniedziałek, 27 lutego 2017

Janusz M. Paluch Wczoraj i dziś. Polacy na Kresach Wstęp






Janusz M. Paluch, 

Wczoraj i Dziś. Polacy na Kresach

Małe Wydawnictwo Kraków 2013, 

ISBN 978-83-62971-06-0

Biblioteka "Cracovia Leopolis", Tom XII


Wstęp:

Aleksandra Ziółkowska-Boehm


Polacy na Kresach

 Wywiad daje szczególny komfort wysłuchiwania opinii, subiektywnego opisu przebiegu zdarzeń, relacji między ludźmi. Przysłuchiwanie się rozmowie wywołuje poczucie bliskości; spisana i wydrukowana rozmowa daje podobne odczucia. Janusz Paluch, autor Rozmów o Kresach i nie tylko, nową książkę także poświęcił tematyce Kresów i kolejny raz nadał piękny ton swoim wywiadom. Jego interlokutorzy to ludzie pełni pasji i zaangażowania. Czasami wywołują wrażenie, jakby byli odkrywcami nieznanego lądu i jego mieszkańców – bo też dla wielu z nas Kresy są wciąż mało znane. Polska ma swoją szczególną, mityczną krainę miodem i mlekiem płynącą, kwitnące winnicami Podole, krajobrazy wryte w pamięć dzięki pisarzom i historii, która boleśnie i okrutnie doświadczyła te ziemie przemocą, gwałtem i krwią; zmiotła i ludzi, i ich domy. 

Rozmowy, przeprowadzone przez Janusza Palucha na przestrzeni ostatnich piętnastu lat, publikowane były na łamach kwartalnika „Cracovia Leopolis”. Są zapisem tamtej rzeczywistości. Uaktualnienia zostały zaznaczone w przypisach. Wydaje się, że te rozmowy zaczęto przeprowadzać bardzo późno, ale też wcześniej generalnie nie można było pisać o Kresach. Pierwsza „odwilż kresowa” to rok 1980, kiedy zaczęto mówić, pisać i wydawać. Potem nastał stan wojenny, ale lawina już ruszyła i poszła o wiele łatwiej i szybciej po 1989 roku. Główny nurt, który przewija się w prezentowanych w książce rozmowach, to rozbudzenie fascynacji Kresami – ich przyrodą, ludźmi, kulturą i niezwykłą aurą. I jakże bolesnymi ludzkim historiami, które są wciąż otwartą, niezagojoną raną. Rozmówcy Janusza Palucha mają w sobie ogromną empatię do losów Polaków pozostawionych na wschodnich rubieżach dawnej Rzeczpospolitej. To grupa wrażliwych ludzi o wielkim sercu. Nauczyciele, architekci, pisarze, kolekcjonerzy przenoszą swoje pasje na innych, także na młodzież. Marta Urbańska opowiada o zorganizowaniu inwentaryzacyjnych praktyk studentów architektury Politechniki Krakowskiej na Kresach. Jakże pięknie mówi o Kamieńcu: „To była też moja pierwsza w życiu podróż na Podole. Padłam na kolana. Moja rodzina pochodzi z Podola; od XV wieku byliśmy na Rusi, a od XVII nasza gałąź rodziny siedziała na Podolu. Tak więc dla mnie była to mityczna kraina. W domu słyszałam głównie opowieścio Podolu. I jak śpiewa, nomen omen, Kuba Sienkiewicz: «Byłemw Rio, byłem w Baio», ale niczego takiego jak ta moja pierwsza podróż na Podole nie przeżyłam ani przedtem, ani potem. I żaden kanion, żadna Arizona, żadne fiordy – to nie to”. Po przeczytaniu krótkiej rozmowy z uczestnikiem obrony Lwowa, jednym z „dzieci Lwowskich”, byłam poruszona prostotą i jednocześnie przesłaniem tego niezwykłego wywiadu. Roman Asler przypomina wydarzenia sprzed osiemdziesięciu laty, gdy jako piętnastolatek brał udział w obronie Lwowa. Mieszkał przy ulicy Polnej, której nazwę zmieniono potem na Lwowskich Dzieci. Leżał w łóżku chory na grypę, kiedy kolega zastukał w okno. Roman je uchylił i usłyszał: „Roman, uciekaj ze mną na front. Ukraińcy zajmują Lwów. Trzeba bronić miasta!”. Mówi, że mieszkał na parterze, więc nie było problemem uciec przez okno. Po trzech dniach donoszenia amunicji, dostał własny karabin i kazano mu strzelać. Nie czuł się dobrze, bo przecież miał grypę, której nie wyleżał. Gdy walczyli na cmentarzu, bał się i płakał „mamo, mamo...”. Matka, córka powstańca z 1863 roku, czekała. Wrócił do domu, ale w 1920 roku znowu go opuścił, by wziąć udział w wojnie z bolszewikami. Roman Asler opowiada o swoich wyczynach jako naturalnych reakcjach. Nie ma w tej rozmowie wielkich słów. I to ma w sobie wywiad – że przywołując słowa opowiadającego – pokazuje cały jego stosunek do sprawy, w której brał udział. Jakże interesująca mogłaby być cała książka o Romanie Aslerze (który zmarł w 1997). Szkoda, że nie powstał zapis rozmów Krystyny Czajkowskiej (np. z Heleną Makowiecką, o. Rafałem Kiernickim, prof. Mieczysławem Gębarowiczem) i wrażeń, które wrażliwym sercem odbierała w czasie swoich pierwszych wyjazdów do Lwowa (pierwszyraz w 1958 roku, a przecież wtedy tak trudno było wyjechać na Kresy). Pojechała, by przywieźć autografy Aleksandra Fredry, wspierając zamysł profesora Stanisława Pigonia wydającego pisma autora Zemsty. Książka pokazuje wzruszające przykłady woluntariatu. Profesor Zygmunt Kolenda – inicjator akcji charytatywnej na rzecz Polaków we Lwowie i okolicy – przypomniał, kiedy do Lwowa pojechała ekipa krakowskiej telewizji, by nakręcić film. Z całej Polski ruszyła pomoc – hojność i spontaniczność ludzi przekroczyła wyobrażenie. Wolontariusze zaangażowali się całym sercem, kilka osób z komisji charytatywnej obsłużyło siedemset potrzebujących.

Wolontariat i akcje charytywane, jakże szeroko są rozgałęzione w bogatych Stanach Zjednoczonych, gdzie działają rozmaite fundacje wspierające przedsięwzięcia i instytucje kulturalne, stowarzyszenia pomocy nie tylko dla ludzi, ale i zwierząt. W polskim społeczeństwie bezinteresowna działalność na rzecz drugiego człowieka znana jest od lat w Kościele, natomiast wielka rola i siła wolontariatu, popularnego w Polsce międzywojennej, jest w obecnej Polsce wciąż mało rozwinięta.

Ileż tematów, ileż zaangażowanych ludzi, jaka bogata mozaika rozmowców Janusza Palucha. Krystyna Gąsowska, przedstawicielka Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” – od kilku lat na emeryturze – mówi o działalności wspierającej Polaków żyjących na Kresach Południowo-Wschodnich; Danuta Nespiak – lwowianka mieszkająca we Wrocławiu – porusza temat braku muzeum czy instytutu kresowego w Polsce; Mariusz Olbromski – do niedawna dyrektor Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej – postawił sobie za cel doprowadzenie do uaktywnienia działalności kulturalnej środowisk polskich na dawnych Kresach; Janusz Smaza dba o konserwację cmentarzy polskich nie tylko na Kresach, ale w calej Europie. Jest w książce rozmowa z Eugeniuszem Tuzow-Lubańskim, mieszkającym w Kijowie, wówczas redaktorem pisma „Dziennik Kijowski”, który ukazuje się w stolicy Ukrainy w języku polskim; ze Zdzisławem Ruszelem, nieżyjącym już, krakowskim kolekcjonerem, organizatorem poświęconych Kresom edukacyjnych wystaw. Jest wywiad z artystą malarzem i działaczem niepodległościowym, Adamem Macedońskim, który w kwietniu 1940 roku wraz z rodziną opuścił okupowane przez sowietów tereny polskich Kresów i udał się do Krakowa, gdzie od 1945 roku działał w organizacjach podziemnych. Pełna anegdot jest rozmowa z artystą malarzem Stefanem Berdakiem mieszkającym na krakowskim Salwatorze, który przywołuje swoje lata lwowskie do 1945 roku. Janusz Paluch rozmawia także z pisarzami, autorami bezcennych książek. Związanych z Kresami jest wielu bohaterów książek Barbary Wachowicz: jak Aleksander Kamiński, który zaczął swą odważną i szlachetną służbę w Humaniu na Ukrainie, jak twórcy polskiego harcerstwa – Olga i Andrzej Małkowscy, którzy mieszkali na Górze św. Jacka we Lwowie, czy także wielcy poeci romantyzmu Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki, jak i bohater narodowy wielu krajów, przywódca Insurekcji 1794 roku, Tadeusz Kościuszko. Jest w książce rozmowa z Ewą Siemaszko, która wraz z ojcem wydała monumentalną książkę Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945; z Karoliną Grodziską, autorką Księgi Cytatów o Lwowie; Stanisławem Grodziskim, autorem książki W Królestwie Galicji i Lodomerii; z Przemysławem Włodkiem, lekarzem, pasjonatem Kresów, autorem przewodników po Lwowie i Wilnie, który przygotowuje książkę poświęconą mieszkańcom i ulicom Lwowa. Niezwykle interesujący jest wywiad z profesorem Stanisławem S. Nicieją, autorem między innymi książki Lwowskie Orlęta. Czyn i legenda, który zapowiada jakże fascynujące tematy swoich przyszłych książek, jak Lwów w kulturze europejskiej. Podkreśla, że napisze także o Ormianach, Żydach i Niemcach, którzy mieli swój udział w kształtowaniu miasta. Planuje też napisać biografię niezwykłej postaci – dramaturga, autora wierszy i wspaniałych piosenek – wielkiego Mariana Hemara.

Czytając rozmowy Janusza Palucha, dostrzegam, że teraz Lwów jest miastem odwiedzających je zafascynowanych kulturą i historią ludzi. To oni spłacają dług niepamięci o Polakach i o Polsce, która tam była. Nie pamięci wpajanej przez wiele dziesiątek lat przez komunistycznych inżynierów edukacyjnego zapominania o narodowej tożsamości. Wszyscy rozmówcy mogą urzec nas swoim oddaniem, pasją, zapalić podziwem dla swojej bezintresowności i miłości do szeroko pojętej tematyki Kresów. Mówią o swoim pierwszym wyjeździe, nieraz przypadkowym, który wywołał kolejne. Jakże budujące są przykłady włączenia młodzieży do odzyskiwania pamięci narodowej związanej z Kresami. Bogusław Kołcz przypomniał postać poety i dr. med. Jerzego Masiora związanego z Akademickim Liceum i Gimnazjum im. Króla Bolesława Chrobrego w Nowym Sączu, który przygotowywał starannie z młodzieżą kolejne wyprawy do Lwowa. Stawał przed mapą przedwojennej Polski, objaśniał, pokazywał zdjęcia z Cmentarza Obrońców Lwowa, przywoływał swoje wspomnienia z lwowskiego harcerstwa, mówił o pamiątkach polskich na Kresach. Uświadamiał, nauczał i zapalał młodzież, która jechała przygotowana na swoje wędrówki, wracała z własnymi doświadczeniami i własnym emocjonalnym bagażem. Jak mówi Mariusz Graniczka, dyrektor krakowskiego Gimnazjum im. Stanisława Konarskiego przy ulicy Bernardyńskiej, którego młodzież od 2000 roku regularnie wyjeżdża na Kresy: „Kresy tkwią w każdym z nas – świadomie czy podświadomie – jako kraina owiana legendą, znana czy to z przekazów rodzinnych, czy literatury i filmu. W naszej wyobraźni jawią się jako miejsca pełne niesamowitości i tajemniczości – tygiel kultury narodowej. W poprzednich latach były przecież niedostępne. Teraz przyszedł czas, by dla siebie, a przede wszystkim dla młodzieży, odkrywać je od nowa”. Roma Krzemień mówi: „Przecież tam zostało wszystko! Tam jest Polska!”.

Jest w książce poruszony niezwykle ważny temat Karty Polakai powrotów do Polski. Karta Polaka nie załatwia zobowiązań Polski wobec Polaków na Wschodzie, nie tylko zesłańców do Kazachstanu. Karta Polaka brzmi jak substytut, jakiś wykalkulowany twór dzielący Polaków na tych ze Wschodu i z Zachodu. Dlaczego nie daje się poświadczeń obywatelstwa, jak daje się Polakom mieszkającym w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii i innych krajach osiedlenia? Jak mówi Teresa Siedlar-Kołyszko: „Autentycznym Polakom, którzy urodzili się przed wojną, często walczyli w Wojsku Polskim czy w podziemiu o polskość oraz ich dzieciom bezwzględnie należy się polskie obywatelstwo i polskie paszporty”. Przywoływany wyżej profesor Zygmunt Kolenda przypomina, że po 1956 roku przyjechało do Polski ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy Polaków, a nie byliśmy wówczas bogatszym państwem, tymczasem w ostatnich latach w ramach repatriacji wróciło do kraju zaledwie trzy tysiące Polaków. Mówi wprost, że kolejne rządy III Rzeczypospolitej nie zabrały się za ten palący problem konstruktywnie. Melchior Wańkowicz w Szczenięcych latach – jednej z najpiękniejszychksiążek o życiu i o dworach polskich na Kresach – pisze o matczynych Nowotrzebach nad Niewiażą: „Dom i życie w nim zawarte musiały zniknąć”. Kończy swoją opowieść, przywołując ojcowski dwór w Kalużycach, w powiecie ihumeńskim w guberni mińskiej, bolesnym zawołaniem: „O Wielki Boże! Nie ma Kalużyc”. Anna Bernat, we wstępie do ostatniego wydania książki, napisała, że Szczenięce lata pozostaną „symboliczną opowieścią o losie kresowych domów i dworków. Po większości z nich nie pozostał przecież kamień na kamieniu, tylko w zdziczałych ogrodach można było jeszcze do niedawna dostrzec zarysy fundamentów zdruzgotanych, zniesionych z powierzchni domostw”.


Domów nie ma, ale pozostali ludzie. Są to rodziny, nasze polskie rodziny tych, którzy przeżyli krzywdy nie do naprawienia. Żyją ich potomkowie, ale żyją też wciąż starsi ludzie, którzy pamiętają z dzieciństwa te okrutne czasy. Jest ich coraz mniej. Trzeba z nimi rozmawiać, by wszystko, co można, zapisać na „twardy dysk” pamięci narodowej. Polska powinna myśleć o starszych i biednych, i ich wesprzeć. Dla tych, którzy by chcieli wrócić, polskie domy starców i opieki społecznej powinny być otwarte. Polska powinna pamiętać o tych młodych, którzy chcą być i czuć się Polakami na Ukrainie, Białorusi, Litwie czy Kazachstanie, Uzbekistanie, i gdzie jeszcze ich dramatyczne losy rzuciły. Powinniśmy o nich dbać, by byli na tych ziemiach elitą intelektualną, a jeśli chcieliby żyć w Polsce, powinno się im to umożliwić: dać im szansę. Takiej szansy nie mieli ich dziadkowie ani rodzice. Nie zapominajmy o nich. Nie zapominajmy o Polakach na Kresach. To są krewni nas wszystkich, to są nasi, to są Polacy. Mija rok za rokiem i niebawem będziemy mogli zadbać już tylko o mogiły. Zatroszczmy się o młode pokolenia, aby chciały się czuć Polakami, aby wiedziały, że mogą na Polskę liczyć.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz