piątek, 28 września 2012

Katarzyna Zarecka rozmawia z Aleksandrą Ziólkowską -Boehm



 

Katarzyna Zarecka

Emocje mogą popychać do pisania, ale nie mogą zapanować - Aleksandra Ziółkowska-Boehm

kzarecka

2007-09-01
 
 
Zdjęcie: Andrzej Bernat

W dość niezwykły sposób udało mi się nawiązać kontakt z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm. I po raz kolejny potwierdziło się, że jedna niezwykłość prowadzi w prostej linii do drugiej. Ta ostatnia z kolei do następnej. Cała moja korespondencja do Pani Aleksandry jest niezwykła. Cała Pani Aleksandra w sobie samej jest niezwykła. Niezwykły jest też ten wywiad i każde zawarte tam słowo. W swej niezwykłości wszystko jest piękne i prawdziwe, czyli... zwykle. Zwykłość bowiem jest cieniem niezwykłości. A od cienia nigdy nie uciekniemy na długo.


Katarzyna Zarecka: - Bohaterka "Kai od Radosława" – Cezaria Iljin - zmarła. Gdy skończyłam czytać książkę, pomyślałam, że powinna żyć wiecznie. Dzięki Pani, dzięki tej opowieści będzie. Co Panią kierowało przy pisaniu – chęć powiadomienia ludzi o jej niezwykłym życiu, czy, w pewnym sensie, oddanie jej czci, podziękowanie, "przeniesienie do wieczności"?

Aleksandra Ziółkowska-Boehm: - Życie za oceanem uwypukla pewne sprawy, oddala inne. Może także dajeperspektywę, której czasami mi brakowało na miejscu. Cenię miejsca, bo sie oddalily, wartości i postawy pewnych ludzi. Cezaria Iljin-Szymańska, którą nazywałam jej powstańczym imieniem Kaja, była kobietą,która mimo dużej różnicy wieku, jaka nas dzielila, była dobrym kompanem do przyjaźni. Widziała i przeżyla wiele, osiągnęła wiele, pozostała otwarta na świat i ludzi, lojalna, serdeczna i wiele rozumiejąca. Do samego końca, czyli do skończenia 90 lat z kawałkiem. Życie Kai było tak bardzo złączone z naszą pogmatwaną polską historią, ona nie zatraciła siebie i pozostała kobietą niezależną, aktywną, twórczą, serdeczną, nawet skorą do żartów czy śmiechu. Bardzo cenię takie postawy. Na napisanie książki opartej na jej życiu zdecydowałam się późno, ale ustaliłyśmy obie, że już tak widocznie musiało być. To, że doczekała tej książki, jej promocji, cieszyła sie recenzjami, sama uznała za wielki dar od losu.

Polonijne Radio w Teksasie: - Opowieści innych o ich życiu zawsze mnie interesowały, chętnie je wysłuchuję i czasami chcę o nich także napisać. To Pani słowa. Daję sobie głowę obciąć, że tak było z Kają. Ile jest jeszcze żywotów, które chciałaby Pani opisać?

Ojej, byle mi życia i zdrowia starczyło! Każdy z nas ma historię do opowiedzenia i własną górę do przebycia! Słuchanie, obserwowanie, jak się układają losy ludzi, całych rodzin, nieraz wydaje mi się wręcz fascynujące. Od kilku miesięcy zbieram materiał do nowej książki. Wszystko zaczęło się na promocji książki o Kai, po której na końcu podszedł do mnie pan Janusz Krasicki z fotografiami pogrzebu wspólnego znajomego, Hubalczyka Józefa Alickiego. Trochę mi także opowiedził o sobie i swojej rodzinie. Znałam jego krewnego, adiutanta Hubala, Henryka "Dołęgę" Ossowskiego. Wypytywałam o losy jego i innych znajomych. Na drugim spotkaniu (tym razem w warszawskim KIKu), poszlismy na herbatę do niedalekiej "Harendy". Słuchałamopowieści, zadawałam pytania, i wreszcie powiedziałam trochę nieśmiało, że te historie powinny być zapisane. Tak się zaczęło. Teraz wraz z panem Januszem i jego żoną Danutą spotykamy się, jeździmy do Kraśnicy, do Kunic, na Diablą Górę, niebawem pojedziemy do Stefanowa. I tak zbieram materiał. Oby mi go starczyło na książkę, bo jeszcze cała niemal góra do przebycia przede mną.

Przez wielu jest Pani kojarzona, jako zaufana sekretarka Melchiora Wańkowicza, której pisarz zapisał w testamencie swoje archiwum. Jak Pani wspomina Wańkowicza? Jako tego, na którego książkach uczyła się Pani polskiej historii, jako przyjaciela, wybitnego autora…

Choć nieraz przedstawiano mnie jako "wieloletnią sekretarkę Wańkowicza", w sumie znałam tylko 2 lata i 3 miesiące, z tego rok byłam wciąż studentką. Poznałam pisarza jako studentka pisząca o nim pracę magisterską. Wańkowicz na pewno wywarł ogromny wpływ na moje życie i moje zainteresowanie, przyznaję to z dumą i także z pewną pokorą. Zapewne nauczyłam się od niego dyscypliny i wartości pracy. Sama jednak wyrobiłam, czy też rozwinęłam w sobie np. ciekawość drugiego człowieka i pasję czy wręcz antuzjazm, który mi nieraz towarzyszy w pisaniu. Wańkowicz udzielil mi ogromnego kredytu zaufania zapisując swoje archiwum, i to zobowiązuje. Napisałam na temat jego twórczości doktorat, opublikowałam książki: "Blisko Wańkowicza", "Na tropach Wańkowicza", "Proces 1964 roku", opracowałam jego korespondencję z żoną, córką Krystyną, która zginęła w Powstaniu, Jerzym Giedroyciem. Redagowałam też serię jego Dzieł Zebranych. Zaciagnęlam wobec pisarza swoisty dług i staram sie go spłacać. Także wobec losu.

W "Ulicy Żółwiego Strumienia" czytam: Ameryka była wtedy czymś bardzo nierzeczywistym, oddalonym i nie dotyczyło nikogo z nas. Teraz jest rzeczywistym, bliskim i dotyczy bezpośrednio Pani. Wtedy poznawała Pani Amerykę z książek, teraz swoim amerykańskim przyjaciołom przybliża Polskę. Jest Pani takim naszym attaché. Czy ludziom z USA Polska jest tak samo nieznana, jak na przykład nam Wybrzeże Kości Słoniowej?

I tak, i nie. Zależy to od osoby, z którą rozmawiam, jej wykształcenia, zainteresowań. Chyba podobnie jest w Polsce, gdy spytamy kogoś o Stany Zjednoczone? Każdy ma "swoją Amerykę", czy w marzeniach czy w rzeczywistości. Nakłada się na to suma naszych wrażeń, lektur, filmów, opowieści czy doświadczeń. Czasami marzeń. Może nie trzeba wyjeżdzać, tylko stworzyć "swoja Amerykę – marzenie" w Polsce? Wracam do tematu – że rolą pisarza jest "opowiadać historie", mieć "story to tell", jak mawiał Singer, aby mobilizowaly ludzi do zastanowienia sie, w ogóle do myślenia. Taka jest najogólniej mowiąc rola książki.

Jest Pani wielbicielką kotów – kiedyś napisała książkę o Suzy, teraz na 9-miesieczne stypendium Fulbrighta przywiozła ze Stanów do Polski dwa koty. Jerzy Pilch jest znany z felietonów, w których wychwala wyższość kotów nad psami. Czy dla Pani psy to też zwierzęta nieco mniej… hm… jakby to wyjaśnić… wyjątkowe?

Kocham i psy i koty, w ogóle jestem wrażliwa na świat zwierząt i uważam, że za mało dla ich losu robię. Zwykle miałam koło siebie psy, bardzo ubogaciły moje życie. 9 lat temu w Houston w Teksasie pojawiła się w moim i mojego męża życiu czekoladowo-złota kotka, którą nazwaliśmy Suzy, dwa lata potem w stanie Delaware doszedł do nas żółty kocurek Claude. Suzy nas zaadoptowała i zdobyła nasze serca. Kiedy nie miałam już komu opowiadać historyjek o podróżniczce Suzy, także o innych kotach, napisałam książkę "Podróże z moją kotką". Mogę wciąz dopisywać nowe rozdziały, bo oba koty jeżdżą z nami w wiele miejsc. Suzy była z nami wiele tygodni w indiańskich rezerwatach, wiele razy w Polsce. Oba koty są teraz rok w Warszawie towarzysząc mi wstypendium Fulbrighta. Doskonale się tu miewają.

Zdradziła mi Pani jakiś czas temu, że "żyje teraz inną książką". Taką, którą chce pokazać "swoją Amerykę". Pracowała Pani nad nią dziesięć lat, odkładała, wracała… Mimo wszystko udało się i już jesienią będziemy wszyscy mogli ją poznać. Proszę powiedzieć coś więcej o tej nowej publikacji.

Książka jest o Indianach i nazywa się "Otwarta rana Ameryki", Wydawnictwo Debit ma ją wydać na październikowe Targi Książki w Krakowie. Są to opowieści reportażowe o obecnej sytuacji Indian, są także moje z nimi rozmowy. Spędziłam niemal 3 miesiące w rezerwacie Pine Ridge w Południowej Dakocie, mamy przyjaciół Indian, prenumeruję dwa pisma ukazujące sie w rezerwacie. Materiał, który znalazłam, wysłuchałam, zdumiał mnie. Mimo wszystkich lektur i studiów, ten temat jest tak skomplikowany, że zajęło mi 10 lat, by książkę skończyć. Wiele razy odkładałam swoje opowieści na bok także ze względów emocjonalnych, bo piszę o wielu tragediach, niezrozumieniu, krzywdzie. Wielkie mocarstwo, jakim jest Ameryka, zmaga się z tym tematem. O tym wszystkim nie wie wielu Amerykanów, podobnie jak wielu Polaków.

Z fragmentów, który drukowała "Rzeczpospolita", można dowiedzieć się, że w kulturze Siuksów szczodrość jest cnotą, a obelgą jest pomówienie kogoś o chciwość i skąpstwo. Brzmi pięknie, ale za moment czytam o skrajnej biedzie, bezrobociu, alkoholizmie, braku perspektyw. Co zatem przeważa w rezerwatach – te piękne ideały, czy jednak szarość życia?

W naszej kulturze też jest wiele tradycji i cnót, a czy to znaczy, że im Polacy hołdują? Skrajne ubóstwo tworzy nowego człowieka, a wśród Indian wielu żyje w skrajnym ubóstwie.

Indianie – skąd takie zainteresowanie? Rozumiem, że nie każdy miał w rodzinie Korczaka Ziółkowskiego, który w Południowej Dakocie rzeźbił w skale pomnik legendarnego wodza Crazy Horse’a, ale wątpię, aby, że tak to określę – "zainteresowania rodzinne", miały tutaj główne znaczenie.

Najpierw była to myśl, nieśmiała i odsunięta na bok, żeby coś napisać.... skoro Korczak Ziółkowski postanowił "górę wyrzeźbić", to ja, osoba pisząca, coś napiszę... Potem zaczęłam naprawdę się interesować tematem, regularnie jeździć do rezerwatów. Przyznaję, że pierwszą myślą była duma , że przynależę do rodziny Korczka Ziółkowskiego, i że to zobowiązuje. Potem temat mnie opanował, były okresy, że żyłam niemal w bólu czytając, wysłuchując opowieści. Jak wspomniałam wcześniej, odsuwalam je potem na bok, bo nie umiałam o tym napisać. Emocje mogą popychać do pisania, ale nie mogą zapanować. To bardzo ważne. Bliski mi jest styl wyciszony, boję się patosu. W wielu przypadkach unikam komentarzy, opisuję, pokazuję, ale wnioski zostawiam czytelnikowi. Najtrudniej było mi pisać o biedzie. Kurczyłam się w sobie, z trudem dobierałam słowa.

Czy któraś z literackich nagród i wyróżnień, które Pani dostała, ma dla Pani znaczenie szczególne?

Nie mam ich wiele, więc tym bardziej cenię każdą – najpierw dostałam nagrodę już nieistniejącego białostockiego miesięcznika reporterów "Kontrasty", potem Złoty Ekslibris Książnicy Pomorskiej. W USA w 2006 roku otrzymałam doroczne wyróżnienie mojego stanu Delaware w dziedzinie literatury ("creative non fiction"), kilka stypendiów, wśród nich moje obecne stypendium Fulbrighta, dzięki któremu jestem cały rok w Polsce, ogromnie cenię.

I już na koniec, a jednocześnie tak jakby na początek, ponieważ wracam do Kai – czym jest dla Pani "szeroki świat"?

"Szeroki świat" jest w nas samych. Zabieramy go ze sobą w najdalsze zakątki, ale także w miejsca obok, niedalekie. Ładnie, gdy umiemy pokazać siebie w "szerokim świecie", gdy jesteśmy na dalekich antypodach,umiemy opowiedzieć o własnym kraju, powiedzieć coś, co wywoła zainteresowanie i uśmiech mieszkańca Peru czy Meksyku. I gdy z szacunkiem i zainteresowaniem wysłuchujemy opowieści innych o ich życiu i kraju. "Szeroki świat" to postawa otwartości, bez uprzedzeń, ocen, serdeczność i zaciekawienie innymi. To są podróże, które mogą kształcić, to wiedza, która otwiera horyzonty. To myślenie na codzień perspektywami "szerokiego świata".

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz