MAŁGORZATA PONIATOWSKA Czytam po polsku, 4 czerwca 2019
Korzenie, które są
polskie
Aleksandra Ziółkowska-Boehm od połowy
lat 80’ XX w. prowadziła rozmowy z wybitnymi postaciami życia społecznego w Kanadzie
i Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, których „Korzenie są
polskie”. Pisarka, od kilku lat mieszkająca na kontynencie amerykańskim,
zebrała te wywiady w książkę wydaną w Polsce. Poprzez rozmowy i komentarze do
nich zaprezentowała swą ogromną wiedzę na tematy społeczne krajów
Ameryki. Kanadyjska i amerykańska kultura, nauka, polityka, gospodarka nie mają
tajemnic dla Polki urodzonej w Łodzi. Mój podziw wzbudził zakres i poziom
merytoryczny pytań zadawanych przedstawicielom bardzo nieraz odległych
dziedzin wiedzy, a raport osiągnięć neuroendokrynologicznych profesora Andrew
Schally’ego rzucił mnie na kolana.
Tytułowe korzenie Aleksandra Ziółkowska-Boehm zaczerpnęła z wypowiedzi doradcy prezydentów USA – Zbigniewa
Brzezińskiego, który pragnął, aby jego „dzieci były dumne z polskiego
pochodzenia i świadome polskiej tradycji i historii”, a gdy dorosną będą
szukać własnych korzeni. „Korzeni, które… są polskie”.
Naturalnie, literatka pamięta o swych korzeniach,
podkreślając wyrastanie wybitnych Polaków, po wojnie osiadłych w Ameryce, z
polskiej kultury, tradycji, obyczajów, wartości. Pisała i pisze „o ludziach,
których dotknęła historia w okrutny sposób”, a jednak mimo traumatycznych
wspomnień wydarzeń doświadczanych w ojczyźnie nie wypierają się polskiego
pochodzenia i związków z polskością, wręcz przeciwnie – wykazują swój związek z
polskością, między innymi poprzez pielęgnowanie polskiej mowy, polskiej
tradycji i zwyczajów.
Emigracja, Polonia, patriotyzm
Czytałam
książkę Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, wydaną ćwierć wieku temu, bogatsza o znajomość wydarzeń mających
miejsce już po jej edycji. Znałam dalsze losy bohaterów zbioru, ich późniejsze
osiągnięcia, a także ujawnione dopiero po roku przełomu 1989, mniej lub
bardziej skrywane czy przekłamywane fakty. Kwestie, jakie dzięki niezwykle przenikliwej
umysłowości humanistki bardzo trafnie przedstawiła i oceniła, ja mogłam na
bieżąco skonfrontować z rzeczywistością. Szczególnie interesujące wydawały mi
się opinie, jakie rozmówcy prozaiczki wyrażali na temat innych przedstawicieli
Polonii. Wzajemne oskarżenia, podejrzenia o „współpracę” zweryfikował bezstronny
czas. Z dużą dozą wrodzonego taktu literatka przedstawiła stanowiska swych
bohaterów na temat ówczesnej kondycji Polonii, choć nie zawsze zgadzała
się z nimi. „Emigracja zazwyczaj kończy się po ustabilizowaniu”. Z
powodzeniem zmierzyła się z legendą noblisty Czesława Miłosza, który „Nigdy
nie chciał być uwikłany w historii”, i jednocześnie z pogardą wyrażał się o
„niesłychanym prymitywizmie Polonii amerykańskiej”. Pisarka korzystając
ze słów swych interlokutorów zapoznała czytelników z pojęciami emigracja i
Polonia oraz z charakterystyką środowisk polonijnych. Zwięzłą definicję
Polonii przytoczyła za publicystą i działaczem polonijnym Benedyktem
Heydenkorn: „termin Polonia obejmuje tych, którzy w jakiejkolwiek formie
zachowują związek z Polską, jej kulturą, tradycją”. Podzieliła się
poglądami rozmówców w kwestii Polonii i ogólniej – emigracji oraz dała
czytelnikom wykładnię problematyki emigracyjnej ze wszystkimi jej aspektami
– organizacjami polonijnymi, rolą Polonii dla Polaków w kraju i za granicą, a
także jej znaczeniem dla społeczeństw krajów goszczących rodaków. Wybierając
określonych rozmówców dowiodła znaczącego wkładu Polaków w dorobek
krajów, w których przyszło im działać, czy to w sferze nauki, kultury,
polityki, gospodarki. Istotnemu udziałowi i zaangażowaniu Polaków w rozwój
nowych ojczyzn sprzyjało, szczególnie w przypadku ostatnich fal emigracji
(powojenna czy „solidarnościowa”), wyjątkowo wysokie wykształcenie
polskich emigrantów w porównaniu z innymi grupami etnicznymi. Na ten fakt, w
rozmowie z pisarka, zwrócił uwagę inżynier Zdzisław Przygoda.
Talent – to wybryk natury
Przytaczając
treści wywiadów lub tylko odtwarzając z pamięci rozmowy z osobistościami
Polonii autorka w przemyślany sposób wybrała interesujące sformułowania lub
fakty, uważając je za warte upowszechnienia poprzez swą poważną lub
niepoważną wymowę. Co ważne, nie obserwuje się w tym zestawieniu żadnego
rozdźwięku. Przeciwnie – momenty lżejsze pozwalają czytelnikowi odetchnąć po
akapitach nasyconych dużą wagą treści filozoficznych przemyśleń. Jedne,
jak i drugie, wplecione zostały w logiczny ciąg myśli, jakie Aleksandra Ziółkowska-Boehm pragnęła przekazać czytelnikom prezentując postaci wybitnych Polaków
działających na obczyźnie. „Nieszczęście nie jest niczym innym jak maską na
twarzy przeznaczenia” stwierdził pisarz i myśliciel Isaac Bashevis
Singer, a obok pewna pani skomentowała swą pracę u autora pieśni „Czerwone
maki”, Feliksa Konarskiego, „O Jezu, to ja sprzątam u historii!”
Literatka, od wielu lat tworząca poza granicami Kraju, tak kiedyś, jak i
obecnie, po mistrzowsku posługuje się językiem ojczystym, dzięki czemu
lekturę „Korzeni…” czy innych jej dzieł, uważać należy za szczególną ucztę
duchową. Mistrzyni pióra obficie cytuje fragmenty prozy swych kolegów po piórze doceniając ich
wartość i wykazując się kompletnym brakiem zazdrości o konkurencję, a
nade wszystko ujmując szlachetnością celów i czystością intencji. Moją uwagę
zwróciło przesłanie dla pisarzy autorstwa Isaaca Bashevisa Singera oraz
jego niezwykle cenne wskazówki dla twórców literatury. „Trzeba umieć
pokazywać jednocześnie wyjątkowość i powszechność zjawiska, narodowość i
uniwersalizm, realizm i mistycyzm”. Dywagacje owe kończy literat
zaskakującym stwierdzeniem „Talent – to wybryk natury”. Natomiast
w „Notach o wygnaniu” Czesława Miłosza pisarka znalazła, moim zdaniem,
bardzo wartościowy akapit wyrażający cały tragizm emigracyjnej rzeczywistości:
„Wzór. Był świadom swego zdania i
ludzie czekali na jego słowa, ale zakazano mu mówić. Tam, gdzie teraz mieszka,
może mówić, ale nikt go nie słucha, co więcej, zapomniał, co miał do
powiedzenia”.
Emigracja to
ciężki kawałek życia
Publikacja Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm jest tym bardziej cenna, iż posiada wydźwięk utworu pisanego „ku
pokrzepieniu serc”, ponieważ, jak ostrzegał potencjalnych przybyszów z
Polski, publicysta i działacz polonijny Benedykt Heydenkorn, „Emigracja to
ciężki kawałek życia… lecz z perspektywą radości, przygód, dostatku”.
Podniesieniu samooceny rodaków służą godne najwyższego podziwu i szacunku
biografie ludzi, mocno osadzone w naszej niełatwej historii. Można w nich
znaleźć żołnierza Drugiego Korpusu Władysława Andersa, uczestnika bitwy
o Monte Cassino, Kawalera Orderu Virtuti Militari, więźnia niemieckich
obozów koncentracyjnych, kuriera i emisariusza Armii Krajowej. A
propos - sienkiewiczowską Trylogię tłumaczył jeden z bohaterów książki, Wiesław
S. Kuniczak, traktując ten przekład, a właściwie adaptację dzieła jako
swoiste Opus vitae.
Obraz Ameryki wykreowany przez Aleksandrę
Ziółkowską-Boehm za pośrednictwem dyskusji ze znanymi rodakami, zamieszkałymi
na północ od Meksyku, jawi się niemal jako ziemia obiecana. Jan Nowak
Jeziorański, wieloletni dyrektor Radia Wolna Europa, przyznał „Poza
Polską – tylko w USA nie czuję się cudzoziemcem ani emigrantem”. I dalej „Stany
Zjednoczone pozwoliły mi przez wiele lat służyć mojemu krajowi”. Należy w
tym miejscu zauważyć, że wszyscy bohaterowie książki to ludzie sukcesu,
którzy być może, dzięki ryzykownej decyzji o opuszczeniu „kraju lat
dziecinnych” (podjętej przez nich samych lub ich rodziców), osiągnęli w życiu
tak wiele. Noblista, biochemik, Andrew Schally skwitował myśl o wdzięczności
dla swej drugiej ojczyzny zdaniem „To Ameryka uczyniła moją pracę możliwą…”.
Z dużym prawdopodobieństwem mogę przypuszczać, że
opinię tę podzielali pozostali bohaterowie tomu (a może i jego autorka?)…
Za
wyjątkowy film w swojej karierze uważała nie "Casablankę" lecz rolę w
"Joannie d'Arc" - mówi Aleksandra Ziółkowska-Boehm, autorka wydanej
właśnie książki "Ingrid Bergman prywatnie", która jest bardzo
osobistą opowieścią o życiu aktorki.
Ingrid
Bergman była laureatką trzech Oscarów. Jej rola w "Casablance" u boku
Humphreya Bogarta przeszła do historii światowego kina. Grała w takich słynnych
filmach, jak: "Anastazja", "Urzeczona", "Dzwony
Najświętszej Marii Panny", "Joanna d'Arc", "Komu bije
dzwon" "Morderstwo w Orient Expressie" czy "Jesienna sonata".
Miała trzech mężów: Pettera Lindstroma, Roberto Rosselliniego, Larsa Schmidta i
czworo dzieci: Pię, Robertina, Isabellę i Ingrid-Isottę. . PAP-Pośród bohaterów pani książek - hubalczyków,
powstańców warszawskich,żołnierzy Andersa,rodzin
i rodówkresowych, postaci
związanych z polską historią, pojawia się nagle wielka gwiazda światowego kina:
Ingrid Bergman. Jak do tego doszło? . Aleksandra Ziółkowska-Boehm: -Nie stało się to nagle. Ingrid Bergman należała do
ulubionych aktorów pokolenia moich rodziców, sama chętnie oglądałam jejfilmyi czytałam książkio tej pięknej i
utalentowanej kobiecie. Lubiłam jej powiedzenie: 'Niczego nie żałuję', ale
naprawdę stała mi się w pewien sposób bliska poprzez opowieści mojego męża. Od kiedy w 1990 r. wyszłam
za mąż za Normana Boehma, opowiadał mi często o swojej słynnej kuzynce,
pokazywał fotografie, pamiątki, listy pisane przez nią do amerykańskich
krewnych: do jego babki Blendy, ojca Carla Normana i do niego. Wspomniał wizyty
Ingrid w jego domu rodzinnym, pamiętał, że grał dla niej na pianinie m.in.
'Pieśń Indii' Rimskiego-Korsakowa i 'Walc minutowy' Chopina i że był bardzo
przejęty, kiedy go, małego wówczas chłopca, pochwaliła za grę. Spotykał się z
nią w Paryżu, Deauville, Londynie, Nowym Jorku, poznał Roberto Rosselliniego,
Larsa Schmidta, Yula Brynnera, Ritę Hayworth, Anatola Litvaka. Te wspomnienia
były barwne, intensywne. Przywoływałam wielką aktorkę kilkakrotnie w swoim
pisaniu, aż wreszcie postanowiłam napisać oniejksiążkę. PAP-Ale dlaczego stało się to dopiero teraz? Minęło przeszło dwadzieścia lat,
odkąd pani poznała historię rodzinną Boehmów i Ingrid Bergman. A.Z-B.- Może ważniejsze
czy pilniejsze wydawały mi się tematy dotyczące polskiej historii, może nie
chciałam być posądzona, że eksponuję ten temat, pokazuję mężowskie koneksje... PAP-Chodziło o to, aby uniknąć tego, co Amerykanie nazywają"drop the
names", chwalenia się znajomościami? A.Z-B - Popisywanie się
słynnymi nazwiskami jest tu uznawane za bardzo w złym stylu. Ale nie o to
chodzi. Wydaje mi się, że tak jak w przypadku innych książek, historia musiała
dojrzeć. Doczekać 'swojego czasu'. Isaac Bashevis Singer mówił, że dopiero
wtedy, gdy pisarz odczuwa konieczność jej opowiedzenia - powinien zacząć pisać. I tak postąpiłam,
pokazując Ingrid Bergman prywatnie -poprzez wspomnienia bliskich jej osób,
poprzez listy pisane przez 36 lat do rodziny Boehmów i przede wszystkim poprzez
opowieści Normana. To on widywał jąw rozmaitych kameralnych sytuacjach
rodzinnych, pierwszy raz, gdy klęczała na podłodze w łazience i kąpała w wannie
swoją córeczkę Pię. Norman zauważyłwtedy, że Ingrid zachowuje się naturalnie i
swobodnie, i że kąpanie córeczki sprawia jej wielką radość. Po latach Pia powie
bodaj najpiękniejszą rzecz o matce, że posiadała cechę częstą u wielkich ludzi
- miała urok wczesnej młodości, niemal dziecięcy. PAP-Co nowego dowiemy się z pani książki o Ingrid Bergman? A.Z-B - Sądzę, że nie jest
powszechnie znany fakt, że aktorka urodzona w Szwecji miała krewnych w Stanach
Zjednoczonych, z którymi utrzymywała serdeczny kontakt. Podobnie, nie jest
ogólnie wiadome, że była pół Szwedką, pół Niemką. Ojciec aktorki Justus Bergman
był Szwedem, a matka Friedel Adler - Niemką. W Ameryce, gdzie Ingrid Bergman
zdobyła ogromną popularność, unikano wręcz wzmianek o jej niemieckim
pochodzeniu. Podczas II wojny światowej i kolejnych latach po jej zakończeniu
nie przypominano o niemieckim pochodzeniu znanych aktorów, tak np. uczyniono w
przypadku Clarka Gable'a. Ameryka także potrafiła
się odwrócić od swoich ulubieńców. Kiedy Ingrid Bergman, już będąc we Włoszech,
postanowiła się rozejść z Petterem Lindstromem, by poślubić Roberto
Rosselliniego, wybuchł wielki skandal, nawet senator z Kolorado oficjalnie
przytoczył jej nazwisko jako przykład zepsucia. Odwrócono się od aktorki, o
czym sama pisze w liście do ciotki Blendy. To wtedy pocieszał ją dobry
przyjaciel Ernest Hemingway, pisząc, że 'jest wielką aktorką, a wielcy aktorzy
mają problemy z resztą świata. Ale też wszystko im się wybacza'. PAP-Czy dokumenty rodzinne rzucają też nowe światło na twórczość aktorską
Ingrid Bergman? A.Z-B - W pewnych sprawach
tak. Pia, córka aktorki, stwierdziła np., że Ingrid byłaby nieszczęśliwa,
wiedząc, że 'Casablankę' uważa się za jej najlepszy film. Matka, jej zdaniem,
znacznie wyżej ceniła i bardziej lubiła rolę Joanny d'Arc i ten film uważała za
wyjątkowy w swojej karierze. PAP-Co z amerykańskim wydaniem książki o Ingrid Bergman? Miało ono być
wcześniejsze od krajowego. A.Z-B - Musiałam zmienić
wydawcę, bo ten poprzedni, koniecznie chciał 'podkręcać' temat, podgrzewać
temperaturę, namawiając mnie abym skłoniła Normana, by opowiedział, że kochał
się w swojej kuzynce, na co on, naturalnie, się nie zgodził. Wydawca
argumentował, że książka się wspaniale sprzeda z takim wątkiem 'romantycznym' i
bardzo się dziwił tej odmowie. PAP-A co, według Normana Boehma było najważniejsze, najbardziej
charakterystyczne dla Ingrid Bergman? A.Z-B -Norman podkreślał,
że Ingrid wyglądała na szczęśliwą,niezależnie od okoliczności życiowych, a te,
paradoksalnie, dość często bywały trudne. Miała niezwykłe oczy i uśmiech rozświetlający
twarz. Często wspominałszczególny rodzaj skupienia, z jakim podczas rozmowy
kierowała swoją uwagę na drugąosobę. Podbijała serca publiczności nie tylko
swoim wyglądem, ale i świeżością,delikatnością, nawet pewną bezbronnością. I
tak ją zapamiętał. * Książkę "Ingrid
Bergman prywatnie" opublikowało wydawnictwo Prószyński i S-ka. Aleksandra
Ziółkowska-Boehm to polska pisarka na stałe mieszkająca w USA. Autorka blisko
trzydziestu książek; publikuje w Polsce i w Stanach Zjednoczonych.
Z księdzem dr. Stephenem Huffstetterem rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm
Księdza babcia
nazywała się Grzeszkowiak i pochodziła z rodziny polskich emigrantów. Jaka była
atmosfera w domu rodzinnym?
Rodzina mojej babci ze strony matki pochodziła z okolic Poznania, a przybyła do
Stanów Zjednoczonych około 1900 roku. Większość z trzynaściorga dzieci urodziła
się w Polsce, a moja babcia, najmłodsza z nich, urodziła się już w Chicago.
Swoje nazwisko dziadkowie uprościli i skrócili do Gresko. Mieszkali godzinę
drogi od nas, odwiedzaliśmy się regularnie, zawsze w święta. Babcia pracowała w
szpitalnej kuchni. Wspaniale gotowała, moim ulubionym daniem była zupa z
pierożkami i ciasto w kształcie baranka, które piekła na święta Wielkiej Nocy.
Gdy poszedłem do szkoły średniej,
dziadkowie przenieśli się bliżej, mieszkali dwie przecznice od szkoły i zwykle
po zajęciach przychodziłem do nich. Babcia nigdy nie narzekała. Zamiast
zastanawiać się nad słabościami innych, zawsze widziała w ludziach coś w
dobrego. Była też kobietą dużej wiary. Moi rodzice ciężko pracowali, ale dla
nas – sześciorga dzieci – zawsze mieli czas. Mama wychowywała mnie do
dwunastego roku życia, potem poszła pracować jako nauczycielka w szkole podstawowej.
Ojciec uczył języka angielskiego w szkole średniej, wieczorami pracował w
sklepie swojego ojca, mojego drugiego dziadka. W weekendy dodatkowo pracował w
zakładzie fryzjerskim. W czasie wakacji podejmował się wielu różnych zajęć,
nawet przy budowie domów.
Jedynym księdzem, którego znałem
przez wiele lat, był ksiądz z naszej parafii, ojciec Anthony Letko. Sprawował
posługę kapłańską w kościele św. Patryka przez 42 lata. Wiele dobrego robił dla
ludzi i lubił być z nimi. Każdego tygodnia w naszej katolickiej szkole grał z
nami w piłkę. Sam prowadził autobus szkolny, czasami zatrzymywał się przed
kolejnymi domami i dawał w prezencie wielkie słoiki masła orzechowego i inne
jedzenie, wiedząc, że pomaga rodzinom w trudnych czasach. Chciałem być tego
rodzaju księdzem – być dla innych.
Dlaczego zainteresował
się ksiądz Indianami?
Podczas studiów uniwersyteckich
byliśmy zachęcani, by spędzić część naszych wakacji w rejonach, gdzie pracowali
księża sercanie. Znałem kilka osób, które pracowały w Dakocie Południowej,
dołączyłem do nich i spędziłem trzy miesiące letnich wakacji pomagając w
ośrodku dla osób z zaburzeniami psychicznymi. Było to na terenie indiańskiego
rezerwatu Eagle Butte. Czułem, jak bardzo potrzebna jest nasza pomoc i ta praca
dawała mi dużą satysfakcję. Cztery lata później, między drugim i trzecim rokiem
studiów teologicznych, ponownie tam pojechałem, uczyłem religii, grałem na
gitarze i utworzyłem dziecięcy chór, który śpiewał w czasie niedzielnych mszy
świętych. Utworzyłem koło zainteresowań dla ludzi starszych, odwiedzałem
parafian w ich domach, szczególnie tych, którzy mieszkali daleko od kościoła.
Nawiązałem wiele pięknych przyjaźni, dowiedziałem się sporo o kulturze
amerykańskich Indian, spędzałem z nimi dużo czasu. Odjeżdżałem z poczuciem, że
wiele mnie nauczyli i tym samym wzbogacili.
Po Eagle Butte kolejne
dziewięć lat pracował ksiądz w rezerwacie Cheyenne River Sioux. Jakie
doświadczenie dała księdzu praca na tych terenach?
Ważne jest nastawienie, ale i
trzeźwe spojrzenie. Jeżeli się przyjeżdża do pracy w rezerwacie Indian z
postanowieniem, że się "ocali świat", zmieni wszystkich i wszystko,
to szybko można się zniechęcić i stracić zapał. Tacy ludzie nie zagrzewają
długo miejsca, wykruszają się.
Ksiądz Leon Jan Dehon, który w
1878 r. założył Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego, zawsze
zachęcał, by wejść między ludzi. Tak właśnie działo się w rezerwacie Cheyenne
River. Nie czekałem, aż ludzie do mnie przyjdą sami, to ja jechałem do nich,
odwiedzałem ich w domach. Niektórzy to byli biali, potomkowie tych, którzy od
dawna mieszkali na tych ziemiach, inni to była ludność miejscowa – Indianie
Lakota, dla których angielski był drugim językiem. Jeszcze inne społeczności to
mieszanka Indian i białych oraz pokaźna grupa potomków Francuzów, którzy
osiedlili się na tych terenach ponad 100 lat temu, handlowali wtedy skórami
zwierząt. Poznałem indiańskich ranczerów, którzy lepiej się czuli w butach
kowbojskich i kapeluszach niż w tańcach pow-wow. Spotkałem też
tradycyjnych Indian, którzy tańczyli sundance i codziennie palili fajki.
Widziałem wiele biedy i wiele
bólu. Widziałem ludzi, którzy doznali wielu cierpień i mimo to nie załamywali
się. Potrafili się śmiać i opowiadać różne historie, cieszyli się życiem i z
tego, że byli razem. Byli dla mnie dużą inspiracją. Kiedy wyjeżdżałem, żegnałem
się z nimi ze łzami, oni podobnie reagowali. To była oznaka, że dawaliśmy i
otrzymywaliśmy miłość.
Jest ksiądz autorem
interesującej książki "Lakota Grieving" (Tipi Press, Chamberlain, SD,
1998) na temat rytuałów związanych ze śmiercią i okresem żałoby wśród Indian
Lakota (Siuksów). Pisze w niej ksiądz, że chrześcijaństwo jest otwarte na
zwyczaje tubylczej ludności, przytacza słowa Papieża Jana Pawła II z 1985 roku
na ten temat. Jak dalece istnieje symbioza, a jak dalece tarcia i
nieporozumienia? Jaki jest katolicyzm wśród Indian Lakota?
Książka służy jako pomoc naukowa
na kursach przygotowawczych dla tych, którzy wybierają się do pracy w
rezerwacie indiańskim; co najmniej dwa uniwersytety korzystają z niej jako
podręcznika.
Międzykulturowość nie jest łatwa.
Jeżeli nie są respektowane podstawy katolicyzmu, wchodzi się na błędną ścieżkę
synkretyzmu. Jeżeli nie ma się szacunku dla kultury i zwyczajów ludzi, wśród
których się pracuje, wkracza się na ścieżkę kulturowego imperializmu. Trudności
i tarcia są normalne, podstawą jest prawdziwy dialog. To wszystko jest
niełatwe, ale warte starań.
Kateri Tekakwitha z plemienia
Mohawków była pierwszą Indianką z Ameryki Północnej, która została
beatyfikowana w Kościele katolickim. Dopóty to nie zakłóci podstaw prawdy wiary
katolickiej, Indianie, wyznawcy katolicyzmu, mogą się modlić w sweat lodge
[ceremonialna sauna], aby – według ich wierzeń – nastąpiło oczyszczenie, mogą
także chodzić do spowiedzi. Latem mogą brać udział w ceremonii Sundance
czy utrzymywać post w okresie wielkopostnym. Katolicy Indianie Lakota mogą w
modlitwie przywołać imiona Wielkiego Ducha (Wakantanka) czy Pradziada (Tunkasila).
Niektórzy modlą się poprzez śpiew w rytm bębna. To są indywidualne wyrazy ekspresji
i potrzeb. Sposób ekspresji sięga do obu tradycji i wzbogaca duchowość o
dodatkowe elementy.
Napisał ksiądz, że w
kulturze i tradycji plemienia Lakota żałoba "ma swój czas" i
wspomniał, że w kulturze amerykańskiej żałobę się minimalizuje albo wręcz
odsuwa, zaprzecza bólowi. Czy uważa ksiądz, że jest to typowe dla kultury zachodniej?
Nie mieszkałem poza Stanami
Zjednoczonymi i nie wiem, jak jest w innych kulturach zachodnich. Ale w
kulturze amerykańskiej oczekujemy, że ludzie po śmierci bliskich powrócą szybko
do "normalnego życia". Tymczasem to jest duża wyrwa, boleść i
opłakiwanie trwa nieraz bardzo długo.
Indiańska Szkoła św.
Józefa w Chamberlain w Dakocie Południowej, której jest ksiądz dyrektorem, ma
dobrze zorganizowany woluntariat.
Wiele osób pyta o woluntariat.
Jako szkoła mamy regulamin, konkretne oczekiwania i wymagania. Musimy mieć na
uwadze dobro dzieci, więc przyglądamy się ludziom, którzy przechodzą specjalne
przeszkolenia. Jednak znacznie lepiej mieć opłacanych stałych pracowników niż woluntariuszy,
którzy przychodzą i odchodzą.
Szkoła istnieje dzięki
datkom ludzi dobrej woli z całych Stanów Zjednoczonych. Czy zgadza się ksiądz
ze mną, że Amerykanie są wyjątkowo szczodrym narodem?
Absolutnie tak! Spotykam ludzi o
wielkim sercu. Uważam, że Amerykanie są ludźmi bardzo szczodrymi. Nieraz wręcz
mnie zdumiewa, że nasza niewielka szkoła ma tylu życzliwych ludzi w całym
kraju, a nawet w świecie, którzy są częścią naszej wielkiej rodziny Tiyospaye.
Wielu Amerykanów wie, że Indianie nie byli dobrze traktowani i mają w sercu
wiele serdeczności dla nich. Ale też chcą widzieć rezultaty swojej szczodrości.
Pytają o dzieci, które kończą szkołę, o ich przyszłość i stojące przed nimi
możliwości.
Jaki jest największy
problem, z którym szkoła się zmaga?
Niewielu mamy absolwentów szkół
średnich, choć prowadzimy specjalne programy i zachęcamy do kończenia szkoły
średniej w samym Chamberlain. Zachęcamy do studiów na wyższych uczelniach.
Niektórzy idą do wojska, inni szukają pracy. Są niemałe trudności, np. gdy
dzieci idą do szkoły średniej, czują się samotne. Rodzice też chcą je mieć
bliżej lub wręcz obok siebie, chcą, by starsze dzieci zajęły się młodszym
rodzeństwem. Nasi uczniowie patrzą na kolegów z innych szkół i widzą, że nie ma
tam takich wymagań, oczekiwań, dyscypliny, zakazów.
Jakie jest księdza
marzenie, życzenie jako dyrektora indiańskiej Szkoły św. Józefa?
Chcielibyśmy, by każde dziecko
mogło wykorzystać swój potencjał. Chcemy wszystkim dzieciom dać poczucie, że są
ważne, kochane, że się je szanuje. A nasze marzenia? Żeby młodzi Indianie po
skończeniu szkół powrócili na tereny, z których wyszli, otworzyli biznesy,
pracowali w zawodach nauczycieli, wychowawców. Czy nie byłoby wspaniale, gdyby
po mnie przejął pracę duszpasterską ksiądz Indianin Lakota? A moim
współpracownikom życzę, by czuli, że są częścią wielkiej sprawy, że ich praca
jest ważna, potrzebna, że zmienia innym życie. Aby odczuwali satysfakcję i dumę
z pracy dla Szkoły św. Józefa.