niedziela, 11 października 2020

MALGORZATA PONIATOWSKA KORZENIE SA POLSKIE







MAŁGORZATA  PONIATOWSKA
Czytam po polsku, 4 czerwca 2019

Korzenie, które są polskie 

Aleksandra Ziółkowska-Boehm od połowy lat 80’ XX w. prowadziła rozmowy z wybitnymi postaciami życia społecznego w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, których „Korzenie są polskie”. Pisarka, od kilku lat mieszkająca na kontynencie amerykańskim, zebrała te wywiady w książkę wydaną w Polsce. Poprzez rozmowy i komentarze do nich zaprezentowała swą ogromną wiedzę na tematy społeczne krajów  Ameryki. Kanadyjska i amerykańska kultura, nauka, polityka, gospodarka nie mają tajemnic dla Polki urodzonej w Łodzi. Mój podziw wzbudził zakres i poziom merytoryczny pytań zadawanych przedstawicielom bardzo nieraz odległych dziedzin wiedzy, a raport osiągnięć neuroendokrynologicznych profesora Andrew Schally’ego rzucił mnie na kolana.
    Tytułowe korzenie Aleksandra Ziółkowska-Boehm zaczerpnęła z wypowiedzi doradcy prezydentów USA – Zbigniewa Brzezińskiego, który pragnął, aby jego „dzieci były dumne z polskiego pochodzenia i świadome polskiej tradycji i historii”, a gdy dorosną będą szukać własnych korzeni. „Korzeni, które… są polskie”.
      Naturalnie, literatka pamięta o swych korzeniach, podkreślając wyrastanie wybitnych Polaków, po wojnie osiadłych w Ameryce, z polskiej kultury, tradycji, obyczajów, wartości. Pisała i pisze „o ludziach, których dotknęła historia w okrutny sposób”, a jednak mimo traumatycznych wspomnień wydarzeń doświadczanych w ojczyźnie nie wypierają się polskiego pochodzenia i związków z polskością, wręcz przeciwnie – wykazują swój związek z polskością, między innymi poprzez pielęgnowanie polskiej mowy, polskiej tradycji i zwyczajów.

Emigracja, Polonia, patriotyzm
     Czytałam książkę Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, wydaną ćwierć wieku temu, bogatsza o znajomość wydarzeń mających miejsce już po jej edycji. Znałam dalsze losy bohaterów zbioru, ich późniejsze osiągnięcia, a także ujawnione dopiero po roku przełomu 1989, mniej lub bardziej skrywane czy przekłamywane fakty. Kwestie, jakie dzięki niezwykle przenikliwej umysłowości humanistki bardzo trafnie przedstawiła i oceniła, ja mogłam na bieżąco skonfrontować z rzeczywistością. Szczególnie interesujące wydawały mi się opinie, jakie rozmówcy prozaiczki wyrażali na temat innych przedstawicieli Polonii. Wzajemne oskarżenia, podejrzenia o „współpracę” zweryfikował bezstronny czas. Z dużą dozą wrodzonego taktu literatka przedstawiła stanowiska swych bohaterów na temat ówczesnej kondycji Polonii, choć nie zawsze zgadzała się z nimi. „Emigracja zazwyczaj kończy się po ustabilizowaniu”. Z powodzeniem zmierzyła się z legendą noblisty Czesława Miłosza, który „Nigdy nie chciał być uwikłany w historii”, i jednocześnie z pogardą wyrażał się o „niesłychanym prymitywizmie Polonii amerykańskiej”.
    
Pisarka korzystając ze słów swych interlokutorów zapoznała czytelników z pojęciami emigracja i Polonia oraz z charakterystyką środowisk polonijnych. Zwięzłą definicję Polonii przytoczyła za  publicystą i działaczem polonijnym Benedyktem Heydenkorn: „termin Polonia obejmuje tych, którzy w jakiejkolwiek formie zachowują związek z Polską, jej kulturą, tradycją”.  Podzieliła się poglądami rozmówców w kwestii Polonii i ogólniej – emigracji oraz dała czytelnikom wykładnię problematyki emigracyjnej ze wszystkimi jej aspektami – organizacjami polonijnymi, rolą Polonii dla Polaków w kraju i za granicą, a także jej znaczeniem dla społeczeństw krajów goszczących rodaków. Wybierając określonych rozmówców dowiodła znaczącego wkładu Polaków w dorobek krajów, w których przyszło im działać, czy to w sferze nauki, kultury, polityki, gospodarki. Istotnemu udziałowi i zaangażowaniu Polaków w rozwój nowych ojczyzn sprzyjało, szczególnie w przypadku ostatnich fal emigracji (powojenna czy „solidarnościowa”), wyjątkowo wysokie wykształcenie polskich emigrantów w porównaniu z innymi grupami etnicznymi. Na ten fakt, w rozmowie z pisarka, zwrócił uwagę inżynier Zdzisław Przygoda.

Talent – to wybryk natury
     Przytaczając treści wywiadów lub tylko odtwarzając z pamięci rozmowy z osobistościami Polonii autorka w przemyślany sposób wybrała interesujące sformułowania lub fakty, uważając je za warte upowszechnienia poprzez swą poważną lub niepoważną wymowę. Co ważne, nie obserwuje się w tym zestawieniu żadnego rozdźwięku. Przeciwnie – momenty lżejsze pozwalają czytelnikowi odetchnąć po akapitach nasyconych dużą wagą treści filozoficznych przemyśleń. Jedne, jak i drugie, wplecione zostały w logiczny ciąg myśli, jakie Aleksandra Ziółkowska-Boehm pragnęła przekazać czytelnikom prezentując postaci wybitnych Polaków działających na obczyźnie. „Nieszczęście nie jest niczym innym jak maską na twarzy przeznaczenia” stwierdził pisarz i myśliciel Isaac Bashevis Singer, a obok pewna pani skomentowała swą pracę  u autora pieśni „Czerwone maki”, Feliksa Konarskiego, „O Jezu, to ja sprzątam u historii!
Literatka, od wielu lat tworząca poza granicami Kraju, tak kiedyś, jak i obecnie, po mistrzowsku posługuje się językiem ojczystym, dzięki czemu lekturę „Korzeni…” czy innych jej dzieł, uważać należy za szczególną ucztę duchową.
Mistrzyni pióra obficie cytuje fragmenty prozy swych kolegów po piórze doceniając ich wartość i wykazując się kompletnym brakiem zazdrości o konkurencję, a nade wszystko ujmując szlachetnością celów i czystością intencji. Moją uwagę zwróciło przesłanie dla pisarzy autorstwa Isaaca Bashevisa Singera oraz jego niezwykle cenne wskazówki dla twórców literatury. „Trzeba umieć pokazywać jednocześnie wyjątkowość i powszechność zjawiska, narodowość i uniwersalizm, realizm i mistycyzm”. Dywagacje owe kończy literat zaskakującym stwierdzeniem „Talent – to wybryk natury”. Natomiast w „Notach o wygnaniu” Czesława Miłosza pisarka znalazła, moim zdaniem, bardzo wartościowy akapit wyrażający cały tragizm emigracyjnej rzeczywistości:
Wzór. Był świadom swego zdania i ludzie czekali na jego słowa, ale zakazano mu mówić. Tam, gdzie teraz mieszka, może mówić, ale nikt go nie słucha, co więcej, zapomniał, co miał do powiedzenia”.



Emigracja to ciężki kawałek życia
     Publikacja Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm jest tym bardziej cenna, iż posiada wydźwięk utworu pisanego „ku pokrzepieniu serc”, ponieważ, jak ostrzegał potencjalnych przybyszów z Polski, publicysta i działacz polonijny Benedykt Heydenkorn, „Emigracja to ciężki kawałek życia… lecz z perspektywą radości, przygód, dostatku”. Podniesieniu samooceny rodaków służą godne najwyższego podziwu i szacunku biografie ludzi, mocno osadzone w naszej niełatwej historii. Można w nich znaleźć żołnierza Drugiego Korpusu Władysława Andersa, uczestnika bitwy o Monte Cassino, Kawalera Orderu Virtuti Militari, więźnia niemieckich obozów koncentracyjnych, kuriera i emisariusza Armii Krajowej. A propos - sienkiewiczowską Trylogię tłumaczył jeden z bohaterów książki, Wiesław S. Kuniczak, traktując ten przekład, a właściwie adaptację dzieła jako swoiste Opus vitae.
     Obraz Ameryki wykreowany przez Aleksandrę Ziółkowską-Boehm za pośrednictwem dyskusji ze znanymi rodakami, zamieszkałymi na północ od Meksyku, jawi się niemal jako ziemia obiecana. Jan Nowak Jeziorański, wieloletni dyrektor Radia Wolna Europa, przyznał „Poza Polską – tylko w USA nie czuję się cudzoziemcem ani emigrantem”. I dalej „Stany Zjednoczone pozwoliły mi przez wiele lat służyć mojemu krajowi”. Należy w tym miejscu zauważyć, że wszyscy bohaterowie książki to ludzie sukcesu, którzy być może, dzięki ryzykownej decyzji o opuszczeniu „kraju lat dziecinnych” (podjętej przez nich samych lub ich rodziców), osiągnęli w życiu tak wiele. Noblista, biochemik, Andrew Schally skwitował myśl o wdzięczności dla swej drugiej ojczyzny zdaniem „To Ameryka uczyniła moją pracę możliwą…”.
     Z dużym prawdopodobieństwem mogę przypuszczać, że opinię tę podzielali pozostali bohaterowie tomu (a może i jego autorka?)…

INGRID BERGMAN PRYWATNIE PAP






Ingrid Bergman prywatnie

 
ś

    Za wyjątkowy film w swojej karierze uważała nie "Casablankę" lecz rolę w "Joannie d'Arc" - mówi Aleksandra Ziółkowska-Boehm, autorka wydanej właśnie książki "Ingrid Bergman prywatnie", która jest bardzo osobistą opowieścią o życiu aktorki.

     Ingrid Bergman była laureatką trzech Oscarów. Jej rola w "Casablance" u boku Humphreya Bogarta przeszła do historii światowego kina. Grała w takich słynnych filmach, jak: "Anastazja", "Urzeczona", "Dzwony Najświętszej Marii Panny", "Joanna d'Arc", "Komu bije dzwon" "Morderstwo w Orient Expressie" czy "Jesienna sonata". Miała trzech mężów: Pettera Lindstroma, Roberto Rosselliniego, Larsa Schmidta i czworo dzieci: Pię, Robertina, Isabellę i Ingrid-Isottę.
. 
PAP-Pośród bohaterów pani książek - hubalczyków, powstańców warszawskich,żołnierzy Andersa, rodzin i rodówkresowych, postaci związanych z polską historią, pojawia się nagle wielka gwiazda światowego kina: Ingrid Bergman. Jak do tego doszło?
.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: - Nie stało się to nagle. Ingrid Bergman należała do ulubionych aktorów pokolenia moich rodziców, sama chętnie oglądałam jej filmy i czytałam książki o tej pięknej i utalentowanej kobiecie. Lubiłam jej powiedzenie: 'Niczego nie żałuję', ale naprawdę stała mi się w pewien sposób bliska poprzez opowieści mojego męża.
Od kiedy w 1990 r. wyszłam za mąż za Normana Boehma, opowiadał mi często o swojej słynnej kuzynce, pokazywał fotografie, pamiątki, listy pisane przez nią do amerykańskich krewnych: do jego babki Blendy, ojca Carla Normana i do niego. Wspomniał wizyty Ingrid w jego domu rodzinnym, pamiętał, że grał dla niej na pianinie m.in. 'Pieśń Indii' Rimskiego-Korsakowa i 'Walc minutowy' Chopina i że był bardzo przejęty, kiedy go, małego wówczas chłopca, pochwaliła za grę. Spotykał się z nią w Paryżu, Deauville, Londynie, Nowym Jorku, poznał Roberto Rosselliniego, Larsa Schmidta, Yula Brynnera, Ritę Hayworth, Anatola Litvaka. Te wspomnienia były barwne, intensywne. Przywoływałam wielką aktorkę kilkakrotnie w swoim pisaniu, aż wreszcie postanowiłam napisać o niej książkę.
 -Ale dlaczego stało się to dopiero teraz? Minęło przeszło dwadzieścia lat, odkąd pani poznała historię rodzinną Boehmów i Ingrid Bergman.
A.Z-B.- Może ważniejsze czy pilniejsze wydawały mi się tematy dotyczące polskiej historii, może nie chciałam być posądzona, że eksponuję ten temat, pokazuję mężowskie koneksje...
 -Chodziło o to, aby uniknąć tego, co Amerykanie nazywają"drop the names", chwalenia się znajomościami?
A.Z-B - Popisywanie się słynnymi nazwiskami jest tu uznawane za bardzo w złym stylu. Ale nie o to chodzi. Wydaje mi się, że tak jak w przypadku innych książek, historia musiała dojrzeć. Doczekać 'swojego czasu'. Isaac Bashevis Singer mówił, że dopiero wtedy, gdy pisarz odczuwa konieczność jej opowiedzenia - powinien zacząć pisać.
I tak postąpiłam, pokazując Ingrid Bergman prywatnie -poprzez wspomnienia bliskich jej osób, poprzez listy pisane przez 36 lat do rodziny Boehmów i przede wszystkim poprzez opowieści Normana. To on widywał jąw rozmaitych kameralnych sytuacjach rodzinnych, pierwszy raz, gdy klęczała na podłodze w łazience i kąpała w wannie swoją córeczkę Pię. Norman zauważyłwtedy, że Ingrid zachowuje się naturalnie i swobodnie, i że kąpanie córeczki sprawia jej wielką radość. Po latach Pia powie bodaj najpiękniejszą rzecz o matce, że posiadała cechę częstą u wielkich ludzi - miała urok wczesnej młodości, niemal dziecięcy.
 -Co nowego dowiemy się z pani książki o Ingrid Bergman?
A.Z-B - Sądzę, że nie jest powszechnie znany fakt, że aktorka urodzona w Szwecji miała krewnych w Stanach Zjednoczonych, z którymi utrzymywała serdeczny kontakt. Podobnie, nie jest ogólnie wiadome, że była pół Szwedką, pół Niemką. Ojciec aktorki Justus Bergman był Szwedem, a matka Friedel Adler - Niemką. W Ameryce, gdzie Ingrid Bergman zdobyła ogromną popularność, unikano wręcz wzmianek o jej niemieckim pochodzeniu. Podczas II wojny światowej i kolejnych latach po jej zakończeniu nie przypominano o niemieckim pochodzeniu znanych aktorów, tak np. uczyniono w przypadku Clarka Gable'a.
Ameryka także potrafiła się odwrócić od swoich ulubieńców. Kiedy Ingrid Bergman, już będąc we Włoszech, postanowiła się rozejść z Petterem Lindstromem, by poślubić Roberto Rosselliniego, wybuchł wielki skandal, nawet senator z Kolorado oficjalnie przytoczył jej nazwisko jako przykład zepsucia. Odwrócono się od aktorki, o czym sama pisze w liście do ciotki Blendy. To wtedy pocieszał ją dobry przyjaciel Ernest Hemingway, pisząc, że 'jest wielką aktorką, a wielcy aktorzy mają problemy z resztą świata. Ale też wszystko im się wybacza'.
 -Czy dokumenty rodzinne rzucają też nowe światło na twórczość aktorską Ingrid Bergman?
A.Z-B - W pewnych sprawach tak. Pia, córka aktorki, stwierdziła np., że Ingrid byłaby nieszczęśliwa, wiedząc, że 'Casablankę' uważa się za jej najlepszy film. Matka, jej zdaniem, znacznie wyżej ceniła i bardziej lubiła rolę Joanny d'Arc i ten film uważała za wyjątkowy w swojej karierze.
 -Co z amerykańskim wydaniem książki o Ingrid Bergman? Miało ono być wcześniejsze od krajowego.
A.Z-B - Musiałam zmienić wydawcę, bo ten poprzedni, koniecznie chciał 'podkręcać' temat, podgrzewać temperaturę, namawiając mnie abym skłoniła Normana, by opowiedział, że kochał się w swojej kuzynce, na co on, naturalnie, się nie zgodził. Wydawca argumentował, że książka się wspaniale sprzeda z takim wątkiem 'romantycznym' i bardzo się dziwił tej odmowie.
 -A co, według Normana Boehma było najważniejsze, najbardziej charakterystyczne dla Ingrid Bergman?
A.Z-B -Norman podkreślał, że Ingrid wyglądała na szczęśliwą,niezależnie od okoliczności życiowych, a te, paradoksalnie, dość często bywały trudne. Miała niezwykłe oczy i uśmiech rozświetlający twarz. Często wspominałszczególny rodzaj skupienia, z jakim podczas rozmowy kierowała swoją uwagę na drugąosobę. Podbijała serca publiczności nie tylko swoim wyglądem, ale i świeżością,delikatnością, nawet pewną bezbronnością. I tak ją zapamiętał.
*
Książkę "Ingrid Bergman prywatnie" opublikowało wydawnictwo Prószyński i S-ka. Aleksandra Ziółkowska-Boehm to polska pisarka na stałe mieszkająca w USA. Autorka blisko trzydziestu książek; publikuje w Polsce i w Stanach Zjednoczonych.

-Rozmawiała Anna Bernat. PAP , 24 maja 2013

HUBAL TYDZIEN POLSKI, Londyn, 14 sierpnia 2020

 

 TYDZIEN POLSKI, Londyn, 14 sierpnia 2020

HUBAL

WALERIA SAWICKA

 


 

piątek, 9 października 2020

Z księdzem dr. Stephenem Huffstetterem rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm

 

W wielkiej rodzinie Tiyospaye

 

Z księdzem dr. Stephenem Huffstetterem rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Księdza babcia nazywała się Grzeszkowiak i pochodziła z rodziny polskich emigrantów. Jaka była atmosfera w domu rodzinnym?

Rodzina mojej babci ze strony matki pochodziła z okolic Poznania, a przybyła do Stanów Zjednoczonych około 1900 roku. Większość z trzynaściorga dzieci urodziła się w Polsce, a moja babcia, najmłodsza z nich, urodziła się już w Chicago. Swoje nazwisko dziadkowie uprościli i skrócili do Gresko. Mieszkali godzinę drogi od nas, odwiedzaliśmy się regularnie, zawsze w święta. Babcia pracowała w szpitalnej kuchni. Wspaniale gotowała, moim ulubionym daniem była zupa z pierożkami i ciasto w kształcie baranka, które piekła na święta Wielkiej Nocy.

Gdy poszedłem do szkoły średniej, dziadkowie przenieśli się bliżej, mieszkali dwie przecznice od szkoły i zwykle po zajęciach przychodziłem do nich. Babcia nigdy nie narzekała. Zamiast zastanawiać się nad słabościami innych, zawsze widziała w ludziach coś w dobrego. Była też kobietą dużej wiary. Moi rodzice ciężko pracowali, ale dla nas – sześciorga dzieci – zawsze mieli czas. Mama wychowywała mnie do dwunastego roku życia, potem poszła pracować jako nauczycielka w szkole podstawowej. Ojciec uczył języka angielskiego w szkole średniej, wieczorami pracował w sklepie swojego ojca, mojego drugiego dziadka. W weekendy dodatkowo pracował w zakładzie fryzjerskim. W czasie wakacji podejmował się wielu różnych zajęć, nawet przy budowie domów.

Jedynym księdzem, którego znałem przez wiele lat, był ksiądz z naszej parafii, ojciec Anthony Letko. Sprawował posługę kapłańską w kościele św. Patryka przez 42 lata. Wiele dobrego robił dla ludzi i lubił być z nimi. Każdego tygodnia w naszej katolickiej szkole grał z nami w piłkę. Sam prowadził autobus szkolny, czasami zatrzymywał się przed kolejnymi domami i dawał w prezencie wielkie słoiki masła orzechowego i inne jedzenie, wiedząc, że pomaga rodzinom w trudnych czasach. Chciałem być tego rodzaju księdzem – być dla innych.

Dlaczego zainteresował się ksiądz Indianami?

Podczas studiów uniwersyteckich byliśmy zachęcani, by spędzić część naszych wakacji w rejonach, gdzie pracowali księża sercanie. Znałem kilka osób, które pracowały w Dakocie Południowej, dołączyłem do nich i spędziłem trzy miesiące letnich wakacji pomagając w ośrodku dla osób z zaburzeniami psychicznymi. Było to na terenie indiańskiego rezerwatu Eagle Butte. Czułem, jak bardzo potrzebna jest nasza pomoc i ta praca dawała mi dużą satysfakcję. Cztery lata później, między drugim i trzecim rokiem studiów teologicznych, ponownie tam pojechałem, uczyłem religii, grałem na gitarze i utworzyłem dziecięcy chór, który śpiewał w czasie niedzielnych mszy świętych. Utworzyłem koło zainteresowań dla ludzi starszych, odwiedzałem parafian w ich domach, szczególnie tych, którzy mieszkali daleko od kościoła. Nawiązałem wiele pięknych przyjaźni, dowiedziałem się sporo o kulturze amerykańskich Indian, spędzałem z nimi dużo czasu. Odjeżdżałem z poczuciem, że wiele mnie nauczyli i tym samym wzbogacili.

Po Eagle Butte kolejne dziewięć lat pracował ksiądz w rezerwacie Cheyenne River Sioux. Jakie doświadczenie dała księdzu praca na tych terenach?

Ważne jest nastawienie, ale i trzeźwe spojrzenie. Jeżeli się przyjeżdża do pracy w rezerwacie Indian z postanowieniem, że się "ocali świat", zmieni wszystkich i wszystko, to szybko można się zniechęcić i stracić zapał. Tacy ludzie nie zagrzewają długo miejsca, wykruszają się.

Ksiądz Leon Jan Dehon, który w 1878 r. założył Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego, zawsze zachęcał, by wejść między ludzi. Tak właśnie działo się w rezerwacie Cheyenne River. Nie czekałem, aż ludzie do mnie przyjdą sami, to ja jechałem do nich, odwiedzałem ich w domach. Niektórzy to byli biali, potomkowie tych, którzy od dawna mieszkali na tych ziemiach, inni to była ludność miejscowa – Indianie Lakota, dla których angielski był drugim językiem. Jeszcze inne społeczności to mieszanka Indian i białych oraz pokaźna grupa potomków Francuzów, którzy osiedlili się na tych terenach ponad 100 lat temu, handlowali wtedy skórami zwierząt. Poznałem indiańskich ranczerów, którzy lepiej się czuli w butach kowbojskich i kapeluszach niż w tańcach pow-wow. Spotkałem też tradycyjnych Indian, którzy tańczyli sundance i codziennie palili fajki.

Widziałem wiele biedy i wiele bólu. Widziałem ludzi, którzy doznali wielu cierpień i mimo to nie załamywali się. Potrafili się śmiać i opowiadać różne historie, cieszyli się życiem i z tego, że byli razem. Byli dla mnie dużą inspiracją. Kiedy wyjeżdżałem, żegnałem się z nimi ze łzami, oni podobnie reagowali. To była oznaka, że dawaliśmy i otrzymywaliśmy miłość.

Jest ksiądz autorem interesującej książki "Lakota Grieving" (Tipi Press, Chamberlain, SD, 1998) na temat rytuałów związanych ze śmiercią i okresem żałoby wśród Indian Lakota (Siuksów). Pisze w niej ksiądz, że chrześcijaństwo jest otwarte na zwyczaje tubylczej ludności, przytacza słowa Papieża Jana Pawła II z 1985 roku na ten temat. Jak dalece istnieje symbioza, a jak dalece tarcia i nieporozumienia? Jaki jest katolicyzm wśród Indian Lakota?

Książka służy jako pomoc naukowa na kursach przygotowawczych dla tych, którzy wybierają się do pracy w rezerwacie indiańskim; co najmniej dwa uniwersytety korzystają z niej jako podręcznika.

Międzykulturowość nie jest łatwa. Jeżeli nie są respektowane podstawy katolicyzmu, wchodzi się na błędną ścieżkę synkretyzmu. Jeżeli nie ma się szacunku dla kultury i zwyczajów ludzi, wśród których się pracuje, wkracza się na ścieżkę kulturowego imperializmu. Trudności i tarcia są normalne, podstawą jest prawdziwy dialog. To wszystko jest niełatwe, ale warte starań.

Kateri Tekakwitha z plemienia Mohawków była pierwszą Indianką z Ameryki Północnej, która została beatyfikowana w Kościele katolickim. Dopóty to nie zakłóci podstaw prawdy wiary katolickiej, Indianie, wyznawcy katolicyzmu, mogą się modlić w sweat lodge [ceremonialna sauna], aby – według ich wierzeń – nastąpiło oczyszczenie, mogą także chodzić do spowiedzi. Latem mogą brać udział w ceremonii Sundance czy utrzymywać post w okresie wielkopostnym. Katolicy Indianie Lakota mogą w modlitwie przywołać imiona Wielkiego Ducha (Wakantanka) czy Pradziada (Tunkasila). Niektórzy modlą się poprzez śpiew w rytm bębna. To są indywidualne wyrazy ekspresji i potrzeb. Sposób ekspresji sięga do obu tradycji i wzbogaca duchowość o dodatkowe elementy.

Napisał ksiądz, że w kulturze i tradycji plemienia Lakota żałoba "ma swój czas" i wspomniał, że w kulturze amerykańskiej żałobę się minimalizuje albo wręcz odsuwa, zaprzecza bólowi.
Czy uważa ksiądz, że jest to typowe dla kultury zachodniej?

Nie mieszkałem poza Stanami Zjednoczonymi i nie wiem, jak jest w innych kulturach zachodnich. Ale w kulturze amerykańskiej oczekujemy, że ludzie po śmierci bliskich powrócą szybko do "normalnego życia". Tymczasem to jest duża wyrwa, boleść i opłakiwanie trwa nieraz bardzo długo.

Indiańska Szkoła św. Józefa w Chamberlain w Dakocie Południowej, której jest ksiądz dyrektorem, ma dobrze zorganizowany woluntariat.

Wiele osób pyta o woluntariat. Jako szkoła mamy regulamin, konkretne oczekiwania i wymagania. Musimy mieć na uwadze dobro dzieci, więc przyglądamy się ludziom, którzy przechodzą specjalne przeszkolenia. Jednak znacznie lepiej mieć opłacanych stałych pracowników niż woluntariuszy, którzy przychodzą i odchodzą.

Szkoła istnieje dzięki datkom ludzi dobrej woli z całych Stanów Zjednoczonych. Czy zgadza się ksiądz ze mną, że Amerykanie są wyjątkowo szczodrym narodem?

Absolutnie tak! Spotykam ludzi o wielkim sercu. Uważam, że Amerykanie są ludźmi bardzo szczodrymi. Nieraz wręcz mnie zdumiewa, że nasza niewielka szkoła ma tylu życzliwych ludzi w całym kraju, a nawet w świecie, którzy są częścią naszej wielkiej rodziny Tiyospaye. Wielu Amerykanów wie, że Indianie nie byli dobrze traktowani i mają w sercu wiele serdeczności dla nich. Ale też chcą widzieć rezultaty swojej szczodrości. Pytają o dzieci, które kończą szkołę, o ich przyszłość i stojące przed nimi możliwości.

Jaki jest największy problem, z którym szkoła się zmaga?

Niewielu mamy absolwentów szkół średnich, choć prowadzimy specjalne programy i zachęcamy do kończenia szkoły średniej w samym Chamberlain. Zachęcamy do studiów na wyższych uczelniach. Niektórzy idą do wojska, inni szukają pracy. Są niemałe trudności, np. gdy dzieci idą do szkoły średniej, czują się samotne. Rodzice też chcą je mieć bliżej lub wręcz obok siebie, chcą, by starsze dzieci zajęły się młodszym rodzeństwem. Nasi uczniowie patrzą na kolegów z innych szkół i widzą, że nie ma tam takich wymagań, oczekiwań, dyscypliny, zakazów.

Jakie jest księdza marzenie, życzenie jako dyrektora indiańskiej Szkoły św. Józefa?

Chcielibyśmy, by każde dziecko mogło wykorzystać swój potencjał. Chcemy wszystkim dzieciom dać poczucie, że są ważne, kochane, że się je szanuje. A nasze marzenia? Żeby młodzi Indianie po skończeniu szkół powrócili na tereny, z których wyszli, otworzyli biznesy, pracowali w zawodach nauczycieli, wychowawców. Czy nie byłoby wspaniale, gdyby po mnie przejął pracę duszpasterską ksiądz Indianin Lakota? A moim współpracownikom życzę, by czuli, że są częścią wielkiej sprawy, że ich praca jest ważna, potrzebna, że zmienia innym życie. Aby odczuwali satysfakcję i dumę z pracy dla Szkoły św. Józefa.

Dziękuję za rozmowę.