Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksandra Ziolkowska-Boehm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksandra Ziolkowska-Boehm. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 listopada 2023

BITWA O MONTE CASSINO IN ENGLISH

https://dzieje.pl/dziedzictwo-kulturowe/wkrotce-amerykanskie-wydanie-bitwy-o-monte-cassino-battle-monte-cassino >DZIEJE PORTAL HISTORYCZNY 06.11.2023 Dziedzictwo Kulturowe <b>Polacy na frontach II wojny światowej ***** Wkrótce amerykańskie wydanie „Bitwy o Monte Cassino” – „Battle of Monte Cassino” „Bitwę o Monte Cassino” – dokument wielkiej bitwy, jedną z najbardziej znanych książek Melchiora Wańkowicza, która zapisała się trwale w historii polskiego reportażu, przygotowuje do wydania amerykańskie wydawnictwo Lexington Books. Autorem tłumaczenia książki na język angielski jest prof. Charles S. Kraszewski, urodzony w 1962 r. w USA slawista, autor przekładów z literatury polskiej, czeskiej, słowackiej także z greki i łaciny. Jest również poetą; jego wiersze ukazały się w czasopismach literackich w Stanach Zjednoczonych, m.in. "Poetry South", "Chaparra", "Valley Voices" i "Red River Review". Tłumaczenie sponsorowało Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce - Okręg 2 w Nowym Jorku. "To była benedyktyńska praca. Prof. Charles Kraszewski podjął się przekładu, kiedy jeszcze nie było zgromadzonych środków finansowych, aby choć w części uhonorować wielki trud tłumacza. **** Dobrze się złożyło, że do środowiska Weteranów Armii Polskiej w Nowym Jorku dotarła o tym wiadomość, między innymi w skutek materiału na temat planowanego amerykańskiego wydania książki, opublikowanego przez Polską Agencję Prasową" - zaznaczyła w rozmowie z PAP Aleksandra Ziółkowska- Boehm, która jest autorką wstępu do amerykańskiego wydania i obecnie opracowuje indeks nazwisk do książki. Trzytomowa "Bitwa o Monte Cassino" powstała w latach 1945-1946 w Rzymie i Mediolanie, a wydana została przez Wydawnictwo Oddziału Kultury i Prasy II Polskiego Korpusu. Jest niewątpliwie jedną z najbardziej znanych książek Melchiora Wańkowicza. Wańkowicz zbierał materiały „na gorąco”, w czasie toczących się walk. Dotarł do każdej kompanii, każdego plutonu, weryfikował dane, sprawdzał w dowództwach, wśród żołnierzy. "Książka tchnie prawdą, choć nie jest montażem. + Bitwa o Monte Cassino+ otworzyła w Polsce nowy rozdział wielkiego współczesnego reportażu wojennego. Nie był to pamiętnikarsko-wspomnieniowy opis walk i wrażeń odnoszących się do tylko jednego z uczestników bitwy" - pisze we wstępie Ziółkowska-Boehm. "Wańkowicz wkroczył do polskiej literatury faktu ze swoim doświadczeniem reporterskim i talentem, dając książkę zupełnie nowatorską. Tworzył ją, nie relacją, nie zbiorem dokumentów, ona jest po prostu obrazem wielkiej bitwy. Każde niemal słowo ma znaczenie, a pisarz umiejętnie tymi słowami operuje". Z Wańkowiczem przy pisaniu "Bitwy o Monte Cassino" współpracowało kilka osób. Jego sekretarką była Zofia Górska, późniejsza znana pisarka Zofia Romanowiczowa. Ogromną rolę w powstaniu książki odegrał artysta grafik, Stanisław Gliwa: gromadził fotografie, odwiedzał wspaniale zaopatrzone archiwa alianckie, korzystał ze zdjęć robionych przy II Korpusie. W sumie Gliwa wybrał około sześć tysięcy zdjęć i dopiero z nich dokonywał selekcji. Znakomite fotografie w książce są autorstwa kilku fotografów, m.in. Tadeusza Szumańskiego; znajdują się też w niej rysunki Mariana Bohusz-Szyszki. Trzytomowa edycja książki zawiera aż 1968 ilustracji, w tym 937 fotografii, 590 portretów uczestników, 327 rysunków, 87 map. W indeksie jest 1562 nazwisk. **** "Czytelnicy odebrali książkę jednoznacznie pozytywnie i przez wiele lat była jak Biblia dla wielu rodzin. Została jako dokument wielkiej bitwy i zapisała się trwale w historii polskiego wielkiego reportażu" przypomina we wstępie do obecnego amerykańskiego wydania" - Ziółkowska-Boehm. **** "Indeks nazwisk do obecnego wydania, to kolejny etap +mrówczej+ pracy nad książką. Żyją przecież w różnych częściach świata rodziny żołnierzy 2 Korpusu Polskiego, którzy brali udział w bitwie o Monte Cassino i dla nich, bez wątpienia, ma znaczenie i historycznie i pewnie przede wszystkim emocjonalne przeczytanie nazwiska krewnego, znajomego rodziny czy przyjaciela w amerykańskim wydaniu dzieła Wańkowicza" - zauważa Aleksandra Ziółkowska-Boehm. *** 2024 to „rok rocznic”: pięćdziesiąta rocznica śmierci Melchiora Wańkowicza, 80. rocznica bitwy o Monte Cassino, 80. rocznica Powstania Warszawskiego. Daty te wiążą się mocno z twórczością pisarza. Sejm RP ustanowił rok 2024 Rokiem Melchiora Wańkowicza - "niepokornego, odważnego, wnikliwego dziennikarza, pisarza i reportażysty. Kierował się prawdą i jej służył" - głosi uchwała. . "Dobrze, że właśnie w 2024 r. ma szansę ukazać się +Bitwa o Monte Cassino+ w Lexington Books, amerykańskim wydawnictwie specjalizującym się w publikacji książek historycznych. W 2013 roku ukazała się tam po angielsku książka mojego autorstwa poświęcona pisarzowi: +Melchior Wańkowicz - Poland’s Master of the Written Word+. Tak więc powrócił Wańkowicz na kontynent, z którym związana była część jego trudnej powojennej biografii” - dodaje Ziółkowska Boehm. *** Aleksandra Ziółkowska-Boehm, dr nauk humanistycznych była sekretarką pisarza przez ostatnie półtora roku życia Melchiora Wańkowicza. Jest też autorką pięciu (wznawianych) książek o Melchiorze Wańkowiczu; to jej pisarz zadedykował drugi tom „Karafki La Fontaine’a” i zapisał w testamencie swoje archiwum. *** W wydawnictwie Lexington Books ukazało się pięć tytułów Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm: "Kaia Heroine of the 1944 Warsaw Rising"; "The Polish Experience Through World War II: A Better Day Has Not Come"; "Melchior Wańkowicz Poland’s Master of the Written Word"; "Polish Hero Roman Rodziewicz Fate of a Hubal Soldier in Auschwitz, Buchenwald, and Postwar England"; "Untold Stories of Polish Heroes From World War II" . XXX (PAP) Autorka: Anna Bernat abe/ dki/

niedziela, 31 lipca 2022

Marcin Kula, Wańkowicz po latach: towarzysz podróży historyków

<b>Marcin Kula Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie Wańkowicz po latach: towarzysz podróży historyków Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Wokół Wańkowicza, PIW, Warszawa 2019, s. 696. Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm imponuje rozmiarami oraz zapleczem materiałowym. W swoich opisach i analizie autorka wykorzystuje po pierwsze wiedzę, jaką zyskała, będąc przez lata sekretarką i asystentką Melchiora Wańkowicza. To jej przekazał swoje, skrupulatnie prowadzone archiwum, toteż miała dostęp do notatek pisarza, jego listów i wycinków. Sama korespondowała z mnóstwem ludzi, którzy mieli z nim kontakt. Prześledziła publikowane reakcje na jego książki. Przejrzała odnoszące się doń akta w archiwum paryskiej „Kultury” i w IPN… To nie jest „tylko" książka wspomnieniowa. Wspomnienia zostały w niej połączone z rezultatami wielkiej pracy, której trud przede wszystkim historyk potrafi docenić. xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Aleksandra Ziółkowska-Boehm stała się naszym przewodnikiem po drogach życia Wańkowicza. Widzimy jego codzienne bytowanie, różne prywatne sprawy, czytamy listy – co zresztą jest ciekawe nie tylko dla tej postaci, ale również dla refleksji nad historią kultury szeroko rozumianej. Towarzyszymy pisarzowi w smutku ostatniego okresu, kiedy był chory („Gdy pytałam, co go gnębi, opowiadał historie często sprzed lat, przypominał całożyciowe przykrości. Wszystko to, co mówił, było smutne, przygnębiające, czasami zdumiewające...” - s. 97). Z książki można się dowiedzieć o najróżniejszych sprawach, z którymi Wańkowicz mial kontakt – na przykład o historii wydawnictwa „Rój", o życiu emigracji, o paryskiej „Kulturze”. Także o sporach i namiętnościach nie tylko literackich wokół dzieł pisarza (na przykład o druku przez Związek Niemieckiego Wschodu niemieckiego tłumaczenia „Na tropach Smętka”, z numerowanymi egzemplarzami, dla poznania metod Polaków – co mojemu pokoleniu niestety żywo przypomina, dajmy na to, biuletyny tekstów zachodniej prasy, nawet tekstów audycji WE, przygotowywane dla osob zaufanych w PRL). xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Badania autorki w zakresie życia i twórczości Wańkowicza były zbieżne – bowiem dzieło pisarza było wyjątkowo splecione z jego życiem. To był człowiek, który nie przestawał być reporterem (Wańkowicz: „Gdy jadę tramwajem, coś zmusza mnie do tego, bym się dowiedział, jaką książkę czyta ów pan w przeciwległym kącie wozu. Śledzę jakąś parkę na przestrzeni kilku ulic, aby się dowiedzieć, jakim mówią językiem. Zaglądam do cudzych okien, odczytuję wszelkie szyldziki na drzwiach mieszkań kamienicy, do której przybywam w odwiedziny, szukam na cmentarzu znajomych nazwisk. Obojętnych mi ludzi wypytuję o ich życie. Niezwykłe nazwy ulic zmuszają mnie do zastanowienia się, dlaczego one tak właśnie brzmią. Chciałbym przetrząsnąć każdą rupieciarnię i każdy stos starych papierów. Każdy napis "Wstęp wzbroniony" nęci mnie do przekroczenia zakazu, każda tajemnica zachęca do jej zgłębienia” - s. 181). Przeprawiając się wpław przez Dniestr pod koniec września 1939 r., Wańkowicz przeniosł maszynę do pisania (!). Potem pisał czy to o „codzienności” wojennej tułaczki, czy o wielkich sprawach. Gdzie go los rzucił, tam obserwował i opisywał otoczenie. Gdy go ten los uwikłał go w wojnę, tworzył obraz wojny. Gdy go zaniósł go do Palestyny, to tam rozwijał swoje zainteresowanie Żydami i syjonizmem. Fascynował się Ameryką, gdzie spędził dziewięć lat. Żyjąc wśród emigrantów, obserwował i definiował dylematy, wobec których stali (Wańkowicz: „W 1949 roku sądzę, że Rosja zwycięży, ale nie potrafi urządzić świata. I rozleci się. Iść za stroną skazaną na przegranie przeciw Rosji, jest bezmyślnym samobojstwem, a walka o rzekome walory kultury zachodniej – zakłamaniem publicystów, którzy potrafią recytować Wyspiańskiego, ale z ekonomii politycznej nie przeczytali nawet jednego podstawowego podręcznika” - s. 278). xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Gdzie Wańkowicza coś interesowało – tam starał się pojechać (bolszewicka Rosja, Meksyk okresu wojny religijnej). Po latach Ryszard Kapuściński zaczął pewien ustęp, chyba nie zdając sobie sprawy jak charakterystyczne dla siebie formułuje zdanie: „Gdy jechałem na rewolucje do...” (dalej padła nazwa jakiegoś kraju afrykańkiego, której już nie pamiętam). Podczas jakiejś konferencji o problemach społecznych w Ameryce Łacińskiej Kapuściński wyszedl, mówiąc, że wróci później – bowiem dotarło do niego, że właśnie w tym mieście, trochę dalej, rozgrywa się bijatyka manifestantów z policją; poszedł tam zatem, by samemu obejrzeć ekspresję problemów społecznych. Właśnie taka była odpowiednio wcześniej postawa Wańkowicza. Kapuściski nie musiał go oczywiście naśladować – ale przynajmniej w tym wymiarze postawa wielkich twórców reportażu była podobna. xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Pisząc swoje reportaże, Wańkowicz z pewnością nie myślał o przyszłych historykach. Stworzył jednak dla nas niezwykłe źrodło – i w tym sensie stał się towarzyszem naszej podróży w czasie. Dysponujemy różnymi źródłami – ale reportaże z epoki mówią do nas w inny sposob niż materiały aktowe, nawet niż różnego typu raporty. To są opisy zawodowych i zapasjonowanych obserwatorów, którzy najczęściej umieją patrzeć, analizować i uogólniać. Wystarczy zreszta popatrzeć na współczesnych polskich reporterów (by wymienić przykładowo: Jacka Hugo-Badera, Adama Leszczyńskiego, Małgorzatę Rejmer, Ziemowita Szczerka, Mariusza Szczygła, Małgorzatę Szejnert, Wojciecha Tochmana…). Przyzwoity reporter to obserwator nieraz bardziej wiarygodny niż wielu innych autorów źródeł opisowych, gdyż najczęściej jest mniej od nich zainteresowany osobiście sprawą, o której pisze. Nadto najczęściej stara się zrozumieć obserwowanych ludzi, wczuć się w ich pasje. Istnieje oczywiście niebezpieczeństwo, że reporter pójdzie mocno w kierunku literatury, że – jak wielki malarz – przedstawi atmosferę sytuacji nawet kosztem dokładności jej odzwierciedlenia. Wańkowicz, jak pisze autorka, „wprowadził reportaż polski na szerokie drogi literatury faktu” (s. 175). Czasem obserwowano takie podejście u Kapuścińskiego, którego teksty czyta się znakomicie i z pożytkiem dla zrozumienia biegu spraw, ale czasem z pytaniem, czy odmalowane w szczegółach sytuacje doprawdy tak wyglądały. Teksty Wańkowicza chyba mogą być jednak źródłem nawet dla historyka najbardziej wiernego kanonom uprawianego zawodu. Nie da się dziś pisać o Polakach w Prusach Wschodnich, czy o COP-ie, bez ich lektury. Sam notabene z pożytkiem korzystałem z wańkowiczowskich reportaży dotyczących Palestyny i Meksyku. Ciekawe były wrażenia pisarza z bolszewickiej Rosji. Niektore z jego reportaży były dosłownie unikalne – jak wywiady z Rydzem-Śmigłym i z Beckiem w Rumunii, czy z Abrahamem „Yairem” Sternem, żydowskim terrorystą poszukiwanym przez Anglików. Wańkowicz, będąc w Palestynie, starał się o kontakt z nim. Nie mógł go uzyskać – co nie dziwne. W końcu dostał wiadomość, że ktoś przyjdzie do niego wieczorem i od przebiegu rozmowy zależy, czy dojdzie do spotkania. Rozmowa toczyła się przez całą noc. Gość ulotnił się po końcu godziny policyjnej. Troche później Wańkowicz wyszedł na ulicę i na plakatach z ogłoszeniami o osobie poszukiwanej zobaczył swojego rozmówcę. Wątkiem interesującym dla historyka jest jednak także samo życie Wańkowicza. Biologowie mawiają, że patrząc na kroplę wody pod mikroskopem można wiele dowiedzieć się o nadspodziewanie szerokich zagadnieniach. Bogate życie Wańkowicza mogłoby być pryzmatem, przy pomocy którego dałoby się napisać kawał historii Polski. Niektóre jego etapy dokumentował sam Wańkowicz, inne – albo te same – opisała oraz zilustrowała dokumentami autorka. W książce pojawia się życie przedwojenne pisarza, dzieje wydawnictwa „Rój”, zawirowania wojenne, jego życie na emigracji i (co ważne!) wśród emigrantów, kontakty z „Kulturą”, decyzja o powrocie i jej echa w środowisku emigracyjnym... no i życie w PRL. Ten ostatni etap bardzo mnie zainteresował – bowiem nasunął mi pytanie jakie okoliczności sprawiły, że w komunistycznej Polsce Wańkowicz mógł być tak wielką postacią. Potwierdził też moje przekonanie, wywiedzione zarówno z pracy zawodowej, jak ze wspomnień, o niekoherencji tego systemu przynajmniej po 1956 r. Stwierdzenie, że Wańkowicz był wielką postacią bowiem był wielkim pisarzem, jest tylko częściową prawdą. W PRL nie on jeden był wybitnym pisarzem, a mało kto został tak zapamiętany. W końcu władze mogły nie dopuścić, by rósł w siłę jako pisarz. Myślę, że jego popularność w pierwszym rzędzie budowały cechy osobiste. PRL była w znaczącym stopniu krajem ludzi szarych i typowych. Nawet wśród relatywnie znanych postaci mało było oryginałów, osób nietuzinkowych, nieszablonowych. Takich władza zresztą nie lubiła. Wańkowicz zaś taki był. Robił wrażenie swoją postawą, przynajmniej zewnętrzną pewnością siebie, rozbudowanym ego („Ileż różnych cech miał w sobie ten czlowiek! Był jednocześnie i egoistą, i gotowym do poświęceń, wielkim łgarzem, egocentrykiem, gruboskórnym, a także wrażliwym na ludzkie cierpienie, lękającym się o sobie myśleć jako o wielkim pisarzu, delikatnym, czułym, tkliwym. Był sprzecznością. Sama nie wiem, które cechy dominowały, zależało to od ludzi, od układów, od sytuacji” - s. 101; „Był sprzecznością: i chciał, i nie chciał nagrody państwowej, orderu, uroczystego pogrzebu, wielkiej śmierci” - s. 110). Bardzo mało było w PRL ludzi utrzymujących styl człowieka "do wypitki i do wybitki", przypominających szlachcica we dworze, prowadzących otwarty dom, gdzie bywała „cała Warszawa” („Lubił przyjmowć ludzi, lubił dawać dobrze zjeść. Ugaszczał ich delicjami, smakołykami, wyszukanymi różnościami, jak ośmiorice, ślimaki, żaby itp.” - s. 103). xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Był trochę człowiekiem dawnych czasów – co w PRL nie zdarzało się często, przynajmniej wśród osób funkcjonujących publicznie. Utrzymywał szeroką korespondencję, masowo otrzymywał listy od najróżniejszych nadawców, w tym od „zwykłych ludzi”. Wątpię, czy wiele znanych osób ludzi w ówczesnej Polsce odpowiedziałoby na list z pytaniem, czy dziecko ma nazwać psa „Dupek” (imię psa Wańkowicza), czy „Melchorek” (oczywiście od imienia samego pisarza). Jeszcze mniej odpowiedziałoby następująco: „Drogi Kubusiu, odbyłem z Dupkiem naradę, ale na razie do niczego nie doszliśmy: on chciał, żeby Twoj piesek nazywał się Dupek, a ja – żeby Melchiorek. Ale stało się tak, że już jedna dziewczynka nazwała swój jasiek Melchiorkiem, a biednego Dupka nikt jeszcze nie uczcił. Wobec czego powiedziałem Dupkowi >>mądry głupiemu ustąpi<<, na co on zamerdał ogonkiem. Ale powiedziałem: dobrze, niech piesek Kubusia zostanie Dupkiem Nr 2 i nie przynosi wstydu, ale na drugie imię niech ma Melchiorek. Na co Dupuś polizał mnie w nos, a więc się zgodził. Tak więc, jeśli Twój piesek będzie miał synka, to mu koniecznie wpisać należy imię ojca: "Dupek-Melchiorek". Daj mu z powodu tych chrzcin jakąś honorową kość. Całuję Ciebie – Melchior Wańkowicz” (s. 63-64). Pisarz był – co wówczas rzadkie - człowiekiem-firmą, autorytetem otwartym na kontakty, wręcz lubiącym chcących się do niego zbliżyć. Zatrudniał sekretarkę, budował dom, gromadził własne archiwum, produkował mnóstwo tekstów. Był atrakcyjny jako człowiek z Zachodu. Jako ten, który wrócił, był dla władz do pewnych granic wygodny. Jego dzieła znajdowały uznanie czytelników w różnych gronach – także w szeroko rozumianym środowisku ludzi władzy. Wówczas było w nim przecież już znacznie więcej ludzi o mentalności z grubsza przeciętnej niż charakterystycznej dla wiekowych komunistow. W latach sześćdziesiątych PZPR coraz bardziej uderzała w nutę patriotyczną. Robiła to i dawniej, ale wówczas ta patriotyczna stopniowo stawała się niemal jedyną. Coraz częściej wracał klasyczny dyskurs o bohaterstwie Polakow. Oczywiście, cała ta ewolucja miała ograniczenia – ale zaryzykuję powiedzenie, że właśnie dlatego mówienie o Monte Cassino było dla ówczesnych władz wygodniejsze niż mówienie na przykład o AK i Powstaniu Warszawskim. W ramach tej ewolucji Wańkowicz mógł być nawet wygodny z punktu widzenia władz. Prawda, bywały z nim kłopoty. Nie chciał siedzieć cicho. Podpisal list 34. Praktycznie nie ukrywał swoich myśli. Gdy przyszedł kiedyś do mojego liceum na spotkanie z młodzieżą, ktoś z uczniów (nie ja!) zapytał go dlaczego nie pisze o… i tu wymienił jakąś sprawę wtedy drażliwą, doprawdy nie pamiętam już jaką. Pisarz odpowiedział jednym słowem: „Dlatego”. Brak mi talentu Wańkowicza (sic!), by oddać tę scenę – ale nikt na sali nie miał wątpliwości, że miało to znaczyć, iż władza nie pozwala. Niemniej jednak narastający w latach sześćdziesiątych moczaryzm go potrzebował. On zresztą przyjmował w domu niektorych ludzi wyraźnie o takiej orientacji (Załuskich, Jana Zygmunta Jakubowskiego) – trudno powiedzieć, czy cynicznie, czy z prawdziwej chęci. Na tym tle proces Wańkowicza był czymś więcej niż strzeleniem sobie przez establishment w stopę („Ostatecznie proces przyniósł Wańkowiczowi jeszcze większa popularnosć, stał się kimś w rodzaju bohatera. Ludzie zatrzymywali go na ulicy, otrzymywał kwiaty i listy od czytelników. Znany był powszechnie wypadek, kiedy przyszedł do teatru, zajął miejsce w pierwszym rzędzie i w połowie aktu jeden z aktorów, rozpoznawszy go, podszedł do rampy, ukłonił się i dopiero potem wznowił grę. Brawa publiczności pokwitowały to zdarzenie” - s. 358). xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Ten proces był czymś sprzecznym z logiką ówczesnej ewolucji PZPR. Całe posunięcie bardziej pasowało do Gomułki niż do Moczara i wszystkich ówczesnych arywistów z tego okresu. Nie mam na to żadnych dowodów, ale odnoszę wrażenie, że proces Melchiora Wańkowicza (1964) był nie tylko ukaraniem pisarza przez Gomułkę ze złości za niepodporządkowywanie się PRL-owskim władzom, ale również komunikatem dla środowiska literackiego, że władza jest zdecydowana wymóc posłuszeństwo (jeśli nie zawahała się zamknąć, postawić przed sądem i skazać na 3 lata tak wybitnego pisarza, na dodatek mającego wtedy 72 lata…). Ostatecznie władza nie zdecydowała się uwięzić Wańkowicza – choć istnieje legenda jakoby on w pewnym sensie nawet chciał tego. Trudno oczywiście powiedzieć, że ktoś chce siedzieć w więzieniu – ale on też w swojej roli oskarżonego coś rozgrywał. xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Logiki trudno się było doszukać w systemie także w przedstawianych w książce mniejszych sprawach. Po przyjeździe do Londynu pisarza odległego duchowo (i zaznaczającego swój dystans ukrytymi, ale przecież wyczuwanymi przez władzę czynami) witał na miejskim teminalu lotniczym konsul z koniakiem i kwiatami. Zasłużony dla wydawania Wańkowicza wydawca utrzymywał jakieś mętne konszachty z SB w wysiłkach pozyskania jego archiwum, zresztą nie udanych. Jak owego wydawcę dzisiaj oceniać – nawet tylko w ramach tematu „Wańkowicz”? Co było ważniejsze? xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Józef Tejchma, wicepremier i Minister Kultury, osłaniał pisarza i pozostawał z nim w prywatnych stosunkach tak bliskich, że ten do jego żony pisał wierszyk: „Tejchmo Alicjo, Moja delicjo...” (s. 84). Pisarz aresztowany, z rewizją przeprowadzoną nawet w zawodowych materiałach, był jednak przetrzymywany w dobrych warunkach poza regularnym więzieniem. Został skazany, ale zwolniony od odbycia kary. Skazany, ale przyjęty na rozmowę przez samego Gomułkę („Pisarz mówił, że jedynie w Polsce możliwa jest sytuacja, aby skazany żył z wyrokiem półtorarocznego więzienia, poruszał się swobodnie, a nawet wyjeżdżał za granicę” - s. 358). xxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Nawet jeżeli w tle może kryły się rozgrywki wewnętrzne w ramach PZPR, których nie znamy – to opisywane zjawisko było jednak głębsze. Wańkowicz, pisarz opozycyjny, procesował się z Tadeuszem Walichnowskim – czołową postacią moczaryzmu, jedną z głównych postaci ofensywy marcowej, jedną z najmocniejszych postaci ówczesnego establishmentu policyjnego. Dobrze, procesował się o to, że tamten w swoim dziele napisał, iż „Na tropach Smętka” przyczyniło się do śmierci wielu osób (wskazując je Niemcom). Niemniej jednak procesował się. Proces zresztą wygrał – co niestety niewiele mu przyniosło, gdyż nie dożył wyroku. XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Ten system był niekoherentny, niespójny, zaś Wańkowicz swoją postacią i swoją twórczością, nawet okraiwaną, ową niekoherencję powiększał. W Polsce czytano „Bitwę o Monte Cassino”, nawet jeśli okrojoną, w wielkich nakładach, nieporównywalnych z ewentualnym przeszmuglowaniem pewnej liczby tej książki z Zachodu – co pewno miałoby miejsce, gdyby tam pozostał. Barwność postaci pisarza też była elementem zdrowia w niezdrowej PRL. Choćby dla takich przyczyn cenne było, że wrócił – wbrew wszystkim krytykującym ten jego krok. Z punktu widzenia cech systemu PRL – pomijając oczywisty ludzki aspekt sprawy – ciekawe są ostatnie momenty życia pisarza. Aleksander Małachowski odnotował: „Umierający Melchior Wańkowicz wezwał moją żonę oraz mnie i przez wiele nocnych godzin przekonywał nas, dlaczego nie możemy dopuścić , by mu sprawiono uroczysty, państwowy pogrzeb. Oni - mówił - zechcą to zrobić nie dla mnie, ale po to, by się sfotografować przy mojej trumnie”. Pisarz wyraził życzenie, by w nagrobku na rodzinnym grobie nie naprawiać rzeźby uszkodzonej kulą wystrzeloną podczas Powstania Warszawskiego. Skądinąd dziś powszechnie uważany za nieskończenie tępiony Kościół wysyłał księdza z ostatnią posługą choć Wańkowicz o niego nie prosił. W pogrzebie uczestniczył minister kultury, pogrzeb prowadzil jeden z biskupów, kamery TV filmowały (unikając widoku księży w kadrze), SB spisała swoje raporty z pogrzebu, cenzorskie zapisy w sprawach związanych z Wańkowiczem trwały, rzecz jasna, po jego śmierci. W sumie: totalne pomieszanie, ale lepiej było tak, niż inaczej. XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Last but not least, dla historyka ciekawe jest widoczne w sprawach Wańkowicza długie trwanie pewnych spraw dziejowych. One się w Polsce – choć nie tylko tu – nie mogą skończyć, niektóre nawet odradzają się. Za PRL niektóre były wyciszane, ale może tym bardziej żyły. Gomułka pomówił Jasienicę o sprawy z grubsza ćwierć wieku wcześniejsze – a potem miała miejsce okropna rozmowa Wańkowicza z umierającym. Upadł komunizm, a Polska wciąż żyje historią. Inni teraz mówią o Wałęsie sprzed pół wieku. Mnóstwo ludzi jest przekonanych, że tak trzeba i że w ogóle można rozwiązać wszystkie dawne sprawy. Także o tym, że o obraz przeszłości trzeba walczyć (w praktyce przy odwołaniu się do niego trzeba walczyć z przeciwnikami). W sumie: mało to zachęcające, przynajmniej z punktu widzenia historyka, który wolałby widzieć poparcie dla badań niż boje prowadzone w ramach tzw. polityki historycznej. XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Marcin Kula, Wańkowicz po latach: towarzysz podróży historyków, PAMIETNIK LITERACKI, Londyn, grudzień 2019.

niedziela, 11 października 2020

MALGORZATA PONIATOWSKA KORZENIE SA POLSKIE







MAŁGORZATA  PONIATOWSKA
Czytam po polsku, 4 czerwca 2019

Korzenie, które są polskie 

Aleksandra Ziółkowska-Boehm od połowy lat 80’ XX w. prowadziła rozmowy z wybitnymi postaciami życia społecznego w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, których „Korzenie są polskie”. Pisarka, od kilku lat mieszkająca na kontynencie amerykańskim, zebrała te wywiady w książkę wydaną w Polsce. Poprzez rozmowy i komentarze do nich zaprezentowała swą ogromną wiedzę na tematy społeczne krajów  Ameryki. Kanadyjska i amerykańska kultura, nauka, polityka, gospodarka nie mają tajemnic dla Polki urodzonej w Łodzi. Mój podziw wzbudził zakres i poziom merytoryczny pytań zadawanych przedstawicielom bardzo nieraz odległych dziedzin wiedzy, a raport osiągnięć neuroendokrynologicznych profesora Andrew Schally’ego rzucił mnie na kolana.
    Tytułowe korzenie Aleksandra Ziółkowska-Boehm zaczerpnęła z wypowiedzi doradcy prezydentów USA – Zbigniewa Brzezińskiego, który pragnął, aby jego „dzieci były dumne z polskiego pochodzenia i świadome polskiej tradycji i historii”, a gdy dorosną będą szukać własnych korzeni. „Korzeni, które… są polskie”.
      Naturalnie, literatka pamięta o swych korzeniach, podkreślając wyrastanie wybitnych Polaków, po wojnie osiadłych w Ameryce, z polskiej kultury, tradycji, obyczajów, wartości. Pisała i pisze „o ludziach, których dotknęła historia w okrutny sposób”, a jednak mimo traumatycznych wspomnień wydarzeń doświadczanych w ojczyźnie nie wypierają się polskiego pochodzenia i związków z polskością, wręcz przeciwnie – wykazują swój związek z polskością, między innymi poprzez pielęgnowanie polskiej mowy, polskiej tradycji i zwyczajów.

Emigracja, Polonia, patriotyzm
     Czytałam książkę Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, wydaną ćwierć wieku temu, bogatsza o znajomość wydarzeń mających miejsce już po jej edycji. Znałam dalsze losy bohaterów zbioru, ich późniejsze osiągnięcia, a także ujawnione dopiero po roku przełomu 1989, mniej lub bardziej skrywane czy przekłamywane fakty. Kwestie, jakie dzięki niezwykle przenikliwej umysłowości humanistki bardzo trafnie przedstawiła i oceniła, ja mogłam na bieżąco skonfrontować z rzeczywistością. Szczególnie interesujące wydawały mi się opinie, jakie rozmówcy prozaiczki wyrażali na temat innych przedstawicieli Polonii. Wzajemne oskarżenia, podejrzenia o „współpracę” zweryfikował bezstronny czas. Z dużą dozą wrodzonego taktu literatka przedstawiła stanowiska swych bohaterów na temat ówczesnej kondycji Polonii, choć nie zawsze zgadzała się z nimi. „Emigracja zazwyczaj kończy się po ustabilizowaniu”. Z powodzeniem zmierzyła się z legendą noblisty Czesława Miłosza, który „Nigdy nie chciał być uwikłany w historii”, i jednocześnie z pogardą wyrażał się o „niesłychanym prymitywizmie Polonii amerykańskiej”.
    
Pisarka korzystając ze słów swych interlokutorów zapoznała czytelników z pojęciami emigracja i Polonia oraz z charakterystyką środowisk polonijnych. Zwięzłą definicję Polonii przytoczyła za  publicystą i działaczem polonijnym Benedyktem Heydenkorn: „termin Polonia obejmuje tych, którzy w jakiejkolwiek formie zachowują związek z Polską, jej kulturą, tradycją”.  Podzieliła się poglądami rozmówców w kwestii Polonii i ogólniej – emigracji oraz dała czytelnikom wykładnię problematyki emigracyjnej ze wszystkimi jej aspektami – organizacjami polonijnymi, rolą Polonii dla Polaków w kraju i za granicą, a także jej znaczeniem dla społeczeństw krajów goszczących rodaków. Wybierając określonych rozmówców dowiodła znaczącego wkładu Polaków w dorobek krajów, w których przyszło im działać, czy to w sferze nauki, kultury, polityki, gospodarki. Istotnemu udziałowi i zaangażowaniu Polaków w rozwój nowych ojczyzn sprzyjało, szczególnie w przypadku ostatnich fal emigracji (powojenna czy „solidarnościowa”), wyjątkowo wysokie wykształcenie polskich emigrantów w porównaniu z innymi grupami etnicznymi. Na ten fakt, w rozmowie z pisarka, zwrócił uwagę inżynier Zdzisław Przygoda.

Talent – to wybryk natury
     Przytaczając treści wywiadów lub tylko odtwarzając z pamięci rozmowy z osobistościami Polonii autorka w przemyślany sposób wybrała interesujące sformułowania lub fakty, uważając je za warte upowszechnienia poprzez swą poważną lub niepoważną wymowę. Co ważne, nie obserwuje się w tym zestawieniu żadnego rozdźwięku. Przeciwnie – momenty lżejsze pozwalają czytelnikowi odetchnąć po akapitach nasyconych dużą wagą treści filozoficznych przemyśleń. Jedne, jak i drugie, wplecione zostały w logiczny ciąg myśli, jakie Aleksandra Ziółkowska-Boehm pragnęła przekazać czytelnikom prezentując postaci wybitnych Polaków działających na obczyźnie. „Nieszczęście nie jest niczym innym jak maską na twarzy przeznaczenia” stwierdził pisarz i myśliciel Isaac Bashevis Singer, a obok pewna pani skomentowała swą pracę  u autora pieśni „Czerwone maki”, Feliksa Konarskiego, „O Jezu, to ja sprzątam u historii!
Literatka, od wielu lat tworząca poza granicami Kraju, tak kiedyś, jak i obecnie, po mistrzowsku posługuje się językiem ojczystym, dzięki czemu lekturę „Korzeni…” czy innych jej dzieł, uważać należy za szczególną ucztę duchową.
Mistrzyni pióra obficie cytuje fragmenty prozy swych kolegów po piórze doceniając ich wartość i wykazując się kompletnym brakiem zazdrości o konkurencję, a nade wszystko ujmując szlachetnością celów i czystością intencji. Moją uwagę zwróciło przesłanie dla pisarzy autorstwa Isaaca Bashevisa Singera oraz jego niezwykle cenne wskazówki dla twórców literatury. „Trzeba umieć pokazywać jednocześnie wyjątkowość i powszechność zjawiska, narodowość i uniwersalizm, realizm i mistycyzm”. Dywagacje owe kończy literat zaskakującym stwierdzeniem „Talent – to wybryk natury”. Natomiast w „Notach o wygnaniu” Czesława Miłosza pisarka znalazła, moim zdaniem, bardzo wartościowy akapit wyrażający cały tragizm emigracyjnej rzeczywistości:
Wzór. Był świadom swego zdania i ludzie czekali na jego słowa, ale zakazano mu mówić. Tam, gdzie teraz mieszka, może mówić, ale nikt go nie słucha, co więcej, zapomniał, co miał do powiedzenia”.



Emigracja to ciężki kawałek życia
     Publikacja Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm jest tym bardziej cenna, iż posiada wydźwięk utworu pisanego „ku pokrzepieniu serc”, ponieważ, jak ostrzegał potencjalnych przybyszów z Polski, publicysta i działacz polonijny Benedykt Heydenkorn, „Emigracja to ciężki kawałek życia… lecz z perspektywą radości, przygód, dostatku”. Podniesieniu samooceny rodaków służą godne najwyższego podziwu i szacunku biografie ludzi, mocno osadzone w naszej niełatwej historii. Można w nich znaleźć żołnierza Drugiego Korpusu Władysława Andersa, uczestnika bitwy o Monte Cassino, Kawalera Orderu Virtuti Militari, więźnia niemieckich obozów koncentracyjnych, kuriera i emisariusza Armii Krajowej. A propos - sienkiewiczowską Trylogię tłumaczył jeden z bohaterów książki, Wiesław S. Kuniczak, traktując ten przekład, a właściwie adaptację dzieła jako swoiste Opus vitae.
     Obraz Ameryki wykreowany przez Aleksandrę Ziółkowską-Boehm za pośrednictwem dyskusji ze znanymi rodakami, zamieszkałymi na północ od Meksyku, jawi się niemal jako ziemia obiecana. Jan Nowak Jeziorański, wieloletni dyrektor Radia Wolna Europa, przyznał „Poza Polską – tylko w USA nie czuję się cudzoziemcem ani emigrantem”. I dalej „Stany Zjednoczone pozwoliły mi przez wiele lat służyć mojemu krajowi”. Należy w tym miejscu zauważyć, że wszyscy bohaterowie książki to ludzie sukcesu, którzy być może, dzięki ryzykownej decyzji o opuszczeniu „kraju lat dziecinnych” (podjętej przez nich samych lub ich rodziców), osiągnęli w życiu tak wiele. Noblista, biochemik, Andrew Schally skwitował myśl o wdzięczności dla swej drugiej ojczyzny zdaniem „To Ameryka uczyniła moją pracę możliwą…”.
     Z dużym prawdopodobieństwem mogę przypuszczać, że opinię tę podzielali pozostali bohaterowie tomu (a może i jego autorka?)…

piątek, 9 października 2020

Z księdzem dr. Stephenem Huffstetterem rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm

 

W wielkiej rodzinie Tiyospaye

 

Z księdzem dr. Stephenem Huffstetterem rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Księdza babcia nazywała się Grzeszkowiak i pochodziła z rodziny polskich emigrantów. Jaka była atmosfera w domu rodzinnym?

Rodzina mojej babci ze strony matki pochodziła z okolic Poznania, a przybyła do Stanów Zjednoczonych około 1900 roku. Większość z trzynaściorga dzieci urodziła się w Polsce, a moja babcia, najmłodsza z nich, urodziła się już w Chicago. Swoje nazwisko dziadkowie uprościli i skrócili do Gresko. Mieszkali godzinę drogi od nas, odwiedzaliśmy się regularnie, zawsze w święta. Babcia pracowała w szpitalnej kuchni. Wspaniale gotowała, moim ulubionym daniem była zupa z pierożkami i ciasto w kształcie baranka, które piekła na święta Wielkiej Nocy.

Gdy poszedłem do szkoły średniej, dziadkowie przenieśli się bliżej, mieszkali dwie przecznice od szkoły i zwykle po zajęciach przychodziłem do nich. Babcia nigdy nie narzekała. Zamiast zastanawiać się nad słabościami innych, zawsze widziała w ludziach coś w dobrego. Była też kobietą dużej wiary. Moi rodzice ciężko pracowali, ale dla nas – sześciorga dzieci – zawsze mieli czas. Mama wychowywała mnie do dwunastego roku życia, potem poszła pracować jako nauczycielka w szkole podstawowej. Ojciec uczył języka angielskiego w szkole średniej, wieczorami pracował w sklepie swojego ojca, mojego drugiego dziadka. W weekendy dodatkowo pracował w zakładzie fryzjerskim. W czasie wakacji podejmował się wielu różnych zajęć, nawet przy budowie domów.

Jedynym księdzem, którego znałem przez wiele lat, był ksiądz z naszej parafii, ojciec Anthony Letko. Sprawował posługę kapłańską w kościele św. Patryka przez 42 lata. Wiele dobrego robił dla ludzi i lubił być z nimi. Każdego tygodnia w naszej katolickiej szkole grał z nami w piłkę. Sam prowadził autobus szkolny, czasami zatrzymywał się przed kolejnymi domami i dawał w prezencie wielkie słoiki masła orzechowego i inne jedzenie, wiedząc, że pomaga rodzinom w trudnych czasach. Chciałem być tego rodzaju księdzem – być dla innych.

Dlaczego zainteresował się ksiądz Indianami?

Podczas studiów uniwersyteckich byliśmy zachęcani, by spędzić część naszych wakacji w rejonach, gdzie pracowali księża sercanie. Znałem kilka osób, które pracowały w Dakocie Południowej, dołączyłem do nich i spędziłem trzy miesiące letnich wakacji pomagając w ośrodku dla osób z zaburzeniami psychicznymi. Było to na terenie indiańskiego rezerwatu Eagle Butte. Czułem, jak bardzo potrzebna jest nasza pomoc i ta praca dawała mi dużą satysfakcję. Cztery lata później, między drugim i trzecim rokiem studiów teologicznych, ponownie tam pojechałem, uczyłem religii, grałem na gitarze i utworzyłem dziecięcy chór, który śpiewał w czasie niedzielnych mszy świętych. Utworzyłem koło zainteresowań dla ludzi starszych, odwiedzałem parafian w ich domach, szczególnie tych, którzy mieszkali daleko od kościoła. Nawiązałem wiele pięknych przyjaźni, dowiedziałem się sporo o kulturze amerykańskich Indian, spędzałem z nimi dużo czasu. Odjeżdżałem z poczuciem, że wiele mnie nauczyli i tym samym wzbogacili.

Po Eagle Butte kolejne dziewięć lat pracował ksiądz w rezerwacie Cheyenne River Sioux. Jakie doświadczenie dała księdzu praca na tych terenach?

Ważne jest nastawienie, ale i trzeźwe spojrzenie. Jeżeli się przyjeżdża do pracy w rezerwacie Indian z postanowieniem, że się "ocali świat", zmieni wszystkich i wszystko, to szybko można się zniechęcić i stracić zapał. Tacy ludzie nie zagrzewają długo miejsca, wykruszają się.

Ksiądz Leon Jan Dehon, który w 1878 r. założył Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego, zawsze zachęcał, by wejść między ludzi. Tak właśnie działo się w rezerwacie Cheyenne River. Nie czekałem, aż ludzie do mnie przyjdą sami, to ja jechałem do nich, odwiedzałem ich w domach. Niektórzy to byli biali, potomkowie tych, którzy od dawna mieszkali na tych ziemiach, inni to była ludność miejscowa – Indianie Lakota, dla których angielski był drugim językiem. Jeszcze inne społeczności to mieszanka Indian i białych oraz pokaźna grupa potomków Francuzów, którzy osiedlili się na tych terenach ponad 100 lat temu, handlowali wtedy skórami zwierząt. Poznałem indiańskich ranczerów, którzy lepiej się czuli w butach kowbojskich i kapeluszach niż w tańcach pow-wow. Spotkałem też tradycyjnych Indian, którzy tańczyli sundance i codziennie palili fajki.

Widziałem wiele biedy i wiele bólu. Widziałem ludzi, którzy doznali wielu cierpień i mimo to nie załamywali się. Potrafili się śmiać i opowiadać różne historie, cieszyli się życiem i z tego, że byli razem. Byli dla mnie dużą inspiracją. Kiedy wyjeżdżałem, żegnałem się z nimi ze łzami, oni podobnie reagowali. To była oznaka, że dawaliśmy i otrzymywaliśmy miłość.

Jest ksiądz autorem interesującej książki "Lakota Grieving" (Tipi Press, Chamberlain, SD, 1998) na temat rytuałów związanych ze śmiercią i okresem żałoby wśród Indian Lakota (Siuksów). Pisze w niej ksiądz, że chrześcijaństwo jest otwarte na zwyczaje tubylczej ludności, przytacza słowa Papieża Jana Pawła II z 1985 roku na ten temat. Jak dalece istnieje symbioza, a jak dalece tarcia i nieporozumienia? Jaki jest katolicyzm wśród Indian Lakota?

Książka służy jako pomoc naukowa na kursach przygotowawczych dla tych, którzy wybierają się do pracy w rezerwacie indiańskim; co najmniej dwa uniwersytety korzystają z niej jako podręcznika.

Międzykulturowość nie jest łatwa. Jeżeli nie są respektowane podstawy katolicyzmu, wchodzi się na błędną ścieżkę synkretyzmu. Jeżeli nie ma się szacunku dla kultury i zwyczajów ludzi, wśród których się pracuje, wkracza się na ścieżkę kulturowego imperializmu. Trudności i tarcia są normalne, podstawą jest prawdziwy dialog. To wszystko jest niełatwe, ale warte starań.

Kateri Tekakwitha z plemienia Mohawków była pierwszą Indianką z Ameryki Północnej, która została beatyfikowana w Kościele katolickim. Dopóty to nie zakłóci podstaw prawdy wiary katolickiej, Indianie, wyznawcy katolicyzmu, mogą się modlić w sweat lodge [ceremonialna sauna], aby – według ich wierzeń – nastąpiło oczyszczenie, mogą także chodzić do spowiedzi. Latem mogą brać udział w ceremonii Sundance czy utrzymywać post w okresie wielkopostnym. Katolicy Indianie Lakota mogą w modlitwie przywołać imiona Wielkiego Ducha (Wakantanka) czy Pradziada (Tunkasila). Niektórzy modlą się poprzez śpiew w rytm bębna. To są indywidualne wyrazy ekspresji i potrzeb. Sposób ekspresji sięga do obu tradycji i wzbogaca duchowość o dodatkowe elementy.

Napisał ksiądz, że w kulturze i tradycji plemienia Lakota żałoba "ma swój czas" i wspomniał, że w kulturze amerykańskiej żałobę się minimalizuje albo wręcz odsuwa, zaprzecza bólowi.
Czy uważa ksiądz, że jest to typowe dla kultury zachodniej?

Nie mieszkałem poza Stanami Zjednoczonymi i nie wiem, jak jest w innych kulturach zachodnich. Ale w kulturze amerykańskiej oczekujemy, że ludzie po śmierci bliskich powrócą szybko do "normalnego życia". Tymczasem to jest duża wyrwa, boleść i opłakiwanie trwa nieraz bardzo długo.

Indiańska Szkoła św. Józefa w Chamberlain w Dakocie Południowej, której jest ksiądz dyrektorem, ma dobrze zorganizowany woluntariat.

Wiele osób pyta o woluntariat. Jako szkoła mamy regulamin, konkretne oczekiwania i wymagania. Musimy mieć na uwadze dobro dzieci, więc przyglądamy się ludziom, którzy przechodzą specjalne przeszkolenia. Jednak znacznie lepiej mieć opłacanych stałych pracowników niż woluntariuszy, którzy przychodzą i odchodzą.

Szkoła istnieje dzięki datkom ludzi dobrej woli z całych Stanów Zjednoczonych. Czy zgadza się ksiądz ze mną, że Amerykanie są wyjątkowo szczodrym narodem?

Absolutnie tak! Spotykam ludzi o wielkim sercu. Uważam, że Amerykanie są ludźmi bardzo szczodrymi. Nieraz wręcz mnie zdumiewa, że nasza niewielka szkoła ma tylu życzliwych ludzi w całym kraju, a nawet w świecie, którzy są częścią naszej wielkiej rodziny Tiyospaye. Wielu Amerykanów wie, że Indianie nie byli dobrze traktowani i mają w sercu wiele serdeczności dla nich. Ale też chcą widzieć rezultaty swojej szczodrości. Pytają o dzieci, które kończą szkołę, o ich przyszłość i stojące przed nimi możliwości.

Jaki jest największy problem, z którym szkoła się zmaga?

Niewielu mamy absolwentów szkół średnich, choć prowadzimy specjalne programy i zachęcamy do kończenia szkoły średniej w samym Chamberlain. Zachęcamy do studiów na wyższych uczelniach. Niektórzy idą do wojska, inni szukają pracy. Są niemałe trudności, np. gdy dzieci idą do szkoły średniej, czują się samotne. Rodzice też chcą je mieć bliżej lub wręcz obok siebie, chcą, by starsze dzieci zajęły się młodszym rodzeństwem. Nasi uczniowie patrzą na kolegów z innych szkół i widzą, że nie ma tam takich wymagań, oczekiwań, dyscypliny, zakazów.

Jakie jest księdza marzenie, życzenie jako dyrektora indiańskiej Szkoły św. Józefa?

Chcielibyśmy, by każde dziecko mogło wykorzystać swój potencjał. Chcemy wszystkim dzieciom dać poczucie, że są ważne, kochane, że się je szanuje. A nasze marzenia? Żeby młodzi Indianie po skończeniu szkół powrócili na tereny, z których wyszli, otworzyli biznesy, pracowali w zawodach nauczycieli, wychowawców. Czy nie byłoby wspaniale, gdyby po mnie przejął pracę duszpasterską ksiądz Indianin Lakota? A moim współpracownikom życzę, by czuli, że są częścią wielkiej sprawy, że ich praca jest ważna, potrzebna, że zmienia innym życie. Aby odczuwali satysfakcję i dumę z pracy dla Szkoły św. Józefa.

Dziękuję za rozmowę.