wtorek, 13 lipca 2021

MOJA FOTOGRAFIA JEST PRZEDLUZENIEM ZYCIA - ROZMOWA Z TOMKIEM MASLOWSKIM

http://dziennik.com/polonia/moja-fotografia-jest-przedluzeniem-zycia/ *** Moja fotografia jest przedłużeniem życia *** Aleksandra Ziółkowska-Boehm *** 12.07.2021 ZDJĘCIA: ARCHIWUM TOMASZA MASŁOWSKIEGO Aleksandra Ziółkowska-Boehm rozmawia z Tomkiem Masłowskim o "małejPOLSCE" ... *** Co to jest małaPOLSKA? ... *** – małaPolska – to jest internetowy kanał na You Tube ze zbiorem ponad 140 filmów dokumentalnych o ludziach pochodzenia polskiego w Ameryce. Na filmach znajdują się głównie relacje z polskich wydarzeń artystycznych, filmy o artystach: malarzach, rzeźbiarzach, rozmowy w ich studiach, mieszkaniach, podczas recepcji na ich wystawach, koncerty grup muzycznych, rozmowy z pisarzami, poetami, biznesmenami, itp. (link do strony mP: https://www.youtube.com/channel/UC90ZygJK2fpEtlFtPpkr2EQ/videos ). ... *** Skąd wziął się taki pomysł na małąPolskę, jakie były początki? ... *** – Od mniej więcej 2000 roku odwiedzałem rozmaite imprezy; otwarcia galerii z wystawami artystów malarzy, fotografów, rzeźbiarzy, odczyty, koncerty, spotkania z interesującymi ludźmi. Bywałem w Nowym Jorku nawet kilka razy na tydzień w polskich placówkach kulturalnych, np. w redakcji (jeszcze na Manhattanie) „Nowego Dziennika” (galeria Artes pokazywała nową wystawę w każdy pierwszy czwartek miesiąca), w redakcji „Kuriera Plus” na Brooklynie, w Księgarni Literackiej na Java Street, na Greenpoincie (gdzie właściciel organizował spotkania z autorami książek i albumów), w Konsulacie Generalnym RP na Manhattanie, w kościołach, w domach prywatnych, w restauracjach. Poza tym bywałem w galerii przy Polskiej Szkole w Clark (gdzie zawsze w pierwszy piątek miesiąca było otwarcie nowej wystawy) i w Galerii Druch Studio w Trenton, NJ, gdzie Ryszard Druch organizował swoje słynne Salony Artystyczne (w soboty albo w niedziele), na które zapraszał znakomitych gości. ... *** Fotografowałem happeningi, w nowo otwartej restauracji „Klimat” na dolnym Manhattanie, czy spotkania w restauracji „Kredens”, koncerty „Budki Suflera” w nieistniejącym już Roseland Ballroom (Manhattan, NYC, 2009), czy Lady Pank w Melrose Ballroom (2011, Queens, NYC). Po jakimś czasie założyłem portal internetowy małaPOLSKA, składający się głównie z fotografii z tych właśnie imprez i portretów artystów. Po dziesięciu latach zgromadziłem duże archiwum fotograficzne, i wydałem (papierowy) album fotograficzny pt. „POLACY W AMERYCE/POLISH PEOPLE IN AMERYKA”, 2010 ( https://www.blurb.com/b/1928655-polish-people-in-america ). Album zawierał portrety i biogramy 400 ludzi głównie z Nowego Jorku i okolic. Rok później wydałem mniejszy już album z portretami 100 Polaków pt. POLACY W AMERYCE NEW JERSEY, 2011 ( https://www.blurb.com/b/2756318-polacy-w-ameryce-new-jersey). Tym razem album zawierał 100 portretów ludzi z Trenton i okolic ze stanu New Jersey. ... *** Ukończył Pan studia na Akademii Górniczo-Hutniczej (AGH) w Krakowie. Jak zaczęła się Pana przygoda i pasja z fotografią? ... *** – Myślę, że byłem fotografem całe swoje życie. Tak naprawdę zacząłem fotografować w szkole średniej, ukończyłem IV Liceum Ogólnokształcące im. Tadeusza Kościuszki w Krakowie, klasę z profilem matematyczno-fizycznym. Potem studiowałem na AGH na Wydziale Elektrycznym, na kierunku elektronika. Pierwszą ciemnię fotograficzną miałem w piwnicy mojej mamy w jej mieszkaniu. Po każdej wycieczce w góry (np. Dolina Pięciu Stawów Polskich w Tatrach, Babia Góra w Beskidzie Żywieckim, czy Turbacz w Gorcach) drukowaliśmy czarno-białe fotografie z Anią Stróżewską. Połowę życia spędziłem w ciemniach fotograficznych, a potem przy komputerze pracując z Photoshopem. ... *** Kto był Pana inspiracją? Jakie są Pana związki z Krakowem? ... *** Moją pierwszą fotograficzną inspiracją była moja ciocia-babcia Anna Masłowska. Skończyła farmację na Uniwersytecie Jagiellońskim i pracowała w Aptece pod Barankiem, która należała do jej taty – Mieczysława Masłowskiego na Małym Rynku w Krakowie. Apteka należała do naszej rodziny już w okresie międzywojennym – aż do upaństwowienia apteki przez komunę w 1956 roku. Mój dziadek – Stanisław Masłowski, oficer WP – został zamordowany w Katyniu (kwiecień albo maj 1940) przez sowieckich bandytów (z rozkazu Stalina). Nigdy dziadka osobiście nie poznałem. Znam go natomiast ze starych, pięknych fotografii jego siostry, mojej cioci-babci – Anny Masłowskiej. Jak na swoje czasy, Anna Masłowska była bardzo „nowoczesna fotograficznie”. Używała aparatu fotograficznego na statywie i z samowyzwalaczem, i często sama pozowała na swoich fotografiach. Zrobiła również całą serię fotografii z wnętrza Apteki pod Barankiem, co dzisiaj nazwałbym fotografią w miejscu pracy, tzw. environmental portrait. „Obfotografowała” wszystkich członków Rodziny Masłowskich i ich życie w Krakowie. Na jej fotografiach widać jak byli ubrani, jak mieszkali. Są stare fotografie z wnętrza Apteki z równiutko poukładanymi ampułkami na półkach, z kolumną, o którą opiera się mój pradziadek – Mieczysław, z piękną ozdobną inkrustowaną kasą, wagą i z całą załogą apteki. Ta Apteka istnieje do dzisiaj, ma te same meble w środku, być może nawet jest tam to samo lustro w którym kiedyś zrobiła sobie autoportret młoda wtedy Anna. Dzięki niej mogę zobaczyć świat, który odszedł już do wieczności, i żyje jeszcze tylko na starych fotografiach mojej cioci-babci. Ciocia-babcia dożyła 96 lat i opowiedziała mi wszystkie historie rodzinne, dzięki jej opowieściom i archiwalnym fotografiom – mogę sobie wyobrazić moich przodków. Baranek – który znajdował się nad głównymi drzwiami Apteki – jest teraz w Muzeum Farmacji na ulicy Floriańskiej, razem z różowymi ampułkami z Apteki Mieczysława Masłowskiego (zawsze myślałem, że te ampułki były czarno-białe…). Po latach, głównie z tych archiwalnych fotografii mojej cioci-babci Anny Masłowskiej, ze starych dokumentów, listów, pocztówek, dyplomów uniwersyteckich – złożyłem książkę o moim dziadku – Stanisławie Masłowskim w charakterze mojego hołdu dla niego ( https://www.blurb.com/b/3286632-stanislaw-maslowski-katyn-1940 ). ... *** Sto lat później – stojąc w tych samych miejscach z których ciocia fotografowała Stary Kraków – czuję ponadczasowość fotografii, to że łączy ona Przeszłość z Przyszłością. Nie byłoby mnie tutaj bez moich Przodków, a teraz oni mogą jeszcze raz zaistnieć dzięki mnie, choćby tylko na stronach książek czy w moich filmach. ... *** Wszystko tak szybko się zmienia. Ludzie odchodzą do wieczności. I to właśnie jest mój koncept fotografii: Moja fotografia ma „zakonserwować” ludzi, zatrzymać czas na obrazie i przesłać go do przyszłości. Moja fotografia jest przedłużeniem życia poza śmierć fizyczną, nadaje ludziom ponadczasowość, a może nawet nieśmiertelność… ... *** Jest Pan także autorem filmów, jak się zaczęła Pana kolejna pasja? ... *** – W pewnym momencie zrozumiałem, że nie można wszystkiego sfotografować. Np., jak sfotografować kogoś kto śpiewa albo tańczy? Kogoś kto recytuje wiersz albo opowiada o tym, jak walczył w Powstaniu Warszawskim? I wtedy mnie olśniło. Zrozumiałem, że jest tylko jedna lepsza rzecz od fotografii, i to jest film. Film jest fotografią w ruchu i z dźwiękiem. ... *** Na czym polega Pana filmowa praca? Jak się Pan przygotowuje? ... *** – Jadę na miejsce do tego człowieka, o którym będzie film, do jego studia, tam gdzie pracuje, czy do jego domu, wybieramy ciekawe miejsce (fotel, półka z książkami, kanapa), ustawiam kamery na statywach, światła, i zaczynamy rozmowę. Może to być monolog, albo rozmowa. Czasami, jeżeli jest to ktoś znany i wybitny, z dużym dorobkiem artystycznym, muszę się do takiej rozmowy przygotować. Nie można zadawać inteligentnych pytań nie wiedząc nic o twórczości danego człowieka. ... *** W wypadku np. artysty malarza – przechodzimy z kamerą od obrazu do obrazu, albo nagrywam jak maluje czy rysuje coś szybkiego w time lapse’ie. Poeta czy pisarz może coś przeczytać do kamery, muzyk może coś zagrać, itd. Sesja nagraniowa trwa zwykle 3-4 godziny, żeby potem można z tego materiału zrobić np. 50-cio minutowy film dokumentalny. Po powrocie przeglądam nagrania i wybieram najlepsze fragmenty. Edycja trwa bardzo długo, bo nie da się np. „przyspieszyć” czyjejś wypowiedzi, trzeba cierpliwie to oglądać wiele razy, potem dodać tytuły, podpisy, komentarze, i ewentualnie załączyć fotografie na filmie. Film jest gotowy zwykle do tygodnia po nagraniu, i zamieszczony na kanale mP na YT. ... *** Kogo na przykład ma Pan w swojej kolekcji na mP? ... *** – Chyba najbardziej znaną postacią prezentowaną na (dziewięciu!) filmach na mP jest Mistrz Andrzej Pityński. Filmowałem Pityńskiego przez 15 lat, odwiedzałem go w jego studio, chodziliśmy razem do restauracji na rozmowy, byłem na jego spotkaniach, wykładach, i wreszcie wydałem o nim książkę pt. Mistrz Andrzej Pityński – Rzeźbiarz Naszych Czasów https://www.blurb.com/b/2616378-mistrz-andrzej-pitynski . Ta książka o Pityńskim jest katalogiem jego rzeźb, płaskorzeźb, medali, rysunków – oczywiście wszystkie fotografie są tylko i wyłącznie moje. Sfotografowałem osobiście większość jego rzeźb monumentalnych w USA i w Polsce. Z tej książki zrobiłem film w charakterze „slide-show” z jej stron, który jest zamieszczony na mP https://youtu.be/oVY1Q1u3Hrw . ... Inni interesujący ludzie uchwyceni na filmach na mP to np. Ryszard Druch – organizator Salonów Artystycznych i artysta malarz, Tadeusz Turkowski – znakomity recytator poezji polskiej, Tadeusz Parzygnat – rzeźbiarz w drzewie, Lubomir Tomaszewski – rzeźbiarz (kamień, drzewo, miedź), uczestnik PW i malarz ogniem, Andrzej Wala – poeta, Ryszard Semko – artysta malarz, i wiele innych. Poza tym, odwiedzając stronę mP, można zwyczajnie posłuchać muzyki. Każdy znajdzie coś dla siebie. Są tam filmy z koncertów Budki Suflera, Lady Pank, Krzysztofa Krawczyka, Rubika, Arturo Romay, Reverse, muzyka z kabaretu Chapeau Bas, Dorota Huculak, Green Secret, Open Way, Gringo Duet, i wiele innych. Na mP są również relacje z muzeów, parków, pielgrzymek, z polskich wydarzeń takich jak „Noc Świętojańska” czy spotkanie w Central Parku pod pomnikiem Króla Jagiełły na Wielkanoc. ... *** Proszę opisać stronę „małaPOLSKA” i kto może się na niej znaleźć? ... *** – małaPOLSKA – tj. kanał na You Tube który jest dla każdego, kto ma coś do pokazania, coś do opowiedzenia. Najbardziej „fotogeniczni” są oczywiście artyści; malarze, rzeźbiarze, muzycy, pisarze, ludzie którzy przeżyli wojnę, ktorzy mają jakąś ciekawą historię do przekazania. Jest takie powiedzenie że „każdy ma swoją opowieść”. Kiedy np. idę do fryzjera, Marc opowiada mi o tym, kogo ostatnio zabili, dlaczego i w jaki sposób, kogoś kto przychodził strzyc się do tego właśnie zakładu fryzjerskiego. Dla mnie to jest interesująca opowieść, tylko Marc nie chce mi pozwolić się sfilmować bo ukrywa się przed swoimi żonami. ... *** Tematem filmu na mP może to być właściciel restauracji czy sklepu, albo inny biznesman, który chce zareklamować swoją działalność w krótkim filmie dokumentalnym. I w końcu mogą to być ludzie którzy już odeszli do wieczności, ale jest ktoś, kto chciałby żeby pozostał po nich jakiś ślad, nawet jeżeli ma to tylko być w postaci filmu składającego się ze starych fotografii. .... *** Czy ludzie mający mający ciekawą opowieść o swoim życiu, czy swojej rodziny i chcący ją utrwalić– mogą zgłaszać się do Pana? .... *** – Zachęcam serdecznie. Niech się zgłaszają pod adres: malapolska1986@gmail.com ... *** Poza fotografią i filmem (podobno?) pisze Pan opowiadania… ... *** – Od wielu lat prowadzę pamiętniki, opisuję zdarzenia w postaci krótkich esejów. Ostatnio zacząłem składać te wolne opowiadania w jedną całość i planuję wydanie książki autobiograficznej (non fiction) która będzie zbiorem stu opowiadań. Książka pt. Z POLSKI DO AMERYKI * ZASADA DRUGICH SZANS – będzie zorganizowana na lini czasu w ten sposób, że każde opowiadanie może być czytane oddzielnie, a jednocześnie wszystkie razem tworzą całość. Podtytuł – ZASADA DRUGICH SZANS – to jest właśnie coś, co dopiero zrozumiałem niedawno. Większość z nas najpierw jest dzieckiem, a potem jest rodzicem, najpierw jest pracownikiem u kogoś, a potem jest pracodawcą, najpierw jest lokatorem a potem jest właścicielem domów i sam je wynajmuje lokatorom. Chodzi o to, że mamy zawsze potem w życiu jeszcze drugą szansę, żeby przeżyć tą samą sytuacje ale już z innego punktu widzenia, może z większym doświadczeniem, może z możliwością zmiany i większej kontroli zdarzeń. Wtedy możemy „naprawić” coś, co stało się złego w naszej przeszłości. ....*** Dziękuję za rozmowę. *** Tomek Masłowski Fragmenty przygotowywanej książki MOJE NIEBEZPIECZNE DZIECIŃSTWO (1978) – czyli zjeżdżalnia, dżem truskawkowy, majtki Sylwi i tory kolejowe PINGWINY – czyli nowoczesne metody terroru Uciekłem z 5 przedszkoli krakowskich i w końcu mama oddała mnie na przechowanie do przedszkola „na Skałce”, które było prowadzone przez siostry zakonne. Siostry przebrane były w czarne habity z białym, okrągłym, plastikowym kołnierzem pod szyją. Wysoki kamienny mur – którego nie mogłem przeskoczyć – stalowe kraty w oknach i ciężkie skoble w drzwiach zamykane na szyfr sprawiały, że tym razem nie mogłem stamtąd uciec. Pingwiny torturowały nas różnymi metodami. Stałem godzinami w kącie twarzą do ściany, albo klęczałem na twardej drewnianej podłodze z wyciągniętymi do przodu rękami. Pingwiny biły mnie po otwartych dłoniach różańcem z koralikami tak, żeby nie zostawiał śladu, i żebym nie mógł tego później pokazać rodzicom, którzy i tak by mi w to nie uwierzyli. Zostaliśmy wszyscy trwale uszkodzeni na całe życie. Dla dwóch moich kolegów z tego przedszkola nie było już ratunku. Zostali potem księżmi. Jednym z nich jest Emil Furtak a imienia drugiego nie pamiętam. Zapamiętałem Emila, bo biliśmy się z nim o to, kto dzisiaj będzie całował się z tą dziewczynką z długimi czarnymi warkoczami, w krótkiej spódniczce, i wysoko podciągniętymi podkolanówkami. Emil zwykle przegrywał. Kiedy nadszedł mój ostatni dzień więzienia w przedszkolu na Skałecznej, poszliśmy z tatą na lody do pobliskiej kawiarni. Zablokowałem większość wydarzeń z tego czasu. W pingwiny nie wierzę. MAMA I PRZYGODY W SZKOLE – czyli czy ubrałeś kalesonki? W szkole biliśmy się z chłopakami z 7 „be”, którzy byli dużo głupsi, ale za to dużo silniejsi od nas. Kiedyś dotknąłem „niechcący” dużych piersi Danki Radwańskiej, która „chodziła” z Ćwiertniakiem. Złapali mnie potem w korytarzu szkolnym i razem z „Dźwigiem” i kilkoma innymi kolesiami – pobili mnie w równej walce w sześciu na jednego. Miałem wtedy chyba złamany nos, podbite na zielono oczy i rozbitą wargę w dwóch miejscach. Mamie oczywiście powiedziałem, że zderzyłem się ze słupem od jakiejś latarni, kiedy biegnąc do uciekającego mi tramwaju, walnąłem w niego głową. Dopiero jak zacząłem chodzić na judo, zrozumiałem że jestem całkiem silny, tylko muszę przestać się bać i zacząć się bronić. Już po kilku treningach tak uwierzyłem w siebie, że najpierw kopnąłem „Dźwiga” tak, że ten zemdlał, a potem przerzuciłem Ćwiertniaka jakimś chwytem przez biodro, i tamten spadł na ziemię i jeszcze długo turlał się po schodach na sam dół. Za kopnięcie „Dźwiga” zostałem wezwany do pokoju nauczycielskiego i po długiej rozmowie – pani dyrektor wezwała moich rodziców do szkoły. Mama nie mogła uwierzyć, że zrobił się ze mnie taki bandyta, a tato był ze mnie chyba nawet trochę dumny. Z taką reputacją, prosto po rozmowie z dyrektorką szkoły, zyskałem nowy szacunek wśród kolegów. Zauważyły mnie też po raz pierwszy dziewczyny z klasy. Nawet Danuśka zaczęła się do mnie uśmiechać i wyprężać swoje duże piersi, ale ja tym razem – nauczony przykrym doświadczeniem – trzymałem już swoje ręce przy sobie. Kiedy indziej, kiedy stałem na przystanku tramwajowym z kolegami, podeszła do mnie niespodziewanie mama. – A czy ubrałeś kalesonki? – zapytała mnie mama przy wszystkich moich kolegach. – Tak, mam trzy pary – odpowiedziałem i spaliłem się ze wstydu widząc jak moi koledzy zakrywają sobie usta rękami, żeby nie parsknąć śmiechem. – A szaliczek ubrałeś? – kontynuowała przesłuchanie przy świadkach mama. Ponieważ byłem wielkim przywódcą bandy – Janosikiem, więc trochę było mi wstyd, że chłopcy z mojej bandy właśnie dowiedzieli się, że założyłem dzisiaj trzy pary kalesonek. Moja mama miała taki delikatny sposób zawstydzania mnie przy wszystkich. Włożyła potem swoją zimną rękę za moją koszulkę i dotknęła moich pleców. – Nie goń tak, bo się przeziębisz. Jesteś cały spocony – skarciła mnie mama na koniec przy wszystkich. Zwykle kiedy mama wracała z wywiadówek, robiła mi straszną awanturę. Jak zwykle na wywiadówce okazywało się, że nie wiedziała o połowie moich przestępstw popełnionych w szkole, bo podrabiałem jej podpis w dzienniczku szkolnym z zawiadomieniami od pani Jędrych o moim złym zachowaniu. We wtorki podpisywał mi dzienniczek tato. Potem jeszcze z Jurkiem Siewiorkiem zostaliśmy wyznaczeni przez panią Jędrych do opieki nad klasowym akwarium. Codziennie rano dawaliśmy im jeść, co tydzień wymienialiśmy im wodę. Na zajęciach praktyczno-technicznych zrobiliśmy do niego oświetlenie z dwóch żarówek, które zakładało się na górę akwarium w charakterze klosza. Podświetlone pięknie rybki pływały szczęśliwe pokazując wszystkim swoje kolorowe płetwy. Pani nauczycielka postawiła nam piątki. Na drugi dzień przychodzimy rano do klasy, a tu w akwarium bulgoce gotująca się woda, rybki pływają martwe na powierzchni zabite wysoką temperaturą. Jak się okazało – żarówki z naszego oświetlenia urwały się i wpadły do wody podgrzewając ją przez noc do temperatury wrzenia. Tak gotująca się zupa rybna zakończyła naszą karierę opieki nad klasowymi rybkami. Mam tylko nadzieję, że zanim te rybki zagotowaly się wtedy w tym akwarium, zostały najpierw porażone i zabite prądem 220 V dopływającym do żarówek z naszego projektu. Pani nauczycielka z zajęć praktyczno-technicznych – wymazała nam piątki gumką z dziennika. ZAKOŃCZENIE – czyli tylko On nas żałował Jeżdżąc na rowerach po torach kolejowych, szukając skarbów w okolicznych śmietnikach, grając na betonowych parkingach w piłkę, walcząc z bandą Artka Kubackiego na miecze zrobione z choinek, podglądając pół-nagie dziewczyny na Bagrach, bawiąc się wśród wykopów wypełnionych wapnem na pobliskich budowach – nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństw czychajacych na nas przy przekraczaniu ruchliwych ulic i torów kolejowych pobliskiej stacji – przeżyłem najlepszy czas swojego życia – moje niedopilnowane dzieciństwo. Nikt mną się nie przejmował. Przeżyłem tortury pani Wojewskiej na fotelu dentystycznym i znęcanie się mojej szkolnej wychowawczyni pani Aureli Jędrych, która teraz za takie coś znalazła by się w więzieniu. Często w zimie jeszcze po ciemku, czekałem na tramwaj na przystanku w temperaturze -27 C. W dwumetrowych zaspach śniegu szedłem do szkoły na piechotę na ósmą rano. Graliśmy w klasy skacząc po narysowanych kolorową kredą polach, w chowanego, w podchody, w dwa ognie, w noża, w gumę i w kapsle pstrykając je po wijących się trasach na asfalcie pobliskiego parkingu, po kolejnej telewizyjnej transmisji rowerowego „Wyścigu Pokoju” (…)

wtorek, 9 marca 2021

Donald j. Kutyna SIĘGAĆ PO GWIAZDY

Aleksandra Ziółkowska-Boehm rozmawia z Donaldem J.Kutyna Generałem US Air Force, wnukiem polskich emigrantów w Chicago SIEGAC PO GWIAZDY Aleksandra Ziółkowska-Boehm -Z jakich stron Polski pochodzili Pana dziadkowie? Jak zapamiętał Pan dziadków i rodziców? Donald J.Kutyna - Mój dziadek ze strony ojca, John Kutyna, pochodził z Jasła i wyemigrował do Stanów Zjednoczonych w późnych latach 1800-tych. Ożenił się z Antoinette z domu Pawlus, mieli dziesięcioro dzieci – 7 chłopców i 3 dziewczynki. Ich syn, Francis Anthony Kutyna w 1933 roku ożenił się z Izabelą Kmieć (jej ojciec w Ameryce zmienił nazwisko Kowal na Kmieć). To byli moi rodzice. Moi dziadkowie ze strony matki, Julia Trela i Joseph Kmieć, oboje pochodzili z miejscowości Śmiegorzów koło Tarnowa, która obecnie nazywa się Tarnów Dąbrowski. Mój dziadek był bardzo utalentowanym muzykiem - samoukiem, umiał także komponować. Francis Anthony i Isabel mieli troje dzieci, ja byłem najstarszy, urodziłem się w 1933 roku. Osiem lat później urodził się Francis Anthony Jr., i potem Antoinette, 10 lat młodsza ode mnie sostra. Mój ojciec Francis Anthony, podobnie jak dziadek, był utalentowanym muzykiem. Grał na skrzypcach na wielu imprezach, przez jakiś czas grał także w Chicagowskiej Orkiestrze Symfonicznej. Ale to były lata depresji i mój ojciec, aby zarobić na całą rodzinę, podjął się pracy w fabryce. Był człowiekiem dużej dyscypliny, której także oczekiwał i wymagał od swoich dzieci. Po latach powiedziałem mamie, że pierwszy rok w West Point był dla mnie łatwiejszy do zniesienia, ponieważ w domu panowała duża dyscyplina. Nie byliśmy bogaci, oboje rodzice pracowali, moja matka dla Bell Telephone Company. Gdy byłem chłopcem zajmowali się mną głównie dziadkowie, którzy posiadali własny sklep. Moje najwcześniejsze wspomnienia dotyczą właśnie dziadków. A.Z-B. - Czy w domu mówiło się po polsku? D.J.K. - Moja rodzina była bardzo bliska, mam na myśli całą rodzinę, włączywszy różne ciotki i wujków. Wszyscy mówiliśmy po polsku w domu i to był mój jedyny język zanim poszedłem do szkoły. Teraz także mogę porozumieć się po polsku, aczkolwiek nie używam go, i nawet z moją matką mówię po angielsku (Izabel Kutyna urodzona w Chicago, mówi płynnie po polsku- przyp. A.Z.-B). Jak moi rówieśnicy, poszedłem do publicznej szkoły podstawowej, a w soboty, jak wszystkie dzieci w naszym sąsiedztwie, uczęszczałem do szkoły polskiej. Wtedy mówiłem swobodnie po polsku. A.Z-B. - Polsko-Amerykanski Kongres w Chicago 14 października 1990 roku nadal Panu odznaczenie The Heritage Award. Zaskoczył Pan i poruszył zebranych zaczynając swoje przemówienie: “Wielce Szanowny Panie Prezesie, Drodzy Rodacy, jestem bardzo zaszczycony wyroznieniem za zaproszeniem na te uroczystość”... Przywołał Pan wielkie nazwiska Kościuszki i Pułaskiego, bitwy o Westerplatte, Narwik, Tobruk, Monte Cassino, jak i Bitwę o Anglię. Powiedział Pan wtedy, ze przestał Pan używać języka polskiego w wieku 17, kiedy wyjechał na studia, ale wciąż może Pan mówić, jak Pan ładnie określił “językiem swoich pradziadów”. D.J.K. - To prawda, w czasie uroczystości w Chicago, kiedy wszyscy zebrani mówili po angielsku, ja wygłosiłem swoje przemówienie po polsku. Oczywiście, było ono przygotowane wcześniej i je odczytałem, ale reakcja była wspaniała. Wszyscy wstali i zaczęli bić brawo. Zebrani Polacy byli wzruszeni, że amerykański 4-gwiazdkowy generał przemówił do nich w ich rodzimym języku. A.Z-B. - Czym była dla Pana polskość we wczesnych latach wzrastania, i proszę powiedzieć więcej o swoim rodzeństwie. D.J.K. - Przeprowadzaliśmy się do różnych domów, ale zawsze mieszkaliśmy w polskiej dzielnicy. Nasza rodzina, jak powiedziałem, była bardzo bliska sobie i mogliśmy na siebie liczyć. W domu panowała polska kuchnia i wszyscy oczywiście wiedzieliśmy o Pułaskim i Kościuszce. My naprawdę byliśmy bardzo dumni, że jesteśmy Polakami. Kiedy słyszeliśmy dowcipy o Polakach, wcale nas nie dotykały. Byliśmy bardzo pewni siebie, i to, ze inne dzieci mogły żartować z naszego pochodzenia, traktowaliśmy, jako dowód akceptacji, że jesteśmy jednymi z nich. Żartowano z wielu narodowości i było to wtedy naturalne, ale były to żarty nie upokarzające. Obecnie nikt by się nie ośmielił żartować na temat rasy, religi czy zwyczajów innej narodowości. I jest to odzwierciedleniem dużych podziałów w społeczeństwie amerykańskim, czego my Polacy ani wcześniej, ani teraz, nie doświadczamy. Mój młodszy brat Francis Anthony Jr. mieszka w Houston, ma doktorat w neurofizjologii, pracował wiele lat jako naukowiec dla NASA. Ożeniony jest z Japonką urodzoną w Brazylii o imieniu Massako, która jest naukowcem, ma także doktorat z neurofizjologii, pracuje w Research Center w Galveston. Najmłodsza w rodzinie, nasza siostra Antoinette, jest artystką malarką i mieszka w okolicach Chicago. Jakiś czas nauczała rysunku w szkole średniej. Jej mąż, Norman Lorving, jest detektywem, wysoko odznaczonym byłym oficerem policji. A.Z-B. - Jakie były Pana lata szkolne i uniwersyteckie? D.J.K. - W mojej szkole podstawowej było wielu dzieci polskiego, włoskiego i niemieckiego pochodzenia. Moim kolegą w tym okresie był Billy Tyminski. Kolejno poszedłem do Lane Tech High School w Chicago, gdzie także przeważała młodzież europejskiego pochodzenia. W szkole średniej znalazłem się w sportowej grupie uprawiającej pływanie. Pływać nauczyłem się od mojego wuja (powiedziałem Pani, że nasza rodzina była związana ze sobą i bardzo się wspierająca), który zabierał mnie na plaże i na baseny. Nasz zespół pływacki był bardzo dobry i pod koniec szkoły średniej otrzymałem stypendium sportowe na studia do University Iowa w Iowa City. Zacząłem studia z zamiarem, że zostanę inżynierem chemikiem, był to trudny kierunek i wymagał porządnej nauki. Na drugim roku kupiłem samochód Ford rocznik 1941 i poznałem piękną blondynkę. Moje oceny zaczęły być coraz gorsze. A.Z-B -Dlaczego wybrał Pan karierę wojskową? D.J.K. -W połowie drugiego roku studiów odwiedzając moją rodzinę w Chicago, na basenie poznałem kadeta z West Point. Przyznam, że mi zaimponował do tego stopnia, że zebrałem informacje na temat West Point. Przede wszystkim, należało być poleconym przez swojego kongresmana. Zwróciłem się do Toma Gordona, kongresmana z 8-go dystryktu okręgu wyborczego, gdzie mieszkało wiele rodzin polskiego pochodzenia (po Gordonie nastał Dan Rostenkowski). Zarekomendował mnie, przyjęto mnie, i zacząłem naukę od początku (już bez samochodu i bez blondynki). Miałem bardzo dobre oceny aż do samej graduacji. Moja przyszła żona, Lucy, blondynka, o której wspomniałem wcześniej, przerwała studia i przeniosła się w okolice West Point. W czasie mojego ostatniego roku pracowała na Akademii. Dzień po mojej graduacji pobraliśmy się (niestety nie zachowałem swojego Forda rocznik 1941). Po pięciu latach urodził się nas pierwszy syn Dale, później, w Bostonie, urodził się Douglas. Dale mieszka teraz w okolicy Bostonu, a Douglas w Północnej Wirginii. Obydwaj są żonaci i mają dzieci. Dale pracuje jako ekspert komputerowy, a Douglas ogólnie mówiąc w dziedzinie wojskowych badań przestrzeni kosmicznej. A.Z-B. -Proszę opowiedzieć, jak się zrodziła Pana pasja latania? D.J.K. -Mieszkaliśmy z żoną w wielu bazach wojskowych w całych Stanach. Latać uczyłem się na Florydzie i kolejno w Oklahomie. W wojskowej bazie lotniczej March w Kalifornii zostałem członkiem 33-j eskadry bombowców latając na B-47. A.Z.-B. -Zdobył Pan magisterium w aerodynamice i astronomii na prestiżowej uczelni MIT (Massachsussetts Institute of Technology). W West Point uczył się Pan języka rosyjskiego. Czy miał Pan okazje wykorzystać swoją znajomość rosyjskiego? D.J.K. - Język rosyjski był moim trzecim językiem, ale nigdy nie nauczyłem się go dobrze. Pamiętam, w 1963 roku, kiedy Nikita Chruszczow przyjechał z Rosji i miał obejrzeć Disneyland, mnie oddelegowano, abym z nim rozmawiał. Nie muszę mówić, jak się denerwowałem. Powstało napięcie między Rosja i Ameryką i ... nastał kryzys rakietowy i Chruszczowa wizytę w Disneylandzie odwołano. A więc na szczęście, nie musiałem używać swojego języka rosyjskiego, bo obawiam się, że mógłbym spowodować wybuch 3-ej wojny światowej! A.Z.-B. - Jak potoczyła się Pana kariera wojskowa po ukończeniu studiów magisterskich na MIT? D.J.K. - W czerwcu 1963 roku, po zakończeniu mojego pierwszego stażu dowódcy załogi samolotu B-47 zostałem skierowany do Szkoły Pilotów Doświadczalnych] w bazie lotniczej Edwards w Kalifornii (Aerospace Research Pilot School), gdzie jako student, a później jako jeden z dyrektorów, instruowałem pilotów doświadczalnych (test pilots) oraz przyszłych astronautów, którzy przechodzili specjalny kurs pilotażu. A.Z-B -Czy brał Pan udział w wojnie w Wietnamie? D.J.K. - Od listopada 1969 do października 1970 brałem udział w wojnie będąc związany z 44 –a Eskadrą do Zadań Taktycznych w bazie lotniczej Takhli Royal Thai w Tajlandii. Odbyłem tam 120 lotów operacyjnych pilotując myśliwiec F-105. Miał on renomę doskonałego samolotu myśliwskiego, który nigdy nie zawodził. Był też łatwy w obsłudze technicznej. A.Z-B -Słyszałam, ze swojemu samolotowi nadal Pan bardzo szczególne imię. D.J.K. - Nazwałem swój samolot i namalowałem to imię “The Polish Glider” (Polski szybowiec). Latałem z baz w Tajlandii nad Laosem, Kambodżą, Północnym i Południowym Wietnamem. Nasi wrogowie, północni Wietnamczycy, nazywali nas „Powietrzni piraci Jankesi”. Ja byłem znany jako „Jankes - powietrzny Polak” – I byłem z tego dumny. Mój samolot F-105 ze względu na swoją funkcję był najcięższym myśliwcem w bazie, i to imię było dlatego odpowiednie, bo śmieszne. Byłem pilotem myśliwca i niejako zdrową koniecznością było nie brać siebie na serio, zbyt poważnie. Na pewno nie pękać z dumy, ani nie chwalić się. Mój samolot był przez wszystkich podziwiany, miał wspaniały rekord lotów bojowych, był także najbardziej pieczołowice obsługiwanym samolotem. Gdybym go nazwał na przykład „Bohaterski polski orzeł”, lub coś w tym rodzaju, brzmiałoby to nie tylko pompatycznie, ale miałoby zupełnie inne znaczenie i oddźwięk. Po wojnie mój samolot umieszczono w przechowalni, ale później został przemieszczony do brytyjsko-amerykańskiego muzeum lotniczego w Anglii. Myślę, że Brytyjczycy zamalowali nadame mi imię, uważając, że nie jest „odpowiednie”. Dziesięć lub więcej lat temu, firma Monogram Models wykonała model mojego samolotu i oczywiście z nazwą „The Polish Glider”. Seria została wykupiona, i jest teraz rzadkością wśród kolekcjonerów. A.Z.-B. -Jak się rozwijała Pana kariera wojskowa i jednocześnie naukowa? Proszę powiedzieć o pracy i różnych stanowiskach, które Pan zajmował. D.J.K. - Po powrocie z Południowo-Wschodniej Azji przydzielono mnie do Kwatery Głównej Amerykańskich Sił Lotniczych w Waszyngtonie (DC), gdzie jako kierownik Działu Wdrożeń i Rozwoju pracowałem w biurze wiceministra lotnictwa. W 1975 roku ukończyłem Wyższą Szkołę Przemysłu Zbrojeniowego i objąłem funkcję kierowniczą w departamencie Szefa Lotniczych Sił Zbrojnych. Nauka odbywała się na bazie lotniczej Hanscom w stanie Massachusetts. Pełniłem tam obowiązki asystenta zastępcy d.s. Programów Międzynarodowych. Następnie objąłem kierownictwo Departamentu Sprzedaży Zagranicznych Ostrzegawczego Systemu E-3A. Kolejno zostałem asystentem dyrektora kierującego całym programem E-3A. System ten ostrzega pilota przed atakiem rakiet kierowanych na cel temperaturą wyziewów silnika samolotu. W 1982 roku objąłem stanowisko zastępcy dowódcy odpowiedzialnego za System Kontroli Startów i Lotów Kosmicznych, gdzie kierowałem programem Departamentu wykorzystania Promów Kosmicznych do spraw Obrony. Dwa lata później awansowałem i objąłem stanowisko dyrektora Systemów Satelitarnych i Kontroli Dowodzenia i Komunikacji w dowództwie Amerykańskich Sił Powietrznych w Waszyngtonie. W lutym 1986 roku zostałem członkiem zespołu prezydenckiej komisji badającej przyczyny katastrofy promu kosmicznego Challenger. W 1986 roku awansowano mnie na stopień dwugwiazdkowego generała z przydziałem do Centrum Rakietowego w Los Angeles. Rok później otrzymałem 3-cią gwiazdkę i zostałem odkomenderowany do Centrum Dowodzenia Przestrzeni Powietrznej na Północną Amerykę oraz Centrum Dowodzenia Przestrzenią Kosmiczną Stanów Zjednoczonych (CINC). W krótkim czasie nadszedł ponowny awans, 4-y gwiazdki generalskie (takiego generała Polska nie wytypowała; gen. Sikorski miał 3 gwiazdki – przyp.A.Z.-B.) Awansem tym zostałem wyjątkowo zaszczycony, gdyż dowodziłem dwoma systemami w czasie wojny „Pustynna Burza” w 1991 roku – jako główny dowódca Północnoamerykańskiej i Amerykańskiej Obrony Przestrzennej (CINC). Trzeba pamiętać, że wojna w Zatoce Perskiej w 1991 roku była pierwszym konfliktem zbrojnym, w którym amerykańskie siły lądowe, morskie i powietrzne korzystały z informacji przekazywanych z orbity dookoła-ziemskiej. Po 35 latach w wojsku przeszedłem w 1992 roku na emeryturę. A.Z.-B. -Wydrukował Pan obszerny naukowy esej o sprzęcie użytym w czasie Wojny w Zatoce Perskiej, – który został opublikowany w AIR POWER HISTORY (wiosna 1999, Vol 46) zatytułowana „Niezastąpiony Satelitarny System w wojnie w Zatoce Perskiej.” Oparł Pan swój tekst na wykładzie, który wygłosił Pan w Historycznym Towarzystwie Przestrzeni – w Waszyngtonie w 1995 roku. D.J.K. - Wojna w Zatoce Perskiej w 1991 roku była pierwszym konfliktem, w którym przestrzeń kosmiczna odegrała zasadniczą rolę we wsparciu amerykańskich sił lądowych, morskich i powietrznych. Po raz pierwszy również wszystkie formacje bojowe, na wszystkich poziomach, odczuwały obecność i skutki naszego systemu satelitarnego. Rzeczywiście nasz system był dostępny przed, podczas i po zakończeniu wojny – albowiem elementy systemu były już na orbitach z przeznaczeniem do wykorzystania w równym stopniu w okresie pokoju, jak również w okresie konfliktów zbrojnych. A.Z.-B. Co było ważne dla Pana w życiu, i co pomagało Panu w czasie tych wszystkich lat? D.J.K. -Na pewno pomogła mi w życiu pewność siebie, która w dużej mierze przyszła z mojego okresu dzieciństwa, wzrastania w polskiej rodzinie w Chicago, w bliskości rodziny i kolegów. Ważne jest, by mieć dobre nastawienie do pracy, i przede wszystkim, aby być wiernym stałym wartościom. Piękne i warte naśladowania są zasady, które kultywuje West Point: Obowiązek, honor i ojczyzna. Dodałbym jeszcze radę – gdy pojawia się możliwość, puka do drzwi – należy je otworzyć. A.Z.B. - Był Pan pilotem z zaliczonymi 5,500 godzinami latania na 26 różnych myśliwcach i bombowcach. Wśród Pana orderów i odznaczeń wojskowych są: Defense and Air Force Distinguished Service Medals, Legion of Merit, Distinguished Flying Cross, Air Medal, and the Air Force Commendation Medal. Został Pan także odznaczony przez Towarzystwo National Geographic nagrodą im generała Thomasa D. White United States Air Force Space Trophy, którą nagradza się tych, którzy swoja pracą przyczyniają się do progresu w badaniach przestrzeni. Panie Generale, czy lubi Pan nowe zadania? D.J.K. - Bardzo lubię nowe zadania i wyzwania, nawet kiedy jestem na emeryturze. Nigdy wcześniej nie miałem okazji nauczyć się jazdy na nartach. Teraz, mieszkając w Colorado Springs, nie tylko zjeżdżam na nartach dla przyjemności, ale biorę udział w Giant Slalom. Każdy zjazd jest swoistym wyzwaniem, prawdziwym czy wyimaginowanym. A.Z.-B. Co Pan myśli, generale, na temat wojny w Wietnamie i obecnej w Iraku? D.J.K. - Według mnie, wojna w Wietnamie, w której brałem udział jako pilot latający na myśliwcu taktycznym, była bardzo źle prowadzona przez polityków. Nie tak, jak pierwsza wojna w Iraku w 1991 roku, która była sukcesem. W Wietnamie nie mieliśmy jasno określonego naszego celu, i nie przedsięwzięliśmy wystarczających akcji, aby zwyciężyć. Więc przegraliśmy. Takich błędów nie powtórzyliśmy w naszej pierwszej wojnie w Iraku. W drugiej wojnie w Iraku walczyliśmy doskonale. Ale uważam, że w czasie lat 1990-tych, po pierwszej wojnie w Iraku, powinniśmy stopniowo zmniejszać sankcje a zacząć handel – powinismy kupować od Iraku. Wymiana handlowa zawsze uzależnia oba kraje i zapobiega konfliktom. Przykładem są Rosja i Chiny. A.Z.-B. Jest Pan bardzo zajęty mieszkając w pięknym domu na stoku gór z widokiem na wspaniały widok góry Rocky. D.J.K. - Oboje z żoną przeprowadzaliśmy się 27 razy mieszkając w różnych bazach wojskowych. Cieszymy się, że nareszcie możemy mieszkać dla odmiany w jednym miejscu. Zbieram stare samochody, jeżdżę na nartach, pływam, uprawiam surfing, jazdę rowerowa i poluję. Jestem zatrudniony na pełnym etacie w firmie zajmującej się wykorzystaniem technologii sateliratnej do celów komercyjnych i podróżuję 40-50 razy w roku. Po katastrofie kolejnego wahadłowca Columbia byłem członkiem zespołu badającego tę tragedię. W czasie zimy biorę udział w zawodach narciarskich, a ponieważ nie wolno mi się przechwalać, powiem tylko, że mam wiele zabawy. Zaczął się sezon golfowy i gram popołudniami 4 razy w tygodniu i w czasie weekendów. Zaczął się także sezon wędkarski, oboje z Lucy odnawiamy naszą górską chatę by łowić pstrągi. Nasz różany ogród miewa się znakomicie, chociaż atakują je insekty i różne grzyby. Zostało nam tylko kilka miesięcy by codzienne się gimnastykować i być w dobrej formie na nadchodzący sezon narciarski. Na zbliżający się zjazd wychowanków West Point klasy 1957, któremu przewodniczę, zdecydowano się napisać na nowo konstytucje. Polityczne spory i konflikty wydają się gorsze niż nasza wojna cywilna. Jestem konsultantem jednej ze stacji telewizyjnych Showtime, gdzie przygotowują film. Kiedy jest ładna pogoda pracuję przy swoich starych samochodach, które gromadziłem przez wiele lat. Wszystko to robimy wspólnie z żoną. Mamy także psa Yorkshire Terrier, którego nazywamy Pepper. I zawsze gotów jestem zająć się czymś nowym w czasie wolnym A.Z.-B. -Pana 90-letnia matka Isabel mieszka wciąż w Chicago, jest niezależna i samodziela; jest interesującą kobietą. Powiedziała mi, że kiedy przeszła na emeryturę rozwinęła nowe zainteresowania, łącznie z jogą. Powiedziała mi także, ze podziwia Pana pozytywne myślenie, że zawsze woli Pan widzieć jaśniejszą stronę wszystkiego i lubi Pan podkreślać pozytywne strony. Kiedy był Pan małym chłopcem, fascynowały Pana samoloty i ta fascynacja potęgowała się z latami. Powiedziała mi, że Pan miał zwyczaj mawiać: „Sięgaj po gwiazdy...”. Pani matka jest bardzo dumna wiedząc, że kiedyś mały chłopiec, obecnie -4-gwiazdkowy generał -„sięgnął po gwiazdy.” Podobnie mogą być z Pana dumni Amerykanie polskiego pochodzenia, jak i Polacy w Polsce. D.J.K. Cieszę się, i wiem, że mama wie, czego dokonałem, a czego nie. I to jest to, co się w życiu liczy. Wywiad ten ukazał się po angielsku w książce „The Roots Are Polish” (Toronto, 2004), Także w nowojorskim „Weteran” (Nowy Jork, October 2003), po polsku w”Przegladzie Powszec

sobota, 16 stycznia 2021

Adam Wiercinski - PISARSKIE DELICJE I REMANENTY

... Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Pisarskie delicje, Bellona 2019, 343 stron. ... Adam Wiercinski [w:] PAMIĘTNIK LITERACKI, Londyn, grudzień 2020, s. 243-246 ........................ Pisarskie delicje i remanenty ......................... „Pisarskie delicje” Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm to silva rerum. Prawdziwy las rzeczy. Tyle tam spraw, tematów, postaci znanych i mniej znanych, tyle dopowiedzeń do książek wcześniejszych i dodatkowych opowieści. I tyle przytoczeń. Listy, rozmowy, wywiady, fragmenty książek własnego i cudzego autorstwa.A wszystko udokumentowane, sprawdzone i autoryzowane, kiedy trzeba. Polot, szczęśliwe przypadki, szczęście do spotkań z pięknymi ludźmi, ponadto - dyscyplina pisarska. I jeszcze sztuka uważnego słuchania. ............................ W pierwszym rozdziale zajmuje się Autorka reportażem literackim, rozprawia ze znawstwem, którego mógłby jej pozazdrościć wykładowca na wydziale dziennikarstwa, o literaturze faktu, tłumaczy, skąd się wzięła popularność tego rodzaju pisarstwa.
„Czytelnik współczesny oczekuje dokumentacji, jest głodny faktów, przekazów z pierwszej ręki. Staramy się śledzic, co się dzieje w różnych miejscach świata, który dzięki telewizji i głównie internetowi wszedł w nasze życie ze swoimi dylematami, problemami, katastrofami i biedą”(s.11-12)". ........................ To pisarstwo wywodzi się z literackiego dziennikarstwa, przypomina, że w latach 70.XX. popularnością cieszył się tzw. literary journalism, kiedy autorzy starali się przedstawić punkt widzenia przeciętnego człowieka. A kiedy i to określenie stało się nazbyt rozmyte, wprowadzono inne: „Termin creative non-fiction (używany zamiennie jako literary non fiction) brzmi być może zagadkowo. Wyraz creative wskazuje, że autor używa metod i sposobów wypróbowanych w fikcji, czyli uprawia sztukę przenoszenia do narracji rozmaitych strategii i form opowiadania”
s.12". ............................ Teoretyczne rozważania ilustruje Autorka przykładami, przypomina, jak się przygotowywała do pierwszego spotkania z Melchiorem Wańkowiczem, jak doszło do spotkania z Januszem Brochwiczem-Lewińskim („Gryf” w czasie powstania warszawskiego był świadkiem śmierci córki Wańkowicza). Wspomina o lojalności wobec rozmówcy: ....................... „Pojawiają się momenty, kiedy rozmówca nie ukrywa, nie cenzuruje swoich słów, odczuć, wspomnień – mówi o nich swobodnie. Nie znaczy to, że piszący ma o tym napisać, aby „świat się dowiedział”. Ustalamy z moimi bohaterami, że swoją opowieść snują bez oporów, ale przed publikacją każdą wypowiedź z nimi autoryzuję. Mają do tego święte prawo. Zawsze usuwałam fragmenty wspomnień, którymi dzielili się ze mną, ale nie chcieli obwieszczać ich innym”. "Rozmówcy zasługują na szacunek, poszanowanie ich życia i prywatność. Zaufali mi, ja mam obowiązek postępowania etyczneg".(s.41-42)". ............... A po teoretycznym wstępie ciagną się opowieści o ludziach z różnych czasów i z tylu przestrzeni. O ich wędrówkach z wyboru i tych odbywanych kiedyś mimo woli. O rodzinie Rodziewiczów (z opowiadania Romana Rodziewicza powstała książka Wańkowicza „Hubalczycy”); o Aleksandrze Jordanie Lutosławskim, synu sławnego filozofa, Wincentego Lutosławskiego; o ks. Prof Januszu Ihnatowiczu, teologu i poecie; o sławnym pilocie Januszu Żurakowskim. O skomplikowanych losach niektórych ludzi. Janusz Dukszta, lekarz psychiatra i polityk kanadyjski, rodem ze Szczuczyna (między Grodnem a Nowogródkiem), mówił Ziółkowskiej-Boehm o swojej złożonej tożsamości: ................... „Uważam się za Polaka litewskiego pochodzenia, od lat mówię, że jestem polskim Litwinem, ale to jest trochę skomplikowane. Odwiedziłem kilka lat temu Wilno, i stwierdziłem, że na pewno nie jestem Litwinem, pojechałem do Krakowa, stwierdziłem, że nie jestem Polakiem. Odwiedzam Anglię, gdzie ukończyłem uczelnię, i gdzie mieszka moja przyrodnia siostra Izabella, ale nie czuję się Anglikiem. Jestem Kanadyjczykiem – bo Kanada pozwala mi być ...cudzoziemcem. To jest moje „identity”(s.64)”. ....................... Ciekawe, ile papieru zużyliby współcześni socjolodzy na opisanie tej wielostopniowej tożsamości, ile teorii stworzyliby dzisiejsi kosmopolici i narodowcy. A pisarka zostawia wyznanie potomka szlacheckiego rodu z Wielkiego Księstwa Litewskiego bez komentarza. Zostaje cenne świadectwo. Gdzie indziej opowie Autorka o Tomaszu Łychowskim, poecie i malarzu Brazylii (przyznaje się, że to, co pisze, jest polskie, a to co maluje – brazylijskie). Jego ojciec pochodził z Kijowa, ożenił się z Gertrudą, Niemką spod Berlina. A stało się to w portugalskiej wtedy Angolii w latach 30.XX w. W roku 1938 Łychowscy z kilkuletnim Tomaszem przyjechali do Polski. A potem wojna, konspiracja, matka Niemka okazała się polską patriotką związaną z AK. Osadzono ją z siedmioletnim synkiem na Pawiaku. ................... „Obecnie Tomasz Łychowski ma ponad 80 lat i jest prawdopodobnie najmłodszym żyjącym więźniem Pawiaka. Pamięta, że codziennie o szóstej rano był apel. Ustawione w dwurzędzie więźniarki składały po niemiecku meldunek. Tomasz zapamiętał, że po pewnym czasie jemu przypadła ta funkcja i meldował: Fünfundzwanzig Frauen und ein Kind (25 kobiet i dziecko). Na to Komendant: Fünfundzwanzig Frauen und ein Man (25 kobiet i jeden mężczyzna) i bardzo zadowolony ze swojego dowcipu wybuchnął śmiechem"(s. 240). Poeta pisze w trzech językach: po polsku, po angielsku i po portugalsku, maluje i pisze wiersze (coraz częściej po portugalsku), w jednym z wierszy wspomina o swojej multiosobowości: ................ Jaka moja w tym wina - urodzony w Angoli - że nie jestem czarny? Zaadoptowany przez Brazylię że jestem gringo? Jaka wina? Że jestem synem Niemki w Polsce Polaka w Niemczech? Dość nierzeczywistych win! Czy nie wystarczą te prawdziwe?(s. 252)" .................. Jak to dobrze, że bohaterowie o takich skomplikowanych losach znaleźli rozumiejącą słuchaczkę, która z taktem i empatią potrafiła ich wysłuchać, a potem zapisać niezwykłe koleje losu (powieściopisarz pomieściłby te opowieści w kilku zapewne tomach). A tu skrót, dane do opowieści i ewentualne rozwinięcie. Jak z Kają od Radosława: ....................... .„Najkrócej: Cezaria Iljin-Szymańska - pseudonim „Kaja” – działaczka podziemia, uczestniczka powstania warszawskiego, członek zgrupowania „Radosław”. Po powstaniu aresztowana w Białymstoku i osadzona w obozie NKWD nr 41 w Ostaszkowie. Do Polski wróciła w 1946 roku z malarią i tyfusem. Skończyła studia i została cenionym architektem, włączyła się w odbudowę Warszawy”(s.89). .................... Jeszcze o jednym szkicu należałoby wspomnieć. Zaczyna się tak: ............. „Jeżeli Wańkowicz jest mi wdzięczny, to zapewne za wymianę przedmowy... Że przekonałam wielkiego redaktora Giedroycia, który do swojej korespondencji z pisarzem napisał nową. Pierwsza jej wersja zawierała określenia niesprawiedliwe, niepoparte żadnym dokumentem”.(s.257)" A jak to się stało, że propozycję Ziółkowskiej-Boehm, żeby dodał Giedroyć kilka zdań ...-właśnie, że uważa go Pan za „czołową postać polskiej literatury” (...) Obok krytyki i ostrych rzeczy, czy nie może Pan dodać, że – jak Pan do mnie pisze – jednak „wysoko go Pan ceni”? zostały uwzględnione, wnikliwy czytelnik, przeczyta sam. A uparta i wdzięczna Autorka, dbająca o dobre imię swojego mistrza, napisze o Giedroyciu z uznaniem: „Jego wielkość z pewnością zawiera się także w fakcie, że dał sie przekonać. Bardzo go za to podziwiam i doceniam”.(s.293)"

środa, 30 grudnia 2020

POLISH HERITAGE - MARIE HEJNOSZ Polish American Journal

Polish Heritage Published Triannually by the American Council for Polish Culture, Polish American Journal, North Boston, NY Winter, 2020 page: 5, 9 by Marie Hejnosz *** To know Aleksandra is to know someone of great personal charm, great intelligence and a heart of gold. I know that, each time I see Aleksandra, I will be greeted by a beautiful smile and warm embrace. Looking at her shy demeanor, one would never know how accomplished she is. She was educated at the University of Lódz and the University of Warsaw where she received her Ph.D. in Humanities. While still a student, she published number of short stories and newspaper articles, but her true writing career took off when she began her work for Melchior Wańkowicz, a prominent Polish writer. For her help and research with his latest book, Wańkowicz dedicated that book to her, and in his last will, he bequeathed all his archives to her. In the years 1977-1981 she was a member of the Repertoire of the Polish Television Theater. She created the scenario for “2 Korpus w piosenkach Ref-Rena”, a musical, for Warsaw TV in 1991. She appeared in four documentaries dedicated to: Zbigniew Brzezinski, Stanley Haidasz, Melchior Wańkowicz, and her own uncle Korczak Ziółkowski. From 1981–83, she resided in Toronto, Ontario, Canada as the recipient of three writing scholarships. Since April 1990, she has lived permanently in the United States, in Wilmington, Delaware and spending nine years in Texas (Houston and Dallas). My fascination with Aleksandra is intensified by the fact that she is the niece of Korczak Ziółkowski, the famous sculptor of the Crazy Horse monument in South Dakota. The monument is dedicated to the famous, brave, Native American leader. Like Aleksandra, I am captivated by the history and culture of Native Americans. I passionately collect books and other information about their way of life and their nearly forgotten culture. In today’s climate of equality for all, somehow no one remembers about those Native Americans whose way of life and culture the European invaders destroyed.
Aleksandra traveled extensively throughout the South West and beyond with her, now deceased, husband Norman Boehm. Together they visited many Native American communities and Aleksandra diligently took pictures and notes, which served as source material for her later writing. One of her books about Native Americans is “Open Wounds. A Native American Heritage”. Anyone who has an interest in our collective history should read it. According to Bruce E. Johansen, PhD, University of Nebraska: “Aleksandra Ziolkowska-Boehm takes us across the United States, visiting Indian Country, with insight and compassion, raising many issues along the way with the Dr. Aleksandra Ziółkowska-Boehm eye of a traveler from overseas (the book first appeared in Poland). Few people in this country know that the first craftsmen at Jamestown were from Poland, or that the family of Polish ancestry (relatives of hers) are carving a huge memorial to Crazy Horse in South Dakota.” According to Homer Flute, Apache, Trustee/CEO Sand Creek Massacre Descendants Trust, Anandarko, Oklahoma: “The book Open Wounds depicts many of the past and present problems facing Native Americans as minorities in their own country, where bias, envy and jealousies are still strong influences among the Indian people, as portrayed in the author’s story about Crazy Horse being betrayed by his own people. This still happens today. Many non-Indians are misinformed about Indians and reservations because their only source of information comes from fictional movies and books.... This book outlines the tragic obstacles encountered by sculptor Korczak Ziolkowski while carving the statue of the Lakota Sioux war chief Crazy Horse. The sculptor experienced many similar situations that parallels the Indians’ situation.” Aleksandra is the author of over 30 books some written in Polish and some in English. She is the recipient of many awards and scholarships that are too numerous to mention here. One of the most prestigious is the Fulbright scholarship which she received in 2006-2007 and award in 2008. Most recently, she was chosen as the recipient of the Wybitny Polak in literature award. Aleksandra made her permanent home in Delaware but she travels to Poland frequently where many of her books are published and widely read. Her Polish repertoire includes books about Melchior Wańkowicz and number of other Polish personalities. Many of her books are also about the heroes of World War II describing the Polish suffering and heroism. One of her latest books on that subject is “Kaia Heroine of the 1944 Warsaw Rising”. According to Zbigniew Brzezinski, PhD, author and National Security Adviser to President Jimmy Carter, Alexandra’s book is “A moving and compelling account of what heroism entails and what suffering can be endured for the sake of a higher cause.” “Kaia” also received very positive reviews from Stanley Weintraub, author of “The Last Great Victory: The End of World War II, July–August 1945, ” In pages of striking contrast, Kaia moves from a colorful, nearly idyllic life by Polish exiles in southern Siberia earlier in the last century to the graphic horrors of Nazified Poland—and then to the moving aftermath of loss and recovery.” Another interesting fact about Aleksandra is that for 26 years she was happily married to a close relative of Ingrid Bergman. Aleksandra’s husband’s grandmother and Ingrid’s father were brother and sister. Aleksandra writes about this family connection in her beautiful book “Ingrid Bergman and her American Relatives.” Her husband Norman was a staunch supporter of Polish causes; wrote many letters to senators and took other supportive actions. Norman’s bio and his letters to American senators are in the book written by Jan Nowak Jezioranski “Poland’s Road to NATO”. On a lighter side, Aleksandra is a dedicated feline lover and in her home in Delaware, one can always find a fascinating feline. One of Aleksandra’s favorite cats was Suzie and she wrote a lighthearted book about her entitled “On the Road with Suzy: From Cat to Companion”. . In summary, I would like to add, that thanks to Aleksandra’s writings, my life and the lives of many others were enriched immeasurably. We are very proud to have Aleksandra as a board member of the Polish Heritage Society of Philadelphia. For additional information, see Wikipedia (both English and Polish)
<

wtorek, 29 grudnia 2020

NEAL PEASE - GOTOWOSC DO MIERZENIA SIE Z HISTORIA - ROZMAWIA: ALEKSANDRA ZIOLKOWSKA-BOEHM

„GOTOWOŚĆ DO MIERZENIA SIĘ Z HISTORIĄ” Home » Artykuły prasowe » „GOTOWOŚĆ DO MIERZENIA SIĘ Z HISTORIĄ” Sie 10, 2017 KBB W majowym numerze miesięcznika „Odra” ukazał się wywiad, jaki przeprowadziła Aleksandra Ziółkowska–Boehm z amerykanskim profesorem Nealem Pease’em Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Panie Profesorze, ma Pan dyplom magisterski z Uniwersytetu w Kansas, drugie magisterium i doktorat z Yale Uniwersity. Jaki był temat Pana pracy magisterskich i doktorskiej ? Neal Pease: -Tematem pracy magisterskiej, którą pisałem na Uniwersytecie w Kansas pod kierunkiem profesor Anny Cienciała, były kwestie zwiazane z obrazem Polską przedstawianej w prasie brytyjskiej w latach międzywojennych. Moja praca doktorska, obroniona w Yale University w 1982 roku pod kierunkiem profesora Piotra Wandycza, koncentruje się na relacjach między Drugą Rzeczpospolitą Polską i Stanami Zjednoczonymi w latach po pierwszej wojnie światowej, ze szczególnym uwzględnieniem stosunków finansowych, a także politycznych i dyplomatycznych relacji między dwoma krajami. Praca ta była podstawą mojej pierwszej książki „Poland, the United States, and the Stabilization of Europe, 1919-1933” (New Haven: Yale University 1982. 2nd edition: New York – Oxford: Oxford Univ. Press 1986). AZB: Jak się zainteresował się Pan polską historią ? NP: Często jestem o to pytany, ponieważ nie jestem polskiego pochodzenia. W tamtym okresie było dość niezwykłe, że „niepolak” wybrał taki kierunek studiów. Obecnie badania polonistyczne zbliżyły się do „głównego nurtu”, wielu młodszych ode mnie współczesnych badaczy polskiej tematyki nie jest polskiego pochodzenia. W moim przypadku, początkowe motywacje były czysto przypadkowe. Dorastałem w uniwerstyteckim mieście, młodzi ludzie, z którymi chodziłem do szkoły i spędzałem czas poza szkołą, byli dziećmi pracowników naukowych wydziału slawistyki The University of Kansas. Gdy zacząłem drugi rok studiów jeden z przyjaciół zachęcił mnie, bym zapisał się kurs Historii Europy Wschodniej, który wykładała profesor Anna Cienciała. Zrobiłem to, i jej wykłady bardzo mi się podobały. Uważałem temat wręcz za fascynujący, dotychczas mi nieznany. Profesor Cienciała zachęciła mnie do kontynuowania moich badań i przekonała, abym spędził rok w Polsce. Wziąłem udział w programie wymiany studentów między Uniwersytetem w Kansas i Adama Mickiewicza w Poznaniu. Były to wczesne lata 1970. i wiele ciekawych rzeczy zaczęło się dziać w Polsce. AZB: A więc można powiedzieć, że w dużej mierze amerykańscy historycy polskiego pochodzenia-profesorowie Anna Cienciała i Piotr Wandycz przyczynili się do rozwinięcia czy też ukierunkowania Pana zainteresowań i Pana badań? NP: -Tak, mogę śmiało powiedzieć, że gdybym nie miał szczęścia być studentem i słuchać wykładów prowadzonych przez Annę Cienciała i Piotra Wandycza, nigdy bym nie rozwinął w sobie zainteresowań tematyką polską i środkowo-wschodniej europejskiej historii. Dużo zawdzięczam ich erudycji i wiedzy, byli dla mnie przykładem i wzorem. Wiele zawdzięczam ich życzliwemu zainteresowaniu i intelektualnemu wsparciu, co jest szczególnym długiem do spłacenia. Mogę mieć tylko nadzieję, że moje prace i moje zainteresowania (które mi przybliżyli) mogą pokazać doskonałe przygotowanie, które mi dali. AZB: W swoich książkach i pracach naukowych porusza Pan wiele niezwykle interesujących tematów. Jeden z nich, to rola kościoła katolickiego we współczesnej polskiej historii. Prowadzi Pan wykłady na temat historii Polski i Europy Centralnej, historii chrześcijaństwa z uwzględnieniem kościola katolickiego. Z jakich archiwów Pan korzysta? NP: -Oczywiście, każdy naukowiec korzysta z różnych archiwów, w zależności od przedmiotu badań. Pokazuje je moja lista publikacji i konkretnych archiwów i bibliotek. Z upływem lat mogę powiedzieć, że wiele czasu spędziłem w państwowych i kościelnych archiwach w Polsce, ale ponieważ dokumenty dotyczące Polski ze względu na wojny, emigrację znajdują się w różnych miejscach w świecie – wiele godzin spędziłem w archiwach zarówno w Stanach Zjednoczonych (głównie w Waszyngtonie), jak i w Londynie. Mniejsze i skromniejsze zbiory są także w moim rodzinnym mieście Milwaukee, jak również w odległych słynnych Archiwach Watykańskich. AZB: Innym tematem Pana wykładów jest odrodzenie Żydów we współczesnej Polsce. Czy amerykański student może sobie wyrobić pozytywne myślenie na ten temat? NP: -Jest to niezwykle ciekawy i ważny temat. Czytelnicy nie znajdą go w moich dotychczas opublikowanych pracach, ale mam nadzieję zabrania głosu i napisania na ten temat w pracach, przy których teraz pracuję, i które mam nadzieję ukażą się w druku. W międzyczasie jest wielu znakomitych uczonych i komentatorów zajmujących się tym zagadnieniem, a ja jestem chętny do wspierania ich pracy jako redaktor pisma The Polish Review. AZB: Wykłada Pan historię cywilizacji zachodniej – począwszy od roku 1500 do czasów współczesnych. Inny temat wykładów: Polska i sąsiedzi w latach 1795-1914, kolejne: Polska i sasiedzi – lata 1914-1945, Kościół katolicki od roku 1500 do czasów współczesnych. Jakże ważne, jakie obszerne tematy. Czy można oczekiwać książki z Pana wykładami? NP: -Myślę o tym. Na razie te zamierzenia muszą być dodane do długiej listy zagadnień i spraw, którymi chciałbym zająć się w przyszłości. AZB: Jest Pan w składzie zarządu Polish Institute of Arts and Sciences of America (PIASA), także w komitecie Polish American Historical Association (któremu Pan przewodniczył w latach 2011-2012), jest Pan także członkiem Polish American Studies. Pana obecność w tych ważnych cenionych stowarzyszeniach naukowych jest imponująca. Należy się Panu wdzięczność i podziw ze strony polonijnej i polskiej społeczności. Od 2014 roku jest Pan redaktorem naczelnym kwartalnika naukowego The Polish Review, cieszącego się znakomitą reputacją. Pismo ukazuje się od 1956 roku, jest dostępne w 575 bibliotekach nie tylko amerykańskich. Czy zgadza się Pan, że możliwość lektury wybranych tekstów jest ważnym aspektem, bo jest możliwość wpływania na elity? NP: -Jestem zaszczycony, że powierzono mi kierowanie redakcją The Polish Review, które to pismo ma doskonałą reputację i swoją historię. W porównaniu z innymi pismami naukowymi ma ono raczej nietypowy profil. Z jednej strony, jest to publikacja naukowa i oczywiście staramy się utrzymać wysoki standard, ale nie jest to w ścisłym tego słowa znaczeniu czysto akademickie pismo. Jest organem Polish Institute of Arts and Sciences of America, której członkowie i zarząd składa się nie tylko z naukowców, ale i specjalistów różnych dziedzin mających polską tożsamość, ogólnie – mających silne zainteresowania sprawami polskimi. Z tego powodu zyskujemy potencjalnych czytelników, którzy mają szerokie zainteresowania. W pewnym stopniu widzimy to jako znak, że nasz kwartalnik wypełnia swoją misję. Uważam, że będą dalsze możliwości i tendencja do poszerzania się i otwarcia na innych AZB: Jest Pan autorem cenionych książek, esejów, opracowań naukowych. Niezwykła jest Pana książka: “Rome’s Most Faithful Daughter: The Catholic Church and Independent Poland, 1914-1939”. (Ohio University Press, 2009). Pisze Pan, że kiedy Polska pojawiła się ponownie na mapie Europy była postrzegana jako najbardziej katolicki kraj na kontynencie. Pisze Pan, że pomimo tego, relacje między Kościołem polskim a Watykanem – odbiegały od dobrych, były wręcz trudne. Pokazuje Pan wręcz skomplikowane relacje między Polską a Watykanem. Watykan liczył na Polskę w planie „nawróceniu Rosji na katolicyzm”, tymczasem polski rząd wzbraniał się przed wzięciem w tym planie udziału. Nie są to powszechnie znane zagadnienia. Jak Pan do nich dotarł? Czy głównie dzięki niedawno udostępnionym archiwom watykańskim? NP: -Temat ten, który w miarę jak go pogłębiałem, okazał się być najbardziej złożonym i fascynującym aspektem książki. W skrócie: Stolica Apostolska, pod przewodnictwem papieża Piusa XI (który w Polsce pełnił funkcję nuncjusza papieskiego, zanim został papieżem) uważała, że rewolucja bolszewicka w Rosji, podczas gdy monstrualna sama w sobie, otworzyła historyczną możliwość rozszerzenia katolicyzmu na wschód, na ziemie historycznie prawosławne. Napotkało to na zdecydowany sprzeciw ówczesnego rządu polskiego, a także – w dużej mierze – przywódców Kościoła w Polsce. To, że Watykan chciał konwersji prawosławnych na obrządek katolicki, uważano za przeszkodę w asymilacji Ukraińców i Białorusinów z polską kulturą, a także obawiano się, że poczynania te mogą jeszcze bardziej skomplikować trudne relacje między Polską a Związkiem Sowieckim. Kwestie te nie były, nie są, całkowicie nieznane. Była to sprawa znacząca i w polskich kregach urzędowych wywołała krytyczne, nieprzychylne projektowi dyskusje. Uważni czytelnicy mojej książki zauważą, że korzystałem z szerokiej gamy już opublikowanych prac, ale miałem przewagę nad moimi poprzednikami, że udało mi się wykorzystać sporą liczbę źródeł archiwalnych. Znalazłem niezwykły materiał w watykańskich archiwach, ale przede wszystkim, najwięcej informacji otrzymałem z dokumentów znajdujących się w polskich archiwach państwowych. AZB: Kolejna Pana książka zatytułowana „Poland, the United States, and the Stabilization of Europe, 1919-1933” (Oxford University Press, 1986) jest pierwszą publikacją na temat stosunków między Polską a USA po 1-ej wojnie światowej, kiedy Polska zwróciła się do Ameryki, aby podeprzeć/poprawić swoją niepewną sytuację. Opierając się na licznych archiwach pokazuje Pan, jak polscy liderzy w latach 1920. oczekiwali od Ameryki wspierania stabilności w Europie, jak Polska po odzyskaniu niepodległości starała się pozyskać Stany Zjednoczone Ameryki aby uzyskać wsparcie i polityczne, i finansowe. Jak dalece ta polityka i oczekiwania Polski wobec USA się utrzymała, czy też zmieniła? NP: -Niejako sercem tej książki jest podsumowana żartem odpowiedź, którą chciałbym udzielić współpracownikom i przyjaciołom, gdyby zapytali, nad czym pracuję. Chciałbym im powiedzieć, że zajmuję się szczegółową relacją czegoś, co się nie stało. To „coś”, było utworzone przy stałej współpracy gospodarczej i politycznej między „raczkującą” Drugą RP i Stanami Zjednoczonymi. Po pierwszej wojnie światowej, jak powszechnie wiadomo, Ameryka postanowiła odrzucić wizję prezydenta Wilsona stałej roli zabezpieczania europejskiego pokoju i bezpieczeństwa Starego Swiata (Old World), woląc ograniczać się do inwestycji finansowych. Odkryłem, że polski rząd wiedząc o niechęci Amerykanów do wspierania Polski politycznie, chciał wygrać sojusz z transoceanicznym supermocarstwem, że tak powiem „tylnymi drzwiami”, zaciągając pożyczki i poczyniając różne inwestycje. Wedle teorii, że gdyby coś się złego działo, raczej „wcześniej niż później”, Waszyngton czułby potrzebę ochrony niezależności i integralności terytorialnej kraju, gdzie byłoby ulokowane wiele amerykańskich dolarów. Błąd w tych „planach” polegał na tym, że Amerykanie unikali inwestowania w Polsce właśnie dlatego, że kraj był tak oczywiście zagrożony przez nieprzyjazne mu ambicje Niemiec i Rosji Sowieckiej. Dlatego Amerykanie nie chcieli angażować się finansowo w Polsce międzywojennej. Powiedziawszy to, uderza mnie, że napisałem tę książkę w czasach zimnej wojny, w czasach PRL, a pod wieloma względami moje podejście do tematu odzwierciedla, że sytuacja braku bliskich więzi między Polską a Stanami Zjednoczonym była w jakiś sposób „naturalna”, że stan relacji dyktowały i określały nieprzyjemne, ale oczywiste realia geopolityczne. Obecnie, w świetle silnego partnerstwa, które rozwinęło się między dwoma krajami po 1989 roku, mogę podejść do tematu inaczej. Mogę zaprosić czytelników aby popatrzyli na polską politykę lat 1920. jako być może przedwczesne, ale dalekowzroczne i prorocze, a nie po prostu „chimeryczne” czy nie mające logicznych podstaw. AZB:W eseju zatytułowanym “’This Troublesome Question’: The United States and the ‘Polish Pogroms’ of 1918-1919.” Ideology, Politics and Diplomacy in East Central Europe. Ed. Biskupski, M. B. University of Rochester Press, 2003) („Trudne pytanie – USA i polskie pogromy 1918-1919”) przytacza Pan fragment dzienników Herberta Hoovera (obejmujących lata 1874-1920). Hoover pisze, że w wiadomościach w kwietniu 1919 podano informacje o „masakrze w Pińsku” – egzekucji 50 Żydów dokonanej na rozkaz generała polskiej Armii. Amerykanie – na wniosek prezydenta Wilson, przy aprobacie Paderewskiego – wysłali delegację by zbadała, co się stało. Okazało się, że taki wypadek nie miał miejsca, że to było kłamstwo. Tymczasem czytam np. w polskiej wikipedii, że historycy nie oceniają masakry w Pińsku jednoznacznie. Czy uważa Pan, że ważne i możliwe jest wyjaśnienie tej sprawy ? https://pl.wikipedia.org/wiki/Masakra_w_Pi%C5%84sku NP: -Z biegiem lat nastąpiły dyskusje i spory dotyczące cierpień zadanych Żydom zamieszkującym na Kresach w pełnym chaosu okresie po pierwszej wojnie światowej. Szczególnie dotyczy to obszarów dotkniętych przez wojny między Polską – a z drugiej strony – bolszewikami i zwolennikami niezależnej Ukrainy. To doprowadziło do ponurych raportów o – być może- tysiącach Żydów zabitych w pogromach przy częściowym zachęcaniu bądź zaniedbaniu polskiego przywództwa wojskowego czy rządowego. Podkreślając, że historycy nadal nie zgadzają się w tych sprawach, w dobrej wierze myślę, że to sprawiedliwe, by powiedzieć, że większość komentatorów zgadza się, że te oskarżenia, aczkolwiek nie bezpodstawne, były znacznie przesadzone. Znaczenie incydentu w Pińsku było dość dobrze udokumentowane i weryfikowane na tyle, by skłonić rząd amerykański do rozpoczęcia oficjalnego dochodzenia. Nie ma powodu, aby sądzić, że amerykański Departament Stanu uważał, że werdykt dochodzenia w dużej mierze zwalnia Polskę od winy i, idąc dalej, że amerykańskim dyplomatom zależało znacznie mniej na dobru Żydów Europy Wschodniej niż na ochronie wizerunku Polski -kraju tuż po wojnie – ważnego europejskiego sojusznika Stanów Zjednoczonych. Ale Pani pytanie budzi większy problem – dotyczy konieczności ponownego rozpatrzenia historii stosunków między chrześcijanami i ludnością żydowską na ziemiach polskich. To ma zasadnicze i ważne znaczenie i jest szeroko dyskutowane. Dotyczy przede wszystkim okresu II wojny światowej i zaraz po wojnie – ale może powinno – odnosić się do całej polskiej historii. Jednym z głównych oznak dojrzałego i pewnego siebie demokratycznego kraju jest jego gotowość do zbadania i zmierzenia się z historią, w tym do zanalizowania tych kwestii, które są bolesne i trudne. Począwszy od 1989 roku są czynione starania polskich uczonych w wypełnieniu „pustych stron”, ze zmierzeniem się z przeszłością kraju, z trudnymi nieraz wcześniej tematami „tabu” i – w miare potrzeby – skorygowanie danych historycznych. To jest bardzo chwalebne i zawsze godne podziwu. Trzeba mieć nadzieję, że będzie można kontynuować te cenne prace, i że nie będą one napotykać na żadne przeszkody, takie jak te, które utrudniały swobodne badania polskich historyków w przeszłości. AZB:Interesujacy jest temat – jak Amerykanie piszą o swoich „błędach i wypaczeniach”. Moim zdaniem robią to zwykle bez rozdzierania szat i lamentów. Przeczytałam niezwykle interesującą książkę Lynne Olson zatytułowaną”Those Angry Days. Roosevelt, Lindbergh and America’s Fight Over World War II, 1939-1941”, N.Y. 2013). Autorka, znany historyk, [1] pisze w niej o latach, zanim Ameryka przystąpiła do drugiej wojny, i jak silne były wówczas nastroje antywojenne i proniemieckie. Charles Lindbergh – amerykański pionier lotnictwa – w 1938 roku odbierał medal od Hermanna Goeringa. W książce jest osobny 18-stronicowy rozdział zatytułowany „Setting the Ground for Anti-Semitism”, gdzie autorka pisze, że większość amerykańskich uniwersytetów, włączywszy niemal wszystkie „Ivy League”, miały „strict quota sytems” (numerus clausus) w przyjmowaniu Żydów na studia. Cytowany jest uniwersytecki dziennik „Yale Daily News” zamieszczający antysemickie komentarze. Autorka pisze, że nawet po ukończeniu studiów Żydzi mieli problemy ze znalezieniem pracy. Książka ma wiele recenzji, żaden z recenzentów nie przywołał tego rozdziału, tematyki, o której niemal nikt nie wie. Umiejętność odrzucenia, może lepiej: odsunięcia wielu tematów – to jest cecha amerykańska (i można na nią patrzeć z różnych perspektyw). Może dlatego przeciętny Amerykanin ma tak dobre samopoczucie i świadomość „wyjątkowej roli” Ameryki? Nawet Indianie nie chcą przypominania im o bolesnych okresach w swojej historii. W muzeum indiańskim w Waszyngtonie (National Museum of the American Indian) otwartym w 2004 r. nie pokazuje się okresu cierpień, „szlaku łez” (Trail of Tears). Gdy zbierałam materiał do książki sami Indianie nie żalili mi się, za to z dumą mówili o swoim udziale w drugiej wojnie światowej, o indiańskich szyfrantach (code talkers). NP: -Ogólnie rzecz biorąc, wszyscy ludzie na całym świecie łatwiej mówią o, powiedzmy, bardziej chwalebnych momentach w ich historii, natomiast o wiele trudniej im jest uznać za prawdziwe i przyznać sie do tych, które nie pokazują ich w dobrym świetle. Wszystkie kraje tak się zachowują. W przypadku Stanów Zjednoczonych należy wspomnieć o zniszczeniach i zmuszania do przemieszczenia amerykańskich Indian, długą tradycję przywilejów w oparciu o klasy, i – że tak powiem – ugrzeczniony (genteel) antysemityzm. Nie ma wątpliwości, że tak jest. Oczywiście, w Stanach Zjednoczonych istnieje również kwestia niewolnictwa i jego spuścizny, która jest żywa i trwa do dnia dzisiejszego. Jednocześnie, co jest ważne, amerykańscy historycy zadają odpowiednie pytania i są badacze, którzy na nie odpowiadają. Dzieje się dość intesywnie w ostatnich latach, i prawdopodobnie będzie się ukazywać coraz więcej publikacji, które z upływem czasu zyskają szerszą akceptację. AZB: Interesuje Pana także sport – piłka nożna w Polsce i baseball w Stanach. W eseju „Diamonds out of the Coal Mines: Slavic Americans in Baseball” pisze Pan o gwieździe baseballu – znanym, powszechnie lubianym –Stanie Musial. Legendarny baseballista Stan Musial był polskiego pochodzenia. (Pamiętam, ze mój mąż mówił o nim z podziwem i szacunkiem). Czy zgadza się Pan z założeniem, że sport zespołowy kształtuje umiejętność działania w grupie i że jest ważny szczególnie w latach wczesnej młodości? NP: -Rzeczywiście interesuję się sportem. Jest dla mnie osobista rozrywka, a jako historyk wiem, że w sporcie na wiele sposobów można zastanawiać się i nawiązywać połączenia z tym, co moglibyśmy nazwać „prawdziwą” historią, bardziej ważnymi sprawami polityki, społeczeństwa, gospodarki i kultury. Wykładałem, a także planuję prowadzić kursy pokazujące rolę, jaką odegrał baseball w historii Stanów Zjednoczonych, a piłka nożna w historii świata. Na przykład sport odgrywał ważną rolę w historii Polonii w Stanach Zjednoczonych. W dużej mierze lekkoatletyka tradycyjnie służyła jako znaczący sposób asymilacji imigrantów w amerykański styl życia. Stan Musial jest największym amerykańskim sportowcem polskiego pochodzenia. Pani pytanie o przydatności zespołowego sportu w nauczaniu młodych ludzi, o wartości pracy zespołowej, fair play i obywatelskiej postawy jest bardzo interesujące. Można dyskutować, czy sport może skłócić obie strony, czy też może wywołać pozytywne cechy. Prawdopodobnie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Z drugiej strony, nie ma wątpliwości, że na przestrzeni lat w anglojęzycznym świecie wielu myślicieli uprawiając wysoko rozwiniętą kulturę sportową wierzyli, że sport może służyć do osiągnięcia pożądanych celów. Że jest wielką i praktyczną zaletą włączenie młodych ludzi w zorganizowaną grę. Brytyjczycy mówią, że bitwa pod Waterloo została wygrana na boiskach w Eton, i choć niewątpliwie jest to uwaga mocno przesadzona, ale interesująca i przemawiająca na rzecz społecznej roli sportu. —————————- [1] Lynne Olson z mężem Stanleyem Cloudem napisali przetłumaczoną na polski i cieszącą się dużym powodzeniem książkę „Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski” (“A Question of Honor: The Kosciuszko Squadron: Forgotten Heroes of World War II”).

czwartek, 29 października 2020

Bitwa o Monte Cassino tlumaczenie PAP






Polacy na frontach II wojny światowej
A. Ziółkowska-Boehm: Amerykanie zainteresowani wydaniem „Bitwy o Monte Cassino” Wańkowicza
PUBLIKACJA: 19.05.2019 Kultura i sztuka

 
Aleksandra Ziółkowska-Boehm. Fot. Andrzej Bernat
Być może kolejnym rozdziałem biografii książki Melchiora Wańkowicza „Bitwa o Monte Cassino” będzie jej amerykańskie wydanie – powiedziała PAP Aleksandra Ziółkowska-Boehm.
PAP: Wydała Pani w Stanach Zjednoczonych książkę o Melchiorze Wańkowiczu. Teraz idzie Pani za ciosem i stara się o publikację w USA po angielsku „Bitwy o Monte Cassino”.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Amerykańskie wydawnictwo Lexington Books opublikowało książkę „Melchior Wańkowicz Poland’s Master of the Written Word”. Książka miała dwa wydania – w roku 2013 i w 2017, jedno w twardej okładce i drugie w miękkiej. Jest dostępna w wielu bibliotekach naukowych nie tylko w USA i Kanadzie, ale także w Nowej Zelandii, Australii, Ekwadorze, Kolumbii, na Hawajach, Meksyku, w Niemczech, Włoszech.
PAP: Jak do tego doszło?
A.Z-B.: Amerykański wydawca dość długo zastanawiał się, gdy zaproponowałam książkę o znanym polskim pisarzu, autorze "Bitwy o Monte Cassino", "Ziela na kraterze", "Szczenięcych lat". Niestety niewiele mu to mówiło. Wańkowicz nie był znany w Stanach, nie ukazała się tam żadna z jego książek. Napisałam do wydawcy o tym, że Wańkowicz był ceniony, popularny, kochany przez czytelników i to zarówno ze względu na tematykę książek, jak i jego barwną, wspaniałą osobowość. W tym liście nazwałam go „polskim Hemingwayem”. To określenie spodobało się wydawcy. Poprosił, bym napisała w książce właśnie o „polskim Hemingwayu”. Tak też zrobiłam. I książkę tę otwiera – jako przykład pisarstwa Wańkowicza – tłumaczenie fragmentu „Bitwy o Monte Cassino”, w którym pisarz przywołuje żołnierzy wszystkich narodowości, które brały udział w tej bitwie.
PAP: Kto dokonał tego przekładu?
A.Z-B.: Tłumaczem jest profesor Charles S. Kraszewski. Jego dziadkowie byli emigrantami z Polski. Profesor jest też poetą, znawcą twórczości T.S. Eliota, autorem książek eseistycznych, m.in. esejów o Zbigniewie Herbercie. Od lat też zajmuje się przekładami na język angielski poezji polskiej, czeskiej, słowackiej. Tłumaczy też z greki i łaciny. Jest autorem przekładu na język angielski „Dziadów” Adama Mickiewicza. Jego działalność translatorska została uhonorowana w roku 2013 nagrodą londyńskiego Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Dwukrotnie też, z uwagi na swoją pracę tłumacza, otrzymał stypendium Fulbrighta.
PAP: A zatem fragment „Bitwy o Monte Cassino” przetłumaczony przez prof. Kraszewskiego zachęcił wydawnictwo Lexington Books?
A.Z-B.: Tak się szczęśliwie stało. Amerykański wydawca zainteresowany jest publikacją po angielsku „Bitwy o Monte Cassino”. Czeka na przekład książki. Mam nadzieje, że podtrzyma swoją propozycję, bo sprawa już ciągnie się już dość długo.
PAP: Dlaczego?
A.Z-B.: Tłumacz rozpoczął pracę, ale należy z nim podpisać umowę, uzgodnić honorarium. Nie jest ono wygórowane, w przybliżeniu na złotówki wynosi ok. 40 tys. zł. A przecież „Bitwa o Monte Cassino” to obszerna książka, wymagająca od tłumacza dużej erudycji, znajomości historii, tajników reportażu, no i wrażliwości na „wańkowiczowski” język. Jan Bielatowicz, pisarz emigracyjny, porównywał Wańkowicza do króla amerykańskich korespondentów wojennych – Ernie Pyle’a, którego korespondencje drukowało 266 dzienników i 110 tygodników. Bielatowicz pisał, że „dla Amerykanów wojna to dramaty jednostki, dla nas – dramaty narodu. Książka Wańkowicza to jest dramat narodu, a żołnierze są tylko statystami, widać ich jednak w walce bardzo blisko, wyraźnie, prawdziwie”
PAP: Może Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego albo Instytut Książki mogłyby pomóc sprawie przekładu „Bitwy o Monte Cassino”?
A.Z-B.: Pani Minister dr Magdalena Gawin, historyk, eseistka, podsekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, która jest wielbicielką twórczości Wańkowicza, sprzyja serdecznie idei tłumaczenia tej jednej z najbardziej znanych książek Melchiora Wańkowicza. Na stałe mieszkam w Stanach Zjednoczonych i tam staram się o obecność polskiej literatury na amerykańskim rynku. Ale nie jestem zorientowana, jakie kroki należy poczynić, żeby zdobyć fundusze na przekład „Bitwy o Monte Cassino”, książki, która otworzyła w Polsce nowy rozdział wielkiego współczesnego reportażu wojennego.
„Bitwą o Monte Cassino” Wańkowicz wkroczył do polskiej literatury faktu ze swoim doświadczeniem reporterskim i talentem, dając książkę zupełnie nowatorską. Tworzył ją, zbierając materiały „na gorąco”, w czasie toczących się przez dwa tygodnie walk. Dotarł do każdej kompanii, każdego plutonu, weryfikował dane, sprawdzał w dowództwach, wśród żołnierzy.
Jak wspominał fotograf Stanisław Gliwa, który robił zdjęcia podczas bitwy, „Wańkowicz pisał szczegółowo o topografii terenu bitwy, użytych środkach bojowych, planach strategicznych dowództwa, sam lazł pod ogień, byle tylko osobiście doświadczyć i na własne oczy zobaczyć walki na pierwszych liniach front”. Gliwa jako artysta-grafik odegrał też ogromną rolę w powstaniu książki: gromadził fotografie, odwiedzał wspaniałe zaopatrzone archiwa alianckie, korzystał z fotografii robionych przy II Korpusie. W sumie Gliwa wybrał około sześć tysięcy zdjęć i dopiero z nich dokonywał selekcji. Książka tchnie prawdą, choć nie jest montażem ani relacją, ani zbiorem dokumentów, jest po prostu obrazem wielkiej bitwy.
PAP: „Bitwa o Monte Cassino” miała wiele wydań i rozmaicie była przyjmowana, inaczej na emigracji, inaczej w kraju.
A.Z-B.: Szczegółowo przedstawiam to w opublikowanej przez PIW książce „Wokół Wańkowicza”, która znajdzie się teraz Targach Książki. To długa historia. Książka przyniosła pisarzowi sławę, ale też wywołując kontrowersje, przysporzyła wiele goryczy. Był krytykowany zarówno za skrócone powojenne wydanie w kraju, jak i za wcześniejsze, emigracyjne.
Wańkowicz wraz z II Korpusem Wojska Polskiego dotarł do Egiptu, następnie do Włoch, gdzie w latach 1945-1946 w Rzymie i Mediolanie powstała trzytomowa „Bitwa o Monte Cassino” wydana przez Wydawnictwo Oddziału Kultury i Prasy II Polskiego Korpusu. Było to pierwsze, tzw. rzymskie wydanie książki. W PRL po raz pierwszy książka ze skrótami wydana została w 1957 r. nakładem Ministerstwa Obrony Narodowej jako „Monte Cassino”, z dodrukiem w 1958 r. Miała wiele wydań: 1972, 1976, 1978, 1984.
Na 25-lecie bitwy, w 1969 r., wydano skrót w formie małej książki jako „Szkice spod Monte Cassino”. Książeczka weszła do lektur szkolnych i w latach 1969-1999 miała dalszych 16 wydań. W 1989 r. w pełnym wydaniu, bez skrótów opublikował ją IW PAX pod oryginalnym tytułem „Bitwa o Monte Cassino”. Także w 1989 r. wyd. MON wydało reprint trzytomowego wydania rzymskiego. Najnowsze wydanie ukazało się w 2009 r. roku także bez skrótów w ramach w 16-tomowej serii Dzieł wszystkich Melchiora Wańkowicza w Wydawnictwie Prószyński i S-ka ze wstępem Normana Daviesa.
PAP: Wypada, zatem życzyć, aby do tych losów książki mogła Pani dopisać rozdział amerykański.
Dr Aleksandra Ziółkowska-Boehm jest polską pisarką, od 1990 r. mieszka w Stanach Zjednoczonych. W latach 1972-74 była asystentką i sekretarką Melchiora Wańkowicza; pisarz zadedykował jej „Karafkę La Fontaine’a” i zapisał w testamencie swoje archiwum. Opublikowała 20 książek w Polsce i 12 w języku angielskim w Ameryce. Jest m.in. członkiem zarządu powstałej w 2001 r. Fundacji im. Stefana Korbońskiego w Waszyngtonie i jurorem nagrody literackiej londyńskiego Związku Pisarzy na Obczyźnie.
Rozmawiała Anna Bernat (PAP)