czwartek, 15 grudnia 2016

Norman Boehm From a Small Town to the Big World

https://rowman.com/ISBN/9780761868767/From-a-Small-Town-to-the-Big-World



































*

Norman Boehm’s story is a wonderful travelogue that sparkles with insights about a rich life, fully lived, richly detailed and evocative. This is true whether he is playing the piano (or baseball), meeting with his cousin Ingrid Bergman on the set of Anastasia, with Yul Brynner, or punching out a school bully who had insulted his partial German heritage during World War II. He ranges from Saudi Arabia to Poland and Norway, and across the United States. This is a rewarding and engaging reading experience.
BRUCE E. JOHANSEN, Frederick Kayser University Research Professor, Communication and Native American Studies, University of Nebraska at Omaha


Norman Boehm had an ancestry and upbringing that fully predicted his great talents, achievements, and graces. His book of memoirs provides exceptional breadth and depth regarding the key events which shaped his personal life's journey and the lives of many others. Coincidentally, an excellent summary of my U.S. Air Force career, from young lieutenant to a general in the United States military was written by Norman's wife Aleksandra in her superb book, "The Roots Are Polish". That book brought me closer to the Polish community in the United States and in Poland; but more importantly, it allowed me to meet enjoy, and learn from Norman Boehm -- one of my greatest pleasures. Norman and I spent many an hour talking about flying. While Norman's personal aircraft was small and light, he was a superb pilot and we spent much time together discussing the techniques and joys of flying.

DONALD J. KUTYNA, 4-Star General, U.S. Air Force, Commander-in-Chief, North American Aerospace Defense Command, Commander-in-Chief, United States Space Command, Commander, Air Force Space Command (ret.)


Description:
This is a story of a young lad who chose college far away from his small home town of Washington, NJ. He worked in the oil industry for 16 years in Saudi Arabia, 4 years in London, England, and 3 years in Stavanger, Norway. 23 years of exposure to the world’s diverse cultures and peoples gave him an unwavering respect and admiration for all citizens of the world.
This book is a recollection of the events, thoughts, and experiences of Boehm’s transformative travels abroad. It contains stories of classical piano lessons, learning to fly a small single engine aircraft, and meeting with his famous cousin, the world famous movie actress Ingrid Bergman. This memoir honors the remarkable life of a man full of adventure and travel all over the world.

Author Bio:
Norman Boehm grew up in Washington, NJ, studied at University of North Dakota following two years in the V-5 U.S. Naval Training Program. His top professional achievement was contract managing the construction of the North Sea oil rig installations of North Cormorant.



****
VOICES:

I found the book interesting and impressive. Norm certainly led a diverse and interesting life before you guys met and an even more exciting and fulfilling life after. His experiences create a fascinating set of chapters in his life, all of which blended to create the caring, courteous, thoughtful, loving and broad based analytical individual that Norm was. It is clear that you were the cornerstone of his diverse career and life and that you two shared a very special bond and appreciation for one another.I am sure Norm is very proud of the book as you should also be. Thanks again for your friendship. I've routed the book to others who had the pleasure and honor of working with Norm while he was associated with Pathfinder.”

Louis J. Cabano, Colleague and Associate of Norman Boehm, Chairman, Pathfinder, LLC


**

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Tomasz Łychowski : Spojrzenia Wiersze wybrane. Przedmowa

Tomasz Łychowski "Spojrzenia. Wiersze wybrane", 

Letra Capital Editora, Rio de Janeiro, 2016, 

ISBN 978-85-7785-491-2


Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Przedmowa: 


Nic nie jest  ... a jest wszystko


Prezentowany tomik poezji Tomasza Lychowskiego, autora, którego wiersze ukazują się w języku portugalskim, polskim i angielskim jest wyjątkowy z kilku powodów.

Autor, którego historia życia jest przejmująca, interesująca i wzruszająca –w swoich wierszach przywołuje strzępy przeszłości i obecnej rzeczywistości. Przywołuje zapamiętane obrazy, krótkie migawki, które, jak nam wszystkim, tkwią w pamięci, wychodzą z zakamarków pozornie zapomnianych. Są one różne: przyjemne, są obojętne, i są te ranliwe.

Każdy z nas ma swoją obłaskawioną mniej lub bardziej, świadomą lub nieuświadomioną rzeczywistość, swój los, ale ośmielę się napisać, że los Tomasza Łychowskiego jest trudny, piękny i bolesny - jest jego własny. Autor jednak nie czyni z niego sztandaru, nie obnosi się z nim. Ten los zna się tylko, gdy zanurzy w jego biografii.

Wyjazdy przyjazdy, odległości. Wiersze Tomasza Łychowskiego jakby zatrzymują w czasie. Przywołują fragmenty, które wiem, że są częścią jego dzieciństwa.To wiem. Zatrzymują też w przestrzeni – bo jak pisze...: Dzisiaj Łazienki, jutro Rio de Janeiro... Ale też, że można być „swoim własnym miejscem”.

Do mnie jego wiersze trafiają w odczucia najwrażliwsze, może najcenniejsze. Znając polską historię, miałam czasami skojarzenia, których nie miałby czytelnik innej strefy kulturalno geograficznej. Zastanawiałam się biorąc ten tomik do ręki, jak silne są w tych wierszach wspomnienia 8-letniego chłopca, który był na Pawiaku, który potem żył w okupacyjnej Warszawie. Czytam „Dlaczego? Dokąd?”


Była noc ...koło czwartej nad ranem wyruszyli...szedł zatrwożony...
zbyt mały by zrozumieć (...) Potem już nie pamiętał...Dlaczego? Dokąd?...(...)
Dziwna, ciemna noc.

 Kolejne wspomnienie...myśli niedopowiedziane, ulotne. Kto z nas nie przywołuje czule i serdecznie Placu Zamkowego w Warszawie?... Autor ma także inną - swoją pamięć: „Mój”

Nalot o trzeciej...przyszli po nas koło czwartej...zagonili na Plac Zamkowy...załadowali do ciężarówek
(...) Teraz słońce ....widok na Wisłę... Taki był, taki jest ...mój Plac Zamkowy

Wszystkie pojawiające się obrazy sa powściągliwe i nie narzucające, tym także przemawiają. Najważniejsze jakby, że Autor wykazując empatię i swoistą subtelność, nie stracił nic z wraźliwości niemal chłopca, któremu się dziwne rzeczy działy, ale i jako dorosłemu, wciąż dzieją. Ujmuje jego otwarcie na innych, serdeczność, wraźliwość. Mądrość wynikła z podróży życia, doświadczeń historii, po ziemiach Angoli, Polski, Brazylii. I że się nie zamieniła w boleść.

Czytając wiersz zatytułowany „Méier, o pociagach, o szynach, które je prowadzą, przychodziły mi na myśl zasłyszane i odczytane historie o polskich... Mój Boze... wywózkach na Sybir, do obozów pracy, do obozów zagłady. W wielkie nieznane. Mnie, urodzonej po wojnie, jazda pociągiem kojarzy się z podróżą z Warszawy do Krakowa, czy z Warszawy do Szczecina. Do wielu miejsc jeździ się samochodem, a wszelkie podróże - te dalekie - odbywa się samolotem. Tymczasem, jak Autor pisze:

Szyny łączą jedną dzielnice z drugą ...ulice, budynki i domy ...są jak drogowskazy

Méier jest jedną z dzielnic Rio de Janeiro...a więc mowa jest o pięknym brazylijskim mieście, które ma swoje dzielnice, w tym właśnie kojarzoną z kulturą: Méier. Czyli, że Autor osiadł w spokojnym bezpiecznym miejscu. Miejscu swego ostatecznego przeznaczenia. Oddycham z ulgą. Odrzucam „historyczne skojarzenia.”

W wierszu „Wizyta” jakże wdzięcznie Tomasz Łychowski pisze o kolibrach..., kolibrach, które i w moim ogrodzie spędzają miesięce długiego w Delaware lata.

Koliber, który nas odwiedza ...już odlatuje ... raz oddala się...raz zbliża
zbliża i oddala... Ja z nim

Inny wiersz „Marysia i Henio” przemówił do mnie myślą, że nasi przyjaciele, bliscy, obok nas, żyjący, odeszli, pozostaną tak długo, póty my istniejemy. Dla mnie tym bardziej osobisty, że takie imiona nosi mój starszy brat i jego żona.  Dziwnie brzmiące imiona dalekiego kraju.. dla mnie brzmią najpiękniej i najczulej. Nostalgia ... wznieca płomień, jak pisze Autor.

Wiersz „Persona” o naszych nocach, dniach, marzeniach, wyśnionych, prawdziwych, wymyślonych , kto wie, co jest prawdą, czy jest prawda jedna niezmienna... prawda prawdziwa?

Problem polegał na tym, że światło dzienne wdarło się .... do jego najbardziej mrocznych urojeń...
I dylematy moralne ... które mógł mieć za dnia... gnębiły go teraz w ciemnościach

Swiat poety jest łagodnym pogodzeniem, nie ma goryczy, nie ma pretensji do świata i historii. Jest jakby nuta chrześcijańskiego poddania się losowi, Opatrzności Bożej. Pogodzenie z innością- miejscami, ludźmi: Tak widocznie musiało być. Wtedy świat się robi dodatkową wartością –powstaje nadrzędna, ważna, nasza własna. „Nawiasy” w życiu, obecne w wierszu poety „W nawiasach”

Droga ...która dokądś wiedzie ...(jeśli nią podążysz)
Spotkanie ...(z kimś, kto z tobą zostanie)
Kraj...(który wybierasz lub on ciebie)

Wiersz „Czuję”odbieram jako rozumienie innych poglądów, drugiej strony, bliskiej osoby, ale i przeciwnika.

Wyciągam ramiona ...w poszukiwaniu równowagi ...patrzę na dwa horyzonty...
dwa cele ...dwie logiki...dwa serca ...i nie popadam w obłęd

„Emigrant” wydał mi się przede wszystkim tęskny:

...Hybryda wewnątrz ...na zewnątrz cudzoziemiec
...Tak naprawdę ...tylko tamta ziemia wiedziała
...do jakiego stopnia ...do niej należał

Podobny temat emigracji prawdziwej lub wewnątrz siebie mówi wiersz „Swym własnym”


...Są tacy, którzy przynależą do jakiegoś miejsca
...i  tacy, którzy mają swoje ulubione
(...) Dziś poznałem kogoś, kto twierdzi,
że jest swym własnym miejscem

Smutek pojawia się w wierszu „Niechcący” - o poezji, poetach, artystach, ludziach twórczych, o uznaniu, o jego braku. W wierszu „Hołd” Poeta zadaje pytanie, i podaje odpowiedź Czym jest życie?”


„Życie, dziecino  – ...to powitań bez liku ...i długie, bardzo długie pożegnanie”


W czasie lektury pojawiają się poruszające myśli, które zatrzymać warto...choćby potrzymac w otwartej dłoni... dmuchać, by nie zgasły. ...Ileż razy możemy czytać o miłości?..Zawsze, na nowo, aby nas czytanie poruszyło, abyśmy wstrzymali oddech, pomyśleli. Urzekł mnie wiersz Tomasza Łychowskiego o miłości, prościutki i piękny zatytułowany „Wszystko”

Nic nie jest  ... a jest wszystko
Nic nie wiem ...a wiem wszystko
Nic nie mam ...a mam wszystko
Wszystko!
... bo jesteś blisko

Polecam tomik także za jego powściągliwość, próbę przekazania skomplikowanych niełatwych odczuć, uczuć, naszych głębokich tajemnic. Dobrze, że Poeta Tomasz Łychowski pisze również po polsku.

***
Linki:





ODRA Nr 5, 2016. O POLSCE I BRAZYLII. Z Tomaszem Łychowskim rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm

niedziela, 27 listopada 2016

DZIEN I NOC IGUANY VOYAGE

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

DZIEN I NOC IGUANY  



VOYAGE

 STYCZEN 2008 Nr 114










Lista lektur -- Blog Remiugiusza Grzeli




Kanon na nowy blog, odcinek 32

Najważniejszymi dla siebie książkami dzieli się dzisiaj


Aleksandra Ziółkowska-Boehm



1. „Przeminęło z wiatrem” – Margaret Mitchell – za wzbudzenie tęsknot za dalekim, nieznanym i tym, co odchodzi.
2. „Z dala od zgiełku” – Thomas Hardy – za uświadomienie sobie roli przypadku w życiu.
3. „Rozmyślania” Marka Aureliusza – że można skrótowo i pięknie wyrażać myśli.
4. „Dusza zaczarowana” – Romain Rolland – dała mi wiele tematów do rozmyślań. Po latach jeden zapis w tej książce jakby do mnie wrócił.
5. „Życie pszczół” – Maurycy Maeterlinck ukazał zadziwiający i zdyscyplinowany świat, który mnie nie przestaje zachwycać.

czwartek, 13 października 2016

Katarzyna Bzowska Prasowe zdziwienia, Dziennik Polski, Londyn

DZIENNIK POLSKI, Londyn, 30 stycznia 2012

Katarzyna Bzowska, Prasowe zdziwienia

Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm podróże w czasie i przestrzeni

Melchior Wańkowicz pisał: „Dopiero gdy dostanę fakt, on obrasta, rozkwita w syntezy, porównania, analogie. Fakt jest dla mnie katalizatorem wyobraźni”. Mówiąc dzisiejszą terminologią był pisarzem non-fiction. Nie był reportażystą w tradycyjnym sensie tego słowa. Jak pisał pod koniec życia, stosował metodę mozaiki, łączył fakty i wydarzenia, historie różnych osób przypisywał jednej. Współcześni zwolennicy „czystości gatunku” zapewne zarzuciliby mu mijanie się z prawdą, tak jak dzieje się to w odniesieniu do Ryszarda Kapuścińskiego, któremu wielu zarzuca, że nie ma takich miejsc w Afryce, jak opisuje. Tyle tylko, że gdy czyta się reportaże Kapuścińskiego z Afryki czuje się, jak ten kontynent dyszy gorącem, co nie uda się innym reporterom.
            Takie poszukiwanie „błędów” u innych, wynikające ze zwykłej zawiści, Wańkowicz nazywał „kundlizmem”. Pisał: „Szewc zazdrości kanonikowi, że został prałatem”.

            Nie wiem, czy Aleksandra Ziółkowska-Boehm stosuje zasady wańkowiczowskie zasady reportażu. Wiem, że pisze świetnie. Jej książki to coś więcej niż dziennikarskie relacje. Autorka opisuje nie tylko osobiste dzieje swoich bohaterów, ale daje szersze tło historyczne. Tak dzieje się z Kają, „od Radosława”, czy dworem w Kraśnicy. W tle tych dwóch książek są dzieje Hubala i jego oddziału, ale nie są to w ścisłym sensie tego słowa książki historyczne. Ziółkowska-Boehm nie zapomina o porządnym warsztacie naukowym, jakiego nauczyła się pisząc doktorat: dba o to, by książki jej miały przypisy, bibliografię, zaplecze historyczne. Podobnie postępowała pisząc książkę o Indianach, która w Polsce wyszła pod tytułem „Otwarta rana Ameryki”.

            Zdobywając materiały do tej właśnie pracy jeźdzała do indiańskich rezerwatów. W podróżach tych towarzyszyła jej często kotka Suzi, która stała się bohaterką tomu opowiadań o „Podróże z moją kotką”. Co ciekawe, ta właśnie książka wydana została przez wydawnictwo naukowe, Purdue University Press, gdyż uznano, że znakomicie opisuje relacje między właścicielami i zwierzęciem, mówiąc w sposób bezpośredni o odpowiedzialności za zwierzę trzymane w domu, ale też o nowych znajomościach – z ludźmi i zwierzętami – zawieranymi dzięki nim.

            O wszystkim tym Aleksandra Ziółkowska-Boehm opowiadała na spotkaniu zorganizowanym przez Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie, które nosiło tytuł „Od Wańkowicza do amerykańskich Indian”, a odbyło się w ostatnią sobotę w POSKu. Jak na ostatnią sekretarkę wielkiego pisarza, Wańkowicza zabraknąć oczywiście nie mogło, ale nie zdominował on spotkania. Ziółkowska-Boehm opowiadała nie tylko o swoich dawnych i najnowszych książkach (niedługo na półki księgarskie trafi tom „Lepszy dzień nie przyszedł już”), ale też o swoich wielkich przyjaźniach, m.in. ze Zbigniewiem Brzezińskim i jego ojcem, Janem Nowakiem Jeziorańskim, z którym wspólnie prowadziła akcję na rzecz przyjęcia Polski do NATO, Szymonem Kobelińskim, a także senatorem polskiego pochodzenia Stanleyem Haidaszem.

            Te żywe opowieści, także o podróżach i to nie tylko w towarzystwie kotki, ilustrowane okładkami książek, zdjęciami i dokumentami, trwały blisko dwie godziny. Długo? Siedzącym w dusznej i mało przytulnej Sali Wykładowej PUNO wydawało się, że zbyt krótko. Od swego mistrza Wańkowicza, Aleksandra Ziółkowska-Boehm nauczła się także sztuki gawędzarskiej. Jak mówi jeden z moich przyjaciół: „Gawędziarz to nie to samo to gaduła”. I jeszcze jedno: rzadko zdarza się spotkać osobę tak serdecznie nastawioną do innych ludzi, patrzącą na świat z tak ogromnym optymizmem, którym potrafi zarazić otoczenie. Z jej opowieści można by wywnioskować, że wszystko w życiu układało się dosłownie jak po różach. Pisząc pracę magisterską o Wańkowiczu, co na początku lat 70. XX wieku, po idiotycznym procesie wytoczonym pisarzowi, nie był to temat zapewne łaskawie widziany przez grono naukowe, ale na ówczesnych uniwersytetach było też dużo naukowców, którzy nie poddawali się tzw. obowiązującej linii, zwróciła się do pisarza o pomoc. Musiała mieć wiele uroku i ciekawą osobowość, bo wkrótce została sekretarką pisarza i to jej dedykował drugi tom „Karafki La Fontaine’a” oraz zapisał całe swoje archiwum. Potem była Kanada, powrót do Polski i wreszcie Stany Zjednoczone. Tylko z drobnych napomknień można było się domyślić, że nie wszystko układało się w jej życiu łatwo. Sukcesy – stypendia znanych fundacji, m.in. Fulbrighta, nagrody (w tym Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie za książkę „Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża”) przyszły znacznie później i okupione zostały ogromną pracą, ale pracą, która jest także pasją. I to czuje się w każdym słowie. Czy spotkała się z „kundlizmem”? Zapewne tak, ale o tym pisarka nie wspominała.

            Aleksandra Ziółkowska-Boehm nie tylko pisze własne książki (do tej pory wydała ich aż szesnaście, w tym trzy poświęcone Wańkowiczowi), ale także dba o spóściznęmistrza. Przygotowała wstęp i przypisy m.in. do „Reportaży zagranicznych” pisarza, jego „Dzieł emigracyjnych” i „Dzieł powojennych”; wydała korespondencję Wańkowicza z żoną Krystyną zatytułowaną „King i Królik” oraz Jerzym Giedroyciem. Jest także redaktorem serii 16-tomowych „Dzieł wszystkich”, a każdy z tomów opatrzony jest posłowiem jej autorstwa.

            Wczoraj w Jazz Caffe odbył się wieczór lauretów Nagród Literackich ZPPnO. Laudację na cześć ks. Janusza Ihnatowicza wygłosiła właśnie Aleksandra Ziółkiewska-Boehm. Poeta w sutannie nie mógł chyba marzyć o lepszym przewodniku po swoich wierszach.

piątek, 2 września 2016

Mówmy dobrze o Polsce Wywiad Nowy Dziennik



http://www.dziennik.com/publicystyka/artykul/mowmy-dobrze-o-polsce





NOWY DZIENNIK, NEW YORK, 25 sierpnia 2016


Mówmy dobrze o Polsce




Autor: Jolanta Wysocka



Rozmowa z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, polską pisarką mieszkającą w Stanach Zjednoczonych, laureatką wielu nagród, w latach 1972-74 asystentką i sekretarką Melchiora Wańkowicza

Mieszka pani w USA, w stanie Delaware, ale pani zainteresowania krążą wokół historii Polski, jej wybitnych postaci, a także losów zwykłych ludzi. Napisała pani wiele książek na ten temat. Kilka z nich wydanych zostało w języku angielskim. Czy trudno było przebić się na rynek amerykański?
Jako pierwsza na tym rynku ukazała się moja książka o tematyce indiańskiej, którą w Polsce wydano pt. „Otwarta rana Ameryki”. Materiał do niej zbierałam 10 lat (w międzyczasie pisząc na inne tematy). Do zainteresowania się Indianami przyczynił się mój stryj, rzeźbiarz Korczak Ziółkowski, który rozpoczął budowę pomnika wodza Crazy Horse'a w skałach w Dakocie Południowej (po jego śmierci projekt kontynuuje rodzina). W języku angielskim książka nosiła tytuł „Open Wounds. A Native American Heritage”, a wydawcę pomogli mi znaleźć i książkę sponsorowali Apacze. Drugą w języku angielskim była książka o kotach, ściślej o mojej kotce Suzy. „Podróże z moją kotką” miała w Polsce dwa wydania, a w USA wydało ją wydawnictwo Purdue University Press, które drukuje m.in. piękne książki o zwierzętach. Ukazała się pod tytułem “On the Road With Suzy From Cat to Companion”. Książka miewa się dobrze, ma dodruki.
Gdy otrzymałam dwukrotnie stypendium Fulbrighta (i nagrodę), zostałam członkiem PEN NY, jakby przestałam być w Stanach anonimowa. Bardzo chciałam, by się ukazały książki, które są dla mnie ważne – o polskich losach naznaczonych przez historię. W Polsce kolejne wydania ma książka o uczestniczce powstania warszawskiego pt. „Kaja od Radosława, czyli historia hubalowego krzyża”, i od niej zaczęłam poszukiwanie wydawcy amerykańskiego. Od wielu otrzymywałam odpowiedzi, że ich temat powstania 1944 nie interesuje. Chodziłam do księgarń Barnes & Noble, patrzyłam, kto wydaje książki o II wojnie światowej, i wysyłałam kolejne listy. Jeden z wydawców był gotów podpisać umowę, ale gdy spytał – czy to na pewno książka o powstaniu w getcie? – i usłyszał, że nie, o warszawskim z roku 1944, stwierdził: – To nie będziemy mieli czytelników. I się wycofał. Nie zrażając się odpowiedziami odmownymi, cierpliwie wysyłając kolejne listy (w czym mnie wspierał mój ukochany mąż), po dwóch latach znalazłam wydawnictwo, które wydaje książki popularnonaukowe (jak kiedyś w Polsce Ossolineum czy PWN). Książka z pięknymi fotografiami nosiła tytuł „Kaia Heroine of the 1944 Warsaw Rising”. Jej drugie wydanie ukazało się w miękkiej okładce w 2014 roku.
Wydała pani w języku angielskim także inne książki nawiązujące do historii Polski. Jaka jest ich tematyka?
W książce "The Polish Experience Through World War II: A Better Day Has Not Come" pokazałam zsyłki na Sybir, mord w Katyniu, niemieckie obozy zagłady. Przedstawiam w niej m.in. niezwykłą postać Wandy Ossowskiej, katowanej na Pawiaku, potem wysłanej do Auschwitz, potem do Neustadt-Glewe. Po wojnie, przez 50 lat, poszukiwała Wandę uratowana przez nią Żydówka, Ida Grinspan, która z dziennikarzem francuskim napisała książkę o tej niezwykłej kobiecie, której zawdzięczała życie. W języku angielskim wydano także moją książkę o Melchiorze Wańkowiczu, nieznanym w Ameryce. Przemówił m.in. argument, że był on tak popularny i ceniony w Polsce jak Hemingway w Stanach Zjednoczonych. Jako przykład prozy pisarza pokazałam fragment jego książki „Bitwa o Monte Cassino”. Kolejno ukazały się losy Romana Rodziewicza, hubalczyka, który wczesne dzieciństwo spędził w Mandżurii (takie to nasze polskie losy), potem uczył się gospodarowania na Kresach. Po wybuchu wojny i kilkumiesięcznym okresie u Hubala, potem konspiracji, aresztowaniu, torturach wysłany został do obozu w Auschwitz, następnie do Buchenwaldu. Piszę także o jego niełatwym powojennym życiu na emigracji w Anglii. Ta książka ukazała się pt. „Polish Hero Roman Rodziewicz. Fate of a Hubal Soldier in Auschwitz, Buchenwald, and Postwar England”. Pisząc o Ossowskiej i Rodziewiczu pokazuję m.in., że w Auschwitz byli także Polacy – chrześcijanie. To są wszystko poruszające prawdziwe historie i, jak mi mówią czytelnicy, trafiają do najgłębszych pokładów wrażliwości. W swoich książkach nie oskarżam, nie używam przymiotników. Poprzez obrazy, przeżycia i doświadczenia konkretnych osób przywołuję dramatyczne polskie losy naznaczone przez historię.
Z jakim zainteresowaniem spotykają się pani książki w środowisku amerykańskim?
Jeżeli pyta pani, czy moje książki wpłyną na przeciętnego Amerykanina, to myślę, że nie, bo przeciętny Amerykanin – jak przeciętny Polak – nie tak wiele czyta. Ale elity czytają, i należy o nie dbać. To one m.in. kształtują opinię. A wymienione przeze mnie książki miały interesujące recenzje i głosy. Pisał o nich przytaczany na tylnych okładkach Zbigniew Brzeziński, a także Neal Pease, Stanley Cloud i Lynne Olson (autorzy tłumaczonej w Polsce książki „Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski"), Stanley Weintraub, Bruce E. Johansen, John R. Alley, Matt DeLaMater (autor książek o Napoleonie), Terrence O’Keeffe, Karl Maramorosch, Brytyjczyk Christoph Mick, historycy, jak Piotr S. Wandycz i Anna M. Cienciała, autorzy: Ewa Thompson, Jerzy R. Krzyżanowski, Charles S. Kraszewski, Irene Tomaszewski, Leszek Adamczyk, Florence W. Clowes, Mary Lanham, także autorka pięknych książek m.in. o Chinach Audrey Ronning Topping. Chcę wspomnieć, że trzy moje książki zostały wydane w Kanadzie. Ostatnio w Montrealu – monografia senatora polskiego pochodzenia Stanleya Haidasza, który swoją polskość nosił dumnie jak sztandar. Jej tytuł: “Senator Stanley Haidasz: A Statesman for All Canadians”.
Kiedy w USA ukazało się tłumaczenie „Ulicy Żółwiego Strumienia” – pt. "Love for Family, Friends, and Books" – pięknie napisał mający polskie pochodzenie Jesse Flis, wiele lat zasiadający w Parlamencie Kanady, nazywając mnie doskonałą ambasadorką trzech krajów: Through Aleksandra Ziolkowska-Boehm’s award-winning writings about Poles, Americans and Canadians and her personal visits, she has become an excellent ambassador for all three countries. The author's writings have motivated many Canadian citizens to rediscover their Polish roots.
Ma pani w swoim gronie wielu przyjaciół Amerykanów. Czy to, że panią znają, sprawia, że interesują się Polską? Jeżeli tak – jak się to objawia?
To był cały proces... Najpierw – rok 1990, po wielkich zmianach w Polsce – zwracano się do mnie pytając: co w Polsce? Można teraz chodzić do kościoła? Tłumaczyłam, że polskie kościoły zawsze były pełne, że Polska różniła się od swoich sąsiadów właśnie trwaniem przy katolicyzmie w czasach komuny. Słuchano mnie uważnie. Kiedy ukazywały się moje książki, mój mąż Norman dawał je przyjaciołom w prezencie i oni potem dzielili się nimi z innymi. Po jakimś czasie zadawali mi sensowne pytania i wykazywali się niezłą wiedzą. Kiedyś była mowa o literaturze i powiedziałam, że Joseph Conrad był Polakiem. Pan domu niemal pobiegł, by to sprawdzić w Encyklopedii Britannica. – Aleksandra ma rację – powiedział zaskoczony. Nikt też nie miał pojęcia, że Chopin (mój mąż grał na pianinie i bardzo kochał muzykę wielkiego polskiego kompozytora) urodził się i wychował w Polsce. Teraz już znajomi wiedzą.
Pani mąż Norman Boehm, który zmarł w maju br., był również wielkim rzecznikiem spraw Polski w Ameryce. Jak kiedyś pani powiedziała, "stał się niemal polskim patriotą". To pani na pewno przyczyniła się do takiej jego postawy.
Żartując... mówię znajomym Polakom, że stało się tak m.in. dlatego, że nie znał języka polskiego, że tłumaczyłam mu to, co chciałam, by o naszym kraju wiedział. Na początku naszego małżeństwa byliśmy w Zakopanem w Domu Pracy Twórczej Zaiksu – w Halamie. Na spacery chodził z nami zaprzyjaźniony ze mną od lat Michał Radgowski, felietonista „Polityki”. Pewnego dnia pojechaliśmy na Gubałówkę, skąd Norman patrzył w zachwycie na góry. – Powiedz mu, że to są słowackie góry – zwrócił się do mnie Michał. – A po co? Niech podziwia i niech myśli, że polskie – odparłam. Radgowski napisał potem o tym zabawnie w jednym ze swoich felietonów. Miałam "swoją rację". Mój mąż ode mnie wiedział, co szczególnie warto cenić w naszym kraju, i że jest wiele takich spraw i rzeczy w Polsce. Podziwiał, że Polacy są wyjątkowo patriotyczni, gościnni i serdeczni. Norman reagował też w piękny sposób na krzywdzące Polskę wypowiedzi, artykuły czy książki. Robił to sam, z własnej potrzeby: wysyłał listy do redakcji – pisał je bez emocji, z dobrymi argumentami, i listy mu drukowano. Włączył się także w akcję przekonywania amerykańskich senatorów, by głosowali za przyjęciem Polski do NATO (o czym pisze Jan Nowak-Jeziorański w książce "Polska droga do NATO"; jest w niej biogram Normana). Norman występuje w kilku moich książkach, m.in.w Polsce i w Stanach ukazała się książka „Ingrid Bergman and Her American Relatives” oparta na listach wielkiej aktorki i opowieściach Normana o słynnej kuzynce... Chcę powiedzieć, że nasze 26-letnie małżeństwo to był wielki dar od Boga.
Jak, pani zdaniem, możemy my, Polacy mieszkający w Stanach Zjednoczonych, stawać się tutaj ambasadorami polskości?
W rozmaity sposób. Każdy ma swoją możliwość i niech o niej pomyśli. Promujmy Polskę, mówmy o naszej tradycji, o dobrych filmach, interesujących książkach. Pozwolę sobie przywołać temat, który jest mi szczególnie bliski. Pytajmy, proszę, o tłumaczenia polskich autorów w księgarniach amerykańskich. Znajome osoby pracujące w amerykańskich bibliotekach mówią, by pytać o książki w języku polskim, także o tłumaczenia wydane po angielsku. Warto napisać na karteczce autora czy tytuł – wtedy biblioteka zamówi go do swoich zbiorów. Te placówki mają specjalny fundusz na książki w innych językach niż angielski. Gdy biblioteki widzą zainteresowanie, wtedy – odpowiadając na zapotrzebowanie – zamawiają polskie książki. Każdy z nas powinien coś robić, nie narzekać, nie powtarzać między swoimi znajomymi tych samych opinii, tylko mówić pozytywnie. Mówmy dobrze o Polsce. Podarujmy naszym przyjaciołom jakiś prezent z Polski – dobrany zależnie od ich zainteresowań. Kupmy im książkę...

Zielony stan Delaware

Aleksandra Ziółkowska-Boehm                        

ZIELONY STAN DELAWARE
 

    Wilmington w stanie Delaware jest miastem, w którym mieszkam z przerwami od 1990 roku (dziewięć lat spędziłam w Teksasie i rok w Południowej Karolinie). Położone na wschodniej granicy wzdłuż plaż nad Atlantykiem graniczy z malowniczą rzeką Delaware dzielącą stany Delaware i New Jersey (rzeka dalej wpada do Atlantyku). Wilmington leży w połowie drogi między Waszyngtonem a Nowym Jorkiem, do obu wielkich miast można dojechać samochodem w ciągu mniej więcej dwóch godzin, do Baltimore w ciągu godziny, a do pobliskiej Filadelfii w ciągu 40 minut (na lotnisko w Filadelfii można dojechać w pół godziny). Jadąc autostradą I 95 z Florydy na północ mijamy Waszyngton, Baltimore, Wilmington, dalej Filadelfię i Nowy Jork. Wygodne położenie ułatwia też komunikacja kolejowa, w Wilmington zatrzymują się pociągi jadące z Bostonu i z Nowego Jorku do Waszyngtonu.
  
     Stan Delaware nazywany często Szwajcarią Ameryki ze względu na zasobność i ilość banków stanowi centrum wielu dużych przedsiębiorstw i spółek handlowych, kampanii kredytowych i banków (np. Chase Manhattan, Citibank, Mellon, J.P.Morgan, Maryland Bank N.A.). Setki firm w całym kraju rejestruje się właśnie w tym stanie, ponieważ sprzyja temu korzystne finansowo prawo podatkowe. Centrum Wilmington posiada główne siedziby DuPont Co., Hercules Inc., wielu przedsiębiorstw chemicznych. Do Delaware sprowadziły się amerykańskie i międzynarodowe firmy takie jak Conoco Inc. (do niedawna własność DuPonta a obecnie Phillipsa), ICI American Inc., Sprzyja im także lokalizacja i dogodne połączenie z wielkimi miastami Wschodniego Wybrzeża.
    Od ponad 20 lat Delaware ma wyrównany budżet (o co stara się Kongres dla całego kraju), z czego stan jest bardzo dumny. Delaware nie posiada podatku od kupna ("sales tax"), co powoduje, że przyjeżdżają tu na zakupy ludzie z sąsiednich stanów: Maryland, Pensylwanii, New Jersey.          

     Delaware nazywane "pierwszym stanem Ameryki" jest jednym z 13 oryginalnych stanów Unii, pierwszym, który ratyfikował Konstytucję. Po Rhode Island jest najmniejszym stanem Ameryki, i piątym od końca pod względem zaludnienia (ma więcej ludności niż Wyoming, Alaska, Vermont i Północna Dakota). Ze względu na ustabilizowaną gospodarkę i stosunkowo niskie podatki stan ludności stale się powiększa.

    Stan Delaware od roku 1976, kiedy Sąd Najwyższy w USA wydał orzeczenie zezwalające, wznowił wykonywanie śmierci. Wiele jest na ten temat prowadzonych dyskusji na łamach lokalnego pisma "News Journal".

    Delaware szczególnie chętnie podkreśla swoje związki ze Szwecją. Opowiada mi o tym Ruth Swanson Crossan, autorka kroniki Towarzystwa Szwedzkiego w Delaware i jego wieloletnia prezeska. Towarzystwo to powstało w 1938 roku, liczy blisko 500 członków, kultywuje historyczną przeszłość stanu Delaware. W 1976 roku odwiedził je oficjalnie król szwedzki Karol XVI Gustaw.

    Dominująca w "pierwszym stanie Unii" firma DuPont zatrudnia tysiące naukowców i przy wjeździe do miasta jest tablica "Wilmington - miejsce, gdzie możesz kimś zostać". Delaware szczyci się nazwiskami wybitnych naukowców, z których wielu urodziło się i wykształciło w tym stanie. Na przykład wysokie wyróżnienia w dziedzinie medycyny otrzymał Mohamed Oz (znany z transplantacji serca) i Daniel Nathans (absolwent chemii Uniwersytetu w Delaware w 1950 roku), który w 1978 roku otrzymał Nagrodę Nobla. Znani ludzie z tych terenów i okolic to między innymi: William Penn, Peter Stuyvesant, George Washington, Lord Baltimore i przede wszystkim rodzina francuska DuPont.

    Delaware przez wiele lat był stanem rodziny DuPont'ów, właścicieli wielu posiadłości i gigantycznej kampanii chemicznej. W 1802 roku młody emigrant z Francji osiadł w okolicach rzeki Brandywine. W książce "DuPont. The Autobiography of an American Enterprise" i innej "DuPont Romance" napisanej przez George'a H. Kerr'a dowiadujemy się, ogólnie mówiąc, że największe pieniądze rodzina zdobyła w ciągu pierwszych 40 lat początku wieku, że DuPontowie wzbogacili się w czasie I-wszej wojny światowej, stali się wtedy gigantami chemicznymi. Firma prowadzona była przez trzech kuzynów, którzy w czasie wojny sprzedawali proch obu stronom. Wynalezienie nylonu, teflonu, celofanu, gumy syntetycznej, filmu fotograficznego itd. dało firmie DuPont rozgłos światowy i trwałe korzyści finansowe.

    DuPontowie w Delaware wiele lat kontrolowali główne banki, prasę, uniwersytet, muzea, teatr, szpitale, hotel, polityczne i towarzyskie układy. Wiele ludzi chciało być w ich orbicie, mogli bowiem wypłynąć, awansować, wzbogacić się. Zatrudnienie w zakładach DuPont dawało stabilizację i pewność pracy. Powoli jednak francuska dynastia traciła swoje wpływy. W 1991 roku DuPont ogłosił masowe zwolnienia, co nie było praktykowane na przykład dziesięć lat wcześniej. Okazało się, że wspaniała firma nie może ofiarować pracy niemal do grobowej deski, jak było wcześniej.

    W całym niemal stanie można zaobserwować ślady XIX-wiecznego bogactwa DuPontów. Przedstawicielstwo kampanii na rogu ulicy Market i 10-ej wybudowało budynki o ciekawej architekturze: Hotel DuPont ze złotą salą balową, teatrem, "Green Room" (jest to ekskluzywne miejsce na eleganckie przyjęcia). Znany z wysokiego poziomu wydział chemiczny na Uniwersytecie Delaware jest pod opieką DuPont'ów, cały Uniwersytet został pobudowany dzięki pomocy finansowej rodziny. Uniwersytet w Delaware jest szczególnie znany właśnie z wydziału chemii, posiada też unikalne wydziały, jak wyspecjalizowany program nauki jazdy na łyżwach, całoroczny program studiów w sportowej medycynie. Na treningi łyżwiarskie do Delaware przyjeżdżają wszyscy młodzi ludzie z wszystkich stanów (pisze o tym w książce wspomnieniowej m.in. Tara Lipiński z Teksasu, zdobywczyni złotego medalu olimpijskiego). Szczególnie znany w świecie jest program magisterski i doktorancki w dziedzinie konserwacji zabytków.

    Już na początku wieku Pierre DuPont pobudował 90 publicznych szkół i 2 parafialne. T. Coleman DuPont, późniejszy senator, wybudował hotel i budynki publiczne, które otwarto w 1913 roku: teatr, szpital dla dzieci. Wybudował 100-milową drogę aby połączyć Wilmington ze Wschodnim Wybrzeżem stanu Maryland (US 13); niedaleko Lancaster Pike zbudował także lotnisko. DuPontowie założyli parki, jak: Wawaset, Westover Hills, Bellevue State Park of Philadelphia. Wspaniałe budynki w Wilmington dotąd zachwycające rozmachem i europejskim stylem były przeznaczane dla dyrektorów firmy.
    "The Winterthur Museum i Gardens" - posiadłość Henry Francis DuPont, który zebrał ogromną kolekcję mebli, jest jedną z najciekawszych atrakcji stanu Delaware. Jest to 200-pokojowa posiadłość z 1839 roku. Winterthur w ramach studiów Uniwersytetu w Delaware prowadzi specjalny program konserwacji zabytkowych mebli i obrazów. Muzeum i ogrody w Winterthur położone są stosunkowo niedaleko słynnych Longwood Gardens.

    Aby obejrzeć elegancję, styl posiadłości i ogrodów Alfreda I. DuPont'a należy zwiedzić 102-pokojowy "Nemours Mansion and Gardens". Zbudowano ją w latach 1909/1910 na 300-u akrowej przestrzeni i zaprojektowano w stylu Ludwika XVI. Obecnie część tej posiadłości, jeden z głównych budynków, wedle woli DuPontów, przeznaczony jest na szpital dziecięcy.

    Najbardziej jednak znanym miejscem oddanym publiczności przez Pierre S. Du Pont'a są Longwood Gardens w Kennett Square. Longwood Gardens leżą w dolinie rzeki Brandywine na granicy stanu Delaware, ale położone są w stanie Pennsylvania. 350-akrowa posiadłość otwarta dla publiczności cały rok z teatrem na powietrzu i 20 ogrodami wewnątrz pod szkłem. Longwood Gardens są jednymi z największych i najpiękniejszych ogrodów botanicznych nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale w całym świecie. Eksponują ponad 11 tysięcy krzewów i kwiatów. Kwiatowe klejnoty: cudowne storczyki w oranżeriach zaaranżowanych tematycznie pękate i wijące się kaktusy, aleje azaliowe, gaj palmowy. W oranżeriach pnie się kilka tysięcy gatunków krzewów, można podziwiać pełzające jak węże kaktusy, romantyczne akacje, storczyki. Można zwiedzić las tropikalny z rozmaitymi afrykańskimi fiołkami i swojskimi begoniami. W ogrodach japońskich są kolekcje drzewek bonzai, miniaturowe klony, dęby, lipy i akacje.

    Longwood Gardens sięgają historią roku 1798. Amerykańscy kwakrzy: Joshua i Samuel Peirce otworzyli abrboretum. W 1906 roku Pierre S. DuPont nabył posiadłość i wykreował wspaniałe ogrody, wybudował oranżerie, fontanny, sale balowe, teatr na wolnym powietrzu. Zapraszał gości i miejsce kwitło. W 1954 roku po jego śmierci według pozostawionego testamentu ogrody zostały oddane publiczności. Na pielęgnację posiadłości ze spadku ogromnej fortuny każdego roku przeznaczane jest 17 milionów dolarów, bo i o to zadbał Pierre S. DuPont. Każdego sezonu, cały rok, odbywa się około 300 różnych imprez: koncerty, widowiska teatralne, występy chórów, baletu itd. Oranżerie w Longwood nie tylko bawią ale i uczą. Są tam grządki ziół, roślin jadalnych, medycznych, owadożernych i wielu innych. Fontanny, kolorowe strumienie wody tańczą w powietrzu w takt muzyki: rozróżniamy Walc kwiatów, Dziadek do orzechów, i inne melodie.

    Oprócz słynnych ogrodów i oranżerii miejsce to jest znane jako centrum badań i doświadczeń. Dwuletni program uniwersytecki badań rolniczych oferuje program magisterski (Jest to jedyne tego typu miejsce w świecie dające możliwość zdobycia tytułu magisterskiego). Absolwenci znajdują pracę jako dyrektorzy ogrodów, parków, ogrodów zoologicznych. Ogrody zatrudniają 177 pracowników i 84 dorywczo pracujących, na ich terenie stale mieszka 45 osób. Każdego roku około 830 tysięcy ludzi odwiedza te wspaniałe ogrody. W ciągu dnia odbywają się koncerty, wczesnym wieczorem można posłuchać chórów z orkiestrą wraz ze wspaniałymi starymi organami.

    W okresie świąt Bożego Narodzenia w oranżerii w Longwood Gardens zachwyca dorodna sosna Douglasa o wysokości 22 stóp. Jest ozdobiona tysiącami poinsecji i oświetlana przez 6 tysięcy białych świateł. Cała oranżeria tonie w kremowych, różowych, zielonkawych poinsecjach. W 1825 roku Francuz Joel Poinsett stale mieszkający w Charlestonie w Południowej Karolinie sprowadził ją z Meksyku do Stanów. Poinsecje obecnie znane są już w wielu miejscach świata i eksponowane są na święta Bożego Narodzenia.

    Delaware tak związany z rodziną DuPont uważa Longwood Gardens niemal za swoje, pomimo że, jak wspomniałam, leżą już w sąsiednim stanie. W komitecie zarządzającym ogrodami zasiada jednak większość obywateli stanu Delaware, co moi rozmówcy bardzo podkreślają.



Longwood Gardens

Longwood Gardens

Longwood Gardens


Christiana River, Wilmington, Delaware