Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksandra Ziółkowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksandra Ziółkowska. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 5 grudnia 2022
JĘZYK JEST NAM SZCZEGÓLNIE DROGI, GDY MIESZKAMY POZA KRAJEM
JĘZYK JEST NAM SZCZEGÓLNIE DROGI, GDY MIESZKAMY POZA KRAJEM
ROZMOWA Z ALEKSANDRĄ ZIÓLKOWSKĄ-BOEHM
JOLANTA WYSOCKA
***
Spotykamy się dzisiaj, Pani Aleksandro, aby porozmawiać o Pani książkach, o nagrodach, którymi ostatnio Panią wyróżniono, ale także dlatego, że zbliża się Dzień Dwujęzyczności, a Pani jest doskonałym wzorem dla Polonii – i tej starszej, i tej młodszej – funkcjonowania w dwóch światach językowych: polskim i angielskim. Pisze Pani książki w jednym i drugim języku, ze swobodą porusza się w rzeczywistości amerykańskiej, w której żyje Pani na co dzień, a także nie traci Pani kontaktu z literaturą i teraźniejszą Polską, sięgając również do jej historii.
***
Od ponad 30 lat mieszkam w Stanach Zjednoczonych (w Wilmington, w stanie Delaware), 9 lat mieszkaliśmy z mężem w Teksasie. Zachowałam swoje warszawskie mieszkanie na Mokotowie, czeka na mnie, gdy przylatuję do Polski. To moj swoisty komfort, zawsze czuję się, jakbym wracała do domu.
W polskim duchu wychowałam swojego syna (Thomas Tomczyk), architekta i dziennikarza, który objechał świat. Z „ lekarzami bez granic” spędził wiele miesięcy m.in. w Afryce (w warszawskiej "Polityce" ukazał się jego reportaż "Sudańska fabryka głodu"). Mieszka na Karaibach, prowadzi własnie pismo.
***
Mój mąż Norman nie mówił po polsku.W ciągu naszego 27 lat małżeństwa wzbudził w sobie niemałe zainteresowanie polską kulturą i historią. Czytał polecane mu przeze mnie książki; miał wiele dobrych odczuć do naszej dramatycznej historii. Wiele razy pisał listy do prasy amerykańskiej w obronie polskiego imienia, zawsze mu drukowano (np. zareagował, gdy TIME (2004) napisał, że jeden z ostatnich indiańskich szyfrantów Frank Sanache -zmarł w "polskim obozie pracy").
W czasie starań, by Polska została przyjęta do NATO pisał listy do (wtedy) senatora Delaware Joe Bidena, który zmienił stanowisko - i z przeciwnika stał się wielkim zwolennikiem przyłączenia Polski do NATO. Podobnie senator Hutchison z Teksasu, do której Norman wysyłał listy podpisane (jak radził Jan Nowak Jeziorański) przez wielu Amerykanów nie-polskiego pochodzenia. W książce "Polska droga do NATO" J. Nowak Jeziorański przywołuje jego listy, na końcu książki podaje biogram. Gdy Norman zmarł PAP napisał pięknie, że zmarł "wielki przyjaciel Polski".
***
Nie zapominam polskiej tragicznej historii, którą trzeba przywoływać w artykułach, książkach, filmach. Aby świat się dowiedział. Niech każdy z nas robi "co może".
Za książki promujące polską historię została Pani wyróżniona w tegorocznej edycji konkursu Fundacji Janusza Kurtyki, noszącego nazwę „Przeszłość/Przyszłość”, w kategorii "Polonia i Polacy za granicą".
***
Język jest szczególnie drogi, gdy mieszkamy poza Krajem. Studiując polonistykę uczyłam się kochać literaturę, język, doceniać ludzi, którzy mi go w piękny sposób przybliżali. Za to, że kocham język polski, jestem wdzięczna swoim rodzicom, nauczycielom, profesorom. Miałam szczęście znać wybitne postaci: Melchiora Wańkowicza, profesora Władysława Tatarkiewicza, Ryszarda Kapuścińskiego, i wielu innych.
***
Nagroda Fundacji Janusza Kurtyki nie jest jedyną przyznaną Pani w tym roku. W maju statuetką Wybitnego Polaka w USA wyróżniła Panią Fundacja Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska” za wybitną działalność w dziedzinie kultury. Nie mogła jej Pani odebrać osobiście, bo w Polsce też na Panią czekano…
***
Ogromnie się ucieszyłam z przyznania mi statuetki Wybitny Polak w USA. To wielki zaszczyt. Kiedy dostałam wiadomość, że w maju tego roku odbędzie uroczystość w polskim konsulacie na Manhattanie, nie mogłam wziąć w niej udziału, bo wcześniej potwierdziłam zaproszenie do Łodzi – miałam już bilet do Polski – gdzie uhonorowano mnie dyplomem „Absolwent VIP Uniwersytetu Łódzkiego”, który ogromnie cenię. Miałam też zaplanowane spotkania w Warszawie.
W Polsce na wiadomość, że nie mogę być w tym czasie w Nowym Jorku na ważnej dla mnie uroczystości, podjęto decyzję, że statuetka Wybitnego Polaka zostanie mi wręczona w dniu rozpoczęcia majowych Targów Książki w Warszawie. I tak się stało, dzięki między innnymi Rafalowi Skąpskiemu, wielkiemu przyjacielowi pisarzy. W Warszawie wręczył mi ją Krzysztof Przybył, prezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”.
***
Specjalny dyplom Uniwersytetu Łódzkiego z pewnością wywołał wspomnienia Pani związane ze spotkaniem z Melchiorem Wańkowiczem…
Tak, rzeczywiście… Znajomość z Melchiorem Wańkowiczem zaczęła się już w moich czasach studenckich. Pisałam wówczas pracę magisterską na Uniwersytecie Łódzkim na temat tego wielkiego polskiego reportażysty. Napisałam do niego list, wymieniłam zagadnienia dotyczące jego twórczości, zadałam kilka pytań. W odpowiedzi zaprosił mnie na spotkanie do Warszawy (20 maja 1972 roku. Puławska 10 m. 35). Przyjechałam, długo rozmawialiśmy. Zapoznał się z moimi tzw. pracami zaliczeniowymi na temat jego twórczości. Na koniec zaproponował mi pracę researcherki – abym wyszukiwała materiał potrzebny mu do nowej książki. Pisał wtedy „Karafkę La Fontaine’a”, w której między innymi zastanawiał się, czym jest twórczość, jakim zasadom powinno się być wiernym. Jak mówił – pisanie to nie jest czekanie na natchnienie, tylko przede wszystkim praca. Potrzebne mu były przykłady, jak pisarze zbierają materiały, jakie warunki są potrzebne do koncentracji, jakim zasadom powinno się być wiernym. Po roku zbierania materiałów skończył pierwszy tom. A kiedy postanowił napisać drugi, zaproponował mi pracę asystentki i sekretarki. Byłam już po obronie pracy magisterskiej w Łodzi, niedługo potem na Uniwersytecie Warszawskim zaczęłam pisać pracę doktorską – początkowo pod kierunkiem prof. Juliana Krzyżanowskiego, po jego śmierci – prof. Janiny Kulczyckiej-Saloni. Wańkowicz miał już duże problemy ze zdrowiem. Po skończeniu „Karafki La Fontaine’a” poprosił wydawcę, by zamieścił w drugim tomie dedykację dla mnie z podziękowaniem – jak napisał – za „współpracownictwo”. W testamencie – przed wyjazdem na operację – zapisał mi swoje archiwum.
Ogólnie znałam Wańkowicza – licząc od pierwszego spotkania, gdy byłam studentką, potem jego asystentką – tylko 2 lata i 4 miesiące. To krótki, ale dla mnie bardzo ważny okres.
***
Wiele Pani książek ma charakter reportażu. Czy ten wybór gatunku literackiego jest wynikiem Pani spotkania i znajomości z Melchiorem Wańkowiczem – mistrzem reportażu?
Od dawna interesowała mnie literatura faktu. Na pewno niemały wpływ na wybór mojej formy pisarskiej wywarł Wańkowicz. Widziałam, jak on „to robi”. Poza tym opisał swoje własne doświadczenia i spostrzeżenia, podzielił się uwagami innych twórców – niekoniecznie reportażystów, ogólnie ludzi pióra. Każdy z nas może ustalić własną formę wypowiedzi. Za jedną z najlepszych książek na temat metody i pracy twórczej uważam „Karafkę La Fontaine’a” Wańkowicza. Poznałam wielu reportażystów, z wieloma byłam ładnie zaprzyjaźniona, między innymi z Ryszardem Kapuścińskim, który cenił pisarstwo Wańkowicza.
Myślę, że XXI wiek jest czasem literatury faktu, która przybiera nowe formy, między innymi – „opowieści reportażowej”, z którą się utożsamiam.
Prozę realistyczną i reportaż dzieli bardzo cienka granica. Cechą reportażu jest prawdziwość opisywanych wydarzeń. Melchior Wańkowicz twierdził, że posługuje się metodą mozaiki (np. z pięciu bohaterów tworzy jednego, najbardziej syntetycznego). Pani jednak wybrała inną metodę.
Bardzo interesująca jest „metoda mozaiki” Wańkowicza. Łęczenie wielu losów w jeden. Jest wtedy pokazana prawda nie jednostkowa, tylko ogólna.
Pisarz słusznie zauważał, że każdy z nas ma zazwyczaj w życiu choćby jeden ciekawy okres – trudny, bolesny lub radosny i szczęśliwy. Zamiast pokazywać 10 życiorysów i losów – pisarz pokazywał jednego bohatera, któremu się ”wiele przydarzyło”.
***
Ja podchodzę inaczej do tego zagadnienia – piszę o konkretnych osobach, konkretnych rodzinach. Jak na przykład Kaja, bohaterka książki „Kaja od Radosława”, uczestniczka powstania warszawskiego, która opowiada i swoim dzieciństwie na Syberii, i o tym, jak przez 54 lata przechowywała krzyż Virtuti Militari majora Henryka Dobrzańskiego. Piszę o Hubalczyku, Romanie Rodziewiczu, który dzieciństwo spędził w Mandżurii, rodzinie Ewy Jaxa-Bąkowskiej, która straciła dwór, ziemie, stadninę koni arabskich. Ojciec Ewy zamordowany został w Katyniu, także ojciec jej bliskiego kuzyna Janusza Krasickiego. O kolejach losów tych ludzi piszę w książkach „Dwór w Kraśnicy” i „Lepszy dzień nie przyszedł już”.
Podczas zbierania materiałów do książek moi bohaterowie stają mi się bliscy, potem nie tracę z nimi kontaktu. Nie da się bowiem po miesiącach rozmów powiedzieć ot, tak „do widzenia”. Oni mnie cenią, a ja ich. Nie pozywają mnie do sądu po wydrukowaniu książki, jak się czasami autorom zdarza. Bohaterka „Kai od Radosława” z wdzięczności zapisała mi ...miejsce w grobie na Powązkach (czym trochę zdenerwowała moją mamę i męża).
***
Bohaterowie Pani książek to ludzi doświadczeni przez los, historię, wojnę, która odcisnęła na ich życiu niezdarte piętno. Jaki cel przyświeca Pani, gdy podejmuje się Pani opowiedzenia wybranych zdarzeń czy też opisania postaci?
Piszę o ludziach, którzy swoim zachowaniem i szczególną godnością mi imponują.
Nasłuchałam się wielu opowieści – jak wojna „przerwała ludziom życie”, jak stracili najbliższą rodzinę, utracili posiadłości, należące do nich od wielu pokoleń. Nie piszę o generałach, piszę o „normalnym” człowieku, który zapłacił ogromną cenę między innymi za „rozkazy generałów”. Reaguję na dramatyczne losy, na nieszczęścia. Chcę utrwalić losy zwykłych ludzi, bo historia to nie tylko ta „wielka”, którą opisuje się w książkach naukowych czy podręcznikach, to przede wszystkim jednostki ponoszące konsekwencje wydarzeń rozgrywających się na arenie świata.
***
W Pani książkach odczuwa się nie tylko ciekawość drugiego człowieka, ale empatię oraz umiejętność słuchania ludzi. Jak ich odnajduje? Co sprawia, że otwierają się przed Panią?
Jak wszyscy, spotykam wielu ludzi, niektórzy opowiadaja ciekawie o różnych fragmentach swojego życia. Pytam o „wiecej”, a niektórych chcę spotkać ponownie i poprosić, by opowiedzieli mi „jeszcze więcej”. Mówię, że napiszę. Że im pokażę. Że będę fair.
„Kaja od Radosława”, czytała każdy rozdział, aby nie było „błędów”. Także prosiła, by niektóre tematy, fragmenty usunąć. Mówiła mi, że się otworzyła przede mną, abym „rozumiała jej życie”, ale żeby to pozostalo między nami.
I dotrzymałam słowa. Choć kilka fragmentów – gdyby zostały nie usunięte, wzbudziłyby łzy u czytającego... ”Nie chcę, aby mi ktokolwiek współczuł”, mówiła..., i uszanowałam to.
Słucham opowieści ludzi, których podziwiam; przejmuję się. Umiejętność słuchania to może jest dar od Boga. Więcej o swoim rozumieniu literatury faktu napisałam w książce „Pisarskie delicje”.
***
Bohaterem reportażu może być nie tylko człowiek, ale także przedmiot i zwierzę, i roślina. Panią jednak interesują przede wszystkim ludzie (chociaż w jednej z książek uwieczniła Pani swoją kotkę Suzy).
***
Tak, w kręgu moich zainteresowań są przede wszystkim ludzie. Bardzo różni. Nie tylko Polacy. Napisałam książkę na temat amerykańskich Indian „Otwarta rana Ameryki”, (amerykańskie wydanie ”Open Wounds a Native American Heritage”, które sponsorowali Apacze). Zaczęłam ten temat od podziwu dla dzieła mojego stryja, Korczaka Ziółkowskiego, rzeźbiarza, który w Dakocie Południowej zaczął rzeźbić monumentalną postać wodza indiańskiego Crazy Horse’a (rzeźba ciągle nie jest skończona, po śmierci Korczaka prace kontynuuje rodzina).
***
Napisałam także o aktorce Ingrid Bergman znanej np. z filmu „Casablanka”, trzykrotnie nagrodzonej Oscarem. Była bliską krewną mojego męża Normana (babcia Normana i ojciec Ingrid byli rodzeństwem). Norman zachował jej listy pisane do jego babci, do ojca i do niego. Tak powstała książka, która ukazała się w języku polskim w Polsce („Ingrid Bergman prywatnie”), i w Stanach pt. „Ingrid Bergman and her American Relatives”.
Bohaterką jednej z moich książek stała się także... kotka Suzy, która zaadoptowała Normana i mnie w Teksasie. Byłam pełna podziwu, jak czule okazywała nam swoje przywiązanie. Odbyliśmy wspólne podróże po rezerwatach indiańskich, byliśmy z nią ponad 20 razy w Polsce. Pisałam o Suzy do Szymona Kobylińskiego – zdumiona, że kot może być tak „uczuciowy jak pies”. Szymon zachęcił mnie: „Napisz książkę o tej kotce...”. I tak powstały „Podróże z moją kotką”, które miały dwa wydania w Polsce, a w USA jest wciąż „in print”. Książkę wydało uniwersyteckie wydawnictwo Purdue University Press pt. „On the Road with Suzy from Cat to Companion”.
****
Skoro jesteśmy przy wydaniach angielskojęzycznych… Podjęła Pani wiele starań, aby Pani książki – opowiadające o historii Polski poprzez losy opisywanych postaci – ukazały się na czytelniczym rynku amerykańskim. Odniosła tu Pani sukcesy, ale nie było łatwo…
****
Cieszę się, że moje książki ukazują się w języku angielskim. Rzeczywiście wymagało to wielu długich starań. Nie było łatwo, ale nie trzeba się zniechęcać... tak jest z wieloma postanowieniami.
Mogę powiedzieć, że dzięki niektórym moim książkom czytelnik amerykański poznał fragmenty historii Polski, która – chociażby przez swój tragizm – warta jest szerszego kręgu zainteresowanych.
Jeden z wydawców powiedział, że moje opowieści pokazujące polskie losy czyta się ze wzruszeniem, że opisane tragedie wywołują łzy... niezależnie od narodowości czytającego.
Chciałabym też podkreślić, że wydawnictwo amerykańskie Lexington Books opublikowało moją książkę „Melchior Wańkowicz. Poland’s Master of the Written Word”. Miała ona już dwa wydania. Jest dostępna w ponad 800 bibliotekach naukowych nie tylko w USA i Kanadzie, ale także w Nowej Zelandii, Australii, Ekwadorze, Kolumbii, Meksyku, Niemczech, we Włoszech.
***
Cieszę się też ogromnie, bo moje starania o anglojęzyczne wydania książek Wańkowicza zostaną zwieńczone sukcesem. Już wkrótce bowiem słynne dzieło pisarza o Monte Cassino ma się ukazać w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych. Tłumaczem jest prof. Charles S. Kraszewski. Jego dziadkowie byli emigrantami z Polski, ojciec i wuj byli lotnikami w armii amerykańskiej w czasie II wojny światowej.
Tłumaczenie sponsorowało Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce (SWAP) w Nowym Jorku – najstarsza w świecie niezależna organizacja byłych polskich żołnierzy, działająca nieprzerwanie od 1921 roku
***
Na polskim natomiast rynku czytelniczym ukazało się właśnie nowe wydanie „Na tropach Smętka” Wańkowicza (wzorowane na edycji z 1936 roku) z Pani przedmową, w której przypomina Pani losy książki. Nic dziwnego, że wydawnictwo Księży Młyn właśnie do Pani zwróciło się o napisanie słowa wstępnego, bo przecież jest Pani autorką wielu książek o naszym pisarzu.
***
Książka „Na tropach Smętka”, do której nowego wydania w tym roku napisałam wstęp (posłowie napisał Grzegorz Nowak), gdy sie ukazała pierwszy raz w 1936 roku zyskała ogromne uznanie i popularność dzięki ciekawej formie, ale przede wszystkim dlatego, że autor poruszył w niej sprawy dotychczas nieznane, pokazał żywe przykłady polskości na ziemiach Warmii i Mazur. Co więcej, przepowiedział wybuch wojny, umieścił w książce grafikę z zegarem odtwarzającym trzy lata wcześniej to, co miało się zdarzyć we wrześniu 1939 roku: przebieg ataku z morza, lądu i powietrza.
Ukazało się kilka moich książek na temat twórczości, życia i osoby Wańkowicza, także na temat jego procesu z 1964 roku. Opracowałam między innymi jego korespondencję z Jerzym Giedroyciem, z córkami Krystyną i Martą, z żoną Zofią. Redagowałam serię 16 tomów „Dzieł wszystkich” Wańkowicza, którą wydało wydawnictwo Prószyński i S-ka, pisałam posłowie do każdego tomu. Wstępy zamawialiśmy u wspaniałych autorów – np. do „Bitwy o Monte Cassino” napisał Norman Davies.
***
Jest pani uznaną strażniczką pamięci o Wańkowiczu, docenianą nie tylko w środowisku czytelniczym. Dzięki Pani staraniom pisarz ze swoimi książkami – przez pewien czas marginalizowany – coraz silniej zaznacza swoją obecność w naszej literaturze. Okazuje się też, iż Pani książki reportażowe zainteresowały młodych czytelników, czego dowodem jest praca magisterska Aleksandry Biegaj pt. „Obrazy ludzkich losów w twórczości Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm”. Jak ją Pani przyjęła? Czy coś w niej Panią zaskoczyło?
Pani Aleksandra Biegaj zwróciła się do mnie, kiedy już miała pracę przemyślaną i w części napisaną. Rozmawiałyśmy przez telefon na tematy, które się pojawiały w trakcie jej dalszej pracy nad materiałem. Przeczytałam całą pracę magisterską Pani Aleksandry, którą obroniła na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Bardzo mnie ujęła jej postawa, jej sposób pisania, wrażliwość na tytułowe „obrazy polskich losow”. Jest moją „pokrewną duszą”. Ucieszyłam się tą pracą.
Ostatnie moje pytanie jest już zupełnie standardowe – kiedy możemy spodziewać się Pani następnej książki?
***
Zacytuję moją Mamę, która – kiedy mówiłam o wspólnych z nią planach... odpowiadała: „Obyśmy tylko zdrowe były.”
... Mam niemal gotową kolejną książkę... gdy ją skończę, może to będzie powód – że ponownie porozmawiamy?...
Rozmowa ukazała się [w:] Nowy Dziennik, Nowy Jork, 15-21 października 2022
http://dziennik.com/jezyk-jest-nam-szczegolnie-drogi-gdy-mieszkamy-poza-krajem/
niedziela, 31 lipca 2022
Marcin Kula, Wańkowicz po latach: towarzysz podróży historyków
<b>Marcin Kula
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza
w Warszawie
Wańkowicz po latach: towarzysz podróży historyków
Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Wokół Wańkowicza, PIW, Warszawa 2019, s. 696.
Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm imponuje rozmiarami oraz zapleczem materiałowym. W swoich opisach i analizie autorka wykorzystuje po pierwsze wiedzę, jaką zyskała, będąc przez lata sekretarką i asystentką Melchiora Wańkowicza. To jej przekazał swoje, skrupulatnie prowadzone archiwum, toteż miała dostęp do notatek pisarza, jego listów i wycinków. Sama korespondowała z mnóstwem ludzi, którzy mieli z nim kontakt. Prześledziła publikowane reakcje na jego książki. Przejrzała odnoszące się doń akta w archiwum paryskiej „Kultury” i w IPN… To nie jest „tylko" książka wspomnieniowa. Wspomnienia zostały w niej połączone z rezultatami wielkiej pracy, której trud przede wszystkim historyk potrafi docenić.
xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Aleksandra Ziółkowska-Boehm stała się naszym przewodnikiem po drogach życia Wańkowicza. Widzimy jego codzienne bytowanie, różne prywatne sprawy, czytamy listy – co zresztą jest ciekawe nie tylko dla tej postaci, ale również dla refleksji nad historią kultury szeroko rozumianej. Towarzyszymy pisarzowi w smutku ostatniego okresu, kiedy był chory („Gdy pytałam, co go gnębi, opowiadał historie często sprzed lat, przypominał całożyciowe przykrości. Wszystko to, co mówił, było smutne, przygnębiające, czasami zdumiewające...” - s. 97).
Z książki można się dowiedzieć o najróżniejszych sprawach, z którymi Wańkowicz mial kontakt – na przykład o historii wydawnictwa „Rój", o życiu emigracji, o paryskiej „Kulturze”. Także o sporach i namiętnościach nie tylko literackich wokół dzieł pisarza (na przykład o druku przez Związek Niemieckiego Wschodu niemieckiego tłumaczenia „Na tropach Smętka”, z numerowanymi egzemplarzami, dla poznania metod Polaków – co mojemu pokoleniu niestety żywo przypomina, dajmy na to, biuletyny tekstów zachodniej prasy, nawet tekstów audycji WE, przygotowywane dla osob zaufanych w PRL).
xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Badania autorki w zakresie życia i twórczości Wańkowicza były zbieżne – bowiem dzieło pisarza było wyjątkowo splecione z jego życiem. To był człowiek, który nie przestawał być reporterem (Wańkowicz: „Gdy jadę tramwajem, coś zmusza mnie do tego, bym się dowiedział, jaką książkę czyta ów pan w przeciwległym kącie wozu. Śledzę jakąś parkę na przestrzeni kilku ulic, aby się dowiedzieć, jakim mówią językiem. Zaglądam do cudzych okien, odczytuję wszelkie szyldziki na drzwiach mieszkań kamienicy, do której przybywam w odwiedziny, szukam na cmentarzu znajomych nazwisk. Obojętnych mi ludzi wypytuję o ich życie. Niezwykłe nazwy ulic zmuszają mnie do zastanowienia się, dlaczego one tak właśnie brzmią. Chciałbym przetrząsnąć każdą rupieciarnię i każdy stos starych papierów. Każdy napis "Wstęp wzbroniony" nęci mnie do przekroczenia zakazu, każda tajemnica zachęca do jej zgłębienia” - s. 181).
Przeprawiając się wpław przez Dniestr pod koniec września 1939 r., Wańkowicz przeniosł maszynę do pisania (!). Potem pisał czy to o „codzienności” wojennej tułaczki, czy o wielkich sprawach. Gdzie go los rzucił, tam obserwował i opisywał otoczenie. Gdy go ten los uwikłał go w wojnę, tworzył obraz wojny. Gdy go zaniósł go do Palestyny, to tam rozwijał swoje zainteresowanie Żydami i syjonizmem. Fascynował się Ameryką, gdzie spędził dziewięć lat. Żyjąc wśród emigrantów, obserwował i definiował dylematy, wobec których stali (Wańkowicz: „W 1949 roku sądzę, że Rosja zwycięży, ale nie potrafi urządzić świata. I rozleci się. Iść za stroną skazaną na przegranie przeciw Rosji, jest bezmyślnym samobojstwem, a walka o rzekome walory kultury zachodniej – zakłamaniem publicystów, którzy potrafią recytować Wyspiańskiego, ale z ekonomii politycznej nie przeczytali nawet jednego podstawowego podręcznika” - s. 278).
xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Gdzie Wańkowicza coś interesowało – tam starał się pojechać (bolszewicka Rosja, Meksyk okresu wojny religijnej). Po latach Ryszard Kapuściński zaczął pewien ustęp, chyba nie zdając sobie sprawy jak charakterystyczne dla siebie formułuje zdanie: „Gdy jechałem na rewolucje do...” (dalej padła nazwa jakiegoś kraju afrykańkiego, której już nie pamiętam). Podczas jakiejś konferencji o problemach społecznych w Ameryce Łacińskiej Kapuściński wyszedl, mówiąc, że wróci później – bowiem dotarło do niego, że właśnie w tym mieście, trochę dalej, rozgrywa się bijatyka manifestantów z policją; poszedł tam zatem, by samemu obejrzeć ekspresję problemów społecznych. Właśnie taka była odpowiednio wcześniej postawa Wańkowicza. Kapuściski nie musiał go oczywiście naśladować – ale przynajmniej w tym wymiarze postawa wielkich twórców reportażu była podobna.
xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Pisząc swoje reportaże, Wańkowicz z pewnością nie myślał o przyszłych historykach. Stworzył jednak dla nas niezwykłe źrodło – i w tym sensie stał się towarzyszem naszej podróży w czasie. Dysponujemy różnymi źródłami – ale reportaże z epoki mówią do nas w inny sposob niż materiały aktowe, nawet niż różnego typu raporty. To są opisy zawodowych i zapasjonowanych obserwatorów, którzy najczęściej umieją patrzeć, analizować i uogólniać. Wystarczy zreszta popatrzeć na współczesnych polskich reporterów (by wymienić przykładowo: Jacka Hugo-Badera, Adama Leszczyńskiego, Małgorzatę Rejmer, Ziemowita Szczerka, Mariusza Szczygła, Małgorzatę Szejnert, Wojciecha Tochmana…). Przyzwoity reporter to obserwator nieraz bardziej wiarygodny niż wielu innych autorów źródeł opisowych, gdyż najczęściej jest mniej od nich zainteresowany osobiście sprawą, o której pisze. Nadto najczęściej stara się zrozumieć obserwowanych ludzi, wczuć się w ich pasje. Istnieje oczywiście niebezpieczeństwo, że reporter pójdzie mocno w kierunku literatury, że – jak wielki malarz – przedstawi atmosferę sytuacji nawet kosztem dokładności jej odzwierciedlenia. Wańkowicz, jak pisze autorka, „wprowadził reportaż polski na szerokie drogi literatury faktu” (s. 175). Czasem obserwowano takie podejście u Kapuścińskiego, którego teksty czyta się znakomicie i z pożytkiem dla zrozumienia biegu spraw, ale czasem z pytaniem, czy odmalowane w szczegółach sytuacje doprawdy tak wyglądały. Teksty Wańkowicza chyba mogą być jednak źródłem nawet dla historyka najbardziej wiernego kanonom uprawianego zawodu. Nie da się dziś pisać o Polakach w Prusach Wschodnich, czy o COP-ie, bez ich lektury. Sam notabene z pożytkiem korzystałem z wańkowiczowskich reportaży dotyczących Palestyny i Meksyku. Ciekawe były wrażenia pisarza z bolszewickiej Rosji. Niektore z jego reportaży były dosłownie unikalne – jak wywiady z Rydzem-Śmigłym i z Beckiem w Rumunii, czy z Abrahamem „Yairem” Sternem, żydowskim terrorystą poszukiwanym przez Anglików. Wańkowicz, będąc w Palestynie, starał się o kontakt z nim. Nie mógł go uzyskać – co nie dziwne. W końcu dostał wiadomość, że ktoś przyjdzie do niego wieczorem i od przebiegu rozmowy zależy, czy dojdzie do spotkania. Rozmowa toczyła się przez całą noc. Gość ulotnił się po końcu godziny policyjnej. Troche później Wańkowicz wyszedł na ulicę i na plakatach z ogłoszeniami o osobie poszukiwanej zobaczył swojego rozmówcę.
Wątkiem interesującym dla historyka jest jednak także samo życie Wańkowicza. Biologowie mawiają, że patrząc na kroplę wody pod mikroskopem można wiele dowiedzieć się o nadspodziewanie szerokich zagadnieniach. Bogate życie Wańkowicza mogłoby być pryzmatem, przy pomocy którego dałoby się napisać kawał historii Polski. Niektóre jego etapy dokumentował sam Wańkowicz, inne – albo te same – opisała oraz zilustrowała dokumentami autorka. W książce pojawia się życie przedwojenne pisarza, dzieje wydawnictwa „Rój”, zawirowania wojenne, jego życie na emigracji i (co ważne!) wśród emigrantów, kontakty z „Kulturą”, decyzja o powrocie i jej echa w środowisku emigracyjnym... no i życie w PRL. Ten ostatni etap bardzo mnie zainteresował – bowiem nasunął mi pytanie jakie okoliczności sprawiły, że w komunistycznej Polsce Wańkowicz mógł być tak wielką postacią. Potwierdził też moje przekonanie, wywiedzione zarówno z pracy zawodowej, jak ze wspomnień, o niekoherencji tego systemu przynajmniej po 1956 r.
Stwierdzenie, że Wańkowicz był wielką postacią bowiem był wielkim pisarzem, jest tylko częściową prawdą. W PRL nie on jeden był wybitnym pisarzem, a mało kto został tak zapamiętany. W końcu władze mogły nie dopuścić, by rósł w siłę jako pisarz. Myślę, że jego popularność w pierwszym rzędzie budowały cechy osobiste. PRL była w znaczącym stopniu krajem ludzi szarych i typowych. Nawet wśród relatywnie znanych postaci mało było oryginałów, osób nietuzinkowych, nieszablonowych. Takich władza zresztą nie lubiła. Wańkowicz zaś taki był. Robił wrażenie swoją postawą, przynajmniej zewnętrzną pewnością siebie, rozbudowanym ego („Ileż różnych cech miał w sobie ten czlowiek! Był jednocześnie i egoistą, i gotowym do poświęceń, wielkim łgarzem, egocentrykiem, gruboskórnym, a także wrażliwym na ludzkie cierpienie, lękającym się o sobie myśleć jako o wielkim pisarzu, delikatnym, czułym, tkliwym. Był sprzecznością. Sama nie wiem, które cechy dominowały, zależało to od ludzi, od układów, od sytuacji” - s. 101; „Był sprzecznością: i chciał, i nie chciał nagrody państwowej, orderu, uroczystego pogrzebu, wielkiej śmierci” - s. 110).
Bardzo mało było w PRL ludzi utrzymujących styl człowieka "do wypitki i do wybitki", przypominających szlachcica we dworze, prowadzących otwarty dom, gdzie bywała „cała Warszawa” („Lubił przyjmowć ludzi, lubił dawać dobrze zjeść. Ugaszczał ich delicjami, smakołykami, wyszukanymi różnościami, jak ośmiorice, ślimaki, żaby itp.” - s. 103).
xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Był trochę człowiekiem dawnych czasów – co w PRL nie zdarzało się często, przynajmniej wśród osób funkcjonujących publicznie. Utrzymywał szeroką korespondencję, masowo otrzymywał listy od najróżniejszych nadawców, w tym od „zwykłych ludzi”. Wątpię, czy wiele znanych osób ludzi w ówczesnej Polsce odpowiedziałoby na list z pytaniem, czy dziecko ma nazwać psa „Dupek” (imię psa Wańkowicza), czy „Melchorek” (oczywiście od imienia samego pisarza). Jeszcze mniej odpowiedziałoby następująco: „Drogi Kubusiu, odbyłem z Dupkiem naradę, ale na razie do niczego nie doszliśmy: on chciał, żeby Twoj piesek nazywał się Dupek, a ja – żeby Melchiorek. Ale stało się tak, że już jedna dziewczynka nazwała swój jasiek Melchiorkiem, a biednego Dupka nikt jeszcze nie uczcił. Wobec czego powiedziałem Dupkowi >>mądry głupiemu ustąpi<<, na co on zamerdał ogonkiem. Ale powiedziałem: dobrze, niech piesek Kubusia zostanie Dupkiem Nr 2 i nie przynosi wstydu, ale na drugie imię niech ma Melchiorek. Na co Dupuś polizał mnie w nos, a więc się zgodził. Tak więc, jeśli Twój piesek będzie miał synka, to mu koniecznie wpisać należy imię ojca: "Dupek-Melchiorek". Daj mu z powodu tych chrzcin jakąś honorową kość. Całuję Ciebie – Melchior Wańkowicz” (s. 63-64).
Pisarz był – co wówczas rzadkie - człowiekiem-firmą, autorytetem otwartym na kontakty, wręcz lubiącym chcących się do niego zbliżyć. Zatrudniał sekretarkę, budował dom, gromadził własne archiwum, produkował mnóstwo tekstów. Był atrakcyjny jako człowiek z Zachodu. Jako ten, który wrócił, był dla władz do pewnych granic wygodny. Jego dzieła znajdowały uznanie czytelników w różnych gronach – także w szeroko rozumianym środowisku ludzi władzy. Wówczas było w nim przecież już znacznie więcej ludzi o mentalności z grubsza przeciętnej niż charakterystycznej dla wiekowych komunistow. W latach sześćdziesiątych PZPR coraz bardziej uderzała w nutę patriotyczną. Robiła to i dawniej, ale wówczas ta patriotyczna stopniowo stawała się niemal jedyną. Coraz częściej wracał klasyczny dyskurs o bohaterstwie Polakow. Oczywiście, cała ta ewolucja miała ograniczenia – ale zaryzykuję powiedzenie, że właśnie dlatego mówienie o Monte Cassino było dla ówczesnych władz wygodniejsze niż mówienie na przykład o AK i Powstaniu Warszawskim. W ramach tej ewolucji Wańkowicz mógł być nawet wygodny z punktu widzenia władz. Prawda, bywały z nim kłopoty. Nie chciał siedzieć cicho. Podpisal list 34. Praktycznie nie ukrywał swoich myśli. Gdy przyszedł kiedyś do mojego liceum na spotkanie z młodzieżą, ktoś z uczniów (nie ja!) zapytał go dlaczego nie pisze o… i tu wymienił jakąś sprawę wtedy drażliwą, doprawdy nie pamiętam już jaką. Pisarz odpowiedział jednym słowem: „Dlatego”. Brak mi talentu Wańkowicza (sic!), by oddać tę scenę – ale nikt na sali nie miał wątpliwości, że miało to znaczyć, iż władza nie pozwala. Niemniej jednak narastający w latach sześćdziesiątych moczaryzm go potrzebował. On zresztą przyjmował w domu niektorych ludzi wyraźnie o takiej orientacji (Załuskich, Jana Zygmunta Jakubowskiego) – trudno powiedzieć, czy cynicznie, czy z prawdziwej chęci. Na tym tle proces Wańkowicza był czymś więcej niż strzeleniem sobie przez establishment w stopę („Ostatecznie proces przyniósł Wańkowiczowi jeszcze większa popularnosć, stał się kimś w rodzaju bohatera. Ludzie zatrzymywali go na ulicy, otrzymywał kwiaty i listy od czytelników. Znany był powszechnie wypadek, kiedy przyszedł do teatru, zajął miejsce w pierwszym rzędzie i w połowie aktu jeden z aktorów, rozpoznawszy go, podszedł do rampy, ukłonił się i dopiero potem wznowił grę. Brawa publiczności pokwitowały to zdarzenie” - s. 358).
xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Ten proces był czymś sprzecznym z logiką ówczesnej ewolucji PZPR. Całe posunięcie bardziej pasowało do Gomułki niż do Moczara i wszystkich ówczesnych arywistów z tego okresu. Nie mam na to żadnych dowodów, ale odnoszę wrażenie, że proces Melchiora Wańkowicza (1964) był nie tylko ukaraniem pisarza przez Gomułkę ze złości za niepodporządkowywanie się PRL-owskim władzom, ale również komunikatem dla środowiska literackiego, że władza jest zdecydowana wymóc posłuszeństwo (jeśli nie zawahała się zamknąć, postawić przed sądem i skazać na 3 lata tak wybitnego pisarza, na dodatek mającego wtedy 72 lata…). Ostatecznie władza nie zdecydowała się uwięzić Wańkowicza – choć istnieje legenda jakoby on w pewnym sensie nawet chciał tego. Trudno oczywiście powiedzieć, że ktoś chce siedzieć w więzieniu – ale on też w swojej roli oskarżonego coś rozgrywał.
xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Logiki trudno się było doszukać w systemie także w przedstawianych w książce mniejszych sprawach. Po przyjeździe do Londynu pisarza odległego duchowo (i zaznaczającego swój dystans ukrytymi, ale przecież wyczuwanymi przez władzę czynami) witał na miejskim teminalu lotniczym konsul z koniakiem i kwiatami. Zasłużony dla wydawania Wańkowicza wydawca utrzymywał jakieś mętne konszachty z SB w wysiłkach pozyskania jego archiwum, zresztą nie udanych. Jak owego wydawcę dzisiaj oceniać – nawet tylko w ramach tematu „Wańkowicz”? Co było ważniejsze?
xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Józef Tejchma, wicepremier i Minister Kultury, osłaniał pisarza i pozostawał z nim w prywatnych stosunkach tak bliskich, że ten do jego żony pisał wierszyk: „Tejchmo Alicjo, Moja delicjo...” (s. 84). Pisarz aresztowany, z rewizją przeprowadzoną nawet w zawodowych materiałach, był jednak przetrzymywany w dobrych warunkach poza regularnym więzieniem. Został skazany, ale zwolniony od odbycia kary. Skazany, ale przyjęty na rozmowę przez samego Gomułkę („Pisarz mówił, że jedynie w Polsce możliwa jest sytuacja, aby skazany żył z wyrokiem półtorarocznego więzienia, poruszał się swobodnie, a nawet wyjeżdżał za granicę” - s. 358).
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Nawet jeżeli w tle może kryły się rozgrywki wewnętrzne w ramach PZPR, których nie znamy – to opisywane zjawisko było jednak głębsze.
Wańkowicz, pisarz opozycyjny, procesował się z Tadeuszem Walichnowskim – czołową postacią moczaryzmu, jedną z głównych postaci ofensywy marcowej, jedną z najmocniejszych postaci ówczesnego establishmentu policyjnego. Dobrze, procesował się o to, że tamten w swoim dziele napisał, iż „Na tropach Smętka” przyczyniło się do śmierci wielu osób (wskazując je Niemcom). Niemniej jednak procesował się. Proces zresztą wygrał – co niestety niewiele mu przyniosło, gdyż nie dożył wyroku.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Ten system był niekoherentny, niespójny, zaś Wańkowicz swoją postacią i swoją twórczością, nawet okraiwaną, ową niekoherencję powiększał. W Polsce czytano „Bitwę o Monte Cassino”, nawet jeśli okrojoną, w wielkich nakładach, nieporównywalnych z ewentualnym przeszmuglowaniem pewnej liczby tej książki z Zachodu – co pewno miałoby miejsce, gdyby tam pozostał. Barwność postaci pisarza też była elementem zdrowia w niezdrowej PRL. Choćby dla takich przyczyn cenne było, że wrócił – wbrew wszystkim krytykującym ten jego krok.
Z punktu widzenia cech systemu PRL – pomijając oczywisty ludzki aspekt sprawy – ciekawe są ostatnie momenty życia pisarza. Aleksander Małachowski odnotował: „Umierający Melchior Wańkowicz wezwał moją żonę oraz mnie i przez wiele nocnych godzin przekonywał nas, dlaczego nie możemy dopuścić , by mu sprawiono uroczysty, państwowy pogrzeb. Oni - mówił - zechcą to zrobić nie dla mnie, ale po to, by się sfotografować przy mojej trumnie”. Pisarz wyraził życzenie, by w nagrobku na rodzinnym grobie nie naprawiać rzeźby uszkodzonej kulą wystrzeloną podczas Powstania Warszawskiego. Skądinąd dziś powszechnie uważany za nieskończenie tępiony Kościół wysyłał księdza z ostatnią posługą choć Wańkowicz o niego nie prosił. W pogrzebie uczestniczył minister kultury, pogrzeb prowadzil jeden z biskupów, kamery TV filmowały (unikając widoku księży w kadrze), SB spisała swoje raporty z pogrzebu, cenzorskie zapisy w sprawach związanych z Wańkowiczem trwały, rzecz jasna, po jego śmierci. W sumie: totalne pomieszanie, ale lepiej było tak, niż inaczej.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Last but not least, dla historyka ciekawe jest widoczne w sprawach Wańkowicza długie trwanie pewnych spraw dziejowych. One się w Polsce – choć nie tylko tu – nie mogą skończyć, niektóre nawet odradzają się. Za PRL niektóre były wyciszane, ale może tym bardziej żyły. Gomułka pomówił Jasienicę o sprawy z grubsza ćwierć wieku wcześniejsze – a potem miała miejsce okropna rozmowa Wańkowicza z umierającym. Upadł komunizm, a Polska wciąż żyje historią. Inni teraz mówią o Wałęsie sprzed pół wieku. Mnóstwo ludzi jest przekonanych, że tak trzeba i że w ogóle można rozwiązać wszystkie dawne sprawy. Także o tym, że o obraz przeszłości trzeba walczyć (w praktyce przy odwołaniu się do niego trzeba walczyć z przeciwnikami). W sumie: mało to zachęcające, przynajmniej
z punktu widzenia historyka, który wolałby widzieć poparcie dla badań niż boje prowadzone w ramach tzw. polityki historycznej.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Marcin Kula, Wańkowicz po latach: towarzysz podróży historyków, PAMIETNIK LITERACKI, Londyn, grudzień 2019.
środa, 30 grudnia 2020
POLISH HERITAGE - MARIE HEJNOSZ Polish American Journal
Polish Heritage
**********
Published Triannually by the American Council for Polish Culture,
Polish American Journal, North Boston, NY
Winter, 2020 page: 5, 9
**********
by Marie Hejnosz
**********
To know Aleksandra is to know someone of great personal charm, great intelligence and a heart of gold. I know that, each time I see Aleksandra, I will be greeted by a beautiful smile and warm embrace. Looking at her
shy demeanor, one would never know how accomplished she is. She was educated at the University of Lódz and the University of Warsaw where she received her Ph.D. in Humanities. While still a student, she published number of short stories and newspaper articles, but her true writing career took off when she began her work for Melchior Wańkowicz, a prominent Polish writer. For her help and research with his latest book, Wańkowicz dedicated that book to her, and in his last will, he bequeathed all his archives to her.
**********
In the years 1977-1981 she was a member of the Repertoire of the Polish Television Theater. She created the scenario for “2 Korpus w piosenkach Ref-Rena”, a musical, for Warsaw TV in 1991. She appeared in four documentaries dedicated to: Zbigniew Brzezinski, Stanley Haidasz, Melchior Wańkowicz, and her own uncle Korczak Ziółkowski.
**********
From 1981–83, she resided in Toronto, Ontario, Canada as the recipient of three writing scholarships. Since April 1990, she has lived permanently in the United States, in Wilmington, Delaware and spending nine years in Texas (Houston and Dallas).
**********
My fascination with Aleksandra is intensified by the fact that she is the niece of Korczak Ziółkowski, the famous sculptor of the Crazy Horse monument in South Dakota. The monument is dedicated to the famous, brave, Native American leader. Like Aleksandra, I am captivated by the history and culture of Native Americans. I passionately collect books and other information about their way of life and their nearly forgotten culture. In today’s climate of equality for all, somehow no one remembers about those Native Americans whose way of life and culture the European invaders destroyed.
**********
**********
Aleksandra traveled extensively throughout the South West and beyond with her, now deceased, husband Norman Boehm. Together they visited many Native American communities and Aleksandra diligently took pictures and notes, which served as source material for her later writing.
One of her books about Native Americans is “Open Wounds. A Native American Heritage”. Anyone who has an interest in our collective history should read it.
**********
According to Bruce E. Johansen, PhD, University of Nebraska: “Aleksandra Ziolkowska-Boehm takes us across the United States, visiting Indian Country, with insight and compassion, raising many issues along the way with the Dr. Aleksandra Ziółkowska-Boehm eye of a traveler from overseas (the book first appeared in Poland). Few people in this country know that the first craftsmen at Jamestown were from Poland, or that the family of Polish ancestry (relatives of hers) are carving a huge memorial to Crazy Horse in South Dakota.”
**********
According to Homer Flute, Apache, Trustee/CEO Sand Creek Massacre Descendants Trust, Anandarko, Oklahoma: “The book Open Wounds
depicts many of the past and present problems facing Native Americans as minorities in their own country, where bias, envy and jealousies are still strong influences among the Indian people, as portrayed in the author’s story about Crazy Horse being betrayed by his own people. This still happens today. Many non-Indians are misinformed about Indians and reservations because their only source of information comes from fictional movies and books....
This book outlines the tragic obstacles encountered by sculptor Korczak Ziolkowski while carving the statue of the Lakota Sioux war chief Crazy Horse. The sculptor experienced many similar situations that parallels the Indians’ situation.”
**********
Aleksandra is the author of over 30 books some written in Polish and some in English. She is the recipient of many awards and scholarships that are too numerous to mention here.
**********
One of the most prestigious is the Fulbright scholarship which she received in 2006-2007 and award in 2008. Most recently, she was chosen as the recipient of the Wybitny Polak in literature award.
**********
Aleksandra made her permanent home in Delaware but she travels to Poland frequently where many of her books are published and widely read. Her Polish repertoire includes books about Melchior Wańkowicz
and number of other Polish personalities. Many of her books are also about the heroes of World War II describing the Polish suffering and heroism. One of her latest books on that subject is “Kaia Heroine of the 1944 Warsaw Rising”. According to Zbigniew Brzezinski, PhD, author and National Security Adviser to President Jimmy Carter, Alexandra’s book is “A moving and compelling account of what heroism entails and what suffering can be endured for the sake of a higher cause.”
“Kaia” also received very positive reviews from
**********
Stanley Weintraub, author of “The Last Great Victory: The End of World War II, July–August 1945, ” In pages of striking contrast, Kaia moves from a colorful, nearly idyllic life by Polish exiles in southern Siberia earlier in the last century to the graphic horrors of Nazified Poland—and then to the moving aftermath of loss and recovery.”
**********
Another interesting fact about Aleksandra is that for 26 years she was happily married to a close relative of Ingrid Bergman. Aleksandra’s husband’s grandmother and Ingrid’s father were brother and sister. Aleksandra writes about this family connection in her beautiful book “Ingrid Bergman and her American Relatives.”
**********
Her husband Norman was a staunch supporter of Polish causes; wrote many letters to senators and took other supportive actions. Norman’s bio and his letters to American senators are in the book written by Jan Nowak Jezioranski “Poland’s Road to NATO”.
**********
On a lighter side, Aleksandra is a dedicated feline lover and in her home in Delaware, one can always find a fascinating feline. One of Aleksandra’s favorite cats was Suzie and she wrote a lighthearted book about her entitled “On the Road with Suzy: From Cat to Companion”.
**********.
In summary, I would like to add, that thanks to Aleksandra’s writings, my life and the lives of many others were enriched immeasurably. We are very proud to have Aleksandra as a board member of the Polish Heritage Society of Philadelphia.
For additional information, see Wikipedia (both English and Polish)
**********
<
wtorek, 29 grudnia 2020
NEAL PEASE - GOTOWOSC DO MIERZENIA SIE Z HISTORIA - ROZMAWIA: ALEKSANDRA ZIOLKOWSKA-BOEHM
„GOTOWOŚĆ DO MIERZENIA SIĘ Z HISTORIĄ”
Home » Artykuły prasowe » „GOTOWOŚĆ DO MIERZENIA SIĘ Z HISTORIĄ”
Sie 10, 2017 KBB
W majowym numerze miesięcznika „Odra” ukazał się wywiad, jaki przeprowadziła Aleksandra Ziółkowska–Boehm z amerykanskim profesorem Nealem Pease’em
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Panie Profesorze, ma Pan dyplom magisterski z Uniwersytetu w Kansas, drugie magisterium i doktorat z Yale Uniwersity. Jaki był temat Pana pracy magisterskich i doktorskiej ?
Neal Pease: -Tematem pracy magisterskiej, którą pisałem na Uniwersytecie w Kansas pod kierunkiem profesor Anny Cienciała, były kwestie zwiazane z obrazem Polską przedstawianej w prasie brytyjskiej w latach międzywojennych. Moja praca doktorska, obroniona w Yale University w 1982 roku pod kierunkiem profesora Piotra Wandycza, koncentruje się na relacjach między Drugą Rzeczpospolitą Polską i Stanami Zjednoczonymi w latach po pierwszej wojnie światowej, ze szczególnym uwzględnieniem stosunków finansowych, a także politycznych i dyplomatycznych relacji między dwoma krajami. Praca ta była podstawą mojej pierwszej książki „Poland, the United States, and the Stabilization of Europe, 1919-1933” (New Haven: Yale University 1982. 2nd edition: New York – Oxford: Oxford Univ. Press 1986).
AZB: Jak się zainteresował się Pan polską historią ?
NP: Często jestem o to pytany, ponieważ nie jestem polskiego pochodzenia. W tamtym okresie było dość niezwykłe, że „niepolak” wybrał taki kierunek studiów. Obecnie badania polonistyczne zbliżyły się do „głównego nurtu”, wielu młodszych ode mnie współczesnych badaczy polskiej tematyki nie jest polskiego pochodzenia. W moim przypadku, początkowe motywacje były czysto przypadkowe. Dorastałem w uniwerstyteckim mieście, młodzi ludzie, z którymi chodziłem do szkoły i spędzałem czas poza szkołą, byli dziećmi pracowników naukowych wydziału slawistyki The University of Kansas. Gdy zacząłem drugi rok studiów jeden z przyjaciół zachęcił mnie, bym zapisał się kurs Historii Europy Wschodniej, który wykładała profesor Anna Cienciała. Zrobiłem to, i jej wykłady bardzo mi się podobały. Uważałem temat wręcz za fascynujący, dotychczas mi nieznany. Profesor Cienciała zachęciła mnie do kontynuowania moich badań i przekonała, abym spędził rok w Polsce. Wziąłem udział w programie wymiany studentów między Uniwersytetem w Kansas i Adama Mickiewicza w Poznaniu. Były to wczesne lata 1970. i wiele ciekawych rzeczy zaczęło się dziać w Polsce.
AZB: A więc można powiedzieć, że w dużej mierze amerykańscy historycy polskiego pochodzenia-profesorowie Anna Cienciała i Piotr Wandycz przyczynili się do rozwinięcia czy też ukierunkowania Pana zainteresowań i Pana badań?
NP: -Tak, mogę śmiało powiedzieć, że gdybym nie miał szczęścia być studentem i słuchać wykładów prowadzonych przez Annę Cienciała i Piotra Wandycza, nigdy bym nie rozwinął w sobie zainteresowań tematyką polską i środkowo-wschodniej europejskiej historii. Dużo zawdzięczam ich erudycji i wiedzy, byli dla mnie przykładem i wzorem. Wiele zawdzięczam ich życzliwemu zainteresowaniu i intelektualnemu wsparciu, co jest szczególnym długiem do spłacenia. Mogę mieć tylko nadzieję, że moje prace i moje zainteresowania (które mi przybliżyli) mogą pokazać doskonałe przygotowanie, które mi dali.
AZB: W swoich książkach i pracach naukowych porusza Pan wiele niezwykle interesujących tematów. Jeden z nich, to rola kościoła katolickiego we współczesnej polskiej historii. Prowadzi Pan wykłady na temat historii Polski i Europy Centralnej, historii chrześcijaństwa z uwzględnieniem kościola katolickiego. Z jakich archiwów Pan korzysta?
NP: -Oczywiście, każdy naukowiec korzysta z różnych archiwów, w zależności od przedmiotu badań. Pokazuje je moja lista publikacji i konkretnych archiwów i bibliotek. Z upływem lat mogę powiedzieć, że wiele czasu spędziłem w państwowych i kościelnych archiwach w Polsce, ale ponieważ dokumenty dotyczące Polski ze względu na wojny, emigrację znajdują się w różnych miejscach w świecie – wiele godzin spędziłem w archiwach zarówno w Stanach Zjednoczonych (głównie w Waszyngtonie), jak i w Londynie. Mniejsze i skromniejsze zbiory są także w moim rodzinnym mieście Milwaukee, jak również w odległych słynnych Archiwach Watykańskich.
AZB: Innym tematem Pana wykładów jest odrodzenie Żydów we współczesnej Polsce. Czy amerykański student może sobie wyrobić pozytywne myślenie na ten temat?
NP: -Jest to niezwykle ciekawy i ważny temat. Czytelnicy nie znajdą go w moich dotychczas opublikowanych pracach, ale mam nadzieję zabrania głosu i napisania na ten temat w pracach, przy których teraz pracuję, i które mam nadzieję ukażą się w druku. W międzyczasie jest wielu znakomitych uczonych i komentatorów zajmujących się tym zagadnieniem, a ja jestem chętny do wspierania ich pracy jako redaktor pisma The Polish Review.
AZB: Wykłada Pan historię cywilizacji zachodniej – począwszy od roku 1500 do czasów współczesnych. Inny temat wykładów: Polska i sąsiedzi w latach 1795-1914, kolejne: Polska i sasiedzi – lata 1914-1945, Kościół katolicki od roku 1500 do czasów współczesnych. Jakże ważne, jakie obszerne tematy. Czy można oczekiwać książki z Pana wykładami?
NP: -Myślę o tym. Na razie te zamierzenia muszą być dodane do długiej listy zagadnień i spraw, którymi chciałbym zająć się w przyszłości.
AZB: Jest Pan w składzie zarządu Polish Institute of Arts and Sciences of America (PIASA), także w komitecie Polish American Historical Association (któremu Pan przewodniczył w latach 2011-2012), jest Pan także członkiem Polish American Studies. Pana obecność w tych ważnych cenionych stowarzyszeniach naukowych jest imponująca. Należy się Panu wdzięczność i podziw ze strony polonijnej i polskiej społeczności.
Od 2014 roku jest Pan redaktorem naczelnym kwartalnika naukowego The Polish Review, cieszącego się znakomitą reputacją. Pismo ukazuje się od 1956 roku, jest dostępne w 575 bibliotekach nie tylko amerykańskich. Czy zgadza się Pan, że możliwość lektury wybranych tekstów jest ważnym aspektem, bo jest możliwość wpływania na elity?
NP: -Jestem zaszczycony, że powierzono mi kierowanie redakcją The Polish Review, które to pismo ma doskonałą reputację i swoją historię. W porównaniu z innymi pismami naukowymi ma ono raczej nietypowy profil. Z jednej strony, jest to publikacja naukowa i oczywiście staramy się utrzymać wysoki standard, ale nie jest to w ścisłym tego słowa znaczeniu czysto akademickie pismo. Jest organem Polish Institute of Arts and Sciences of America, której członkowie i zarząd składa się nie tylko z naukowców, ale i specjalistów różnych dziedzin mających polską tożsamość, ogólnie – mających silne zainteresowania sprawami polskimi. Z tego powodu zyskujemy potencjalnych czytelników, którzy mają szerokie zainteresowania. W pewnym stopniu widzimy to jako znak, że nasz kwartalnik wypełnia swoją misję. Uważam, że będą dalsze możliwości i tendencja do poszerzania się i otwarcia na innych
AZB: Jest Pan autorem cenionych książek, esejów, opracowań naukowych. Niezwykła jest Pana książka: “Rome’s Most Faithful Daughter: The Catholic Church and Independent Poland, 1914-1939”. (Ohio University Press, 2009). Pisze Pan, że kiedy Polska pojawiła się ponownie na mapie Europy była postrzegana jako najbardziej katolicki kraj na kontynencie. Pisze Pan, że pomimo tego, relacje między Kościołem polskim a Watykanem – odbiegały od dobrych, były wręcz trudne. Pokazuje Pan wręcz skomplikowane relacje między Polską a Watykanem. Watykan liczył na Polskę w planie „nawróceniu Rosji na katolicyzm”, tymczasem polski rząd wzbraniał się przed wzięciem w tym planie udziału. Nie są to powszechnie znane zagadnienia. Jak Pan do nich dotarł? Czy głównie dzięki niedawno udostępnionym archiwom watykańskim?
NP: -Temat ten, który w miarę jak go pogłębiałem, okazał się być najbardziej złożonym i fascynującym aspektem książki. W skrócie: Stolica Apostolska, pod przewodnictwem papieża Piusa XI (który w Polsce pełnił funkcję nuncjusza papieskiego, zanim został papieżem) uważała, że rewolucja bolszewicka w Rosji, podczas gdy monstrualna sama w sobie, otworzyła historyczną możliwość rozszerzenia katolicyzmu na wschód, na ziemie historycznie prawosławne. Napotkało to na zdecydowany sprzeciw ówczesnego rządu polskiego, a także – w dużej mierze – przywódców Kościoła w Polsce. To, że Watykan chciał konwersji prawosławnych na obrządek katolicki, uważano za przeszkodę w asymilacji Ukraińców i Białorusinów z polską kulturą, a także obawiano się, że poczynania te mogą jeszcze bardziej skomplikować trudne relacje między Polską a Związkiem Sowieckim.
Kwestie te nie były, nie są, całkowicie nieznane. Była to sprawa znacząca i w polskich kregach urzędowych wywołała krytyczne, nieprzychylne projektowi dyskusje. Uważni czytelnicy mojej książki zauważą, że korzystałem z szerokiej gamy już opublikowanych prac, ale miałem przewagę nad moimi poprzednikami, że udało mi się wykorzystać sporą liczbę źródeł archiwalnych. Znalazłem niezwykły materiał w watykańskich archiwach, ale przede wszystkim, najwięcej informacji otrzymałem z dokumentów znajdujących się w polskich archiwach państwowych.
AZB: Kolejna Pana książka zatytułowana „Poland, the United States, and the Stabilization of Europe, 1919-1933” (Oxford University Press, 1986) jest pierwszą publikacją na temat stosunków między Polską a USA po 1-ej wojnie światowej, kiedy Polska zwróciła się do Ameryki, aby podeprzeć/poprawić swoją niepewną sytuację. Opierając się na licznych archiwach pokazuje Pan, jak polscy liderzy w latach 1920. oczekiwali od Ameryki wspierania stabilności w Europie, jak Polska po odzyskaniu niepodległości starała się pozyskać Stany Zjednoczone Ameryki aby uzyskać wsparcie i polityczne, i finansowe. Jak dalece ta polityka i oczekiwania Polski wobec USA się utrzymała, czy też zmieniła?
NP: -Niejako sercem tej książki jest podsumowana żartem odpowiedź, którą chciałbym udzielić współpracownikom i przyjaciołom, gdyby zapytali, nad czym pracuję. Chciałbym im powiedzieć, że zajmuję się szczegółową relacją czegoś, co się nie stało. To „coś”, było utworzone przy stałej współpracy gospodarczej i politycznej między „raczkującą” Drugą RP i Stanami Zjednoczonymi. Po pierwszej wojnie światowej, jak powszechnie wiadomo, Ameryka postanowiła odrzucić wizję prezydenta Wilsona stałej roli zabezpieczania europejskiego pokoju i bezpieczeństwa Starego Swiata (Old World), woląc ograniczać się do inwestycji finansowych. Odkryłem, że polski rząd wiedząc o niechęci Amerykanów do wspierania Polski politycznie, chciał wygrać sojusz z transoceanicznym supermocarstwem, że tak powiem „tylnymi drzwiami”, zaciągając pożyczki i poczyniając różne inwestycje. Wedle teorii, że gdyby coś się złego działo, raczej „wcześniej niż później”, Waszyngton czułby potrzebę ochrony niezależności i integralności terytorialnej kraju, gdzie byłoby ulokowane wiele amerykańskich dolarów. Błąd w tych „planach” polegał na tym, że Amerykanie unikali inwestowania w Polsce właśnie dlatego, że kraj był tak oczywiście zagrożony przez nieprzyjazne mu ambicje Niemiec i Rosji Sowieckiej. Dlatego Amerykanie nie chcieli angażować się finansowo w Polsce międzywojennej.
Powiedziawszy to, uderza mnie, że napisałem tę książkę w czasach zimnej wojny, w czasach PRL, a pod wieloma względami moje podejście do tematu odzwierciedla, że sytuacja braku bliskich więzi między Polską a Stanami Zjednoczonym była w jakiś sposób „naturalna”, że stan relacji dyktowały i określały nieprzyjemne, ale oczywiste realia geopolityczne.
Obecnie, w świetle silnego partnerstwa, które rozwinęło się między dwoma krajami po 1989 roku, mogę podejść do tematu inaczej. Mogę zaprosić czytelników aby popatrzyli na polską politykę lat 1920. jako być może przedwczesne, ale dalekowzroczne i prorocze, a nie po prostu „chimeryczne” czy nie mające logicznych podstaw.
AZB:W eseju zatytułowanym “’This Troublesome Question’: The United States and the ‘Polish Pogroms’ of 1918-1919.” Ideology, Politics and Diplomacy in East Central Europe. Ed. Biskupski, M. B. University of Rochester Press, 2003) („Trudne pytanie – USA i polskie pogromy 1918-1919”) przytacza Pan fragment dzienników Herberta Hoovera (obejmujących lata 1874-1920). Hoover pisze, że w wiadomościach w kwietniu 1919 podano informacje o „masakrze w Pińsku” – egzekucji 50 Żydów dokonanej na rozkaz generała polskiej Armii. Amerykanie – na wniosek prezydenta Wilson, przy aprobacie Paderewskiego – wysłali delegację by zbadała, co się stało. Okazało się, że taki wypadek nie miał miejsca, że to było kłamstwo. Tymczasem czytam np. w polskiej wikipedii, że historycy nie oceniają masakry w Pińsku jednoznacznie. Czy uważa Pan, że ważne i możliwe jest wyjaśnienie tej sprawy ? https://pl.wikipedia.org/wiki/Masakra_w_Pi%C5%84sku
NP: -Z biegiem lat nastąpiły dyskusje i spory dotyczące cierpień zadanych Żydom zamieszkującym na Kresach w pełnym chaosu okresie po pierwszej wojnie światowej. Szczególnie dotyczy to obszarów dotkniętych przez wojny między Polską – a z drugiej strony – bolszewikami i zwolennikami niezależnej Ukrainy. To doprowadziło do ponurych raportów o – być może- tysiącach Żydów zabitych w pogromach przy częściowym zachęcaniu bądź zaniedbaniu polskiego przywództwa wojskowego czy rządowego.
Podkreślając, że historycy nadal nie zgadzają się w tych sprawach, w dobrej wierze myślę, że to sprawiedliwe, by powiedzieć, że większość komentatorów zgadza się, że te oskarżenia, aczkolwiek nie bezpodstawne, były znacznie przesadzone. Znaczenie incydentu w Pińsku było dość dobrze udokumentowane i weryfikowane na tyle, by skłonić rząd amerykański do rozpoczęcia oficjalnego dochodzenia. Nie ma powodu, aby sądzić, że amerykański Departament Stanu uważał, że werdykt dochodzenia w dużej mierze zwalnia Polskę od winy i, idąc dalej, że amerykańskim dyplomatom zależało znacznie mniej na dobru Żydów Europy Wschodniej niż na ochronie wizerunku Polski -kraju tuż po wojnie – ważnego europejskiego sojusznika Stanów Zjednoczonych.
Ale Pani pytanie budzi większy problem – dotyczy konieczności ponownego rozpatrzenia historii stosunków między chrześcijanami i ludnością żydowską na ziemiach polskich. To ma zasadnicze i ważne znaczenie i jest szeroko dyskutowane. Dotyczy przede wszystkim okresu II wojny światowej i zaraz po wojnie – ale może powinno – odnosić się do całej polskiej historii. Jednym z głównych oznak dojrzałego i pewnego siebie demokratycznego kraju jest jego gotowość do zbadania i zmierzenia się z historią, w tym do zanalizowania tych kwestii, które są bolesne i trudne. Począwszy od 1989 roku są czynione starania polskich uczonych w wypełnieniu „pustych stron”, ze zmierzeniem się z przeszłością kraju, z trudnymi nieraz wcześniej tematami „tabu” i – w miare potrzeby – skorygowanie danych historycznych. To jest bardzo chwalebne i zawsze godne podziwu. Trzeba mieć nadzieję, że będzie można kontynuować te cenne prace, i że nie będą one napotykać na żadne przeszkody, takie jak te, które utrudniały swobodne badania polskich historyków w przeszłości.
AZB:Interesujacy jest temat – jak Amerykanie piszą o swoich „błędach i wypaczeniach”. Moim zdaniem robią to zwykle bez rozdzierania szat i lamentów. Przeczytałam niezwykle interesującą książkę Lynne Olson zatytułowaną”Those Angry Days. Roosevelt, Lindbergh and America’s Fight Over World War II, 1939-1941”, N.Y. 2013). Autorka, znany historyk, [1] pisze w niej o latach, zanim Ameryka przystąpiła do drugiej wojny, i jak silne były wówczas nastroje antywojenne i proniemieckie. Charles Lindbergh – amerykański pionier lotnictwa – w 1938 roku odbierał medal od Hermanna Goeringa.
W książce jest osobny 18-stronicowy rozdział zatytułowany „Setting the Ground for Anti-Semitism”, gdzie autorka pisze, że większość amerykańskich uniwersytetów, włączywszy niemal wszystkie „Ivy League”, miały „strict quota sytems” (numerus clausus) w przyjmowaniu Żydów na studia. Cytowany jest uniwersytecki dziennik „Yale Daily News” zamieszczający antysemickie komentarze. Autorka pisze, że nawet po ukończeniu studiów Żydzi mieli problemy ze znalezieniem pracy. Książka ma wiele recenzji, żaden z recenzentów nie przywołał tego rozdziału, tematyki, o której niemal nikt nie wie.
Umiejętność odrzucenia, może lepiej: odsunięcia wielu tematów – to jest cecha amerykańska (i można na nią patrzeć z różnych perspektyw). Może dlatego przeciętny Amerykanin ma tak dobre samopoczucie i świadomość „wyjątkowej roli” Ameryki? Nawet Indianie nie chcą przypominania im o bolesnych okresach w swojej historii. W muzeum indiańskim w Waszyngtonie (National Museum of the American Indian) otwartym w 2004 r. nie pokazuje się okresu cierpień, „szlaku łez” (Trail of Tears). Gdy zbierałam materiał do książki sami Indianie nie żalili mi się, za to z dumą mówili o swoim udziale w drugiej wojnie światowej, o indiańskich szyfrantach (code talkers).
NP: -Ogólnie rzecz biorąc, wszyscy ludzie na całym świecie łatwiej mówią o, powiedzmy, bardziej chwalebnych momentach w ich historii, natomiast o wiele trudniej im jest uznać za prawdziwe i przyznać sie do tych, które nie pokazują ich w dobrym świetle. Wszystkie kraje tak się zachowują. W przypadku Stanów Zjednoczonych należy wspomnieć o zniszczeniach i zmuszania do przemieszczenia amerykańskich Indian, długą tradycję przywilejów w oparciu o klasy, i – że tak powiem – ugrzeczniony (genteel) antysemityzm. Nie ma wątpliwości, że tak jest. Oczywiście, w Stanach Zjednoczonych istnieje również kwestia niewolnictwa i jego spuścizny, która jest żywa i trwa do dnia dzisiejszego. Jednocześnie, co jest ważne, amerykańscy historycy zadają odpowiednie pytania i są badacze, którzy na nie odpowiadają. Dzieje się dość intesywnie w ostatnich latach, i prawdopodobnie będzie się ukazywać coraz więcej publikacji, które z upływem czasu zyskają szerszą akceptację.
AZB: Interesuje Pana także sport – piłka nożna w Polsce i baseball w Stanach. W eseju „Diamonds out of the Coal Mines: Slavic Americans in Baseball” pisze Pan o gwieździe baseballu – znanym, powszechnie lubianym –Stanie Musial. Legendarny baseballista Stan Musial był polskiego pochodzenia. (Pamiętam, ze mój mąż mówił o nim z podziwem i szacunkiem). Czy zgadza się Pan z założeniem, że sport zespołowy kształtuje umiejętność działania w grupie i że jest ważny szczególnie w latach wczesnej młodości?
NP: -Rzeczywiście interesuję się sportem. Jest dla mnie osobista rozrywka, a jako historyk wiem, że w sporcie na wiele sposobów można zastanawiać się i nawiązywać połączenia z tym, co moglibyśmy nazwać „prawdziwą” historią, bardziej ważnymi sprawami polityki, społeczeństwa, gospodarki i kultury. Wykładałem, a także planuję prowadzić kursy pokazujące rolę, jaką odegrał baseball w historii Stanów Zjednoczonych, a piłka nożna w historii świata.
Na przykład sport odgrywał ważną rolę w historii Polonii w Stanach Zjednoczonych. W dużej mierze lekkoatletyka tradycyjnie służyła jako znaczący sposób asymilacji imigrantów w amerykański styl życia. Stan Musial jest największym amerykańskim sportowcem polskiego pochodzenia.
Pani pytanie o przydatności zespołowego sportu w nauczaniu młodych ludzi, o wartości pracy zespołowej, fair play i obywatelskiej postawy jest bardzo interesujące. Można dyskutować, czy sport może skłócić obie strony, czy też może wywołać pozytywne cechy. Prawdopodobnie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Z drugiej strony, nie ma wątpliwości, że na przestrzeni lat w anglojęzycznym świecie wielu myślicieli uprawiając wysoko rozwiniętą kulturę sportową wierzyli, że sport może służyć do osiągnięcia pożądanych celów. Że jest wielką i praktyczną zaletą włączenie młodych ludzi w zorganizowaną grę. Brytyjczycy mówią, że bitwa pod Waterloo została wygrana na boiskach w Eton, i choć niewątpliwie jest to uwaga mocno przesadzona, ale interesująca i przemawiająca na rzecz społecznej roli sportu.
—————————-
[1] Lynne Olson z mężem Stanleyem Cloudem napisali przetłumaczoną na polski i cieszącą się dużym powodzeniem książkę „Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski” (“A Question of Honor: The Kosciuszko Squadron: Forgotten Heroes of World War II”).
czwartek, 29 października 2020
Bitwa o Monte Cassino tlumaczenie PAP
Polacy na frontach II wojny światowej
A. Ziółkowska-Boehm: Amerykanie
zainteresowani wydaniem „Bitwy o Monte Cassino” Wańkowicza
PUBLIKACJA:
19.05.2019 Kultura
i sztuka
Aleksandra Ziółkowska-Boehm. Fot. Andrzej Bernat
Być może kolejnym rozdziałem biografii książki Melchiora
Wańkowicza „Bitwa o Monte Cassino” będzie jej amerykańskie wydanie –
powiedziała PAP Aleksandra Ziółkowska-Boehm.
PAP: Wydała Pani w Stanach Zjednoczonych książkę o
Melchiorze Wańkowiczu. Teraz idzie Pani za ciosem i stara się o publikację w
USA po angielsku „Bitwy o Monte Cassino”.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Amerykańskie wydawnictwo Lexington Books opublikowało
książkę „Melchior Wańkowicz Poland’s Master of the Written Word”. Książka miała
dwa wydania – w roku 2013 i w 2017, jedno w twardej okładce i drugie w
miękkiej. Jest dostępna w wielu bibliotekach naukowych nie tylko w USA i
Kanadzie, ale także w Nowej Zelandii, Australii, Ekwadorze, Kolumbii, na
Hawajach, Meksyku, w Niemczech, Włoszech.
PAP: Jak do tego doszło?
A.Z-B.: Amerykański
wydawca dość długo zastanawiał się, gdy zaproponowałam książkę o znanym polskim
pisarzu, autorze "Bitwy o Monte Cassino", "Ziela na
kraterze", "Szczenięcych lat". Niestety niewiele mu to mówiło.
Wańkowicz nie był znany w Stanach, nie ukazała się tam żadna z jego książek.
Napisałam do wydawcy o tym, że Wańkowicz był ceniony, popularny, kochany przez
czytelników i to zarówno ze względu na tematykę książek, jak i jego barwną,
wspaniałą osobowość. W tym liście nazwałam go „polskim Hemingwayem”. To
określenie spodobało się wydawcy. Poprosił, bym napisała w książce właśnie o
„polskim Hemingwayu”. Tak też zrobiłam. I książkę tę otwiera – jako przykład
pisarstwa Wańkowicza – tłumaczenie fragmentu „Bitwy o Monte Cassino”, w którym
pisarz przywołuje żołnierzy wszystkich narodowości, które brały udział w tej
bitwie.
PAP: Kto dokonał tego przekładu?
A.Z-B.: Tłumaczem jest
profesor Charles S. Kraszewski. Jego dziadkowie byli emigrantami z Polski.
Profesor jest też poetą, znawcą twórczości T.S. Eliota, autorem książek
eseistycznych, m.in. esejów o Zbigniewie Herbercie. Od lat też zajmuje się
przekładami na język angielski poezji polskiej, czeskiej, słowackiej. Tłumaczy
też z greki i łaciny. Jest autorem przekładu na język angielski „Dziadów” Adama
Mickiewicza. Jego działalność translatorska została uhonorowana w roku 2013
nagrodą londyńskiego Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Dwukrotnie też, z
uwagi na swoją pracę tłumacza, otrzymał stypendium Fulbrighta.
PAP: A zatem fragment „Bitwy o Monte Cassino”
przetłumaczony przez prof. Kraszewskiego zachęcił wydawnictwo Lexington Books?
A.Z-B.: Tak się szczęśliwie
stało. Amerykański wydawca zainteresowany jest publikacją po angielsku „Bitwy o
Monte Cassino”. Czeka na przekład książki. Mam nadzieje, że podtrzyma swoją
propozycję, bo sprawa już ciągnie się już dość długo.
PAP: Dlaczego?
A.Z-B.: Tłumacz rozpoczął
pracę, ale należy z nim podpisać umowę, uzgodnić honorarium. Nie jest ono
wygórowane, w przybliżeniu na złotówki wynosi ok. 40 tys. zł. A przecież „Bitwa
o Monte Cassino” to obszerna książka, wymagająca od tłumacza dużej erudycji,
znajomości historii, tajników reportażu, no i wrażliwości na „wańkowiczowski”
język. Jan Bielatowicz, pisarz emigracyjny, porównywał Wańkowicza do króla
amerykańskich korespondentów wojennych – Ernie Pyle’a, którego korespondencje
drukowało 266 dzienników i 110 tygodników. Bielatowicz pisał, że „dla
Amerykanów wojna to dramaty jednostki, dla nas – dramaty narodu. Książka
Wańkowicza to jest dramat narodu, a żołnierze są tylko statystami, widać ich
jednak w walce bardzo blisko, wyraźnie, prawdziwie”
PAP: Może Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego
albo Instytut Książki mogłyby pomóc sprawie przekładu „Bitwy o Monte Cassino”?
A.Z-B.: Pani Minister dr
Magdalena Gawin, historyk, eseistka, podsekretarz stanu w Ministerstwie Kultury
i Dziedzictwa Narodowego, która jest wielbicielką twórczości Wańkowicza,
sprzyja serdecznie idei tłumaczenia tej jednej z najbardziej znanych książek
Melchiora Wańkowicza. Na stałe mieszkam w Stanach Zjednoczonych i tam staram
się o obecność polskiej literatury na amerykańskim rynku. Ale nie jestem
zorientowana, jakie kroki należy poczynić, żeby zdobyć fundusze na przekład
„Bitwy o Monte Cassino”, książki, która otworzyła w Polsce nowy rozdział
wielkiego współczesnego reportażu wojennego.
„Bitwą o Monte
Cassino” Wańkowicz wkroczył do polskiej literatury faktu ze swoim
doświadczeniem reporterskim i talentem, dając książkę zupełnie nowatorską.
Tworzył ją, zbierając materiały „na gorąco”, w czasie toczących się przez dwa
tygodnie walk. Dotarł do każdej kompanii, każdego plutonu, weryfikował dane,
sprawdzał w dowództwach, wśród żołnierzy.
Jak wspominał
fotograf Stanisław Gliwa, który robił zdjęcia podczas bitwy, „Wańkowicz pisał
szczegółowo o topografii terenu bitwy, użytych środkach bojowych, planach
strategicznych dowództwa, sam lazł pod ogień, byle tylko osobiście doświadczyć
i na własne oczy zobaczyć walki na pierwszych liniach front”. Gliwa jako
artysta-grafik odegrał też ogromną rolę w powstaniu książki: gromadził
fotografie, odwiedzał wspaniałe zaopatrzone archiwa alianckie, korzystał z
fotografii robionych przy II Korpusie. W sumie Gliwa wybrał około sześć tysięcy
zdjęć i dopiero z nich dokonywał selekcji. Książka tchnie prawdą, choć nie jest
montażem ani relacją, ani zbiorem dokumentów, jest po prostu obrazem wielkiej
bitwy.
PAP: „Bitwa o Monte Cassino” miała wiele wydań i
rozmaicie była przyjmowana, inaczej na emigracji, inaczej w kraju.
A.Z-B.: Szczegółowo
przedstawiam to w opublikowanej przez PIW książce „Wokół Wańkowicza”, która
znajdzie się teraz Targach Książki. To długa historia. Książka przyniosła
pisarzowi sławę, ale też wywołując kontrowersje, przysporzyła wiele goryczy.
Był krytykowany zarówno za skrócone powojenne wydanie w kraju, jak i za
wcześniejsze, emigracyjne.
Wańkowicz wraz z
II Korpusem Wojska Polskiego dotarł do Egiptu, następnie do Włoch, gdzie w
latach 1945-1946 w Rzymie i Mediolanie powstała trzytomowa „Bitwa o Monte
Cassino” wydana przez Wydawnictwo Oddziału Kultury i Prasy II Polskiego
Korpusu. Było to pierwsze, tzw. rzymskie wydanie książki. W PRL po raz pierwszy
książka ze skrótami wydana została w 1957 r. nakładem Ministerstwa Obrony
Narodowej jako „Monte Cassino”, z dodrukiem w 1958 r. Miała wiele wydań: 1972,
1976, 1978, 1984.
Na 25-lecie bitwy,
w 1969 r., wydano skrót w formie małej książki jako „Szkice spod Monte
Cassino”. Książeczka weszła do lektur szkolnych i w latach 1969-1999 miała
dalszych 16 wydań. W 1989 r. w pełnym wydaniu, bez skrótów opublikował ją IW
PAX pod oryginalnym tytułem „Bitwa o Monte Cassino”. Także w 1989 r. wyd. MON
wydało reprint trzytomowego wydania rzymskiego. Najnowsze wydanie ukazało się w
2009 r. roku także bez skrótów w ramach w 16-tomowej serii Dzieł wszystkich
Melchiora Wańkowicza w Wydawnictwie Prószyński i S-ka ze wstępem Normana
Daviesa.
PAP: Wypada, zatem
życzyć, aby do tych losów książki mogła Pani dopisać rozdział amerykański.
Dr Aleksandra
Ziółkowska-Boehm jest polską pisarką, od 1990 r. mieszka w Stanach
Zjednoczonych. W latach 1972-74 była asystentką i sekretarką Melchiora
Wańkowicza; pisarz zadedykował jej „Karafkę La Fontaine’a” i zapisał w
testamencie swoje archiwum. Opublikowała 20 książek w Polsce i 12 w języku
angielskim w Ameryce. Jest m.in. członkiem zarządu powstałej w 2001 r. Fundacji
im. Stefana Korbońskiego w Waszyngtonie i jurorem nagrody literackiej londyńskiego
Związku Pisarzy na Obczyźnie.
Rozmawiała Anna Bernat (PAP)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















