Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melchior Wańkowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melchior Wańkowicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2022

Marcin Kula, Wańkowicz po latach: towarzysz podróży historyków

<b>Marcin Kula Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie Wańkowicz po latach: towarzysz podróży historyków Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Wokół Wańkowicza, PIW, Warszawa 2019, s. 696. Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm imponuje rozmiarami oraz zapleczem materiałowym. W swoich opisach i analizie autorka wykorzystuje po pierwsze wiedzę, jaką zyskała, będąc przez lata sekretarką i asystentką Melchiora Wańkowicza. To jej przekazał swoje, skrupulatnie prowadzone archiwum, toteż miała dostęp do notatek pisarza, jego listów i wycinków. Sama korespondowała z mnóstwem ludzi, którzy mieli z nim kontakt. Prześledziła publikowane reakcje na jego książki. Przejrzała odnoszące się doń akta w archiwum paryskiej „Kultury” i w IPN… To nie jest „tylko" książka wspomnieniowa. Wspomnienia zostały w niej połączone z rezultatami wielkiej pracy, której trud przede wszystkim historyk potrafi docenić. xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Aleksandra Ziółkowska-Boehm stała się naszym przewodnikiem po drogach życia Wańkowicza. Widzimy jego codzienne bytowanie, różne prywatne sprawy, czytamy listy – co zresztą jest ciekawe nie tylko dla tej postaci, ale również dla refleksji nad historią kultury szeroko rozumianej. Towarzyszymy pisarzowi w smutku ostatniego okresu, kiedy był chory („Gdy pytałam, co go gnębi, opowiadał historie często sprzed lat, przypominał całożyciowe przykrości. Wszystko to, co mówił, było smutne, przygnębiające, czasami zdumiewające...” - s. 97). Z książki można się dowiedzieć o najróżniejszych sprawach, z którymi Wańkowicz mial kontakt – na przykład o historii wydawnictwa „Rój", o życiu emigracji, o paryskiej „Kulturze”. Także o sporach i namiętnościach nie tylko literackich wokół dzieł pisarza (na przykład o druku przez Związek Niemieckiego Wschodu niemieckiego tłumaczenia „Na tropach Smętka”, z numerowanymi egzemplarzami, dla poznania metod Polaków – co mojemu pokoleniu niestety żywo przypomina, dajmy na to, biuletyny tekstów zachodniej prasy, nawet tekstów audycji WE, przygotowywane dla osob zaufanych w PRL). xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Badania autorki w zakresie życia i twórczości Wańkowicza były zbieżne – bowiem dzieło pisarza było wyjątkowo splecione z jego życiem. To był człowiek, który nie przestawał być reporterem (Wańkowicz: „Gdy jadę tramwajem, coś zmusza mnie do tego, bym się dowiedział, jaką książkę czyta ów pan w przeciwległym kącie wozu. Śledzę jakąś parkę na przestrzeni kilku ulic, aby się dowiedzieć, jakim mówią językiem. Zaglądam do cudzych okien, odczytuję wszelkie szyldziki na drzwiach mieszkań kamienicy, do której przybywam w odwiedziny, szukam na cmentarzu znajomych nazwisk. Obojętnych mi ludzi wypytuję o ich życie. Niezwykłe nazwy ulic zmuszają mnie do zastanowienia się, dlaczego one tak właśnie brzmią. Chciałbym przetrząsnąć każdą rupieciarnię i każdy stos starych papierów. Każdy napis "Wstęp wzbroniony" nęci mnie do przekroczenia zakazu, każda tajemnica zachęca do jej zgłębienia” - s. 181). Przeprawiając się wpław przez Dniestr pod koniec września 1939 r., Wańkowicz przeniosł maszynę do pisania (!). Potem pisał czy to o „codzienności” wojennej tułaczki, czy o wielkich sprawach. Gdzie go los rzucił, tam obserwował i opisywał otoczenie. Gdy go ten los uwikłał go w wojnę, tworzył obraz wojny. Gdy go zaniósł go do Palestyny, to tam rozwijał swoje zainteresowanie Żydami i syjonizmem. Fascynował się Ameryką, gdzie spędził dziewięć lat. Żyjąc wśród emigrantów, obserwował i definiował dylematy, wobec których stali (Wańkowicz: „W 1949 roku sądzę, że Rosja zwycięży, ale nie potrafi urządzić świata. I rozleci się. Iść za stroną skazaną na przegranie przeciw Rosji, jest bezmyślnym samobojstwem, a walka o rzekome walory kultury zachodniej – zakłamaniem publicystów, którzy potrafią recytować Wyspiańskiego, ale z ekonomii politycznej nie przeczytali nawet jednego podstawowego podręcznika” - s. 278). xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Gdzie Wańkowicza coś interesowało – tam starał się pojechać (bolszewicka Rosja, Meksyk okresu wojny religijnej). Po latach Ryszard Kapuściński zaczął pewien ustęp, chyba nie zdając sobie sprawy jak charakterystyczne dla siebie formułuje zdanie: „Gdy jechałem na rewolucje do...” (dalej padła nazwa jakiegoś kraju afrykańkiego, której już nie pamiętam). Podczas jakiejś konferencji o problemach społecznych w Ameryce Łacińskiej Kapuściński wyszedl, mówiąc, że wróci później – bowiem dotarło do niego, że właśnie w tym mieście, trochę dalej, rozgrywa się bijatyka manifestantów z policją; poszedł tam zatem, by samemu obejrzeć ekspresję problemów społecznych. Właśnie taka była odpowiednio wcześniej postawa Wańkowicza. Kapuściski nie musiał go oczywiście naśladować – ale przynajmniej w tym wymiarze postawa wielkich twórców reportażu była podobna. xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Pisząc swoje reportaże, Wańkowicz z pewnością nie myślał o przyszłych historykach. Stworzył jednak dla nas niezwykłe źrodło – i w tym sensie stał się towarzyszem naszej podróży w czasie. Dysponujemy różnymi źródłami – ale reportaże z epoki mówią do nas w inny sposob niż materiały aktowe, nawet niż różnego typu raporty. To są opisy zawodowych i zapasjonowanych obserwatorów, którzy najczęściej umieją patrzeć, analizować i uogólniać. Wystarczy zreszta popatrzeć na współczesnych polskich reporterów (by wymienić przykładowo: Jacka Hugo-Badera, Adama Leszczyńskiego, Małgorzatę Rejmer, Ziemowita Szczerka, Mariusza Szczygła, Małgorzatę Szejnert, Wojciecha Tochmana…). Przyzwoity reporter to obserwator nieraz bardziej wiarygodny niż wielu innych autorów źródeł opisowych, gdyż najczęściej jest mniej od nich zainteresowany osobiście sprawą, o której pisze. Nadto najczęściej stara się zrozumieć obserwowanych ludzi, wczuć się w ich pasje. Istnieje oczywiście niebezpieczeństwo, że reporter pójdzie mocno w kierunku literatury, że – jak wielki malarz – przedstawi atmosferę sytuacji nawet kosztem dokładności jej odzwierciedlenia. Wańkowicz, jak pisze autorka, „wprowadził reportaż polski na szerokie drogi literatury faktu” (s. 175). Czasem obserwowano takie podejście u Kapuścińskiego, którego teksty czyta się znakomicie i z pożytkiem dla zrozumienia biegu spraw, ale czasem z pytaniem, czy odmalowane w szczegółach sytuacje doprawdy tak wyglądały. Teksty Wańkowicza chyba mogą być jednak źródłem nawet dla historyka najbardziej wiernego kanonom uprawianego zawodu. Nie da się dziś pisać o Polakach w Prusach Wschodnich, czy o COP-ie, bez ich lektury. Sam notabene z pożytkiem korzystałem z wańkowiczowskich reportaży dotyczących Palestyny i Meksyku. Ciekawe były wrażenia pisarza z bolszewickiej Rosji. Niektore z jego reportaży były dosłownie unikalne – jak wywiady z Rydzem-Śmigłym i z Beckiem w Rumunii, czy z Abrahamem „Yairem” Sternem, żydowskim terrorystą poszukiwanym przez Anglików. Wańkowicz, będąc w Palestynie, starał się o kontakt z nim. Nie mógł go uzyskać – co nie dziwne. W końcu dostał wiadomość, że ktoś przyjdzie do niego wieczorem i od przebiegu rozmowy zależy, czy dojdzie do spotkania. Rozmowa toczyła się przez całą noc. Gość ulotnił się po końcu godziny policyjnej. Troche później Wańkowicz wyszedł na ulicę i na plakatach z ogłoszeniami o osobie poszukiwanej zobaczył swojego rozmówcę. Wątkiem interesującym dla historyka jest jednak także samo życie Wańkowicza. Biologowie mawiają, że patrząc na kroplę wody pod mikroskopem można wiele dowiedzieć się o nadspodziewanie szerokich zagadnieniach. Bogate życie Wańkowicza mogłoby być pryzmatem, przy pomocy którego dałoby się napisać kawał historii Polski. Niektóre jego etapy dokumentował sam Wańkowicz, inne – albo te same – opisała oraz zilustrowała dokumentami autorka. W książce pojawia się życie przedwojenne pisarza, dzieje wydawnictwa „Rój”, zawirowania wojenne, jego życie na emigracji i (co ważne!) wśród emigrantów, kontakty z „Kulturą”, decyzja o powrocie i jej echa w środowisku emigracyjnym... no i życie w PRL. Ten ostatni etap bardzo mnie zainteresował – bowiem nasunął mi pytanie jakie okoliczności sprawiły, że w komunistycznej Polsce Wańkowicz mógł być tak wielką postacią. Potwierdził też moje przekonanie, wywiedzione zarówno z pracy zawodowej, jak ze wspomnień, o niekoherencji tego systemu przynajmniej po 1956 r. Stwierdzenie, że Wańkowicz był wielką postacią bowiem był wielkim pisarzem, jest tylko częściową prawdą. W PRL nie on jeden był wybitnym pisarzem, a mało kto został tak zapamiętany. W końcu władze mogły nie dopuścić, by rósł w siłę jako pisarz. Myślę, że jego popularność w pierwszym rzędzie budowały cechy osobiste. PRL była w znaczącym stopniu krajem ludzi szarych i typowych. Nawet wśród relatywnie znanych postaci mało było oryginałów, osób nietuzinkowych, nieszablonowych. Takich władza zresztą nie lubiła. Wańkowicz zaś taki był. Robił wrażenie swoją postawą, przynajmniej zewnętrzną pewnością siebie, rozbudowanym ego („Ileż różnych cech miał w sobie ten czlowiek! Był jednocześnie i egoistą, i gotowym do poświęceń, wielkim łgarzem, egocentrykiem, gruboskórnym, a także wrażliwym na ludzkie cierpienie, lękającym się o sobie myśleć jako o wielkim pisarzu, delikatnym, czułym, tkliwym. Był sprzecznością. Sama nie wiem, które cechy dominowały, zależało to od ludzi, od układów, od sytuacji” - s. 101; „Był sprzecznością: i chciał, i nie chciał nagrody państwowej, orderu, uroczystego pogrzebu, wielkiej śmierci” - s. 110). Bardzo mało było w PRL ludzi utrzymujących styl człowieka "do wypitki i do wybitki", przypominających szlachcica we dworze, prowadzących otwarty dom, gdzie bywała „cała Warszawa” („Lubił przyjmowć ludzi, lubił dawać dobrze zjeść. Ugaszczał ich delicjami, smakołykami, wyszukanymi różnościami, jak ośmiorice, ślimaki, żaby itp.” - s. 103). xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Był trochę człowiekiem dawnych czasów – co w PRL nie zdarzało się często, przynajmniej wśród osób funkcjonujących publicznie. Utrzymywał szeroką korespondencję, masowo otrzymywał listy od najróżniejszych nadawców, w tym od „zwykłych ludzi”. Wątpię, czy wiele znanych osób ludzi w ówczesnej Polsce odpowiedziałoby na list z pytaniem, czy dziecko ma nazwać psa „Dupek” (imię psa Wańkowicza), czy „Melchorek” (oczywiście od imienia samego pisarza). Jeszcze mniej odpowiedziałoby następująco: „Drogi Kubusiu, odbyłem z Dupkiem naradę, ale na razie do niczego nie doszliśmy: on chciał, żeby Twoj piesek nazywał się Dupek, a ja – żeby Melchiorek. Ale stało się tak, że już jedna dziewczynka nazwała swój jasiek Melchiorkiem, a biednego Dupka nikt jeszcze nie uczcił. Wobec czego powiedziałem Dupkowi >>mądry głupiemu ustąpi<<, na co on zamerdał ogonkiem. Ale powiedziałem: dobrze, niech piesek Kubusia zostanie Dupkiem Nr 2 i nie przynosi wstydu, ale na drugie imię niech ma Melchiorek. Na co Dupuś polizał mnie w nos, a więc się zgodził. Tak więc, jeśli Twój piesek będzie miał synka, to mu koniecznie wpisać należy imię ojca: "Dupek-Melchiorek". Daj mu z powodu tych chrzcin jakąś honorową kość. Całuję Ciebie – Melchior Wańkowicz” (s. 63-64). Pisarz był – co wówczas rzadkie - człowiekiem-firmą, autorytetem otwartym na kontakty, wręcz lubiącym chcących się do niego zbliżyć. Zatrudniał sekretarkę, budował dom, gromadził własne archiwum, produkował mnóstwo tekstów. Był atrakcyjny jako człowiek z Zachodu. Jako ten, który wrócił, był dla władz do pewnych granic wygodny. Jego dzieła znajdowały uznanie czytelników w różnych gronach – także w szeroko rozumianym środowisku ludzi władzy. Wówczas było w nim przecież już znacznie więcej ludzi o mentalności z grubsza przeciętnej niż charakterystycznej dla wiekowych komunistow. W latach sześćdziesiątych PZPR coraz bardziej uderzała w nutę patriotyczną. Robiła to i dawniej, ale wówczas ta patriotyczna stopniowo stawała się niemal jedyną. Coraz częściej wracał klasyczny dyskurs o bohaterstwie Polakow. Oczywiście, cała ta ewolucja miała ograniczenia – ale zaryzykuję powiedzenie, że właśnie dlatego mówienie o Monte Cassino było dla ówczesnych władz wygodniejsze niż mówienie na przykład o AK i Powstaniu Warszawskim. W ramach tej ewolucji Wańkowicz mógł być nawet wygodny z punktu widzenia władz. Prawda, bywały z nim kłopoty. Nie chciał siedzieć cicho. Podpisal list 34. Praktycznie nie ukrywał swoich myśli. Gdy przyszedł kiedyś do mojego liceum na spotkanie z młodzieżą, ktoś z uczniów (nie ja!) zapytał go dlaczego nie pisze o… i tu wymienił jakąś sprawę wtedy drażliwą, doprawdy nie pamiętam już jaką. Pisarz odpowiedział jednym słowem: „Dlatego”. Brak mi talentu Wańkowicza (sic!), by oddać tę scenę – ale nikt na sali nie miał wątpliwości, że miało to znaczyć, iż władza nie pozwala. Niemniej jednak narastający w latach sześćdziesiątych moczaryzm go potrzebował. On zresztą przyjmował w domu niektorych ludzi wyraźnie o takiej orientacji (Załuskich, Jana Zygmunta Jakubowskiego) – trudno powiedzieć, czy cynicznie, czy z prawdziwej chęci. Na tym tle proces Wańkowicza był czymś więcej niż strzeleniem sobie przez establishment w stopę („Ostatecznie proces przyniósł Wańkowiczowi jeszcze większa popularnosć, stał się kimś w rodzaju bohatera. Ludzie zatrzymywali go na ulicy, otrzymywał kwiaty i listy od czytelników. Znany był powszechnie wypadek, kiedy przyszedł do teatru, zajął miejsce w pierwszym rzędzie i w połowie aktu jeden z aktorów, rozpoznawszy go, podszedł do rampy, ukłonił się i dopiero potem wznowił grę. Brawa publiczności pokwitowały to zdarzenie” - s. 358). xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Ten proces był czymś sprzecznym z logiką ówczesnej ewolucji PZPR. Całe posunięcie bardziej pasowało do Gomułki niż do Moczara i wszystkich ówczesnych arywistów z tego okresu. Nie mam na to żadnych dowodów, ale odnoszę wrażenie, że proces Melchiora Wańkowicza (1964) był nie tylko ukaraniem pisarza przez Gomułkę ze złości za niepodporządkowywanie się PRL-owskim władzom, ale również komunikatem dla środowiska literackiego, że władza jest zdecydowana wymóc posłuszeństwo (jeśli nie zawahała się zamknąć, postawić przed sądem i skazać na 3 lata tak wybitnego pisarza, na dodatek mającego wtedy 72 lata…). Ostatecznie władza nie zdecydowała się uwięzić Wańkowicza – choć istnieje legenda jakoby on w pewnym sensie nawet chciał tego. Trudno oczywiście powiedzieć, że ktoś chce siedzieć w więzieniu – ale on też w swojej roli oskarżonego coś rozgrywał. xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Logiki trudno się było doszukać w systemie także w przedstawianych w książce mniejszych sprawach. Po przyjeździe do Londynu pisarza odległego duchowo (i zaznaczającego swój dystans ukrytymi, ale przecież wyczuwanymi przez władzę czynami) witał na miejskim teminalu lotniczym konsul z koniakiem i kwiatami. Zasłużony dla wydawania Wańkowicza wydawca utrzymywał jakieś mętne konszachty z SB w wysiłkach pozyskania jego archiwum, zresztą nie udanych. Jak owego wydawcę dzisiaj oceniać – nawet tylko w ramach tematu „Wańkowicz”? Co było ważniejsze? xxxxxxxxxxxxxxxxXXxxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Józef Tejchma, wicepremier i Minister Kultury, osłaniał pisarza i pozostawał z nim w prywatnych stosunkach tak bliskich, że ten do jego żony pisał wierszyk: „Tejchmo Alicjo, Moja delicjo...” (s. 84). Pisarz aresztowany, z rewizją przeprowadzoną nawet w zawodowych materiałach, był jednak przetrzymywany w dobrych warunkach poza regularnym więzieniem. Został skazany, ale zwolniony od odbycia kary. Skazany, ale przyjęty na rozmowę przez samego Gomułkę („Pisarz mówił, że jedynie w Polsce możliwa jest sytuacja, aby skazany żył z wyrokiem półtorarocznego więzienia, poruszał się swobodnie, a nawet wyjeżdżał za granicę” - s. 358). xxxxxxxxxxxxxxxxxxxXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Nawet jeżeli w tle może kryły się rozgrywki wewnętrzne w ramach PZPR, których nie znamy – to opisywane zjawisko było jednak głębsze. Wańkowicz, pisarz opozycyjny, procesował się z Tadeuszem Walichnowskim – czołową postacią moczaryzmu, jedną z głównych postaci ofensywy marcowej, jedną z najmocniejszych postaci ówczesnego establishmentu policyjnego. Dobrze, procesował się o to, że tamten w swoim dziele napisał, iż „Na tropach Smętka” przyczyniło się do śmierci wielu osób (wskazując je Niemcom). Niemniej jednak procesował się. Proces zresztą wygrał – co niestety niewiele mu przyniosło, gdyż nie dożył wyroku. XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Ten system był niekoherentny, niespójny, zaś Wańkowicz swoją postacią i swoją twórczością, nawet okraiwaną, ową niekoherencję powiększał. W Polsce czytano „Bitwę o Monte Cassino”, nawet jeśli okrojoną, w wielkich nakładach, nieporównywalnych z ewentualnym przeszmuglowaniem pewnej liczby tej książki z Zachodu – co pewno miałoby miejsce, gdyby tam pozostał. Barwność postaci pisarza też była elementem zdrowia w niezdrowej PRL. Choćby dla takich przyczyn cenne było, że wrócił – wbrew wszystkim krytykującym ten jego krok. Z punktu widzenia cech systemu PRL – pomijając oczywisty ludzki aspekt sprawy – ciekawe są ostatnie momenty życia pisarza. Aleksander Małachowski odnotował: „Umierający Melchior Wańkowicz wezwał moją żonę oraz mnie i przez wiele nocnych godzin przekonywał nas, dlaczego nie możemy dopuścić , by mu sprawiono uroczysty, państwowy pogrzeb. Oni - mówił - zechcą to zrobić nie dla mnie, ale po to, by się sfotografować przy mojej trumnie”. Pisarz wyraził życzenie, by w nagrobku na rodzinnym grobie nie naprawiać rzeźby uszkodzonej kulą wystrzeloną podczas Powstania Warszawskiego. Skądinąd dziś powszechnie uważany za nieskończenie tępiony Kościół wysyłał księdza z ostatnią posługą choć Wańkowicz o niego nie prosił. W pogrzebie uczestniczył minister kultury, pogrzeb prowadzil jeden z biskupów, kamery TV filmowały (unikając widoku księży w kadrze), SB spisała swoje raporty z pogrzebu, cenzorskie zapisy w sprawach związanych z Wańkowiczem trwały, rzecz jasna, po jego śmierci. W sumie: totalne pomieszanie, ale lepiej było tak, niż inaczej. XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Last but not least, dla historyka ciekawe jest widoczne w sprawach Wańkowicza długie trwanie pewnych spraw dziejowych. One się w Polsce – choć nie tylko tu – nie mogą skończyć, niektóre nawet odradzają się. Za PRL niektóre były wyciszane, ale może tym bardziej żyły. Gomułka pomówił Jasienicę o sprawy z grubsza ćwierć wieku wcześniejsze – a potem miała miejsce okropna rozmowa Wańkowicza z umierającym. Upadł komunizm, a Polska wciąż żyje historią. Inni teraz mówią o Wałęsie sprzed pół wieku. Mnóstwo ludzi jest przekonanych, że tak trzeba i że w ogóle można rozwiązać wszystkie dawne sprawy. Także o tym, że o obraz przeszłości trzeba walczyć (w praktyce przy odwołaniu się do niego trzeba walczyć z przeciwnikami). W sumie: mało to zachęcające, przynajmniej z punktu widzenia historyka, który wolałby widzieć poparcie dla badań niż boje prowadzone w ramach tzw. polityki historycznej. XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX Marcin Kula, Wańkowicz po latach: towarzysz podróży historyków, PAMIETNIK LITERACKI, Londyn, grudzień 2019.

czwartek, 27 stycznia 2022

ROZMOWA: DANUTA BLASZAK i ALEKSANDRA ZIÓŁKOWSKA-BOEHM

ROZMOWA: DANUTA BLASZAK i ALEKSANDRA ZIÓŁKOWSKA-BOEHM 1 września 2020 PISARZE.PL https://pisarze.pl/2020/09/01/rozmowa-danuta-blaszak-i-aleksandra-ziolkowska-boehm/ ***************************** Danuta Blaszak: ************************ – Pani Oleńko, nasze drogi przechodziły blisko już od dawna. Dla mojej rodziny Melchior Wańkowicz był kimś szalenie ważnym i Pani też najpierw jako asystentka pisarza, a później gospodarująca jego spuścizną – dbająca o dobre imię pisarza i również o to, żeby przesłanie płynące z tych książek i wiedza historyczna w nich zawarta – nadal docierały do ludzi. Śledzę prasę polonijną i artykuły o Pani książkach i działaniu i oczywiście o nagrodach, których przez cały okres pani pracy twórczej nie brakuje. Również rozmowy z Agnieszką Herman na pewno przybliżyły mi Pani postać.. Dziękuję, że zgodziła się Pani na rozmowę. Ważnych tematów jest dużo i mam nadzieję, że będziemy do nich wracać. Chciałabym teraz zapytać o kilka ostatnich lat, o Pani własne drogi i o Pani męża i wspólne z nim działania. To wielkie bogactwo dobrych wartości. – Jest Pani autorem wielu książek – jak spojrzeć tylko na wykaz tytułów (np. źródło: Wikipedia), dech zapiera. Pisze pani zarówno po polsku, jak i po angielsku. Chciałabym zapytać o kilka z nich. Przypomnijmy niezwykłą książkę„Ingrid Bergman and Her American Relatives”, w wersji polskiej „Ingrid Bergman prywatnie”. Jak doszło do powstania tej książki? ******************************** Aleksandra Ziółkowska-Boehm ******************************** – Będąc żoną Normana wiedziałam, że jest blisko spokrewniony ze szwedzką aktorką znaną m.in. z „Casablanki”, trzy razy nagrodzoną Oscarem – Ingrid Bergman. Ojciec Ingrid i babcia Normana byli rodzeństwem. Norman pokazywał fotografie, listy do niego, do jego ojca i do jego babci, także dedykacje np. na autobiografii Ingrid Bergman: ”My Story”. Rozmawialiśmy wiele, czytałam książki na jej temat. Po 20 latach małżeństwa powiedziałam, – Spróbuję napisać o Ingrid Bergman. Ucieszył się. Napisałam, pokazałam mu. Norman przeczytał, był wzruszony. Jest to opowieść rodzinna: powściągliwa, serdeczna, bez plotek, przywoływania intryg i złośliwości. DB -„Open Wounds a Native American Heritage”, książka znana w wersji polskiej jako „Otwarta rana Ameryki”. Kto to był Korczak Ziółkowski? Kiedy pierwszy raz wyjeżdżałam do Ameryki, moja koleżanka, rozczytana w Winnetou, poprosiła mnie, żebym pozdrowiła wszystkich Indian. Nie zrobiłam tego. Jest bardzo trudno nawiązać kontakt z pewnymi środowiskami. Wydaje mi się, że m.in. Sherman Alexie apelował, żeby nie-Indianie nie wypowiadali się na temat Indian. Pani książka powstała przy poparciu Apaczów. Jak to się udało? AZB – W 1985 roku otrzymałam stypendium Fulbrighta. Amerykanie wysłali mnie między innymi do Południowej Dakoty, gdzie odwiedziłam Crazy Horse Memorial. W lokalnym piśmie Rapid City ukazał się artykuł z informacją o tym, że odwiedziłam miejsce, gdzie mój stryj Korczak Ziółkowski w 1948 roku zaczął rzeźbić w skałach pomnik wodza Indian Crazy Horse. Wcześniej w Mount Rushmore brał udział między innymi w rzeźbieniu wizerunków czterech amerykańskich prezydentów, także wyrzeźbił marmurowe popiersie Ignacego Paderewskiego, za które zdobył pierwszą nagrodę na Wystawie Światowej w Nowym Jorku. Gdy przyjechałam, Korczak już nie żył. Poznałam jego żonę Ruth i dzieci. Zachwyciłam się projektem niezwykłego pomnika. Pomyślałam wtedy, że może bym napisała o Indianach. Wiedziałam, że temat jest trudny, ale chciałam się z nim zmierzyć. Przygotowywałam się do pisania książki 10 lat. Zaprenumerowałam dwa indiańskie pisma: „Indian Country Today” i „Lakota Times”, jeździliśmy z Normanem do Crazy Horse Memorial, odwiedzaliśmy wiele rezerwatów (a jest ich na terenie Stanów Zjednoczonych ponad 500), poznawałam ludzi. W miarę moźliwości wspieraliśmy trzy indiańskie szkoły katolickie: Red Cloud Indian School, St. Joseph, St. Labre. Byłam w kontakcie z wieloma Indianami, z niektórymi przeprowadziłam wywiady, które są w drugiej części książki. Zacytowałam w książce słowa Korczaka „ Jaki zaszczyt dla polskiego sieroty z Bostonu, że wodzowie powierzyli mu zadanie opowiedzenia w kamieniu historii swojej rasy. Jakiż to wielki zaszczyt! Tylko w Ameryce człowiek może wyrzeźbić górę.” Gdy książka była gotowa,wydawcę pomogli mi znaleźć Apacze, także sponsorowali jej wydanie. ********************************************* DB – To może teraz porozmawiajmy o pewnej sławnej koteczce Suzy. Książka „On the Road with Suzy from Cat to Companion” (polska wersja „Podróże z moją kotką”).. Wierność i miłość kota jest pięknym tematem i wiedza o tym może uratować życie i ocalić dom wielu kotom, a także w pewien sposób wnieść nasze człowieczeństwo na wyższy poziom. ********************************************* AZB – Pisanie o Suzy było swoistą terapią. Zaadoptowała nas w Teksasie kotka, inteligentna, kochająca – przyjęliśmy ją z otwartymi ramionami. Nazwaliśmy Suzy. Była posłuszna, kochająca, dała nam wiele radości. Zrobiła się pulchniutka, dostała sadełka…- Od dobrego życia, mówiliśmy. Po kilku tygodniach pojechaliśmy z nią do kliniki dla zwierząt, by dostała szczepienia. Weterynarz powiedział – To nie sadełko, ta kotka jest w ciąży. Urodziła pięcioro kociąt. Obserwowanie jak Suzy o nie dba, jak je uczy, było wielką radością. Szymon Kobyliński pisał do mnie – Piękne są twoje opowieści o kotce, napisz książkę… I tak się stało. Pisanie było szczególną przyjemnością, tyle zaobserwowanych kocich zabiegów, starań. Daliśmy dwa razy ogłoszenie do ”Houston Chronicle”, rozdaliśmy koty w „dobre ręce”. Kiedy pojechaliśmy na wakacje, zostawiliśmy Suzy w kocim hoteliku, czyli w klatce. Okazało się, że nie chciała jeść, płakała wiele godzin. Powróciliśmy, była wychudzona, smutna. Norman powiedział: – Już cię nigdy Suzy nie zostawimy… I zaczęła z nami jeździć. Samochodem po indiańskich rezerwatach dwa i pół miesiące, odwiedziła z nami Mount Rushmore, Crazy Horse, a także wiele razy – ponad dwadzieścia – leciała z nami do Polski. Była nie tylko w Warszawie, Łodzi, ale w i Zakopanem, Sandomierzu, Sopocie, Nieborowie. Także w Kopenhadze. Szczegóły i różne anegdoty napisałam w „Podróże z moją kotką”. Książka miała dwa polskie wydania. W Stanach Zjednoczonych wydało ją uniwersyteckie wydawnictwo, które wydaje piękne książki o zwierzętach: Purdue University Press. „On the Road with Suzy From Cat to Companion” wydana w 2010 roku jest w stałej sprzedaży. ********************************************** DB – Chciałabym zapytać o plany wydawnicze, jeśli nie są sekretem. ********************************************* AZB – Mam różne plany, nie chcę zapeszać. -Obyśmy tylko zdrowi byli, jak mawiała moja Mama. Jestem – żartobliwie mówiąc – „pracusiem z polonistyki”. Chciałabym jeszcze wiele napisać…, o ludziach, o tęsknotach…Żeby mi tylko życia starczyło. DB – Gdzie możemy aktualnie znaleźć Pani książki? AZB – Moje książki – można kupić w księgarniach. Gdy sie zgłosi tytuł – jeżeli książka niedawno się ukazała – mają na półce, albo „w komputerze” zamówią /bez dodatkowych opłat/, i za 2 dni książki są do odebrania. Księgarnia zamówi także dość dawno wydane książki. Można także zamówić na stronie internetowej wydawcy, na amazon, allegro, itd. W google trzeba wpisać tytuł książki i autora – i pojawiają się różne możliwości, niektórzy sprzedają “używane”. Podobnie można kupić e-booki czy audiobooki. KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA ********************************************* DB – Podaje Pani interesującą wypowiedź I. B. Singera dotyczącą jego przesłania dla pisarzy… Gdzie poznała Pani wielkiego pisarza? ******************************************** AZB – Będąc na stypendium Fulbrighta miałam w Nowym Jorku umówione spotkanie z Isaakiem B. Singerem. Było niezwykłe, jak niezwykłe są jego książki. Podarował mi na przykład swoją książkę z poprawkami, które sam poczynił do kolejnego wydania. W książce „Korzenie są polskie” umieściłam autoryzowany z nim wywiad, gdzie pytam między innymi o rady dla piszących. Fragment – że pisarz przynależy do swojego narodu – umieściłam na początku książki „Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża”. Zacytuję: – „…Jakie mam przesłanie dla pisarzy? – Aby spełniali trzy warunki. Po pierwsze, aby mieli historię do opowiedzenia. W obecnej literaturze coraz bardziej to się zaniedbuje. Ważne jest, aby historia ta miała swój początek, rozwinięcie i zakończenie. Wskazania Arystotelesa możemy zmienić, ale wciąż ważne jest, by była to opowieść dobrze prowadzona przez piszącego. Zapał, gorliwość, pragnienie druku, kazały pisarzom zapomnieć, że opisywanie ludzkich zdarzeń jest artystycznym przesłaniem pisarstwa. Po drugie – aby posiąść potrzebę opowiedzenia tej właśnie, a nie innej historii. Kiedyś miałem dobry temat, ale nie miałem pasji i dlatego nic nie napisałem. Po trzecie – musi to być moja opowieść, przekonanie, że nikt inny nie może tego tak dobrze opisać jak ja. Nie jest łatwo mieć takie przekonanie. Tylko wielcy to posiadają. Trzeba pisać o tym, co się zna, wie najlepiej, własną opowieść, własny temat.” **************************************** DB – Zapytam o Melchiora Wańkowicza… ***************************************** AZB – Znałam pisarza począwszy – od pierwszego spotkania jako studentka – jedynie 2 lata i 3 miesiące. Na pewno ten niedługi okres mnie w dużej mierze ukształtował. Wańkowicza książki dały mi możliwość spojrzenia pod różnym kątem na te same sprawy…, że nieraz są” dwie prawdy”, że patrzenie na karafkę odbijającą się w świetle słońca może dać różne kolory, zależnie od miejsca, z którego się patrzy. Pisarz zapisał mi w testamencie swoje archiwum, zadedykował drugi tom „Karafki La Fontaine’a”, ostatniej swojej książki poświęconej warsztatowi pisarskiemu, zmaganiom, z którymi zmierzają się pisarze. *********************************************** DB – Zacytuję Michała Nalewskiego, który w „Newsweeku” (17.09.2010) napisał o obu tomach „Karafki La Fontaine’a:”Istnieją książki, których wznowienie cieszy i daje nadzieję. „Karafka La Fontaine’a” Melchiora Wańkowicza powinna być obowiązkową lekturą dla wielkiej i coraz większej grupy Polaków – ludzi piszących. W czasach, gdy wszyscy piszą, król reportażu uczy, jak proces ten poddać intelektualnemu i warsztatowemu szlifowi. Uczy, że pisarz to rzemieślnik, narkoman żądny pracy, z lekka tylko podszyty natchnieniem. Dwa gigantyczne tomy to obszerny esej pisarza artysty, naszpikowany anegdotami i wspomnieniami, okraszony humorem. Ponad tysiąc stron popisów erudycji, które nie nudzą, ale wciągają jak narkotyk. Do czytania z ołówkiem w ręku. Powroty gwarantowane. Nasza ocena: 5/5 “ https://www.newsweek.pl/karafka-la-fontainea-tom-1-i-2-recenzja-opinia/gmyldfs – Była Pani żoną Amerykanina Normana Boehma. Czy można powiedzieć, że ten związek panią uskrzydlał? ******************************************************************* AZB – Nasze 26-letnie małżeństwo było darem od Boga. Pisał dla mnie wiersze, karteczki, listy – gdy sama leciałam do Polski, wysyłał kilka dni wcześniej listy ze Stanów … i czekały one na mnie w Warszawie. Pisał żartobliwie – na przykład, że za kilka dni wylecę i już się wraz z kotkami smucą… Podziwiałam u Normana – lojalność, inteligencję, serdeczność, stanie „po mojej stronie” wszędzie i w każdej sytuacji. Pokochał Polskę, jej historię, bardzo się przejmowal fotografiami, filmami dokumentalym na temat Powstania Warszawskiego. Poznał „Gryfa” – Janusza Brochwicz Lewińskiego, znalismy Zofię Korbońską. ******************************************************* DB – Chciałabym również wspomnieć książkę Pana Normana Boehma, do której napisała Pani przedmowę, “From a Small Town to the Big World”. ******************************************************* AZB – Namawiałam Normana na pisanie wspomnień. Zrobił to, napisałam wstęp. Jest to powściągliwe spojrzenie na swoje życie, różne jego przypadki. ********************************************************** DB – Pan Norman Boehm nazywany jest Wielkim Przyjacielem Polski a nawet polskim patriotą, chociaż nie był Polakiem. Słyszałam o listach broniących dobrego imienia Polski o listach do senatora Bidena w sprawie przystąpienia Polski do NATO. Czy mogłaby Pani powiedzieć coś więcej na ten temat … ************************************** AZB – Zacytujmy Notę, którą podał PAP po śmierci Normana: W USA zmarł Norman Boehm, wielki przyjaciel Polski17.06.2016 ********************************************************************************************************************** Norman Boehm zmarł w Wilmington w stanie Delaware w USA. Był Amerykaninem, nie mówił po polsku, ale był wielkim rzecznikiem spraw Polski w Ameryce. Jego listy w sprawie przyjęcia naszego kraju do NATO są cytowane w książce Jana Nowaka-Jeziorańskiego “Polska droga do NATO”. Norman Boehm urodził się w 1938 roku w Dover w stanie New Jersey. Był inżynierem chemikiem, prawnikiem i specjalistą od wielkich kontraktów. Pracował w firmach związanych z ropą naftową: najdłużej – 16 lat w ARAMCO w Arabii Saudyjskiej, potem w Exxon w Londynie, w Stavanger w Norwegii i w Teksasie. W Londynie przeprowadzał kontrakty w ramach słynnego projektu “North Cormorant” w 1976 roku.Kontrakt ten, dotyczący szybów wiertniczych na Morzu Północnym, uznano za najcenniejszy w historii firmy Esso i Shell, został skończony przed terminem i zaoszczędzono wiele milionów dolarów. Polska zaproponowała mu także rolę konsultanta, kiedy nasz kraj miał sprowadzać rurociągiem gaz z Norwegii. W 2003 r. Boehm wygłosił na Politechnice Łódzkiej wykład o sposobach sporządzania kontraktów i zasadach etycznego postępowania przy zawieraniu umów przez wielkie firmy.Norman Boehm często interweniował w sprawach Polski i robił to sam, z własnej wrażliwości – zaznacza Ziółkowska-Boehm. Nieraz zwracał się do amerykańskich mediów, zwłaszcza “Time’a” i “New York Timesa” oczekując sprostowania nieprawdziwych, krzywdzących Polskę określeń “polskie obozy pracy”, “polskie obozy śmierci”. Norman Boehm był też pianistą; kochał muzykę Chopina, Czajkowskiego. Lubił jazz, m.in. Cola Portera, a z polskich muzyków Włodzimierza Nahornego. Codziennie grywał na pianinie. Był też pilotem; dwa lata latał jako pilot wojskowy w US NAVY. Licencję pilota miał do końca życia i przez wiele lat latał małym samolotem Aeronca Chief model 1948. sprawie przyjęcia Polski do NATO, o czym pisał Jan Nowak-Jeziorański w książce “Polska droga do NATO”. Inicjował wraz żoną masowe wysyłanie listów do kongresmenów; prowadził korespondencję w tej sprawie z senatorem Joe Bidenem i senator Kay Bailey Hutchinson. Jan Nowak-Jeziorański pisał, że gdyby wszystkie 50 stanów Ameryki miały Normana Boehma i Aleksandrę Ziółkowską-Boehm to byłby spokojny o nasze przyjęcie do NATO.Norman Boehm często interweniował w sprawach Polski i robił to sam, z własnej wrażliwości. Nieraz zwracał się do amerykańskich mediów, zwłaszcza “Time’a” i “New York Timesa” oczekując sprostowania nieprawdziwych, krzywdzących Polskę określeń “polskie obozy pracy”, “polskie obozy śmierci”. ********* Po ukazaniu się na amerykańskim rynku kolejnej książki Jana T. Grossa: “Fear: Anti-semitism in Poland after Auschwitz” (“Strach. Antysemityzm w Polsce po Auschwitz”), kiedy amerykańskie media masowo publikowały nieprzychylne Polsce recenzje Norman Boehm wystąpił w obronie wizerunku Polski. Kiedy w pełnej emocji, wychwalającej książkę Grossa recenzji Elie Wiesel, laureat pokojowej Nagrody Nobla stwierdzał, m.in. że “Antysemityzm przetrwał najbardziej w Polsce” Norman Boehm napisał w “The News Journal” (27 lipca 2006 r.), że w Polsce “nie ma więcej antysemityzmu niż gdzie indziej” i przypomniał, że “Polska przyjmowała Żydów wtedy, gdy inne kraje europejskie ich wypędzały”. ********* Mąż pisarki był protestantem-prezbiterianinem, ale chodził z żoną do katolickiego kościoła. Oboje byli zaangażowani m.in.w problematykę amerykańskich Indian, sponsorowali indiańskie szkoły i fundacje. Po wspólnych licznych odwiedzinach rezerwatów i wywiadów z Indianami powstała książka Aleksandry, która w Polsce ukazała się pod tytułem “Otwarta rana Ameryki”, w Stanach wydawcę “Open Wounds – A Native American Heritage” pomogli Boehmom znaleźć Apacze. Norman był szwedzko-niemieckiego pochodzenia. Jego kuzynką była wielka gwiazda filmowa Ingrid Bergman. Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm “Ingrid Bergman prywatnie” ukazała się w wydawnictwie Prószyński i S-ka., a w Stanach wyszła pt. “Ingird Bergman and her American Relatives”. Opisane w niej zostały m.in. spotkania Normana z kuzynką Ingrid w Paryżu, Deauville, Nowym Jorku, Londynie. Norman Boehm często odwiedzał wraz z żoną Polskę; chętnie podróżował po naszym kraju. Pokochał Zakopane. Podobał mu się Gdańsk, Nieborów. Najlepiej czuł się jednak w Warszawie. Często uczestniczył w spotkaniach autorskich Aleksandry z polską publicznością. Był przez grono jej czytelników traktowany jak ktoś dobrze znany, serdeczny i bliski. Oboje z żoną bardzo kochali zwierzęta. Wielokrotnie lecieli samolotem z Ameryki do Polski i z powrotem, z dwoma kotami na kolanach, co naturalnie też zostało opisane w książce “Podróże z moją kotką”.(PAP) https://dzieje.pl/aktualnosci/w-usa-zmarl-norman-boehm-wielki-przyjaciel-polski ************************************************************************************************************* DB – I jeszcze przytoczę felieton poranny w Radio – Elżbiety Nowak. ************************************************************************************************************* „Cichy Bohater Solidarności i Wolności Elżbieta Nowak – Program I Polskiego Radia – Audycja „Myśli na dobry dzień” Wczoraj poświeciłam swój felieton historii mojego ostatniego spotkania z człowiekiem, którego los rzucił za granicę, do USA, i tam jakby reprezentuje Polskę, zajmując się m.in. działalnością naukową. Dziś też sięgnę za Wielką Wodę, by dodać jeszcze jedną historię, niestety już jakby zamkniętą, choć owoce jej są dalekosiężne. Otóż niedawno dostałam spóźnioną wiadomość o śmierci Pana Normana Boehm. To mąż polskiej pisarki, na stałe mieszkającej w USA, Pani Aleksandry Ziółkowskiej- Boehm. Pan Norman nie przypadkiem znalazł się w jej orbicie. Dodam też od razu, że nie każdy nekrolog i nota informacyjna znajdują się na oficjalnej stronie naszego Ministerstwa Obrony Narodowej. Tylko zasłużeni ludzie są tam opisami. Posłużę się tym tekstem, bo sama nic mądrzejszego nie wymyślę przecież. Tytuł notatki: Cichy bohater Nie jest żadnym odkryciem, że na drodze do NATO Polska nie miała samych sojuszników. Wśród sił, które – z różnych przyczyn – nie były zachwycone tą perspektywą, znalazła się część amerykańskich elit politycznych i tamtejszej opinii publicznej. W przełamywaniu negatywnego stosunku odegrało rolę wiele osób, znanych i nieznanych. Do tych drugich należy, niedawno zmarły, Norman Boehm (1938–2016). Ten Amerykanin o szwedzko-niemieckich korzeniach bezinteresownie i z powodzeniem włączył się w kampanię na rzecz Polski. ******************** Kim był? Najkrócej – człowiekiem sukcesu, prywatnie – kuzynem wielkiej aktorki Ingrid Bergman. Wszechstronnie wykształcony (studia chemiczne i prawnicze), pracował w charakterze menedżera w koncernach naftowych ARAMCO (Arabian American Oil Company) w Arabii Saudyjskiej, dla Exxon (Esso) w Anglii, Norwegii i Teksasie. Zasłynął w 1976 roku wynegocjowaniem największego kontraktu w historii Esso i Shell, dotyczącego szybów wiertniczych na Morzu Północnym, na zawrotną ówcześnie kwotę 462 milionów dolarów. Zgodnie z najlepszą amerykańską tradycją miał też za sobą służbę wojskową, jako pilot marynarki wojennej. Szczęśliwym zrządzeniem losu był mężem Aleksandry Ziółkowskiej, polskiej pisarki, zaangażowanej na rzecz Polski i Polaków na trudnym amerykańskim terenie. To jej zawdzięczamy, że Norman stał się – jak napisała – „niemal polskim patriotą”. Nie znając polskiego, zadał sobie trud poznania i zrozumienia niełatwej dla obcokrajowca polskiej historii. Wiedza ta stała się solidnym „oprzyrządowaniem” merytorycznym, gdy zaczynała się Wielka Gra o NATO. Dodatkowym atutem były jego umiejętności negocjacyjne oraz znajomość specyfiki amerykańskiego rynku politycznego z jego mechanizmami i niuansami. Kluczowe znaczenie dla decyzji USA o przyjęciu Polski miał Senat. Aleksandra i Norman Boehm odegrali istotną rolę w ich reorientacji. Akcja polegała na zasypywaniu biur senatorskich listami i interwencjami. Norman Boehm wykorzystywał również media, w tym lokalne, co zmuszało indagowanych polityków do wyjaśnień. ******************* Działania o charakterze lobbingowym przebiegały dwutorowo. Z jednej strony wywierano nacisk na polityków, z drugiej – na wyborców. Tych drugich należało przekonać i pozyskać dla sprawy polskiej, by z kolei oddziaływali na swoich senatorów, stanowych i federalnych. Jan Nowak–Jeziorański nazwał obrazowo tę technikę „masażem przez wyborców”. Zaangażowanie Normana wyraziście podsumował, jako wręcz nieprawdopodobną skuteczność. – Czegoś podobnego jeszcze nie widziałem – napisał w prywatnym liście do Aleksandry Ziółkowskiej–Boehm. Warto zaznaczyć, że Norman Boehm do końca życia pozostał człowiekiem skromnym, ciepłym, powściągliwym i nie chwalił się swoimi dokonaniami na rzecz Polski, a było ich więcej. Takich przyjaciół brak najbardziej. Zawsze i wszędzie”. Dodam od siebie, że podczas ich pobytu w Warszawie Pani Aleksandra zaprosiła mnie na kawę. Kawę własnoręcznie przygotował dla nas Pan Norman. Też była doskonała. (31.08.2016 r.) ********* http://archiwum2019-en.mon.gov.pl/poland-in-nato/path-to-nato/a-silent-hero-k2010-07-03/.

czwartek, 29 października 2020

Bitwa o Monte Cassino tlumaczenie PAP






Polacy na frontach II wojny światowej
A. Ziółkowska-Boehm: Amerykanie zainteresowani wydaniem „Bitwy o Monte Cassino” Wańkowicza
PUBLIKACJA: 19.05.2019 Kultura i sztuka

 
Aleksandra Ziółkowska-Boehm. Fot. Andrzej Bernat
Być może kolejnym rozdziałem biografii książki Melchiora Wańkowicza „Bitwa o Monte Cassino” będzie jej amerykańskie wydanie – powiedziała PAP Aleksandra Ziółkowska-Boehm.
PAP: Wydała Pani w Stanach Zjednoczonych książkę o Melchiorze Wańkowiczu. Teraz idzie Pani za ciosem i stara się o publikację w USA po angielsku „Bitwy o Monte Cassino”.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Amerykańskie wydawnictwo Lexington Books opublikowało książkę „Melchior Wańkowicz Poland’s Master of the Written Word”. Książka miała dwa wydania – w roku 2013 i w 2017, jedno w twardej okładce i drugie w miękkiej. Jest dostępna w wielu bibliotekach naukowych nie tylko w USA i Kanadzie, ale także w Nowej Zelandii, Australii, Ekwadorze, Kolumbii, na Hawajach, Meksyku, w Niemczech, Włoszech.
PAP: Jak do tego doszło?
A.Z-B.: Amerykański wydawca dość długo zastanawiał się, gdy zaproponowałam książkę o znanym polskim pisarzu, autorze "Bitwy o Monte Cassino", "Ziela na kraterze", "Szczenięcych lat". Niestety niewiele mu to mówiło. Wańkowicz nie był znany w Stanach, nie ukazała się tam żadna z jego książek. Napisałam do wydawcy o tym, że Wańkowicz był ceniony, popularny, kochany przez czytelników i to zarówno ze względu na tematykę książek, jak i jego barwną, wspaniałą osobowość. W tym liście nazwałam go „polskim Hemingwayem”. To określenie spodobało się wydawcy. Poprosił, bym napisała w książce właśnie o „polskim Hemingwayu”. Tak też zrobiłam. I książkę tę otwiera – jako przykład pisarstwa Wańkowicza – tłumaczenie fragmentu „Bitwy o Monte Cassino”, w którym pisarz przywołuje żołnierzy wszystkich narodowości, które brały udział w tej bitwie.
PAP: Kto dokonał tego przekładu?
A.Z-B.: Tłumaczem jest profesor Charles S. Kraszewski. Jego dziadkowie byli emigrantami z Polski. Profesor jest też poetą, znawcą twórczości T.S. Eliota, autorem książek eseistycznych, m.in. esejów o Zbigniewie Herbercie. Od lat też zajmuje się przekładami na język angielski poezji polskiej, czeskiej, słowackiej. Tłumaczy też z greki i łaciny. Jest autorem przekładu na język angielski „Dziadów” Adama Mickiewicza. Jego działalność translatorska została uhonorowana w roku 2013 nagrodą londyńskiego Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Dwukrotnie też, z uwagi na swoją pracę tłumacza, otrzymał stypendium Fulbrighta.
PAP: A zatem fragment „Bitwy o Monte Cassino” przetłumaczony przez prof. Kraszewskiego zachęcił wydawnictwo Lexington Books?
A.Z-B.: Tak się szczęśliwie stało. Amerykański wydawca zainteresowany jest publikacją po angielsku „Bitwy o Monte Cassino”. Czeka na przekład książki. Mam nadzieje, że podtrzyma swoją propozycję, bo sprawa już ciągnie się już dość długo.
PAP: Dlaczego?
A.Z-B.: Tłumacz rozpoczął pracę, ale należy z nim podpisać umowę, uzgodnić honorarium. Nie jest ono wygórowane, w przybliżeniu na złotówki wynosi ok. 40 tys. zł. A przecież „Bitwa o Monte Cassino” to obszerna książka, wymagająca od tłumacza dużej erudycji, znajomości historii, tajników reportażu, no i wrażliwości na „wańkowiczowski” język. Jan Bielatowicz, pisarz emigracyjny, porównywał Wańkowicza do króla amerykańskich korespondentów wojennych – Ernie Pyle’a, którego korespondencje drukowało 266 dzienników i 110 tygodników. Bielatowicz pisał, że „dla Amerykanów wojna to dramaty jednostki, dla nas – dramaty narodu. Książka Wańkowicza to jest dramat narodu, a żołnierze są tylko statystami, widać ich jednak w walce bardzo blisko, wyraźnie, prawdziwie”
PAP: Może Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego albo Instytut Książki mogłyby pomóc sprawie przekładu „Bitwy o Monte Cassino”?
A.Z-B.: Pani Minister dr Magdalena Gawin, historyk, eseistka, podsekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, która jest wielbicielką twórczości Wańkowicza, sprzyja serdecznie idei tłumaczenia tej jednej z najbardziej znanych książek Melchiora Wańkowicza. Na stałe mieszkam w Stanach Zjednoczonych i tam staram się o obecność polskiej literatury na amerykańskim rynku. Ale nie jestem zorientowana, jakie kroki należy poczynić, żeby zdobyć fundusze na przekład „Bitwy o Monte Cassino”, książki, która otworzyła w Polsce nowy rozdział wielkiego współczesnego reportażu wojennego.
„Bitwą o Monte Cassino” Wańkowicz wkroczył do polskiej literatury faktu ze swoim doświadczeniem reporterskim i talentem, dając książkę zupełnie nowatorską. Tworzył ją, zbierając materiały „na gorąco”, w czasie toczących się przez dwa tygodnie walk. Dotarł do każdej kompanii, każdego plutonu, weryfikował dane, sprawdzał w dowództwach, wśród żołnierzy.
Jak wspominał fotograf Stanisław Gliwa, który robił zdjęcia podczas bitwy, „Wańkowicz pisał szczegółowo o topografii terenu bitwy, użytych środkach bojowych, planach strategicznych dowództwa, sam lazł pod ogień, byle tylko osobiście doświadczyć i na własne oczy zobaczyć walki na pierwszych liniach front”. Gliwa jako artysta-grafik odegrał też ogromną rolę w powstaniu książki: gromadził fotografie, odwiedzał wspaniałe zaopatrzone archiwa alianckie, korzystał z fotografii robionych przy II Korpusie. W sumie Gliwa wybrał około sześć tysięcy zdjęć i dopiero z nich dokonywał selekcji. Książka tchnie prawdą, choć nie jest montażem ani relacją, ani zbiorem dokumentów, jest po prostu obrazem wielkiej bitwy.
PAP: „Bitwa o Monte Cassino” miała wiele wydań i rozmaicie była przyjmowana, inaczej na emigracji, inaczej w kraju.
A.Z-B.: Szczegółowo przedstawiam to w opublikowanej przez PIW książce „Wokół Wańkowicza”, która znajdzie się teraz Targach Książki. To długa historia. Książka przyniosła pisarzowi sławę, ale też wywołując kontrowersje, przysporzyła wiele goryczy. Był krytykowany zarówno za skrócone powojenne wydanie w kraju, jak i za wcześniejsze, emigracyjne.
Wańkowicz wraz z II Korpusem Wojska Polskiego dotarł do Egiptu, następnie do Włoch, gdzie w latach 1945-1946 w Rzymie i Mediolanie powstała trzytomowa „Bitwa o Monte Cassino” wydana przez Wydawnictwo Oddziału Kultury i Prasy II Polskiego Korpusu. Było to pierwsze, tzw. rzymskie wydanie książki. W PRL po raz pierwszy książka ze skrótami wydana została w 1957 r. nakładem Ministerstwa Obrony Narodowej jako „Monte Cassino”, z dodrukiem w 1958 r. Miała wiele wydań: 1972, 1976, 1978, 1984.
Na 25-lecie bitwy, w 1969 r., wydano skrót w formie małej książki jako „Szkice spod Monte Cassino”. Książeczka weszła do lektur szkolnych i w latach 1969-1999 miała dalszych 16 wydań. W 1989 r. w pełnym wydaniu, bez skrótów opublikował ją IW PAX pod oryginalnym tytułem „Bitwa o Monte Cassino”. Także w 1989 r. wyd. MON wydało reprint trzytomowego wydania rzymskiego. Najnowsze wydanie ukazało się w 2009 r. roku także bez skrótów w ramach w 16-tomowej serii Dzieł wszystkich Melchiora Wańkowicza w Wydawnictwie Prószyński i S-ka ze wstępem Normana Daviesa.
PAP: Wypada, zatem życzyć, aby do tych losów książki mogła Pani dopisać rozdział amerykański.
Dr Aleksandra Ziółkowska-Boehm jest polską pisarką, od 1990 r. mieszka w Stanach Zjednoczonych. W latach 1972-74 była asystentką i sekretarką Melchiora Wańkowicza; pisarz zadedykował jej „Karafkę La Fontaine’a” i zapisał w testamencie swoje archiwum. Opublikowała 20 książek w Polsce i 12 w języku angielskim w Ameryce. Jest m.in. członkiem zarządu powstałej w 2001 r. Fundacji im. Stefana Korbońskiego w Waszyngtonie i jurorem nagrody literackiej londyńskiego Związku Pisarzy na Obczyźnie.
Rozmawiała Anna Bernat (PAP)

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Krzysztof Masłoń i Tomasz Zbigniew Zapert ROZMOWA DO RZECZY 15-21 lipca 2019



Z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm rozmawiają :
Krzysztof Masłoń i Tomasz Zbigniew Zapert
 

 [w:] DO RZECZY 15-21 lipca 2019









































Z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm 
rozmawiają Krzysztof Masłoń i Tomasz Zbigniew Zapert

- Od trzydziestu lat mieszka pani w Stanach Zjednoczonych, ale regularnie przyjeżdża do kraju i wydając kolejne tytuły, ostatnio: „Wokół Wańkowicza” i „Pisarskie delicje”. Mniej wiemy o pani książkach wydawanych w Ameryce.

- To już dwanaście tytułów, w większości tłumaczonych z polskiego, ale dwa z nich najpierw ujrzały światło w USA, a to z racji tematyki. Były to: „Open Wounds – A Native American Heritage”, książka o Indianach znana w Polsce jako „Otwarta rana Ameryki”, oraz „Ingrid Bergman and her American Relatives” opowiadająca o związkach rodzinnych mojego zmarłego trzy lata temu męża, Normana z jego ciotką, sławną aktorką. A najbardziej poczytną książką są z pewnością „Podróże z moją kotką” czyli „On the Road with Suzy. From Cat to Companion”, systematycznie wznawiane przez Purdue University Press.

- W kraju pani nazwisko kojarzone jest raczej z innymi książkami, między innymi o Melchiorze Wańkowiczu, którego była pani asystentką przez dwa ostatnie lata jego życia, jak również o bohaterach lat wojny: hubalczykach czy Kai od „Radosława”. Ta ostatnia książka nagrodzona została przez londyński Związek Pisarzy na Obczyźnie. Wydana została po angielsku przez Lexington Books pt. „Kaia, Heroine of the 1944 Warsaw Rising”.
Relacje autorów z bohaterami książek miewają swoje następstwa. Niekiedy zaskakujące. Tytułowa bohaterka  „Kai od Radosława” zagwarantowała pani dobry końcowy adres w Warszawie...

- Miejsce w jej grobie na Powązkach! To wyjątkowy gest świadczący o szczególnej sympatii, jaką darzyła mnie Cezaria Iljin-Szymańska, osoba z piękną kartę wojenną. Jej mieszkanie w Warszawie było punktem kontaktowym hubalczyków (jednego z nich Marka Szymańskiego ps. „Sęp” po wojnie poślubiła), następnie wstąpiła do Armii Krajowej. Podczas Powstania Warszawskiego wraz ze zgrupowaniem „Radosław” przeszła przez trzy dna piekła: Starówkę, Powiśle i Czerniaków, skąd razem z rannymi przeprawiła się na praski brzeg Wisłę. Dotarła do domu babci w Białymstoku, tego samego dnia została aresztowana przez enkawudzistow i wywieziona do obozu NKWD nr 41 w Ostaszkowie.
Na początku 1946 roku powróciła do Polski, w Warszawie pracowała w Biurze Odbudowy Stolicy, kolejno w kilku biurach architektonicznych.

- 1 sierpnia 1944 r. zastał ją na Woli.  Brała udział w walkach nieopodal Młynarskiej, Okopowej i Żytniej. W tym samym rejonie poległa Krystyna Wańkowiczówna, której ojciec poświęcił „Ziele na kraterze”. Do dziś nie wiadomo, gdzie spoczywa.

- Snop światła na końcowe dni Krystyny rzucił Janusz Brochwicz-Lewiński ps. „Gryf", do którego udało mi się dotrzeć w 2010 roku. Stwierdził, że przed Godziną W. „Anna” (taki przybrała pseudonim) obcięła warkocze i wdziała wojskowy uniform. Śmiertelnie raniona 6 sierpnia podczas ostrzału cmentarza kalwińskiego została pochowana w prowizorycznej mogile. W dobie identyfikacji przez DNA, być może i ta zagadka doczeka się rozwiązania.

- A czy pojawiły się jakieś sygnały rozwikłujące nić losów innej bohaterki pani książki: „Tereski”, łączniki majora Henryka Dobrzańskiego?

- Niestety, nie. Marianna Celówna, bo tak się nazywała, chciała przekazac do zakładu medalierskiego, celem naprawy, order Virtuti Militari „Hubala”. Nigdy już nie powrócił do właściciela, przechowywała go „Kaja”, traktując niczym relikwię, u schyłku życia przekazując do Jednostki Wojskowej  w Tomaszowie Mazowieckim. „Tereska”, jedyna kobieta w oddziale „Hubala”, za odwagę awansowana do stopnia starszego ułana, wyjechała z zadaniem zleconym przez dowódcę przed rozbiciem jednostki pod Anielinem. Po śmierci majora poszukiwali jej Niemcy. Przez pewien czas jeździła, jako łączniczka ZWZ, na trasie Warszawa-Lwów, później wszelki ślad po niej zaginął.

- Słowem, kolejna wojenna tajemnica, jakich wiele w naszych dziejach najnowszych. Z kolei opisany przez panią dwór w Kunicach w książce „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon" , okazał się azylem dla pewnej żydowskiej dziewczynki o imieniu Hanka.

- To bardzo wzruszająca historia. Jedna z mieszkanek dworu w Kunicach (okolice Opoczna, niedaleko dworu w Kraśnicy) Zofia z Ossowskich Boczkowska widziała, jak żandarm prowadził grupę żydowskich dzieci - na końcu szła szlochając, dziewczynka.  Pani Zofia poruszona podeszła do Niemca, wręczając mu zdjętą naprędce z siebie biżuterię. Przyjął dar, po czym pozwolił zabrać płaczące dziecko. I tak Hanka trafiła do Kunic, gdzie szczęśliwie doczekała zakończenia wojny. Potem wyjechała do Izraela.

- Jej drugim mężem został Paweł Monat, w latach 50. szef attachatów wojskowych PRL-u, po ucieczce na Zachód  skazany zaocznie na karę śmierci. Czytała pani jego wspomnienia opublikowane w USA?

- Z niesmakiem. Są beznamiętne i mocno zakłamane.

- Echa okupacji rezonują także z biografii Tomasza Łychowskiego, opisanego w „Literackich delicjach ".

- Tomasz Łychowski - mieszkający w Rio de Janeiro poeta i malarz, członek londyńskiego Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie (nagrodzony w 2016 roku) działacz polonijny, miał 10 lat, gdy wraz z rodzicami – zadenuncjowanymi przez renegata Ludwika Kalksteina – znalazł się na Pawiaku. Jego ojciec był Polakiem, matka – Niemką , która podczas pobytu w celi zapisała się we wdzięcznej pamięci towarzyszek niedoli, między innymi pomagając im w porozumieniu z niemieckim personelem więziennym.  Po wojnie Koło Byłych Żołnierzy AK w Londynie przyznało Gertrudzie Łychowskiej odznaczenie.
Tomasz urodził się w Angoli, wtedy kolonii portugalskiej, w Polsce spędził ledwie 6 lat (1938-44), mówi pięknie po polsku. Po wojnie kilka lat tułał się z rodzicami po Europie, aż zacumowali w Brazylii. Ukończył tam studia, pracował pedagogicznie, aktywnie kultywuje życie Polonii. Ma ponad 80 lat i jest prawdopodobnie najmłodszym żyjącym więźniem Pawiaka.

- „Wokół Wańkowicza” orbitował i Jan Erdman, czołowy polski dziennikarz sportowy.

- To zięć autora „Na tropach Smętka”. Należał do dziennikarskiej elity II RP, pisywał głównie o sporcie (sprawozdawca „Przeglądu Sportowego” z igrzysk olimpijskich w Garmisch-Partenkirchen oraz Berlinie w roku 1936), ale relacjonował też dojście do władzy Adolfa Hitlera, wojnę domową w Hiszpanii, konferencję monachijską czy rozbiór Czechosłowacji. We wrześniu 1939 r. bronił Warszawy. Po ucieczce z niewoli niemieckiej umknął szlakiem tatrzańskim do Francji. Następnie zasilił Brygadę Karpacką walcząc pod Tobrukiem, co zaowocowało Krzyżem Walecznych. Później piastował stanowisko attaché prasowego ambasady RP w Moskwie (tymczasowo ewakuowanej do Kujbyszewa). W 1944 roku zakotwiczył w USA utrzymując się z... hodowli kur oraz tkania dywanów. Dopiero w 1950 powrócił do dziennikarstwa - dwie dekady przepracował w Głosie Ameryki. Po przedwczesnej śmierci Marty, ożenił się ponownie, od kilku lat chory na chorobę nowotworową popełnił samobójstwo.

- Dodamy tylko, iż zasłynął biografią mjr. dyplomowanego Macieja Kalenkiewicza „Kotwicza” („Droga do Ostrej Bramy”) – skądinąd swego szwagra – hubalczyka i cichociemnego, poległego w starciu z Sowietami pod Surkontami na Wileńszczyźnie latem roku 1944.
Ale skoro wróciliśmy do Wańkowicza, to może warto byłoby odnotować książkę pani pióra prezentującą Amerykanom sylwetkę twórcy „Ziela na kraterze”.

- W tej książce wydanej w 2013 roku przez Lexington Books pod tytułem „Melchior Wańkowicz Poland’s Master of the Written Word” nazwałam go „polskim Hemingwayem”. Myślę, że w jakiś sposób przywróciłam tego pisarza Ameryce, skąd w 1958 r. wyjeżdżał rozczarowany, a przez Polonię oskarżany o „powrót do komunistów”. Po ponad pół wieku wrócił za Wielką Wodę – książką o sobie.

- Naszym zdaniem nic nie przysłużyłoby się popularyzacji jego pisarstwa jak przetłumaczenie na angielski i wydanie w Stanach Zjednoczonych  książki-legendy: „Bitwy o Monte Cassino”. Znane są działania, jakie od dawna podejmuje pani w tym kierunku. Czy są szanse na ich pomyślny finał?

- Nie chcę zapeszać, ale mam pozytywne sygnały z Instytutu Książki, który chce wesprzeć tłumaczenie, podobnie jak  Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce. A wydawca jest - wspominany przeze mnie Lexington Books, znakomity, gdyż książki wydane przez niego natychmiast trafiają do ośmiuset (!) bibliotek naukowych na całym świecie. Są w zbiorach takich uniwersytetów jak Princeton, Harvard, Yale, Columbia, Pensylwania, Stanford.
Kiedy szukałam wydawcę dla „Kai”  zainteresowanie wykazała znana nowojorska oficyna, ale przed podpisaniem umowy zapytano mnie, czy aby na pewno w książce chodzi o powstanie w getcie warszawskim. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że chodzi o zupełnie inne powstanie - 1944 roku. - A, to nas nie interesuje, dowiedziałam się.
W końcu wydawcę znalazłam sama, chodząc po księgarniach i spisując adresy ze stopek wydawniczych. Wysyłałam wszędzie grzeczne maile, i w końcu trafiłam, i to znakomicie.

- Pani książki miały świetne rekomendacje, że wspomnimy tylko Zbigniewa Brzezińskiego.

- Znałam jeszcze jego ojca, a pan Zbigniew był na tyle uprzejmy, by napisać swoje pozytywne opinie o moich książkach, np. „Kaji od Radosława” czy o „Lepszy dzień nie przyszedł już”. Tę drugą książkę, zawierającą opowieści o losach rodzin zamieszkujących przed wojną Kresy Wschodnie, rekomendowała mi także znana i w Polsce ze „Sprawy honoru” para autorów: Stanley Cloud i Lynne Olson.



- O takich wyjątkowych ludziach jak Zbigniew Brzeziński, Zofia Korbońska, Isaac Bashevis Singer czy kanadyjski senator Stanley Haidasz, o którym napisała pani książkę, możemy przeczytać teraz w „Pisarskich delicjach”. Znajdują się w niej też – można by rzec – rady dla autorów książek, zwłaszcza książek reportażowych. Zwraca tu uwagę akcentowanie przez panią dokładności w dokumentowaniu opisywanych spraw, w tym drobiazgowe autoryzowanie przytaczanych wypowiedzi.

- Nauczyłam się tego w Stanach Zjednoczonych i to przy druku mojej książki o… kotach. Otóż, wydawcy w USA domagają się zgody na każdy dłuższy cytat. Oczywiście, można użyć krótkiego odwołania się do czyichś słów; to się nazywa fair usage, ale jak dowiedziałam się w Purdue University Press, toczy się o to wiele spraw sądowych. Trzeba więc być ostrożnym i musiałam, na przykład, uzyskać zezwolenie od zaprzyjaźnionej profesor Uniwersytetu w Houston Ewy Thompson na wykorzystanie maili, jakie otrzymałam od niej o jej umierającej wtedy kotce imieniem Latik. Ewa, oczywiście, nie miała żadnych zastrzeżeń, ale wydawca poprosił o list z potwierdzeniem, że wyraza zgode na cytowanie.



- Znajomość z wieloma wybitnymi osobami zawdzięcza pani sobie samej i, oczywiście, ich życzliwości, ale też – powiemy nieco górnolotnie – czuwa nad panią duch autora „Walczącego Gryfa”. W końcu gdyby nie Wańkowicz, nie zetknęłaby się pani z Romanem Rodziewiczem, zmarłym pięć lat temu w wieku 101 lat, słynnym hubalczykiem, bohaterem pani książek „Z miejsca na miejsce” i „Lepszy dzień nie przyszedł już”.

- Nasza znajomość trwała 40 lat - od moich czasów studenckich, kiedy Melchior Wańkowicz przedstawił mi Romana, który przyjeżdżając do Polski z Anglii, zatrzymywał się w domu pisarza. Wszyscy go kochaliśmy, a mnie zafascynował głównie dlatego, że jego przypadek pokazuje, jak trudności potrafią zmienić zwykłych ludzi w bohaterów. To, że mogłam o nim napisać, traktuję jako zaszczyt.
- Wykorzystała pani archiwum Wańkowicza, by m.in. wydać niepublikowane wcześniej jego teksty o problematyce żydowskiej i o zbrodni na Wołyniu, a także korespondencję pisarza, m.in. z żoną, ale i z redaktorem paryskiej „Kultury”, Jerzym Giedroyciem. O kształt tej ostatniej toczyła pani spory…
- Piszę o tym szczegółowo w "Pisarskich delicjach". Wymieniałam z Jerzym Giedroyciem moc listów, bardzo miłych, jeśli dotyczyły Indian (Redaktor był miłośnikiem westernów) czy zwierząt domowych, ja miałam swoją kotkę, on psa. Ale w tym, co najważniejsze nie było między nami zgody, a właściwie wyglądało to tak, że Redaktor w listach pisał mi, jak wysoko ceni Wańkowicza, natomiast z przedmowy, jaką przygotował do wyboru korespondencji, wynikało coś zupełnie innego. Nie ukrywam, że jestem dumna, bo udało mi się go przekonać, by napisał nową przedmowę, stawiając sprawę niemal na ostrzu noża, gdyż - gdyby tak się nie stało - chciałam wycofac swoje nazwisko z planowanej publikacji. Próbował jakby zbagatelizować problem, utrzymując, że podchodzę do sprawy nazbyt emocjonalnie, moim zdaniem jednak, o czym mu napisałam - nie była to kwestia emocji lecz lojalności.
- Historia ta pokazuje podejście pani do spuścizny po autorze „Ziela na kraterze”, które - na koniec rozmowy - my z kolei rekomendujemy naszym filmowcom, o latach okupacji i Powstaniu Warszawskim kręcącym obrazy według kulawych scenariuszy, a jest gotowy arcydzielny materiał z pod każdym względem niezwykłą główną bohaterką: Krysią Wańkowiczówną. Przepraszamy, ale na co tu czekać?

Ramka:
Aleksandra Ziółkowska–Boehm - reporterka, pisarka, doktor nauk humanistycznych. W latach 1972-74 asystentka i sekretarka Melchiora Wańkowicza, który dedykował jej drugi tom „Karafki La Fontaine’a” i zapisał w testamencie swe archiwum. Od 1990 mieszka w USA. Najważniejsze jej książki to: „Wokół Wańkowicza”, „Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża”, „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon”, „Ulica Żółwiego Strumienia”, „Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści”, "Lepszy dzień nie przyszedł już".