niedziela, 23 lutego 2020

Piotr Wandycz



„Zrobiłem maksimum tego co się dało”




Z prof. Piotrem Wandyczem rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Urodził się Pan w Krakowie, a wychował we Lwowie. Co pozostawiły w Panu te dwa niezwykłe miasta?

Mam sentyment do obu, z tym, że Lwów znałem lepiej, a z Krakowem i Krakowskim miałem związki ze strony matki, której rodzina mieszkała na Sądecczyźnie. Moja matka Stefania Dunikowska, wychowana w zakładzie sióstr niepokalanek w Niżniowie, była autorką książek dla młodzieży. Między innymi napisała książki autobiograficzne Dzieciństwo Fuli i Fula w piątej klasie (mamę nazywano w domu Fulą), dzięki którym czułem sentyment do tamtych stron.
W 1930 r. przenieśliśmy się do Lwowa, gdzie była centrala przemysłu naftowego, w której pracował mój ojciec. Miałem wtedy 7 lat. Lubiłem szczególnie niektóre części miasta. Po wojnie śniło mi się wielokrotnie, że chodzę po Lwowie i staram się odnaleźć znane zakątki.

Jak zapamiętał Pan rok 1939 i wyjazd z rodzicami do Rumunii?

Przeżyliśmy kilkadziesiąt nalotów niemieckich we Lwowie. Następnie, gdy 13-14 września pod miasto podeszła niemiecka kolumna pancerna, pojechaliśmy do Kosowa. Zakładaliśmy, że tam się ustabilizuje przyczółek utworzony przez sojusznicze Rumunię i Francję i tam przetrwamy zimę. Myśleliśmy, że Niemcy przegrają wojnę i wszystko dobrze się skończy. Wiadomość, że Armia Czerwona przekroczyła nasze granice 17 września, była zaskoczeniem i zmieniła nasze plany.
Od pierwszych dni wojny prowadziłem rodzaj dziennika, kolejno w czasie pobytu w Rumunii i we Francji. Te zapiski mam i teraz powoli je przepisuję. Widać z nich, że wybuch wojny i dalsze jej następstwa były niewątpliwie szokiem, jednak miałem raczej optymistyczne nastawienie. Ten okres był ogromnym przełomem w moim życiu, ale dla 15-letniego chłopca była to też wielka przygoda. Komentowałem każdą wiadomość z Polski… że Warszawa się broni, że generał Sosnkowski przeprowadził udaną kontrofensywę pod Lwowem…

Jak wyglądały Pana lata we Francji i studia tamże w okresie wojny? Jak dalece żył Pan wieściami z Polski?

Mój ojciec pracował w Bukareszcie dla Ambasady RP, następnie został wezwany przez rząd polski do Francji. Dzięki temu rodzice, siostra i ja mogliśmy wiosną 1940 r. przyjechać do Francji. Mój brat był tam już wtedy w wojsku polskim. W maju 1940 r. rozpoczęła się ofensywa niemiecka i 22 czerwca doszło do upadku Francji. Próbowaliśmy – jak wielu Polaków – przedostać się do Anglii. Po nieudanych próbach musieliśmy dostosować się do życia pod reżimem Vichy. Rząd francuski oddał do dyspozycji uchodźców polskich pewną liczbę hoteli. My zamieszkaliśmy w Grand Hotelu w Grenoble. Mieścił on śmietankę emigracyjną i nazywano go złośliwie "Mądralin". Mieszkańcami byli m.in. eksministrowie, b. ambasador w Moskwie Wacław Grzybowski, sędziowie Najwyższego Trybunału Administracyjnego i Trybunału Stanu.
Przez następne dwa lata ojciec starał się o wydostanie z Francji i wyjazd legalną drogą do Anglii.
W tym okresie zdałem maturę w polskim Liceum im. Cypriana Norwida w Villard-de-Lans, górskiej miejscowości oddalonej o 35 km od Grenoble. Oczywiście śledziliśmy wydarzenia w Polsce, ale żyło się dniem codziennym i jego sprawami – np. problemem wyżywienia. Ja i wielu moich kolegów dostało się na uniwersytet w Grenoble. Studiowałem historię, pierwszy rok ukończyłem z tzw. Certificat z historii nowożytnej i najnowszej. Wreszcie w 1942 r. ojcu udało się uzyskać wizy francuską, hiszpańską i portugalską dla trzech osób z naszej rodziny. Moja matka zmarła w 1941 r.

Jak Pan sobie radził z językiem francuskim i angielskim?

Francuskiego uczyłem się w Rumunii i przez dwa lata we Francji. Nie było łatwo studiować na uniwersytecie z moją ówczesną francuszczyzną, ale tak jak inni dawałem sobie radę. Angielskiego uczyłem się trochę we Francji, a po przyjeździe do Szkocji, gdzie stacjonowały nasze oddziały, zachodziłem do miejscowej szkoły i pytałem, czy mogę brać udział w lekcjach angielskiego. Byłem zawsze miło potraktowany.

W 1942 roku, nie mając skończonych 20 lat, po przedostaniu się do Anglii, wstąpił Pan do polskiego wojska. Dlaczego nie kontynuował Pan studiów?

Kiedy wreszcie znaleźliśmy się w Anglii jesienią 1942 r. via Hiszpania i Portugalia, było oczywiste, że pójdę do wojska. Nie kontynuowałem nauki, choć możliwość "urlopowania na studia" istniała i była popierana przez wielu polskich przywódców, którzy uważali, że trzymanie młodych mężczyzn w wojsku przez kilka lat (ja byłem w wojsku od 1942, mój brat od 1940 r.) nie miało sensu.
Nie wydawało mi się to jakoś uczciwe i dopiero kiedy skończyła się wojna, wstąpiłem do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Osiedlenia przeznaczonego dla żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych i otrzymałem urlop na studia.

Jak dalece angielskie wykształcenie wpłynęło na pana późniejszą pracę zawodową?

Wykształcenie, styl życia i studiów w Anglii wywarły niewątpliwie silniejszy wpływ na moją osobowość niż następne lata w USA. Od najmłodszych lat lubiłem angielską literaturę w polskich przekładach. W 1942 r. Anglia była symbolem walki z hitlerowskimi Niemcami. Podziwiałem sposób zachowywania się Anglików podczas wojny. Na przykład, gdy szedłem do kina w Londynie i ogłaszano alarm lotniczy, nikt nie ruszał się z miejsca. Spokojnie czekano na ogłoszenie końca alarmu. To angielskie upper lip i zachowanie zimnej krwi – nie widziałem nigdy paniki – bardzo mi imponowało. Lubiłem Cambridge, system nauczania i zwyczaje. Miałem bardzo dobre stosunki z ludźmi. Gdy rząd brytyjski opuścił nas po wojnie, miałem uczucie zawiedzionej miłości.

Czemu wybrał Pan Stany Zjednoczone, a nie Wielką Brytanię jako miejsce pracy? Najpierw Indiana University, potem Yale. Patrząc z perspektywy lat, czy to był dobry wybór?

O wyjeździe do USA decydowały głównie względy rodzinne. Ameryka jako taka wcale mnie nie pociągała. Przyjechałem tu z siostrą i bratem. Druga siostra została w Europie. Podczas wojny dostała się w ręce niemieckie – przeszła przez Ravensbrück i Bergen-Belsen. Jej syn, niewiele ode mnie młodszy, też był w Dachau.
W Nowym Jorku połączyliśmy się z ojcem, którego rząd londyński w 1944 r. wysłał do USA na negocjacje o powojenną pożyczkę amerykańską dla Polski. Gdy cofnięto uznanie naszego rządu, ojciec znalazł się w próżni. Był chory. Nie mogliśmy go zostawić samego.
Rząd brytyjski dawał byłym wojskowym trzy możliwości: pozostania na wyspie, wyemigrowania do któregoś z krajów Zjednoczonego Królestwa albo do USA. Rząd ponosił koszty podróży.
Przez wiele lat tęskniłem za Europą i każdy przyjazd do niej na wakacje rozbudzał nostalgię, choć nie miałem powodów uskarżać się na Amerykę i jej styl życia. Patrząc z perspektywy czasu muszę też przyznać, że kariera naukowa, jaką zrobiłem w Stanach Zjednoczonych, nie byłaby zapewne możliwa w powojennej Anglii.

Jakie były początki Pana pracy naukowej w USA?

Po przyjeździe do Nowego Jorku dzięki pomocy rodaków dostałem się do Mid-European Studies Center, a następnie poprzez związki z Cambridge otrzymałem posadę profesora na Indiana University. Spędziłem tam 10 lat z dwuletnią przerwą jako fellow na Harvardzie. Potem zostałem zaproszony przez Yale, gdzie wykładałem przez 31 lat – aż do emerytury. Mój obecny tytuł brzmi Bradford Durfee Professor of History Emeritus.

Melchior Wańkowicz napisał o Panu w tomie "W pępku Ameryki", cytuję: "Wieczór u profesora Wandycza. Jest to jeden z kilku setek naszych naukowców, którzy są niezawiśli politycznie, nie czerpią środków utrzymania z politycznych funduszy amerykańskich i którego głos waży dzięki temu na stosunku Ameryki do nas".

Ładna ocena. Jak wspomina Pan spotkanie z pisarzem w Bloomington w latach 50.? Był Pan wtedy młodym naukowcem.

Odczyt Wańkowicza w Bloomington był wieczorem i gdy się skończył – zaprosiłem pp. Wańkowiczów na kawę do mojej kawalerki. Pani Zofia była zmęczona, więc pan Melchior przyszedł sam. Rozmawialiśmy o różnych sprawach, aż zeszło na temat pisania i wydawania w kraju przez emigrantów. Ja byłem temu przeciwny, ale Wańkowicz jak rumak bojowy ruszył do ataku i zaczął mnie długo przekonywać. Robiło się późno, byłem bardzo zmęczony po całym dniu pracy. On nie, jego wigor był imponujący. Zacząłem ustępować, chciałem iść spać i rozmowa skończyła się jego zwycięstwem. Taka to historyjka.

Napisał Pan wstęp do zawierającego dwie książki – "Polacy i Ameryka" i "Tworzywo" – tomu z serii dzieł Melchiora Wańkowicza, które ukazują się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka w Warszawie. W pierwszej z nich pisarz przywołuje dwa tytuły, które ukazały się w Stanach Zjednoczonych nakładem uniwersytetów: Harvarda "White Eagle on a Red Field" Samuela L. Sharpa i Yale "Woodrow Wilson and the Rebirth of Poland" Louisa L. Gersona. Wańkowicz pisze o wielkich kontrowersjach wokół tych książek.

Wydana w okresie zimnej wojny książka Sharpa przedstawiała Polskę w najgorszym świetle. Polonia amerykańska gwałtownie ją zaatakowała. Wańkowicz, daleki od polskiej megalomanii, odcinał się od emocjonalnych i nieskutecznych ataków, ale potępiał książkę Sharpa z innych powodów. Sprawa polska – jego zdaniem – winna być ujmowana z szerszej, globalnej perspektywy. Wańkowicz widział rolę czynnika polskiego, zwłaszcza emigracji, jako łącznika między cywilizacjami, a antypolonizm porównywał do antysemityzmu.
Z kolei monografię Gersona skrytykował zarzucając autorowi nieuctwo i elementarne błędy faktograficzne. Rzeczywiście Gerson nie znał dobrze tematu i nie orientował się w polskich realiach. Starał się być oryginalny i wystąpił z "nową interpretacją" polityki Wilsona wobec Polski wynikającą jakoby z cynicznego realizmu.
W swej miażdżącej krytyce Wańkowicz przypisał może zbyt wielkie znaczenie motywom, jakimi kierowały się wydawnictwa Harvardu i Yale. Nie sądzę, aby za decyzją o publikacji kryły się powody polityczne. Można dodać, że Harvard wycofał książkę Sharpa z serii poświęconej USA i innym krajom, zastępując ją po latach moją pracą The United States and Poland. Pochlebną przedmowę napisał ambasador Edwin O. Reischaer, ale koła polonijne nie nadały tej książce większego rozgłosu.

Uznawany jest pan za wybitnego znawcę historii Europy Środkowo-Wschodniej. Napisał pan kilkaset artykułów i blisko 20 książek, z których wiele nagrodzono, np. "France and Her Eastern Allies" otrzymała nagrodę Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego, "The Price of Freedom: A History of East Central Europe from the Middle Ages to the Present" wyróżnił History Book Club w 1992 roku; ta książka została przetłumaczona na osiem języków. Które ze swoich prac uważa pan za szczególnie ważne?

Trudno oceniać własne prace, ale na ogół zgadzam się z recenzjami moich książek, które wnikliwie omawiały ich zalety i wady. Myślę, że oba tomy o stosunkach Francji z Polską i Czechosłowacją były nowatorskie. Lands of Paritioned Poland wnosiło nietypowe ujęcia, uwzględniając szerzej inne narodowości zamieszkujące ziemie Rzeczypospolitej. Moje książki ukazywały się także w języku polskim. Np. O czasach dawniejszych i bliższych jest wciąż obecna na rynku księgarskim.

Został Pan odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta, jest laureatem emigracyjnej Nagrody Fundacji Jurzykowskiego, otrzymał pan Medal Czechosłowackiej Akademii Nauk, a także doktoraty honoris causa uniwersytetów Wrocławskiego, Jagiellońskiego, KUL i francuskiej Sorbony. Wymieniam jedynie te najważniejsze honory. Jak dalece docenienie pańskich dokonań naukowych w rodzinnym kraju jest dla Pana ważne?

Jest bardzo istotne, zwłaszcza uznanie ze strony środowiska naukowego. Mam tu na myśli wybór do Polskiej Akademii Nauk i Polskiej Akademii Umiejętności, honorowe członkostwo Polskiego Towarzystwa Historycznego, księgi wydane z okazji jubileuszów itp.

W latach 1999-2008 był Pan prezesem Polskiego Instytutu Naukowego w Nowym Jorku, mającego duże zasługi w szerzeniu wiedzy o kulturze i historii Polski w Stanach Zjednoczonych, m.in. dzięki publikacji kwartalnika "The Polish Review", który dociera do blisko 400 bibliotek na świecie. Jak pan ocenia rolę PIN obecnie i w minionych latach?

Była ona szczególnie ważna w okresie komunizmu w Polsce, gdy nauka była skrępowana, ale nadal pozostaje istotna. Chciałbym tu dodać, że bardzo ważną, choć nieco inną rolę spełnia zorientowany w pełni na historię nowojorski Instytut Piłsudskiego. Przez wiele lat byłem członkiem jego Rady.

Kim czuł się Pan przez te wszystkie lata na obczyźnie?

Zawsze tkwiłem w tzw. nurcie polskim. Od końca wojny uważałem się za emigranta politycznego. Wstąpiłem do Polskiego Ruchu Wolnościowego Niepodległość i Demokracja, który był partią polityczną niewywodzącą się z żadnego przedwojennego stronnictwa, która starała się wprowadzić nowy styl politycznego myślenia. Kładła szczególny nacisk na federalizm przyszłej Europy, w której Polska miałaby odpowiednie znaczenie.
Na uniwersytetach Cambridge i London School of Economics działałem w związku polskich studentów, w LSE jako prezes. Stale interesowałem się polityką i sprawami kraju. Pisywałem do paryskiej Kultury i Zeszytów Historycznych i innych periodyków emigracyjnych, a kiedy stało się to możliwe, do Tygodnika Powszechnego, Więzi itd.


Jest Pan żonaty z Marią Teresą z Chrząszczów, mają państwo dwie córki i syna. Jak dzieci ułożyły sobie życie mieszkając w różnych miejscach na świecie?

Starsza córka Kasia mieszka we Francji, jest fotograficzką i pracuje dla wydawnictwa Paris Match. Druga, Joanna, jest głównym koordynatorem programu dla studentów zagranicznych na Uniwersytecie Pablo de Olavide w Sewilli. Ma męża Hiszpana i dwoje dzieci. Syn Antoni mieszka w San Francisco i pracuje w dziedzinie bioinformatyki/biotechnologii.

Czy uważa się Pan za człowieka spełnionego?

Próbę analizy mojej działalności podjąłem w artykule autobiograficznym "Historyk emigracyjny", przedrukowanym w książce O czasach dawniejszych i bliższych. Sądzę, że w istniejących warunkach zrobiłem maksimum tego, co się dało.

Dziękuję za rozmowę.


[W:] „Odra” Nr 5, 2011

[W:] „Przegląd Polski”, dodatek kulturalny do „Nowego Dziennika”, Nowy Jork, 6 maja 2011


czwartek, 20 lutego 2020

Marcin Kula Wokol Wankowicza





[w:] PAMIETNIK LITERACKI, Londyn, grudzień 2019


Marcin Kula


Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza
w Warszawie
               Wańkowicz po latach:

            towarzysz podróży historyków


             Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Wokół Wańkowicza, 
           PIW, Warszawa 2019, s. 696.


Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm imponuje rozmiarami oraz zapleczem materiałowym. W swoich opisach i analizie autorka wykorzystuje po pierwsze wiedzę, jaką zyskała, będąc przez lata sekretarką i asystentką Melchiora Wańkowicza. To jej przekazał swoje, skrupulatnie prowadzone archiwum, toteż miała dostęp do notatek pisarza, jego listów i wycinków. Sama korespondowała z mnóstwem ludzi, którzy mieli z nim kontakt. Prześledziła publikowane reakcje na jego książki. Przejrzała odnoszące się doń akta w archiwum paryskiej „Kultury” i w IPN… To nie jest „tylko" książka wspomnieniowa. Wspomnienia zostały w niej połączone z rezultatami wielkiej pracy, której trud przede wszystkim historyk potrafi docenić. 

Aleksandra Ziółkowska-Boehm stała się naszym przewodnikiem po drogach życia Wańkowicza. Widzimy jego codzienne bytowanie, różne prywatne sprawy, czytamy listy – co zresztą jest ciekawe nie tylko dla tej postaci, ale również dla refleksji nad historią kultury szeroko rozumianej. Towarzyszymy pisarzowi w smutku ostatniego okresu, kiedy był chory („Gdy pytałam, co go gnębi, opowiadał historie często sprzed lat, przypominał całożyciowe przykrości. Wszystko to, co mówił, było smutne, przygnębiające, czasami zdumiewające...” - s. 97).

Z książki można się dowiedzieć o najróżniejszych sprawach, z którymi Wańkowicz mial kontakt – na przykład o historii wydawnictwa „Rój", o życiu emigracji, o paryskiej „Kulturze”. Także o sporach i namiętnościach nie tylko literackich wokół dzieł pisarza (na przykład o druku przez Związek Niemieckiego Wschodu niemieckiego tłumaczenia „Na tropach Smętka”, z numerowanymi egzemplarzami, dla poznania metod Polaków – co mojemu pokoleniu niestety żywo przypomina, dajmy na to, biuletyny tekstów zachodniej prasy, nawet tekstów audycji WE, przygotowywane dla osob zaufanych w PRL). 

Badania autorki w zakresie życia i twórczości Wańkowicza były zbieżne – bowiem dzieło pisarza było wyjątkowo splecione z jego życiem. To był człowiek, który nie przestawał być reporterem (Wańkowicz: „Gdy jadę tramwajem, coś zmusza mnie do tego, bym się dowiedział, jaką książkę czyta ów pan w przeciwległym kącie wozu. Śledzę jakąś parkę na przestrzeni kilku ulic, aby się dowiedzieć, jakim mówią językiem. Zaglądam do cudzych okien, odczytuję wszelkie szyldziki na drzwiach mieszkań kamienicy, do której przybywam w odwiedziny, szukam na cmentarzu znajomych nazwisk. Obojętnych mi ludzi wypytuję o ich życie. Niezwykłe nazwy ulic zmuszają mnie do zastanowienia się, dlaczego one tak właśnie brzmią. Chciałbym przetrząsnąć każdą rupieciarnię i każdy stos starych papierów. Każdy napis "Wstęp wzbroniony" nęci mnie do przekroczenia zakazu, każda tajemnica zachęca do jej zgłębienia” - s. 181). 

Przeprawiając się wpław przez Dniestr pod koniec września 1939 r., Wańkowicz przeniosł maszynę do pisania (!). Potem pisał czy to o „codzienności” wojennej tułaczki, czy o wielkich sprawach. Gdzie go los rzucił, tam obserwował i opisywał otoczenie. Gdy go ten los uwikłał go w wojnę, tworzył obraz wojny. Gdy go zaniósł go do Palestyny, to tam rozwijał swoje zainteresowanie Żydami i syjonizmem. Fascynował się Ameryką, gdzie spędził dziewięć lat. Żyjąc wśród emigrantów, obserwował i definiował dylematy, wobec których stali (Wańkowicz: „W 1949 roku sądzę, że Rosja zwycięży, ale nie potrafi urządzić świata. I rozleci się. Iść za stroną skazaną na przegranie przeciw Rosji, jest bezmyślnym samobojstwem, a walka o rzekome walory kultury zachodniej – zakłamaniem publicystów, którzy potrafią recytować Wyspiańskiego, ale z ekonomii politycznej nie przeczytali nawet jednego podstawowego podręcznika” - s. 278). 

Gdzie Wańkowicza coś interesowało – tam starał się pojechać (bolszewicka Rosja, Meksyk okresu wojny religijnej). Po latach Ryszard Kapuściński zaczął pewien ustęp, chyba nie zdając sobie sprawy jak charakterystyczne dla siebie formułuje zdanie: „Gdy jechałem na rewolucje do...” (dalej padła nazwa jakiegoś kraju afrykańkiego, której już nie pamiętam). Podczas jakiejś konferencji o problemach społecznych w Ameryce Łacińskiej Kapuściński wyszedl, mówiąc, że wróci później – bowiem dotarło do niego, że właśnie w tym mieście, trochę dalej, rozgrywa się bijatyka manifestantów z policją; poszedł tam zatem, by samemu obejrzeć ekspresję problemów społecznych. Właśnie taka była odpowiednio wcześniej postawa Wańkowicza. Kapuściski nie musiał go oczywiście naśladować – ale przynajmniej w tym wymiarze postawa wielkich twórców reportażu była podobna. 

Pisząc swoje reportaże, Wańkowicz z pewnością nie myślał o przyszłych historykach. Stworzył jednak dla nas niezwykłe źrodło – i w tym sensie stał się towarzyszem naszej podróży w czasie. Dysponujemy różnymi źródłami – ale reportaże z epoki mówią do nas w inny sposob niż materiały aktowe, nawet niż różnego typu raporty. To są opisy zawodowych i zapasjonowanych obserwatorów, którzy najczęściej umieją patrzeć, analizować i uogólniać. Wystarczy zreszta popatrzeć na współczesnych polskich reporterów (by wymienić przykładowo: Jacka Hugo-Badera, Adama Leszczyńskiego, Małgorzatę Rejmer, Ziemowita Szczerka, Mariusza Szczygła, Małgorzatę Szejnert, Wojciecha Tochmana…). Przyzwoity reporter to obserwator nieraz bardziej wiarygodny niż wielu innych autorów źródeł opisowych, gdyż najczęściej jest mniej od nich zainteresowany osobiście sprawą, o której pisze. Nadto najczęściej stara się zrozumieć obserwowanych ludzi, wczuć się w ich pasje. Istnieje oczywiście niebezpieczeństwo, że reporter pójdzie mocno w kierunku literatury, że – jak wielki malarz – przedstawi atmosferę sytuacji nawet kosztem dokładności jej odzwierciedlenia. Wańkowicz, jak pisze autorka, „wprowadził reportaż polski na szerokie drogi literatury faktu” (s. 175). 

Czasem obserwowano takie podejście u Kapuścińskiego, którego teksty czyta się znakomicie i z pożytkiem dla zrozumienia biegu spraw, ale czasem z pytaniem, czy odmalowane w szczegółach sytuacje doprawdy tak wyglądały. Teksty Wańkowicza chyba mogą być jednak źródłem nawet dla historyka najbardziej wiernego kanonom uprawianego zawodu. Nie da się dziś pisać o Polakach w Prusach Wschodnich, czy o COP-ie, bez ich lektury. Sam notabene z pożytkiem korzystałem z wańkowiczowskich reportaży dotyczących Palestyny i Meksyku. Ciekawe były wrażenia pisarza z bolszewickiej Rosji. Niektore z jego reportaży były dosłownie unikalne – jak wywiady z Rydzem-Śmigłym i z Beckiem w Rumunii, czy z Abrahamem „Yairem” Sternem, żydowskim terrorystą poszukiwanym przez Anglików. Wańkowicz, będąc w Palestynie, starał się o kontakt z nim. Nie mógł go uzyskać – co nie dziwne. W końcu dostał wiadomość, że ktoś przyjdzie do niego wieczorem i od przebiegu rozmowy zależy, czy dojdzie do spotkania. Rozmowa toczyła się przez całą noc. Gość ulotnił się po końcu godziny policyjnej. Troche później Wańkowicz wyszedł na ulicę i na plakatach z ogłoszeniami o osobie poszukiwanej zobaczył swojego rozmówcę. 
Wątkiem interesującym dla historyka jest jednak także samo życie Wańkowicza. Biologowie mawiają, że patrząc na kroplę wody pod mikroskopem można wiele dowiedzieć się o nadspodziewanie szerokich zagadnieniach. Bogate życie Wańkowicza mogłoby być pryzmatem, przy pomocy którego dałoby się napisać kawał historii Polski. Niektóre jego etapy dokumentował sam Wańkowicz, inne – albo te same – opisała oraz zilustrowała dokumentami autorka. W książce pojawia się życie przedwojenne pisarza, dzieje wydawnictwa „Rój”, zawirowania wojenne, jego życie na emigracji i (co ważne!) wśród emigrantów, kontakty z „Kulturą”, decyzja o powrocie i jej echa w środowisku emigracyjnym... no i życie w PRL. Ten ostatni etap bardzo mnie zainteresował – bowiem nasunął mi pytanie jakie okoliczności sprawiły, że w komunistycznej Polsce Wańkowicz mógł być tak wielką postacią. Potwierdził też moje przekonanie, wywiedzione zarówno z pracy zawodowej, jak ze wspomnień, o niekoherencji tego systemu przynajmniej po 1956 r. 

Stwierdzenie, że Wańkowicz był wielką postacią bowiem był wielkim pisarzem, jest tylko częściową prawdą. W PRL nie on jeden był wybitnym pisarzem, a mało kto został tak zapamiętany. W końcu władze mogły nie dopuścić, by rósł w siłę jako pisarz. Myślę, że jego popularność w pierwszym rzędzie budowały cechy osobiste. PRL była w znaczącym stopniu krajem ludzi szarych i typowych. 

Nawet wśród relatywnie znanych postaci mało było oryginałów, osób nietuzinkowych, 
nieszablonowych. Takich władza zresztą nie lubiła. Wańkowicz zaś taki był. Robił wrażenie swoją postawą, przynajmniej zewnętrzną pewnością siebie, rozbudowanym ego („Ileż różnych cech miał w sobie ten czlowiek! Był jednocześnie i egoistą, i gotowym do poświęceń, wielkim łgarzem, egocentrykiem, gruboskórnym, a także wrażliwym na ludzkie cierpienie, lękającym się o sobie myśleć jako o wielkim pisarzu, delikatnym, czułym, tkliwym. Był sprzecznością. Sama nie wiem, które cechy dominowały, zależało to od ludzi, od układów, od sytuacji” - s. 101; „Był sprzecznością: i chciał, i nie chciał nagrody państwowej, orderu, uroczystego pogrzebu, wielkiej śmierci” - s. 110).
Bardzo mało było w PRL ludzi utrzymujących styl człowieka "do wypitki i do wybitki", przypominających szlachcica we dworze, prowadzących otwarty dom, gdzie bywała „cała Warszawa” („Lubił przyjmowć ludzi, lubił dawać dobrze zjeść. Ugaszczał ich delicjami, smakołykami, wyszukanymi różnościami, jak ośmiorice, ślimaki, żaby itp.” - s. 103). 

Był trochę człowiekiem dawnych czasów – co w PRL nie zdarzało się często, przynajmniej wśród osób funkcjonujących publicznie. Utrzymywał szeroką korespondencję, masowo otrzymywał listy od najróżniejszych nadawców, w tym od „zwykłych ludzi”. Wątpię, czy wiele znanych osób ludzi w ówczesnej Polsce odpowiedziałoby na list z pytaniem, czy dziecko ma nazwać psa „Dupek” (imię psa Wańkowicza), czy „Melchorek” (oczywiście od imienia samego pisarza). Jeszcze mniej odpowiedziałoby następująco: „Drogi Kubusiu, odbyłem z Dupkiem naradę, ale na razie do niczego nie doszliśmy: on chciał, żeby Twoj piesek nazywał się Dupek, a ja – żeby Melchiorek. Ale stało się tak, że już jedna dziewczynka nazwała swój jasiek Melchiorkiem, a biednego Dupka nikt jeszcze nie uczcił. Wobec czego powiedziałem Dupkowi >>mądry głupiemu ustąpi<<, na co on zamerdał ogonkiem. Ale powiedziałem: dobrze, niech piesek Kubusia zostanie Dupkiem Nr 2 i nie przynosi wstydu, ale na drugie imię niech ma Melchiorek. Na co Dupuś polizał mnie w nos, a więc się zgodził. Tak więc, jeśli Twój piesek będzie miał synka, to mu koniecznie wpisać należy imię ojca: "Dupek-Melchiorek". Daj mu z powodu tych chrzcin jakąś honorową kość. Całuję Ciebie – Melchior Wańkowicz” (s. 63-64).

Pisarz był – co wówczas rzadkie - człowiekiem-firmą, autorytetem otwartym na kontakty, wręcz lubiącym chcących się do niego zbliżyć. Zatrudniał sekretarkę, budował dom, gromadził własne archiwum, produkował mnóstwo tekstów. Był atrakcyjny jako człowiek z Zachodu. Jako ten, który wrócił, był dla władz do pewnych granic wygodny. Jego dzieła znajdowały uznanie czytelników w różnych gronach – także w szeroko rozumianym środowisku ludzi władzy. Wówczas było w nim przecież już znacznie więcej ludzi o mentalności z grubsza przeciętnej niż charakterystycznej dla wiekowych komunistow. W latach sześćdziesiątych PZPR coraz bardziej uderzała w nutę patriotyczną. Robiła to i dawniej, ale wówczas ta patriotyczna stopniowo stawała się niemal jedyną. Coraz częściej wracał klasyczny dyskurs o bohaterstwie Polakow. Oczywiście, cała ta ewolucja miała ograniczenia – ale zaryzykuję powiedzenie, że właśnie dlatego mówienie o Monte Cassino było dla ówczesnych władz wygodniejsze niż mówienie na przykład o AK i Powstaniu Warszawskim. W ramach tej ewolucji Wańkowicz mógł być nawet wygodny z punktu widzenia władz. Prawda, bywały z nim kłopoty. Nie chciał siedzieć cicho. Podpisal list 34. Praktycznie nie ukrywał swoich myśli. Gdy przyszedł kiedyś do mojego liceum na spotkanie z młodzieżą, ktoś z uczniów (nie ja!) zapytał go dlaczego nie pisze o… i tu wymienił jakąś sprawę wtedy drażliwą, doprawdy nie pamiętam już jaką. Pisarz odpowiedział jednym słowem: „Dlatego”. Brak mi talentu Wańkowicza (sic!), by oddać tę scenę – ale nikt na sali nie miał wątpliwości, że miało to znaczyć, iż władza nie pozwala. Niemniej jednak narastający w latach sześćdziesiątych moczaryzm go potrzebował. On zresztą przyjmował w domu niektorych ludzi wyraźnie o takiej orientacji (Załuskich, Jana Zygmunta Jakubowskiego) – trudno powiedzieć, czy cynicznie, czy z prawdziwej chęci. Na tym tle proces Wańkowicza był czymś więcej niż strzeleniem sobie przez establishment w stopę („Ostatecznie proces przyniósł Wańkowiczowi jeszcze większa popularnosć, stał się kimś w rodzaju bohatera. Ludzie zatrzymywali go na ulicy, otrzymywał kwiaty i listy od czytelników. Znany był powszechnie wypadek, kiedy przyszedł do teatru, zajął miejsce w pierwszym rzędzie i w połowie aktu jeden z aktorów, rozpoznawszy go, podszedł do rampy, ukłonił się i dopiero potem wznowił grę. Brawa publiczności pokwitowały to zdarzenie” - s. 358). 

Ten proces był czymś sprzecznym z logiką ówczesnej ewolucji PZPR. Całe posunięcie bardziej pasowało do Gomułki niż do Moczara i wszystkich ówczesnych arywistów z tego okresu. Nie mam na to żadnych dowodów, ale odnoszę wrażenie, że proces Melchiora Wańkowicza (1964) był nie tylko ukaraniem pisarza przez Gomułkę ze złości za niepodporządkowywanie się PRL-owskim władzom, ale również komunikatem dla środowiska literackiego, że władza jest zdecydowana wymóc posłuszeństwo (jeśli nie zawahała się zamknąć, postawić przed sądem i skazać na 3 lata tak wybitnego pisarza, na dodatek mającego wtedy 72 lata…). Ostatecznie władza nie zdecydowała się uwięzić Wańkowicza – choć istnieje legenda jakoby on w pewnym sensie nawet chciał tego. Trudno oczywiście powiedzieć, że ktoś chce siedzieć w więzieniu – ale on też w swojej roli oskarżonego coś rozgrywał. 

Logiki trudno się było doszukać w systemie także w przedstawianych w książce mniejszych sprawach. Po przyjeździe do Londynu pisarza odległego duchowo (i zaznaczającego swój dystans ukrytymi, ale przecież wyczuwanymi przez władzę czynami) witał na miejskim teminalu lotniczym konsul z koniakiem i kwiatami. Zasłużony dla wydawania Wańkowicza wydawca utrzymywał jakieś mętne konszachty z SB w wysiłkach pozyskania jego archiwum, zresztą nie udanych. Jak owego wydawcę dzisiaj oceniać – nawet tylko w ramach tematu „Wańkowicz”? Co było ważniejsze?
Józef Tejchma, wicepremier i Minister Kultury, osłaniał pisarza i pozostawał z nim w prywatnych stosunkach tak bliskich, że ten do jego żony pisał wierszyk: „Tejchmo Alicjo, Moja delicjo...” (s. 84). Pisarz aresztowany, z rewizją przeprowadzoną nawet w zawodowych materiałach, był jednak przetrzymywany w dobrych warunkach poza regularnym więzieniem. Został skazany, ale zwolniony od odbycia kary. Skazany, ale przyjęty na rozmowę przez samego Gomułkę („Pisarz mówił, że jedynie w Polsce możliwa jest sytuacja, aby skazany żył z wyrokiem półtorarocznego więzienia, poruszał się swobodnie, a nawet wyjeżdżał za granicę” - s. 358). 
Nawet jeżeli w tle może kryły się rozgrywki wewnętrzne w ramach PZPR, których nie znamy – to opisywane zjawisko było jednak głębsze.
Wańkowicz, pisarz opozycyjny, procesował się z Tadeuszem Walichnowskim – czołową postacią moczaryzmu, jedną z głównych postaci ofensywy marcowej, jedną z najmocniejszych postaci ówczesnego establishmentu policyjnego. Dobrze, procesował się o to, że tamten w swoim dziele napisał, iż „Na tropach Smętka” przyczyniło się do śmierci wielu osób (wskazując je Niemcom). Niemniej jednak procesował się. Proces zresztą wygrał – co niestety niewiele mu przyniosło, gdyż nie dożył wyroku.

Ten system był niekoherentny, niespójny, zaś Wańkowicz swoją postacią i swoją twórczością, nawet okraiwaną, ową niekoherencję powiększał. W Polsce czytano „Bitwę o Monte Cassino”, nawet jeśli okrojoną, w wielkich nakładach, nieporównywalnych z ewentualnym przeszmuglowaniem pewnej liczby tej książki z Zachodu – co pewno miałoby miejsce, gdyby tam pozostał. Barwność postaci pisarza też była elementem zdrowia w niezdrowej PRL. Choćby dla takich przyczyn cenne było, że wrócił – wbrew wszystkim krytykującym ten jego krok. 
Z punktu widzenia cech systemu PRL – pomijając oczywisty ludzki aspekt sprawy – ciekawe są ostatnie momenty życia pisarza. Aleksander Małachowski odnotował: „Umierający Melchior Wańkowicz wezwał moją żonę oraz mnie i przez wiele nocnych godzin przekonywał nas, dlaczego nie możemy dopuścić , by mu sprawiono uroczysty, państwowy pogrzeb. Oni - mówił - zechcą to zrobić nie dla mnie, ale po to, by się sfotografować przy mojej trumnie”. Pisarz wyraził życzenie, by w nagrobku na rodzinnym grobie nie naprawiać rzeźby uszkodzonej kulą wystrzeloną podczas Powstania Warszawskiego. Skądinąd dziś powszechnie uważany za nieskończenie tępiony Kościół wysyłał księdza z ostatnią posługą choć Wańkowicz o niego nie prosił. W pogrzebie uczestniczył minister kultury, pogrzeb prowadzil jeden z biskupów, kamery TV filmowały (unikając widoku księży w kadrze), SB spisała swoje raporty z pogrzebu, cenzorskie zapisy w sprawach związanych z Wańkowiczem trwały, rzecz jasna, po jego śmierci. W sumie: totalne pomieszanie, ale lepiej było tak, niż inaczej.

Last but not least, dla historyka ciekawe jest widoczne w sprawach Wańkowicza długie trwanie pewnych spraw dziejowych. One się w Polsce – choć nie tylko tu – nie mogą skończyć, niektóre nawet odradzają się. Za PRL niektóre były wyciszane, ale może tym bardziej żyły. Gomułka pomówił Jasienicę o sprawy z grubsza ćwierć wieku wcześniejsze – a potem miała miejsce okropna rozmowa Wańkowicza z umierającym. Upadł komunizm, a Polska wciąż żyje historią. Inni teraz mówią o Wałęsie sprzed pół wieku. Mnóstwo ludzi jest przekonanych, że tak trzeba i że w ogóle można rozwiązać wszystkie dawne sprawy. Także o tym, że o obraz przeszłości trzeba walczyć (w praktyce przy odwołaniu się do niego trzeba walczyć z przeciwnikami). W sumie: mało to zachęcające, przynajmniej z punktu widzenia historyka, który wolałby widzieć poparcie dla badań niż boje prowadzone w ramach tzw. polityki historycznej.
Marcin Kula, Wańkowicz po latach: towarzysz podróży historyków, PAMIETNIK LITERACKI, Londyn, grudzień 2019.