poniedziałek, 8 lipca 2019

Thomas Tomczyk

THOMAS TOMCZYK (Tomasz Tomczyk), architect, photojournalist, editorial cartoonist, Managing editor and publisher
**
Born August 9, 1969, Lodz, Poland; son of Wojciech Tomczyk and Aleksandra Ziolkowska-Boehm.

**
EDUCATION:
Politechnic of Warsaw, Architecture 1988-1990,

Bachelor of Architecture University of Arkansas, Fayetteville, Arkansas, 1993,

Masters Degree in Journalism, University of Missouri, Columbia, Missouri, 2002.

Consulting for Architects Inc.; Gruzen Samton Architects, New York, New York.; Gensler; HKS Architects; James Pratt Architecture, Dallas, Texas; Fisher Friedman Associates, San Francisco; Project Coordinator for Christmas in April organization with responsibility for coordinating and supervising over 90 volunteers involved in a renovation of a San Francisco Mental Crisis Clinic. 2002: Prepared a master plan and designed a dormitory building for Los Chavalitos, a non profit organization running an orphanage and school in Camoapa, Nicaragua. 1999/2000: University of Missouri Graduate

TEACHING ASSISTANT for Environmental Design Class with professor Benjamin Shwartz. September 1995 - June 1996: PHOTOGRAPHING WHILE TRAVELING overland through Asia: Turkey, Iran, Afghanistan, Pakistan, India, Sri Lanka, Nepal, Tibet, China and Japan. FREELANCED PHOTOSTORIES AND ARTICLES requiring extended length of stay in: Albania, Cuba, Egypt, Georgia, Poland, Sudan, Somaliland, India, Eritrea. 2000 - Worked as a photojournalist at "El Mercurio", Santiago, Chile.

AUTHOR:

ROATAN MAGIC Hidden Jewel of the Western Caribbean, Bay Islands Voice, 2010, ISBN 0-9829714-0-0  ;


two chapters: A Second Chance Farm”, “Animals in India” in: Aleksandra Ziolkowska-Boehm „On the Road with Suzy From Cat to Companion” (Purdue University Press 2010).
 

articles and photos: in "Northwest Arkansas Times", "Nowy Dziennik", "Polityka", "Rzeczpospolita", "Gazeta Wyborcza","Twoj Styl", "IPI Global Journalist," "World and I", "Lapis," ,"Missouri Life", "The Bay Islands Voice". EDITORIAL CARTOONS in "Columbia Missourian".

MANAGING EDITOR AND PUBLISHER "The Bay Islans Voice", Roatan, Honduras (2003-2012), MOTMOT MAGAZINE, Granada, Nicaragua (2014), PAYA MAGAZINE, Roatan, Honduras (2018-).

HONORS and AWARDS: 2000 Edom Photojournalism Award, University of Missouri- Columbia, Missouri; 2000 American Institute of Polish Culture Journalism Scholarship, AIPC- Miami, Florida; 2000 Kosciuszko Foundation Journalism Scholarship, Kosciuszko Foundation- New York, New York; 1993 Larry Obsitnik Photojournalism Award, University of Arkansas - Fayetteville, Arkansas.

==Sources==
*Marquis Who’s Who in America, New Providence, NJ., (USA, since 70 edition);
* ''Who is Who in Polish America'' (ed. Boleslaw Wierzbianski). New York: Bicentennial Publ. Corp., 1996; ISBN 0-7818-0010-1;


.*''Wielka Encyklopedia Polonii Swiata'' (Red. Prof. dr Zbigniew Piasek), Instytut Edukacji i Rozwoju w Częstochowie oraz Wydawnictwo Akademii Polonijnej Educator, Częstochowa, 2014, ISBN 978-83-7542-116-3.


LINKS


http://www.worldcat.org/title/rebuilding-of-the-massawa-asmara-railway/oclc/731030365&referer=brief_results

http://archiwum.polityka.pl/autor/tomasz-tomczyk,0,10625.html


http://www.bayislandsvoice.com/author/thomas








XX












XX















Norman, Aleksandra, Thomas

Lata 1990-e, Wilmington, Delaware


Thomas Tomczyk - Dziennikarz z wysp karaibskich




Rajastan



























Tybet



















z Ryszardem Kapusinskim, mieszkanie w Warszawie

z Mamą Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, Łazienki Warszawskie




Kenia











Kenia








Dziennik Polonii w Kanadzie
www.gazetagazeta.com
List oceaniczny - dodatek kulturalny do GAZETY, Toronto
Dziennikarz z Wysp Karaibskich - Thomas Tomczyk
 Paulina Potocka
Apr 5, 2004


http://www.cultureave.com/dziennikarz-z-wysp-karaibskich/


O małym Tomku w domu Wańkowicza napisała Zofia Kucówna w pięknej książce „Zatrzymać czas”, że kiedy odwiedziła pisarza „po pokojach biegało małe dziecko, chłopczyk... i dzięki niemu ten dom nie był smutny”. Był rok 1973 – rok później 82-letni autor „Monte Cassino” zmarł.

Jako czteroletni chłopiec przeniósł się z Łodzi do Warszawy z matką, która po ukończeniu studiów zaczęła pracę u wielkiego pisarza Melchiora Wańkowicza, z którego najpierw pisała magisterium, a później doktoryzowała się. Po śmierci pisarza w książce „Blisko Wańkowicza” Aleksandra Ziółkowska napisała osobny rozdział zatytułowany „Król Herod to był mądry król...” cytując wielkiego reportera, który starszy i schorowany, nie miał cierpliwości do przeszkadzających mu dzieci. Ziółkowska pokazuje także, jak Wańkowicz straszył jej małego wtedy synka policjantem, kiedy ten w ogrodzie obłupał korę z drzewa, jak dawał mu order czarnego ciastka za dobre zachowanie, układał wierszyki na urodziny malca i jak czytał mu Koziołka Matołka naśladując „jak wyją wilki”. Oto wiersz Wańkowicza (cytat z „Blisko Wańkowicza”):

Dobra nasza, dobra nasza!...
Dziś urodziny Tomasza
Frajda taka, frajda taka,
Że możem uczcić dzieciaka.
Dostanie tort i skakankę
I składankę budowlankę
A jak Ania będzie chora
Może bawić się w doktora.
Pamiętaj: kto ma pięć lat
To jest straszak, no i chwat
Nie jest zbyt gorąca zupka
Nie ciągnie za ogon Dupka.
Bo kto dybie ciągle na psa
Ten dostaje za to klapsa.
Nie ciągnie go też za ucho
No i starszych zawsze słucha.
Wynosząc Cię pod niebiosy
Życzymy byś miał dwa nosy
Rączkę, nóżkę zapasową
I jeszcze i to, i owo.
Abyś był chłopaczek żywy
Ale grzeczny, nie wrzaskliwy
I w sędziwych pięciu latach
Nigdy nie deptał po kwiatach.
I jeśli jesteś coś warty
Zawsze słuchaj pani Marty.
I jak przetrwasz tak rok cały
Będziesz szkolniak doskonały
Wszyscy będą lubić Ciebie
I będziesz się czuł jak w niebie.

Tomek jest także bohaterem późniejszej książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm „Ulica Żółwiego Strumienia”, po lekturze której Szymon Kobyliński (który znał Tomka od dziecka, oceniał jego rysunki namawiając do własnego spojrzenia) napisał:„-Tomek jawi się przede wszystkim jako dobry, a to komplement najszczytowszy z możliwych, zwłaszcza dziś, a ponadto od małego mądry życiowo i sercowo... Jego losy, rozpostarte po mnóstwie krain i szkół, jednak zaliczanych „w cuglach”, są świetnym leitomotivem całej narracji. Coś rośnie i dojrzewa z tym chłopakiem, coś się spełnia i czyni coraz bogatszym duchowo” (cytat z książki „Nie minęło nic, prócz lat”).

Na coroczne wakacje zimą i latem jeździł z mamą do Halamy w Zakopanem i do Nieborowa. Aleksandra jakby wciąż dbała o jego nowe wrażenia i przeżycia. Poleciała z nim samolotem do Krakowa, „aby chłopiec zaznał lotu samolotem”. Po latach jego babka będzie mówić – „mój wnuk więcej jeździ samolotami niż ja autobusami..”.

Pierwszą daleką podróż mama wymyśliła przed rozpoczęciem szkoły. Na „zakończenie dzieciństwa” wybrali się w podróż morską statkiem handlowym do Włoch i do Maroka.
Po skończeniu piątej klasy szkoły podstawowej towarzyszył jej na stypendium do Kanady, gdzie chodził do katolickiej szkoły (Ziółkowska opisała ten okres w rozdziale „Szkoła w Kanadzie” w książce „Nie tylko Ameryka”). W Toronto zastał ich stan wojny i pozostali ponad dwa lata. Tomek nauczył się języka angielskiego, zaczął naukę francuskiego, którą potem kontynuował w Instytucie Francuskim w Warszawie. Nauczył się także dobrze hiszpańskiego. Mama pisze, że nauka języków jest niewątpliwie pozytywnym rezultatem ich częstego przemieszczania się. W Toronto roznosił gazety, należał do harcerstwa, wyjeżdżał z matką na Florydę i do Nowego Jorku. W Kanadzie, jak pisze matka, „usposobienie zmieniło mu się na pozytywniejsze”, ale Tomek tęsknił do rodziny, do zostawionego z dziadkami jamnika i bardzo chciał wracać.

Wrócili do Warszawy w grudniu 1983 roku mając wcześniej przyznany stały pobyt w Kanadzie. Śmieszne perypetie ze zdobyciem podręczników, z wywiadówką w polskiej szkole opisane są także w przywoływanej książce „Ulicy Żółwiego Strumienia”. Starannie przygotował się do egzaminów wstępnych, które zdał i dostał się do dobrej szkoły Reytana w Warszawie. Miał czas szczelnie wypełniony - uczył się gry na flecie, chodził na naukę języków. Z chłopcem rozmiłowanym w grze w szachy nie chciała grać mama (bo ponoć nie umie), ale grywał on z przywiezionym z Kanady komputerem, a także z odwiedzającym przyjacielem domu Michałem Radgowskim. Szachami i fotografią zainteresował chłopca młodszy brat mamy, Krzysztof.

W pokoju Tomka na ścianie wisiała duża mapa świata. Ulubioną zabawą z mamą było, by poszukała na mapie jakiekolwiek miejsce: miasto czy region w świecie i spytała o nie Tomka, który miał wyznaczony krótki czas na odszukanie. Znał bowiem mapę świata na pamięć. Częstym gościem matki w mieszkaniu na Mokotowie bywał Ryszard Kapuściński, który zachodził do pokoju chłopca, mówił mu, że marzenia o podróżach można spełnić, że można pojechać wszędzie, na przykład do Afryki także. Jak się tylko bardzo chce. Kapuściński swoją serdecznością i delikatnością ujmował i Tomek z czasem stał się zapalonym czytelnikiem jego książek.

Będąc uczniem szkoły Reytana przerwał naukę i towarzyszył Pani Aleksandrze w jej kolejnym amerykańskim tym razem stypendium, cały semestr uczęszczając do szkoły na Florydzie. Do Stanów jeździł jeszcze dwukrotnie z mamą na jej stypendia (zawsze amerykańskie, nie polskie). Jak mama mówi, jakimś cudem nigdy nie powtarzał roku i zawsze uzupełnił materiał. Po maturze jako kierunek studiów wybrał architekturę ucząc się wcześniej dwa lata rysunku. Zdał dobrze egzaminy wstępne i stał się studentem wydziału architektury Politechniki Warszawskiej. Jako student miał praktyki w Sandomierzu, także Czechosłowacji, ale jak wielu młodych ludzi jeździł po całej Europie, między innymi zbierał winogrona we Francji. Mama opisuje wzruszającą historię, gdy ukradziono mu plecak w Lizbonie, znalazł schronienie u ojców Palotynów i po tygodniu sam odnalazł złodzieja. Ten sam fakt opisał później ksiądz Andrzej Gładysz w „Naszej Rodzinie” (przedrukowanym w „Nowym Dzienniku” 25-25 lipca 1992) w artykule „Polacy w Portugalii”. Cytuję:

„Jako ostatniego, wspomnę pewnego studenta architektury, bardzo miłego i kulturalnego, który poprzedniego lata, podróżując jako turysta, został w Lizbonie doszczętnie okradziony (przypadek wcale nierzadki). Zamieszkał u nas na kilka dni do czasu, aż Konsulat wyrobi mu powrotne dokumenty. W ciągu kilku dni chłopak wytropił złodzieja, odzyskał większość swych rzeczy, a winowajcę oddał w ręce policji. Ostatni akt tego dramatu rozegrał się w mojej obecności w komisariacie policji: Tomek wraz ze złodziejem, już w kajdanach, padli sobie w objęcia za pożegnanie i ściskali się ze łzami w oczach”.

Według książki „Ulica Żółwiego Strumienia” (str. 445) ta historia od strony Tomka wyglądała tak: „Patrzyłem na niego i zrobiło mi się go żal. Podszedłem, podałem dłoń – Con Dio (zostań z Bogiem), powiedziałem... Portugalczyk popatrzył na mnie, oczy mu się zaszkliły, chwycił mnie wpół i schylił głowę. Trwaliśmy tak chwilę”.

Był na drugim roku architektury, gdy mama wyszła za mąż za Amerykanina i przeniosła się do Stanów. Tomek doleciał do nich i kontynuował studia architektury na uniwersytecie w Fayetteville w stanie Arkansas, gdzie wykładał słynny amerykański architekt Fay Jones. W czasie wakacji jeden miesiąc pracował, resztę podróżował. Był na przykład w Puerto Rico, objechał autobusem cały Meksyk aż do Jukatanu, mając wciąż polski paszport pojechał na Kubę. Wiele fotografował i fotografia stała się jego dużą pasją. Na czwartym roku studiów, zgodnie w programem, cała grupa studentów architektury uniwersytetu w Fayetteville przeniosła się na studia do Rzymu. Tomek dorabiał jako tłumacz w TV, wykonywał rysunki-portrety i jeździł - i po Włoszech i po innych krajach. Bywał także w Warszawie.

W „Twoim Stylu” (listopad 1992) przeprowadzono z nim wywiad z cyklu ”Rodzinne wartości”, powiedział w nim, że chociaż studiuje architekturę, ale ciągnie go do reportażu. Powiedział także:„Mama miała i ma przyjaciół z kręgu literackiego. Tematy, o których się u nas rozmawia, były mi znacznie bliższe, niż te poruszane z rówieśnikami. Czasami czułem się niezręcznie, gdy stwierdzałem, że nudzę się z kolegami. Nie było to żadne wywyższanie się. (...) Podziwiam moją mamę za to, że przez tyle lat udało jej się pozostać samodzielnym i niezależnym człowiekiem. I że mnie tak wychowała. Nigdy nie patrzę w przeszłość, myśląc, że chciałbym coś w niej zmienić, odwrócić. Czasami było ciężko. Zmiana kraju, kontynentu, oderwanie się od czegoś, co się znało, nowe środowisko, inne problemy... Polska, Kanada, znów Polska, potem Stany, Polska i znowu Stany... Myślę, że jednak udało mi się odnaleźć siebie w takim rytmie życia, wyciągnąć z niego korzyść. Jestem przygotowany na to, że w każdej chwili mogę zmienić miejsce zamieszkania, studiów” (...) Jak pisze mama, Tomek ma swoje nieduże pokoje z książkami i w warszawskim mieszkaniu i w domu w Wilmington w stanie Delaware.O swoim podróżowaniu do Jugosławii mówił w radiu WAWA.

W „Polityce”(19 marca 1994) ukazał się jego tekst „Jak studiować w Ameryce”, przedrukowany potem w nowojorskim „Nowym Dzienniku”, zaczynający się od słów: ”Przeżyłem głęboką konsternację, gdy podczas jednego z pierwszych wykładów kolega poklepał po plecach 60-letniego profesora i spytał: ”Jak ci leci, Earl?”. Starszy pan odpowiedział: ”W porządku. Czy miałeś okazję popracować nad zadaniem, Ken?” Przez następne dwa miesiące stopniowo zmieniałem własne wyobrażenia o stosunkach między studentami a ciałem pedagogicznym”. W „Rzeczypospolitej” drukuje duży reportaż z fotografiami z Gruzji zatytułowany ”W krainie anarchii” („W Gruzji nie istnieje armia z prawdziwego zdarzenia – w Tbilisi i większych miastach widać czasem patrole armii rządowej, natomiast wieś i rejony przygraniczne zostały pozostawione samym sobie”...).

Fotografie Tomka drukuje „Gazeta Wyborcza”. W „Twoim Stylu” (Nr 11,1992) ukazuje się jego obszerny reportaż z fotografiami z Albanii: „Albania, czyli przebudzenie”. Cytat:

„Wydaje się, jakby trzy czwarte miasta wzięło jednocześnie urlop, ale nikt nie miał pieniędzy, by gdziekolwiek wyjechać”.(...) Teraz Albania stała się miejscem swoistego polowania na dusze. Do Tirany przylecieli bogaci muzułmanie z Jordanu i Arabii Saudyjskiej. Nie skąpią oni pieniędzy na odbudowę meczetów i na uczenie młodzieży i dorosłych jak powinien modlić się pobożny muzułmanin. Otwiera się także na nowo świątynie, których fasady i wnętrza zostały kiedyś przebudowane, aby zatrzeć ich religijny charakter i przystosować do nowej funkcji. (...) Przyjechać do Albanii teraz, to dla jednych o kilka lat za późno. Dla innych o wiele lat za wcześnie”.

Także w „Twoim Stylu” (Nr 6, 1993) ukazał się reportaż Tomasza Tomczyka z Kuby: „Plaże pod specjalnym nadzorem”. Cytat:

„Niewątpliwym sukcesem nowego systemu jest zlikwidowanie uprzedzeń rasowych. Ten najbardziej zhispanizowany, kiedyś najbardziej konserwatywny skrawek Ameryki Łacińskiej, stał się przykładem tolerancji. (...) Jeśli widać na wyspie dyskryminację, to jest ona skierowana przeciw... samym Kubańczykom. Kubańczyk nie ma prawa wejść do hotelu, do restauracji czy sklepu, a nawet na niektóre plaże, o ile nie znajduje się w towarzystwie obcokrajowców” (...)„Maria mówi, że ma szczęście. Poznałem ją w drodze z Hawany do Bahia Honda. Zatrzymała nasz samochód. Maria jechała na kilka dni do swojej rodziny na wsi. Przywoziła stamtąd żywność, tak trudno osiągalną w stolicy” (...).

W amerykańskim piśmie „Northwest Arkansas Time” (October – November 1992) jako Thomas Tomczyk drukuje cykl reportaży z Albanii: „A little slice of Albanian history”, „Poor country rich in culture, hospitality”, „Albania: Forty-eight years of Isolation”. Na studiach obok architektury jako przedmiot dodatkowy wybrał dziennikarstwo, otrzymał prestiżową nagrodę przyznawaną przez Fulbright College Awards – „The Larry Obsitnik Award in Photojournalism”.

Po otrzymaniu dyplomu architekta pracuje w Dallas w dużej firmie architektonicznej, kupił stare Porsche. W rok później sprzedał samochód i wyjechał w podróż, o której mówił mamie od dawna, podróż dookoła świata. Marzył o niej jako chłopiec słuchający opowieści Kapuścińskiego. Był blisko rok w Turcji, Egipcie (gdzie nawiązał kontakt z pismem i drukował w „Cairo Today”), Iranie, Afganistanie, Pakistanie, Nepalu, Tybecie, objeżdża Indie (kupiwszy motocykl w New Delhi i po trzech miesiącach sprzedając go w tym samym miejscu), Sri Lance, Chinach, Japonii... Mama zapytana o odwiedzone przez syna miejsca, nie umie wymienić wszystkich krajów, pamięta tylko, że co tydzień telefonował, i pamięta, jak nie spała nocami, gdy tydzień mijał, a telefon nie dzwonił. Z Alaski pojechał do San Francisco, miasto zrobiło na nim urzekające wrażenie i postanowił w nim zamieszkać. Wynajął mieszkanie na słynnej Lombard Street, pieszo chodząc do pracy do dużej firmy architektonicznej. Ma motocykl, zawsze uprawia sport – jeszcze w Polsce judo, w Stanach szermierkę, polo i boks. W San Francisco zrobił licencję z paragliding. I znowu obmyśla wyjazd. Tym razem jedzie do Afryki, między innymi do Kenii, Etiopii, Sudanu i Somalii.
W „Polityce” (11 września 1999) w cyklu „Na własne oczy” ukazuje się jego poruszający reportaż zatytułowany „Sudańska fabryka głodu” ze wstrząsającymi zdjęciami. Reportaż zaczyna tak:

„Wokół snują się nagie postacie o patyczkowych kończynach i olbrzymich głowach. Obcy czuje się tu nieswojo. Jest jak na innej planecie, otoczony przez mieszkańców o twarzach mędrców i zanikłym ciele.Najsłabsze dzieci leżą w cieniu drzew nie mając sił, by odgonić z twarzy muchy. Trzylatki nie potrafią jeszcze chodzić. Dzieci wyglądające na cztery lata, mają siedem. W centrach terapeutycznych południowego Sudanu tygodniami balansują na granicy życia i śmierci. Wolontariusze organizacji „Lekarze bez granic” przyjmują je tu, gdy ich waga spada poniżej 60 procent normalnej. Nagość jest wszędzie wszechobecna”. (...)Niebawem potem wspominani w reportażu „lekarze bez granic” otrzymali pokojową nagrodę Nobla. W nowojorskim „Nowym Dzienniku” Tomasz Tomczyk wydrukował reportaż z Egiptu, Somalii i Sudanu: „Z dala od piramid”, i „W Somalilandzie już nie strzelają”, „Siedem plag Sudanu”.

Tomek postanawia zrobić magisterium właśnie z dziennikarstwa. Wybrał najstarszy amerykański wydział dziennikarstwa na uniwersytecie w Columbii w Missouri. Sam znajduje wcześniej pracę jako „assistant professorship” – prowadzi zajęcia na wydziale architektury i jednocześnie studiuje na wydziale dziennikarstwa (co zwolniło go z ogromnych opłat za studia magisterskie). Otrzymuje dodatkowe stypendium na uniwersytecie, jak i z Miami The American Institute of Polish Culture i z nowojorskiej Fundacji Kościuszkowskiej.Jest czynny i bardzo zajęty. Drukuje swoje cartoons w prasie (zawsze powołuje się na wpływ politycznych rysunków Szymona Kobylińskiego). Te rysunki z komentarzami także politycznymi drukowane w prasie amerykańskiej są dużym Tomka osiągnięciem. Drukuje dalej reportaże, duże echa wywołał jego reportaż „Step by Step” w „Columbia Missourian”. W czasie studiów - jak większość studentów dziennikarstwa - dużo jeździ. Jedzie ponownie do Indii. W nowojorskim miesięczniku „Lapis” drukuje „cover story”- reportaż z fotografiami na temat święta „Maha Kumbha Mela”, jego fotografie ukazują się w „Missouri Life”, z Sudanu w „World and I”, „Global Journalist”.

W uniwersyteckim miasteczku Columbia organizuje wystawę fotograficzną „Stacje Krzyżowe”. Powiedział, że inspirację do tego tematu uzyskał w Sudanie, kiedy patrzył na ludzkie nieszczęścia. Wystawa wzbudziła poruszenie w kościele, ksiądz Edwin Cole mówi, że fotografie młodego fotoreportera ożywiły parafię. Praktyki studenckie odbywa w wielkiej codziennej gazecie w Santiago de Chile, gdzie drukuje po hiszpańsku swoje teksty. Pracę magisterską pisze z Erytrei, gdzie spędza 3 miesiące zbierając materiał na temat odbudowywania kolei, w której biorą udział Włosi. Otrzymuje nagrodę jako finalista w „Photographer’s Forum Magazine” w Los Angeles. Po skończeniu magisterium pracuje jako architekt w Nowym Jorku, wyjeżdża do Nikaragui i Hondurasu. Od marca 2003 roku jest na Karaibach – na wyspie Roatan otwiera własny dwutygodnik „Bay Islans Voice”. Jest w języku angielskim i ma kilka stron w języku hiszpańskim. Ukazało się ponad 20 numerów, obejmuje zasięgiem wyspy Roatan, Utila i Guanaja. Pismo ma wiele ogłoszeń, wspiera lokalny uniwersytet, sponsoruje uzdolnioną biegaczkę. Przeprowadza wywiady między innymi z „pierwszą damą Hondurasu”, z szefem policji, z gubernatorem wyspy. Tomek zatrudnia dwie osoby, poszukuje odpowiedzialnych ludzi znających nie tylko angielski, ale i hiszpański. Na ogłoszenie o pracę zgłosiło się 50 amerykańskich młodych dziennikarzy. Od 2004 roku uruchamia kwartalnik „Echo”. Na stronie internetowej podkreśla, że urodził się w Łodzi (którą opuścił jako 4-letni chłopiec), że jest z Polski.

- Czy brakuje mu ojczyzny? – na te i inne pytania nie mam odpowiedzi. Może kiedyś, gdy będzie w Stanach, uda mi się z nim przeprowadzić wywiad?W 1992 roku w „Twoim Stylu” w wywiadzie z Elżbietą Chęcińską powiedział:„Gdzie jest mój dom rodzinny? Nie wiem. Najbardziej chyba cenię dom moich dziadków, który pachnie dzieciństwem. Dziadek zmarł, ale jest babcia, są wujkowie (...) Dużo podróżuję i wiem, że mama martwi się o mnie. Po powrocie opowiadam jej przeróżne, niesamowite historie, a ona aż wstrzymuje oddech. Zapewniam ją, że uważam na siebie, ale i tak się niepokoi”(...).

Porozmawiałam na jego temat z mamą, Aleksandrą Ziółkowską-Boehm. Mówi, że Tomek ma wielkie serce, że jest wrażliwy, pełen inicjatywy, wymagający dużo od siebie, i że ciężko pracuje. Podziwia jego niemałą wiedzę, jego oczytanie, znajomość języków, umiejętność zorganizowania się i dostosowania. Oczywiście, że jest dumna - jest jej jedynym ukochanym synem, którego sama wychowała. Mówi: „Gdy się rodzi dziecko, troska i zmartwienie już nas nie opuszcza. Tym bardziej, gdy jest wciąż w ruchu... Każdy jego kolejny wyjazd to mój wielki niepokój, czasami wręcz strach”. Ziółkowska uważa także, że płaci się dużą cenę za to podróżowanie i przemieszczanie. Tomek wciąż nie ułożył sobie życia, czego i jemu i sobie życzy. Są wciąż oddaleni. - Może gdybym go nie wychowała w przekonaniu, że świat stoi otworem, że można sięgać po marzenia... Daje przykład swojego starszego brata Henryka, który w Polsce buduje dom z czterema osobnymi mieszkaniami, w których zamieszkają jego dwaj synowie. Będą pod jednym dachem. Jest to inny model życia – jakże pełen komfortu psychicznego, - mówi Aleksandra Ziółkowska-Boehm.

(skrócona wersja tego tekstu ukazała się w: WEEKEND, Nowy Dziennik, Nowy Jork, 21 lutego 2004)

BAY ISLANDS VOICE
bi-weekly news magazinefor Roatan, Utila & Guanaja
REPORTING LIFE OF THE ISLAND COMMUNITY


http://www.cultureave.com/dziennikarz-z-wysp-karaibskich/



EDUCATION:
Politechnic of Warsaw, Architecture 1988-1990,

Bachelor of Architecture University of Arkansas, Fayetteville, Arkansas, 1993,

Masters Degree in Journalism, University of Missouri, Columbia, Missouri, 2002.
Worked as an ARCHITECT: Dore & Whittier Architects, Burlington, Vermont;


Consulting for Architects Inc.; Gruzen Samton Architects, New York, New York.; Gensler; HKS Architects; James Pratt Architecture, Dallas, Texas; Fisher Friedman Associates, San Francisco; Project Coordinator for Christmas in April organization with responsibility for coordinating and supervising over 90 volunteers involved in a renovation of a San Francisco Mental Crisis Clinic. 2002: Prepared a master plan and designed a dormitory building for Los Chavalitos, a non profit organization running an orphanage and school in Camoapa, Nicaragua. 1999/2000: University od Missouri Graduate

TEACHING ASSISTANT for Environmental Design Class with professor Benjamin Shwartz. September 1995 - June 1996: PHOTOGRAPHING WHILE TRAVELING overland through Asia: Turkey, Iran, Afghanistan, Pakistan, India, Sri Lanka, Nepal, Tibet, China and Japan. FREELANCED PHOTOSTORIES AND ARTICLES requiring extended length of stay in: Albania, Cuba, Egypt, Georgia, Poland, Sudan, Somaliland, India, Eritrea. 2000 - Worked as a photojournalist at "El Mercurio", Santiago, Chile.

AUTHOR:

ROATAN MAGIC Hidden Jewel of the Western Caribbean, Bay Islands Voice, 2010, ISBN 0-9829714-0-0

articles and photos: in "Northwest Arkansas Times", "Nowy Dziennik", "Polityka", "Rzeczpospolita", "Gazeta Wyborcza","Twoj Styl", "IPI Global Journalist," "World&I", "Lapis," "Missouri Life", "The Bay Islands Voice". EDITORIAL CARTOONS in "Columbia Missourian".

MANAGING EDITOR AND PUBLISHER "The Bay Islans Voice", Roatan, Honduras (2003-2012), MOTMOT MAGAZINE, Granada, Nicaragua (2014-).

HONORS and AWARDS: 2000 Edom Photojournalism Award, University of Missouri- Columbia, Missouri; 2000 American Institute of Polish Culture Journalism Scholarship, AIPC- Miami, Florida; 2000 Kosciuszko Foundation Journalism Scholarship, Kosciuszko Foundation- New York, New York; 1993 Larry Obsitnik Photojournalism Award, University of Arkansas - Fayetteville, Arkansas.

==Sources==





* Marquis Who’s Who in America, New Providence, NJ., (USA, since 70th edition), ISBN 978-0-8379-7057-1 ,

* ''Who is Who in Polish America'' (ed. Boleslaw Wierzbianski). New York: Bicentennial Publ. Corp., 1996; ISBN 0-7818-0010-1 ,


* ''Wielka Encyklopedia Polonii Swiata'' (Red. Prof. dr Zbigniew Piasek), Instytut Edukacji i Rozwoju w Częstochowie oraz Wydawnictwo Akademii Polonijnej Educator, Częstochowa, 2014, ISBN 978-83-7542-116-3 .


LINKS


http://www.worldcat.org/title/rebuilding-of-the-massawa-asmara-railway/oclc/731030365&referer=brief_results

http://archiwum.polityka.pl/autor/tomasz-tomczyk,0,10625.html


http://www.bayislandsvoice.com/author/thomas

http://www.motmotmag.com/author/publisher/

http://www.cultureave.com/dziennikarz-z-wysp-karaibskich/


https://payamag.com
 
**





















sobota, 6 kwietnia 2019

PAP -wywiad- W WYDANIU KSIAZKI W AMERYCE POMOGLI MI APACZE



Aleksandra Ziółkowska-Boehm: w wydaniu 

 

książki w Ameryce pomogli mi Apacze

 

  Aleksandra Ziółkowska-Boehm. Fot. Andrzej Bernat

 
W wydaniu książki „Otwarta rana Ameryki”, poświęconej tematyce indiańskiej, pomogli mi Apacze – mówi PAP Aleksandra Ziółkowska-Boehm, autorka 20 książek wydanych w Polsce i 9 opublikowanych przez amerykańskie i kanadyjskie wydawnictwa.
PAP: Niedawno w Stanach Zjednoczonych ukazała się pani książka "Untold Stories of Polish Heroes from the Second World War" - dziewiąta wydana po angielsku za oceanem w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. O czym opowiada?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: "Untold Stories...", czyli "Nieopowiedziane historie polskich bohaterów z czasów II wojny światowej" zawiera osiem opowieści pokazujących losy Polaków "z wojną w tle" - m.in. jest to historia dyplomaty dr Tadeusza Brzezińskiego, ojca Zbigniewa, który jako konsul polski w Lipsku w latach 1931-35 pomógł wielu Żydom m.in. dając im wizy wyjazdowe; wysyłał też do Ministerstwa Pracy w Saksonii listy protestujące wobec nakazanego przez Hitlera bojkotu żydowskich sklepów. W latach 1936-37 był konsulem w Charkowie, a w 1938 r. został polskim konsulem w Montrealu. Po latach, w roku 1977 Menachem Begin przysłał Tadeuszowi Brzezińskiemu list, w którym m.in. napisał, że "Żydzi nigdy nie zapomną o nim - o wielkim przyjacielu, który niósł im pomoc w tamtych strasznych czasach".
PAP: A inni bohaterowie, których historie pani przedstawia?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Piszę też o Marionie Andre, który po ucieczce z getta warszawskiego wziął udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie osiadł w Kanadzie. Nieraz wypowiadał się publicznie na temat Polski i Polaków, m.in. w 1989 r. na łamach "Globe and Mail”, wspominał, że jego matka i on przeżyli wojnę dzięki Polakom. Pokazuję postać pilota dywizjonu 303 Rudolfa Falkowskiego, który miał w życiu dwa marzenia – by zostać pilotem i pisarzem. Piszę o dwóch uczestniczkach Powstania Warszawskiego, jedna po wojnie znalazła się w USA, druga po obozie w Ravensbruck, osiadła w Warszawie. Trauma Ravensbrueck z niesłychaną mocą powróciła do niej w ostatnich latach jej życia.
Przypominam poetę Tomasza Łychowskiego, który jako dziecko był więziony na Pawiaku. Po wojnie z rodzicami znalazł się w Brazylii. W książce znalazła się też opowieść o Polakach na Wołyniu, m.in. o obecnej mieszkance Chicago Marysi Kowal z domu Sieczka, która straciła w rzezi wołyńskiej jedenastu członków rodziny. Piszę również o Wiesławie Chrzanowskim fotografiku Powstania Warszawskiego, o rodzinie Batorskich z Hajnówki, zesłanej na Syberię - ojciec zmarł tam w więzieniu, a matce z córkami udało się wydostać ze Związku Radzieckiego i dotarły aż do Meksyku. Jedna z córek, Danuta, została wybitnym profesorem historii sztuki w Teksasie.
PAP: Pisząc o dramatycznych kolejach losu Polaków w czasie wojny i po wojnie, na emigracji, chroni pani od zapomnienia prywatne ludzkie biografie nierozerwalnie związane z historycznymi wydarzeniami.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Moje opowieści o Polakach po wojnie osiadłych na kontynencie amerykańskim w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, ale i w Brazylii oraz Argentynie dobiegają końca. Większość rozmówców - bohaterów moich książek już odeszła. Cieszę się, że dane mi było zetknąć się z nimi, a oni podzielili się ze mną swoimi doświadczeniami. Od lat 80. praktycznie po dziś prowadziłam rozmowy, nagrywałam wywiady, z wieloma osobami się zaprzyjaźniłam. To ludzie, którzy mnie zadziwili swoją postawą - pozostali szlachetnymi, pozbawionymi goryczy ludźmi, mimo tak wielu ciężkich przejść. W efekcie rozmów powstały takie książki, jak „Kanada, Kanada”, "Amerykanie z wyboru i inni", "Korzenie są polskie", "Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon", "Lepszy dzień nie przyszedł już", "Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego Krzyża". I to prawda - były to biografie poszczególnych ludzi mocno wpisane w naszą historię.
PAP: Większość tych tytułów ukazała się za oceanem, niektóre publikowane były i tam, i tu - w kraju...
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: "Untold Stories..." jest moją, jak wspomniałam - dziewiątą wydaną w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych książką. W Kanadzie ukazały się trzy książki; ostatnio w Montrealu – poświęcona senatorowi Stanleyowi Haidaszowi. Jego rodzice Polacy wyemigrowali do Kanady - ojciec przybył w 1911 r., matka w 1920 r., pobrali się, w domu pielęgnowali polskość. Późniejszy senator Stanley Haidasz w dzieciństwie mówił tylko po polsku. Ukończył studia medyczne i został cenionym lekarzem. Kandydował do Parlamentu Kanady. Został wybrany i w pewien sposób rozprawił się ze stereotypem, że zwyciężają tylko kandydaci brytyjskiego lub francuskiego pochodzenia. Wiele dobrego zrobił dla Polski, polskich spraw. Otrzymał odznaczenie "za zasługi dla KUL-u", przyczynił się do przyjazdu do szpitala w Zakopanem ekipy lekarzy kanadyjskich, którzy pokazali nowoczesne metody operacji kręgosłupa.
Stanley Haidasz to piękna postać, cieszę się, że jest utrwalona w książce, którą także Kanadyjczycy docenili; na okładce wydawca zamieścił m.in. wypowiedź premiera Kanady Stephena Harpera; przywódcy liberałów Michaela Ignatieffa i Arta Eggletona, burmistrza Toronto, obecnie senatora.
PAP: Pani literacki podbój Ameryki rzeczywiście zaczął się od Kanady. Jak do tego doszło?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Pierwszą książkę po angielsku wydano mi w Kanadzie w 1984 r. Przebywałam tam wówczas na dwuipółrocznym stypendium. W tym czasie Ministerstwo Kultury Ontario ogłosiło konkurs na książkę na temat grup etnicznych. Zwyciężył Japończyk, Ukrainiec i ja. Sponsorowano moje podróże, potem tłumaczenie tekstu. Książka ukazała się pt. "Dreams and Reality. Polish Canadian Identities". Nieco później wyszły tam "The Roots Are Polish" - "Korzenie są polskie" - z moimi rozmowami m.in z. Czesławem Miłoszem, Isaakiem B. Singerem.
W Stanach ukazała się książka poświęcona Indianom amerykańskim "Open Wounds a Native American Heritage" (Otwarta rana Ameryki). Napisałam ją w pewien sposób zachęcona przez rodzinną tradycję. Otóż, mój stryj rzeźbiarz Korczak Ziółkowski, na prośbę wodzów z plemienia Dakota pod koniec lat 40. ubiegłego wieku zaczął rzeźbić w skałach Południowej Dakoty pomnik honorujący Indian - głowę wodza Crazy Horse.
Moja "indiańska" książka powstała w wyniku wielu wypraw z moim mężem Normanem m.in. do rezerwatów Montany i obu Dakot, Teksasu, Wisconsin i rozmów z Indianami. W drugim, co do wielkości, rezerwacie Pine Ridge w Południowej Dakocie spędziliśmy ponad dwa miesiące. Nawiązaliśmy bliskie znajomości, nawet przyjaźnie. Wysłuchałam wielu opowieści i wtedy zaczęłam pisać książkę. Muszę powiedzieć, że jej wydanie wsparli Apacze, a recenzje i omówienia ukazały się w indiańskich pismach. Książka ma wciąż dodruki.
PAP: Inna wydana w USA książka to znane również w Polsce "Podróże z moją kotką".
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Tak, to rzecz o podróżującej z nami kotce Suzy pt. "On the Road with Suzy. From Cat to Companion". Amerykanie lubią zwierzęta i ta książka, opublikowana przez wydawnictwo Purdue University Press, miewa się dobrze - jest wznawiana.
PAP: O ile mi wiadomo, szczególnie zależało pani, aby książki opowiadające o wojennych i powojennych losach Polaków trafiły do amerykańskich czytelników?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: To prawda. Pragnęłam, aby kilka tytułów wydanych w języku polskim, jak np. "Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego krzyża", "Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon", "Lepszy dzień nie przyszedł już", "Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści" ukazały się na amerykańskim rynku.
Zaczęłam od "Kai od Radosława"; - szukałam wydawcy blisko dwa lata. Najpierw odpowiedziało mi znane wydawnictwo, że, owszem chcą ją wydać, ale żebym napisała, czy to jest na pewno książka o Powstaniu w Gettcie. "Nie, jest to rzecz Powstaniu Warszawskim w 1944 r.", odpowiedziałam. "To nie będziemy mieli na to czytelników" - odpowiedział wydawca i się wycofał.
Szukałam cierpliwie, chodziłam do księgarni "Barnes and Noble" i przeglądając książki historyczne poświęcone II wojnie światowej i historii Europy Wschodniej, notowałam adresy wydawców. I tak znalazłam Lexington Books, które mi książkę "Kaia Heroine of 1944 Warsaw Rising" bardzo pięknie i starannie wydało. To samo amerykańskie wydawnictwo opublikowało moje kolejne książki o tematyce historycznej: "The Polish Experience Through World War II", "A Better Day Has Not Come", "Polish Hero Roman Rodziewicz. Fate of a Hubal Soldier in Auschwitz, Buchenwald and Postwar England". Książki mają drugie wydania - w miękkich okładkach, a "Kaja..." - kolejny dodruk.
PAP: W kontaktach z amerykańskimi wydawcami pamięta pani o Melchiorze Wańkowiczu, którego sekretarką była pani przez ostatnie półtora roku życia pisarza.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Aby zainteresować amerykańskich wydawców moją książką "Melchior Wańkowicz: Poland’s Master of the Written Word" pisałam do nich, że Wańkowicz był i jest dla polskich czytelników taką samą postacią, jak Ernest Hemingway dla amerykańskich. Jako pisarz cieszył się ogromną popularnością, miał ciekawą biografię i bardzo wiele wydań swoich książek. Książkę przyjęto do druku prosząc, aby ją właśnie tak zarekomendowała we wstępie. Publikacja ma już tutaj drugie wydanie. Cieszę się, bo kiedy Wańkowicz wyjeżdżał w 1958 r. ze Stanów, był ostro krytykowany przez Polonię, że "jedzie do komunistów", a teraz powrócił książką na swój temat, którą zamawiają amerykańskie biblioteki.
PAP: Przyjeżdża pani do kraju na majowe Targi Książki; jakie nowe tytuły przedstawi pani czytelnikom?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: PIW na Targi przygotował mój tom "Wokół Wańkowicza", która zawiera wszystko, co dotąd napisałam o pisarzu w "Blisko Wańkowicza" i "Na tropach Wańkowicza" plus 150 stron uzupełnień - nowych dokumentów, materiałów, do których dotarłam m.in. w IPN, nowych badań i punktów widzenia, które wywołała 16-tomowa seria Dzieł Wszystkich Wańkowicza, jaka ukazała się w Wydawnictwie Prószyński.
Z kolei Wydawnictwo Bellona przygotowało moją nową książkę "Pisarskie delicje". To rozważania na temat literatury faktu. Zastanawiam się, czym jest oparta na faktach opowieść, a czym literacki reportaż, jak rozmawiać z bohaterami?.. W swojej praktyce pisarskiej sama doszłam do przyjęcia pewnych reguł; zawsze podkreślam wagę autoryzacji, na co uczulił mnie Singer, z którym rozmawiałam w 1985 r., kiedy przebywałam w USA jako stypendystka Fulbrighta. Opisuję to w rozdziale „Przesłanie Isaaca B. Singera".
W "Delicjach..." przytaczam też m.in. korespondencję z Jerzym Giedroyciem, z Cezarią Iljin Szymańską - bohaterką książki "Kaja od Radosława". Piszę też o tym, jak książki po ukazaniu się żyją własnym życiem, jak się niektóre wątki na nowo pojawiają, wyjaśniają po latach, wspominam o mocnych więziach, niekiedy przyjaźniach, jakie łączą pisarza z bohaterami jego opowieści. Czasami autora spotykają wypadki piękne, ale i przedziwne, otóż bohaterka książki "Kaja od Radosława" podziękowała mi za nią, zapisując miejsce w swoim grobowcu na Powązkach. Czy kiedyś autor dostał taki prezent?
Rozmawiała: Anna Bernat (PAP)
x
Doktor nauk humanistycznych UW Aleksandra Ziółkowska-Boehm jest polską pisarką, od 1990 r. mieszkającą w Stanach Zjednoczonych. W latach 1972-74 była asystentką i sekretarką Melchiora Wańkowicza; pisarz zadedykował jej "Karafkę La Fontaine’a" i zapisał w testamencie swoje archiwum.
Jest m.in. członkiem zarządu powstałej w 2001 r. Fundacji im. Stefana Korbońskiego w Waszyngtonie i jurorem nagrody literackiej londyńskiego Związku Pisarzy na Obczyźnie. (PAP)
abe/ pat/

sobota, 9 marca 2019

Wielka wdziecznosc - dla pisarzy



[w:]
Danuta Blaszak, Anna Maria Mickiewicz, Do zobaczenia (rozdział: Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Wielka wdzieczność).  Contemporary Writers of Poland, Dreammee Little City, 2019, ISBN 9780359436781


Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Wielka wdzięczność


Książki były - i są - dla mnie ważne. Mam wiele wspomnień, wręcz fascynacji, tytułami, które w dzieciństwie wybierał do lektury mój Ojciec, mówiąc: – Trzeba odpowiednie książki czytać w odpowiednim wieku.

Nie raz wybierałam lekturę - zamiast spotkania. Pamiętam słowa profesora Władysława Tatarkiewicza, który w „Zapiskach do autobiografii” pisze, że zamiast spotykać się w tym samym gronie i powtarzać te same rzeczy, lepiej usiąść i poczytać. Lepiej wrócić „do swej pracy, książki, myśli”.  Cytuję:
” życie towarzyskie w małym gronie rodziny czy przyjaciół, owszem, daje poczucie bliskości ludzkiej, ale długie rozmowy przy stole czy lampie są najczęściej powtarzaniem rzeczy stokrotnie już mówionych. W bliskim gronie najchętniej powiem to, czego inni z tego grona jeszcze nie wiedzą, niech i inni to zrobią, a potem- wracajmy do swej pracy, książki, myśli”.[1]

Znałam osobiście profesora Władysława Tatarkiewicza. Mam od niego dedykacje na książkach i mam listy. Jego cenne dzieła pomogły mi przybliżyć poglądy filozofów, nauczyć szanowania piękna i różnorodności szczęścia.

Dla pisarzy mam podziw i poczucie wdzięczności. Jak wiele książek pomogło mi przejść przez trudności... Pamiętam, gdy wywołały moje wzruszenie, łzy i uśmiech. Książka cenna i ważna - gdy jest taka - uczy czegoś nowego, poszerza wiedzę, zmienia zdanie, opinię, rozszerza punkt widzenia, obchodzi go z różnych stron, uwrażliwia, wywołuje refleksje, daje nadzieję...

Przywołam autorów, których znałam osobiście, a którzy już odeszli: Melchior Wańkowicz, Krzysztof Kąkolewski, Ryszard Kapuścinski, Robert Jarocki, Marek Nowakowski, Barbara Wachowicz, Michał Radgowski, Wiesław Górnicki, Kazimierz Dziewanowski, Stefan Kozicki, Aleksander Rowiński, Wesley Adamczyk, Tadeusz Kisielewski, Marian Brandys, Danuta Mostwin, Isaac Bashevis Singer.

Danuta Mostwin podzieliła się interesującą teorią na temat „trzeciej wartości”: gdy się kocha dwa miejsca, dwa kraje, to można nabyć „trzecią wartość”.

Specjalne miejsce wdzięczności chcę dać Wańkowiczowi, bo wiele zaczęło się „od Wańkowicza”. Pisałam pracę magisterską na Uniwersytecie Łódzkim na temat reportażu, którego najwybitniejszym przedstawicielem był autor „Bitwy o Monte Cassino”. Wysłałam do pisarza list z pytaniami, które mi się pojawiły w trakcie badania jego twórczości. W odpowiedzi zaprosił mnie na spotkanie w Warszawie. Przywiozłam swoje „prace zaliczeniowe”, eseje na temat jego książek. Pokazałam mu i w mojej obecności je przeczytał. Tego samego dnia zaproponował mi współpracę - bym została jego „researcherką”- poszukującą materiały do powstającej wtedy książki o pisarstwie (jak się okazało - ostatniej) zatytułowanej: „Karafka La Fontaine’a”.

Opowiedział mi o przykrym doświadczeniu z „researcherem” Aleksandrem Koteckim Horodyskim, który poczuł się „współautorem” książki „Wojna i pióro”. Myślę, że kiedy pisarz zobaczył mnie - swoistego „pracusia z polonistyki” - postanowił, że ja mu mogę przywozić materiały i nie będę miała „pomysłów na współautorstwo”.
Gdy skończyłam studia, zaproponował mi pracę swojej asystentki. Pracowałam ledwie rok, pisarz zachorował. Przed wyjazdem ma operację do Anglii, na drugim tomie „Karafki La Fontaine’a”, który szedł do druku, wpisał dla mnie dedykację i zapisał w testamencie swoje archiwa. Wielki to skarb takie prezenty od znakomitego pisarza.
 

Po śmierci Wańkowicza na temat jego twórczości obroniłam na Uniwersytecie Warszawskim pracę doktorską, napisałam trzy książki, z których każda miała kilka wydań, także w języku angielskim (nazwałam go w niej „polskim Hemingwayem”).
Znałam pisarza począwszy od pierwszego spotkania jedynie 2 lata i 3 miesiące. Na pewno ten niedługi okres mnie w dużej mierze ukształtował. Wańkowicza książki dały mi możliwość spojrzenia pod różnym kątem na te same sprawy..., że nieraz są” dwie prawdy”, że patrzenie na karafkę odbijającą się w świetle słońca może dać różne kolory, zależnie od miejsca, z którego się patrzy.
Moi znajomi mówią: - Miałaś szczęście, że znałaś Wańkowicza, teraz piszesz książki... Chcę odpowiedzieć: -Tak, wiele się nauczyłam, ale Wańkowicz mi z nieba ich nie dyktuje... 

Swoją pierwszą książkę napisałam mając 25 lat, była wspomnieniem pracy z pisarzem. Tytuł wymyślił mi Ryszard Kapuściński, wielkiej klasy pisarz, wielki reporter. Powiedział - Musi być Wańkowicz w tytule, i jeszcze jedno słowo... na przykład: blisko, obok, ...lepiej: blisko...
I tak książka dostała tytuł „Blisko Wańkowicza”.
Mam Ryszarda książki z pięknymi dedykacjami, mam od niego karteczki i liściki. Mam piękny krzyż koptyjski, który przywiózł ze swoich podróży. Żal, że odszedł – za wcześnie.


Będąc na stypendium Fulbrighta miałam w Nowym Jorku umówione spotkanie z Isaakiem B. Singerem. Było niezwykłe, jak niezwykłe są jego książki. Podarował mi między innymi książkę z poprawkami, które sam poczynił do kolejnego wydania. Mam autoryzowany z nim wywiad, gdzie pytam m.in. o rady dla młodych piszących. Fragment - że pisarz przynależy do swojego narodu - umieściłam na początku książki „Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża”. Cała rozmowa ukazała się w książkach w języku angielskim i polskim.  [2]
Zacytuję:
- „...Jakie mam przesłanie dla pisarzy? - Aby spełniali trzy warunki. Po pierwsze, aby mieli historię do opowiedzenia. W obecnej literaturze coraz bardziej to się zaniedbuje. Ważne jest, aby historia ta miała swój początek, rozwinięcie i zakończenie. Wskazania Arystotelesa możemy zmienić, ale wciąż ważne jest, by była to opowieść dobrze prowadzona przez piszącego. Zapał, gorliwość, pragnienie druku, kazały pisarzom zapomnieć, że opisywanie ludzkich zdarzeń jest artystycznym przesłaniem pisarstwa.
Po drugie - aby posiąść potrzebę opowiedzenia tej właśnie, a nie innej historii. Kiedyś miałem dobry temat, ale nie miałem pasji i dlatego nic nie napisałem.
Po trzecie - musi to być moja opowieść, przekonanie, że nikt inny nie może tego tak dobrze opisać jak ja. Nie jest łatwo mieć takie przekonanie. Tylko wielcy to posiadają. Trzeba pisać o tym, co się zna, wie najlepiej, własną opowieść, własny temat.”
Ładne i mądre przesłanie.



[1] Władysław Tatarkiewicz, Zapiski do Autobiografii, „Kwartalnik Historii Nauki i Techniki”- Instytut Historii Nauki PAN, Rok XXI – 2-1976, str. 224.
[2] Aleksandra Ziółkowska-Boehm, „Korzenie są polskie”, Warszawa 1992, str. 55-59. „The Roots Are Polish”, Toronto 2004, str. 159-169.