Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanley Haidasz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanley Haidasz. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 kwietnia 2019

PAP -wywiad- W WYDANIU KSIAZKI W AMERYCE POMOGLI MI APACZE



Aleksandra Ziółkowska-Boehm: w wydaniu 

 

książki w Ameryce pomogli mi Apacze

 

  Aleksandra Ziółkowska-Boehm. Fot. Andrzej Bernat

 
W wydaniu książki „Otwarta rana Ameryki”, poświęconej tematyce indiańskiej, pomogli mi Apacze – mówi PAP Aleksandra Ziółkowska-Boehm, autorka 20 książek wydanych w Polsce i 9 opublikowanych przez amerykańskie i kanadyjskie wydawnictwa.
PAP: Niedawno w Stanach Zjednoczonych ukazała się pani książka "Untold Stories of Polish Heroes from the Second World War" - dziewiąta wydana po angielsku za oceanem w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. O czym opowiada?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: "Untold Stories...", czyli "Nieopowiedziane historie polskich bohaterów z czasów II wojny światowej" zawiera osiem opowieści pokazujących losy Polaków "z wojną w tle" - m.in. jest to historia dyplomaty dr Tadeusza Brzezińskiego, ojca Zbigniewa, który jako konsul polski w Lipsku w latach 1931-35 pomógł wielu Żydom m.in. dając im wizy wyjazdowe; wysyłał też do Ministerstwa Pracy w Saksonii listy protestujące wobec nakazanego przez Hitlera bojkotu żydowskich sklepów. W latach 1936-37 był konsulem w Charkowie, a w 1938 r. został polskim konsulem w Montrealu. Po latach, w roku 1977 Menachem Begin przysłał Tadeuszowi Brzezińskiemu list, w którym m.in. napisał, że "Żydzi nigdy nie zapomną o nim - o wielkim przyjacielu, który niósł im pomoc w tamtych strasznych czasach".
PAP: A inni bohaterowie, których historie pani przedstawia?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Piszę też o Marionie Andre, który po ucieczce z getta warszawskiego wziął udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie osiadł w Kanadzie. Nieraz wypowiadał się publicznie na temat Polski i Polaków, m.in. w 1989 r. na łamach "Globe and Mail”, wspominał, że jego matka i on przeżyli wojnę dzięki Polakom. Pokazuję postać pilota dywizjonu 303 Rudolfa Falkowskiego, który miał w życiu dwa marzenia – by zostać pilotem i pisarzem. Piszę o dwóch uczestniczkach Powstania Warszawskiego, jedna po wojnie znalazła się w USA, druga po obozie w Ravensbruck, osiadła w Warszawie. Trauma Ravensbrueck z niesłychaną mocą powróciła do niej w ostatnich latach jej życia.
Przypominam poetę Tomasza Łychowskiego, który jako dziecko był więziony na Pawiaku. Po wojnie z rodzicami znalazł się w Brazylii. W książce znalazła się też opowieść o Polakach na Wołyniu, m.in. o obecnej mieszkance Chicago Marysi Kowal z domu Sieczka, która straciła w rzezi wołyńskiej jedenastu członków rodziny. Piszę również o Wiesławie Chrzanowskim fotografiku Powstania Warszawskiego, o rodzinie Batorskich z Hajnówki, zesłanej na Syberię - ojciec zmarł tam w więzieniu, a matce z córkami udało się wydostać ze Związku Radzieckiego i dotarły aż do Meksyku. Jedna z córek, Danuta, została wybitnym profesorem historii sztuki w Teksasie.
PAP: Pisząc o dramatycznych kolejach losu Polaków w czasie wojny i po wojnie, na emigracji, chroni pani od zapomnienia prywatne ludzkie biografie nierozerwalnie związane z historycznymi wydarzeniami.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Moje opowieści o Polakach po wojnie osiadłych na kontynencie amerykańskim w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, ale i w Brazylii oraz Argentynie dobiegają końca. Większość rozmówców - bohaterów moich książek już odeszła. Cieszę się, że dane mi było zetknąć się z nimi, a oni podzielili się ze mną swoimi doświadczeniami. Od lat 80. praktycznie po dziś prowadziłam rozmowy, nagrywałam wywiady, z wieloma osobami się zaprzyjaźniłam. To ludzie, którzy mnie zadziwili swoją postawą - pozostali szlachetnymi, pozbawionymi goryczy ludźmi, mimo tak wielu ciężkich przejść. W efekcie rozmów powstały takie książki, jak „Kanada, Kanada”, "Amerykanie z wyboru i inni", "Korzenie są polskie", "Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon", "Lepszy dzień nie przyszedł już", "Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego Krzyża". I to prawda - były to biografie poszczególnych ludzi mocno wpisane w naszą historię.
PAP: Większość tych tytułów ukazała się za oceanem, niektóre publikowane były i tam, i tu - w kraju...
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: "Untold Stories..." jest moją, jak wspomniałam - dziewiątą wydaną w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych książką. W Kanadzie ukazały się trzy książki; ostatnio w Montrealu – poświęcona senatorowi Stanleyowi Haidaszowi. Jego rodzice Polacy wyemigrowali do Kanady - ojciec przybył w 1911 r., matka w 1920 r., pobrali się, w domu pielęgnowali polskość. Późniejszy senator Stanley Haidasz w dzieciństwie mówił tylko po polsku. Ukończył studia medyczne i został cenionym lekarzem. Kandydował do Parlamentu Kanady. Został wybrany i w pewien sposób rozprawił się ze stereotypem, że zwyciężają tylko kandydaci brytyjskiego lub francuskiego pochodzenia. Wiele dobrego zrobił dla Polski, polskich spraw. Otrzymał odznaczenie "za zasługi dla KUL-u", przyczynił się do przyjazdu do szpitala w Zakopanem ekipy lekarzy kanadyjskich, którzy pokazali nowoczesne metody operacji kręgosłupa.
Stanley Haidasz to piękna postać, cieszę się, że jest utrwalona w książce, którą także Kanadyjczycy docenili; na okładce wydawca zamieścił m.in. wypowiedź premiera Kanady Stephena Harpera; przywódcy liberałów Michaela Ignatieffa i Arta Eggletona, burmistrza Toronto, obecnie senatora.
PAP: Pani literacki podbój Ameryki rzeczywiście zaczął się od Kanady. Jak do tego doszło?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Pierwszą książkę po angielsku wydano mi w Kanadzie w 1984 r. Przebywałam tam wówczas na dwuipółrocznym stypendium. W tym czasie Ministerstwo Kultury Ontario ogłosiło konkurs na książkę na temat grup etnicznych. Zwyciężył Japończyk, Ukrainiec i ja. Sponsorowano moje podróże, potem tłumaczenie tekstu. Książka ukazała się pt. "Dreams and Reality. Polish Canadian Identities". Nieco później wyszły tam "The Roots Are Polish" - "Korzenie są polskie" - z moimi rozmowami m.in z. Czesławem Miłoszem, Isaakiem B. Singerem.
W Stanach ukazała się książka poświęcona Indianom amerykańskim "Open Wounds a Native American Heritage" (Otwarta rana Ameryki). Napisałam ją w pewien sposób zachęcona przez rodzinną tradycję. Otóż, mój stryj rzeźbiarz Korczak Ziółkowski, na prośbę wodzów z plemienia Dakota pod koniec lat 40. ubiegłego wieku zaczął rzeźbić w skałach Południowej Dakoty pomnik honorujący Indian - głowę wodza Crazy Horse.
Moja "indiańska" książka powstała w wyniku wielu wypraw z moim mężem Normanem m.in. do rezerwatów Montany i obu Dakot, Teksasu, Wisconsin i rozmów z Indianami. W drugim, co do wielkości, rezerwacie Pine Ridge w Południowej Dakocie spędziliśmy ponad dwa miesiące. Nawiązaliśmy bliskie znajomości, nawet przyjaźnie. Wysłuchałam wielu opowieści i wtedy zaczęłam pisać książkę. Muszę powiedzieć, że jej wydanie wsparli Apacze, a recenzje i omówienia ukazały się w indiańskich pismach. Książka ma wciąż dodruki.
PAP: Inna wydana w USA książka to znane również w Polsce "Podróże z moją kotką".
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Tak, to rzecz o podróżującej z nami kotce Suzy pt. "On the Road with Suzy. From Cat to Companion". Amerykanie lubią zwierzęta i ta książka, opublikowana przez wydawnictwo Purdue University Press, miewa się dobrze - jest wznawiana.
PAP: O ile mi wiadomo, szczególnie zależało pani, aby książki opowiadające o wojennych i powojennych losach Polaków trafiły do amerykańskich czytelników?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: To prawda. Pragnęłam, aby kilka tytułów wydanych w języku polskim, jak np. "Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego krzyża", "Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon", "Lepszy dzień nie przyszedł już", "Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści" ukazały się na amerykańskim rynku.
Zaczęłam od "Kai od Radosława"; - szukałam wydawcy blisko dwa lata. Najpierw odpowiedziało mi znane wydawnictwo, że, owszem chcą ją wydać, ale żebym napisała, czy to jest na pewno książka o Powstaniu w Gettcie. "Nie, jest to rzecz Powstaniu Warszawskim w 1944 r.", odpowiedziałam. "To nie będziemy mieli na to czytelników" - odpowiedział wydawca i się wycofał.
Szukałam cierpliwie, chodziłam do księgarni "Barnes and Noble" i przeglądając książki historyczne poświęcone II wojnie światowej i historii Europy Wschodniej, notowałam adresy wydawców. I tak znalazłam Lexington Books, które mi książkę "Kaia Heroine of 1944 Warsaw Rising" bardzo pięknie i starannie wydało. To samo amerykańskie wydawnictwo opublikowało moje kolejne książki o tematyce historycznej: "The Polish Experience Through World War II", "A Better Day Has Not Come", "Polish Hero Roman Rodziewicz. Fate of a Hubal Soldier in Auschwitz, Buchenwald and Postwar England". Książki mają drugie wydania - w miękkich okładkach, a "Kaja..." - kolejny dodruk.
PAP: W kontaktach z amerykańskimi wydawcami pamięta pani o Melchiorze Wańkowiczu, którego sekretarką była pani przez ostatnie półtora roku życia pisarza.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Aby zainteresować amerykańskich wydawców moją książką "Melchior Wańkowicz: Poland’s Master of the Written Word" pisałam do nich, że Wańkowicz był i jest dla polskich czytelników taką samą postacią, jak Ernest Hemingway dla amerykańskich. Jako pisarz cieszył się ogromną popularnością, miał ciekawą biografię i bardzo wiele wydań swoich książek. Książkę przyjęto do druku prosząc, aby ją właśnie tak zarekomendowała we wstępie. Publikacja ma już tutaj drugie wydanie. Cieszę się, bo kiedy Wańkowicz wyjeżdżał w 1958 r. ze Stanów, był ostro krytykowany przez Polonię, że "jedzie do komunistów", a teraz powrócił książką na swój temat, którą zamawiają amerykańskie biblioteki.
PAP: Przyjeżdża pani do kraju na majowe Targi Książki; jakie nowe tytuły przedstawi pani czytelnikom?
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: PIW na Targi przygotował mój tom "Wokół Wańkowicza", która zawiera wszystko, co dotąd napisałam o pisarzu w "Blisko Wańkowicza" i "Na tropach Wańkowicza" plus 150 stron uzupełnień - nowych dokumentów, materiałów, do których dotarłam m.in. w IPN, nowych badań i punktów widzenia, które wywołała 16-tomowa seria Dzieł Wszystkich Wańkowicza, jaka ukazała się w Wydawnictwie Prószyński.
Z kolei Wydawnictwo Bellona przygotowało moją nową książkę "Pisarskie delicje". To rozważania na temat literatury faktu. Zastanawiam się, czym jest oparta na faktach opowieść, a czym literacki reportaż, jak rozmawiać z bohaterami?.. W swojej praktyce pisarskiej sama doszłam do przyjęcia pewnych reguł; zawsze podkreślam wagę autoryzacji, na co uczulił mnie Singer, z którym rozmawiałam w 1985 r., kiedy przebywałam w USA jako stypendystka Fulbrighta. Opisuję to w rozdziale „Przesłanie Isaaca B. Singera".
W "Delicjach..." przytaczam też m.in. korespondencję z Jerzym Giedroyciem, z Cezarią Iljin Szymańską - bohaterką książki "Kaja od Radosława". Piszę też o tym, jak książki po ukazaniu się żyją własnym życiem, jak się niektóre wątki na nowo pojawiają, wyjaśniają po latach, wspominam o mocnych więziach, niekiedy przyjaźniach, jakie łączą pisarza z bohaterami jego opowieści. Czasami autora spotykają wypadki piękne, ale i przedziwne, otóż bohaterka książki "Kaja od Radosława" podziękowała mi za nią, zapisując miejsce w swoim grobowcu na Powązkach. Czy kiedyś autor dostał taki prezent?
Rozmawiała: Anna Bernat (PAP)
x
Doktor nauk humanistycznych UW Aleksandra Ziółkowska-Boehm jest polską pisarką, od 1990 r. mieszkającą w Stanach Zjednoczonych. W latach 1972-74 była asystentką i sekretarką Melchiora Wańkowicza; pisarz zadedykował jej "Karafkę La Fontaine’a" i zapisał w testamencie swoje archiwum.
Jest m.in. członkiem zarządu powstałej w 2001 r. Fundacji im. Stefana Korbońskiego w Waszyngtonie i jurorem nagrody literackiej londyńskiego Związku Pisarzy na Obczyźnie. (PAP)
abe/ pat/

środa, 18 stycznia 2017

Ryszard Kapuściński wspomnienie







LIST OCEANICZNY - DODATEK KULTURALNY



Rysio. Wspomnienie o Ryszardzie Kapuścińskim.


Aleksandra Ziółkowska-Boehm

6 marca 2007



http://www.cultureave.com/rysio-wspomnienie-o-ryszardzie-kapuscinskim/

 > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem

Dodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, luty 2007, nr 50

http://www.gazetagazeta.com/artman/publish/article_17083.shtml



 Imieniny Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, Warszawa, II poł. lat 80., od lewej: prof. Jerzy Rutkiewicz, Ryszard Kapusciński, prof. Marek Drozdowski, fot. arch. A. Z.-B.









Ryszard Kapusciński wraz z synem Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, Tomaszem Tomczykiem, Warszawa, 7.11.1990 rok, fot. arch. A.Z.-B.



Melchior Wańkowicz opowiedział mi, że poznał Ryszarda Kapuścińskiego w mieszkaniu na Puławskiej 10, że przyprowadziła go i przedstawiła Krystyna Goldbergowa, opiekunka reporterów i znawczyni gatunku reportażu.

Opowiedział mi przy tym zabawną anegdotę, którą zupełnie inaczej przedstawiła Goldbergowa w dzień pogrzebu Kapuścińskiego, gdy czytano jego wiersze w „Gazecie Wyborczej”. Nie chcę tej anegdoty teraz prostować. Rysiowi kilka lat temu powtórzyłam to, co opowiedział mi Wańkowicz, a teraz zatelefonowałam do Pani Krystyny, że znam inną wersję, opowiedzianą mi przez pisarza. Zostawiłyśmy ten temat „na boku”.


W archiwum Wańkowicza zachował się numer ”Nowych Książek” (Nr 3, 477, 15 luty 1970), w dużej mierze poświęcony Kapuścińskiemu, z jego fotografią na okładce. W tymże numerze Wańkowicz tak napisał o dwóch książkach Kapuścińskiego (str.177):

"Książka Ryszarda Kapuścińskiego pt. „Gdyby cała Afryka...” to wytrawny rezultat wieloletniego pobytu w Afryce. (...) Walor książki polega na tym, że autor zna Afrykę w głąb. Stąd lekkość i celność analogii, stąd szeroki wachlarz wiadomości zarówno o rozrzutności władców połączonej z prymitywizmem, jak i o zabobonach ich poddanych. Kapuściński nigdzie nie da się za daleko zapędzić w anegdoty, choć umie się nimi posiłkować. Ani nigdzie nie przybiera tonu łaskawej pobłażliwości białego człowieka.

Książka „Kirgiz schodzi z konia”...... Ileż Kapuściński nałapał zapachów ciągnących z Gruzji, Armenii, Azerbadżanu, Turkmenii, Tadżykistanu, Buchary! Potwierdza swoją książką, że dobry reportaż potrzebuje również artystycznych witamin.""


Ryszard Kapuściński po śmierci Melchiora Wańkowicza napisał w warszawskiej “Kulturze” (22 września 1974):

"Kiedyś Wańkowicz napisał o sobie pół żartem, pół serio, że jest „pierwszym pisarzem polskim pracującym na zamówienie społeczne”. Był mistrzem reportażu, a reportaż z samej swojej istoty jest formą odpowiadania na zamówienie społeczne. Najlepszym przykładem jest jego przedwojenna jeszcze rzecz, o polskim wysiłku gospodarczym. „Sztafeta” to pierwszy w naszej literaturze wielki reportaż – produkcyjniak, który tak upowszechnił się w Polsce po wojnie i stanowi do dziś ważny nurt literatury faktu. U początków tego nurtu stoi wańkowiczowska „Sztafeta”. Wańkowicz zachęca przyszłych reporterów: nie bójcie się cyfr, to wszystko jest ważne, to ma swoją wymowę, ma znaczenie i dla tych, którzy tworzą kraj i dla tych, którzy o tym czytają. I żeby zachęcić najlepiej, bo własnym przykładem, gromadzi w „Sztafecie” tysiące informacji – ile ziemi wykopano pod fundamenty, ile wagonów cementu przewieziono, ile wyprodukujemy stali, do czego ta stal będzie użyta. Tony, hektary, metry, ceny – wszystko dokładnie wyliczone. Ale w tej powodzi cyfr, wyliczeń, statystyk, jest zawsze miejsce na żywą scenkę, na głos ludzki, na las, na człowieka i na tego zająca w Stalowej Woli, który „sadzi wyrwą między rosnącymi blokami”".


Ryszarda Kapuścińskiego poznałam u Zenony Macużanki, ówczesnej redaktor naczelnej „Nowych Książek”, niebawem po śmierci Wańkowicza, jesienią 1974 roku. Był znany jako „doskonały reporter”, ale nie był jeszcze autorem „Cesarza”, pierwszej książki, która zyskała szczególną uwagę i uznanie.

Zwróciłam uwagę, jak serdecznie, delikatnie się odnosił do innych ludzi i do mnie, wtedy bardzo młodej, świeżo po studiach osoby. W tym okresie byłam swoistą, o ile tak mogę napisać, sensacją. Kilka tygodni wcześniej zmarł wielki pisarz, i jak się dowiedziano, w testamencie zapisał młodziutkiej asystentce swoje archiwum. Wcześniej zadedykował mi drugi tom „Karafki La Fontaine’a” („.....bez której oddanego współpracownictwa, byłaby to jeszcze gorsza książka”, jak zabawnie napisał).

Niektórzy byli mnie ciekawi, zapraszali na spotkania, przy okazji wypytywano o Wańkowicza: jaki był “na co dzień”. Nie chciano słuchać o pomniku, chciano słuchać o człowieku.

Odpowiadając na to zainteresowanie, zachęcona przez przyjaciół (Michała i Krystynę Radgowskich), także wydawcę (Andrzeja Kurza z Wyd. Literackiego) zaczęłam pisać książkę. Chciałam utrwalić chwile, które szybko zacierają się w pamięci. Nie zastanawiałam się, czy burzę jakiś mit, czy też tworzę nowy, nie chodziło mi o syntezę jednego życia, lecz raczej o ukazanie wielu dni powszednich z ostatnich lat wielkiego pisarza. Książka stała się zapisem wydarzeń, anegdot z życia w bliskości pisarza. Kiedy zastanawiałam się jak książkę nazwać, zapamiętałam radę właśnie Ryszarda Kapuścińskiego. – Musisz umieścić w tytule nazwisko Wańkowicza. Tytuł powinien być krótki, zatem dodaj jeszcze jedno słowo, na przykład obok, blisko. Lepiej brzmi: blisko. I tak Kapuścińskiemu zawdzięczam tytuł swojej pierwszej książki. ”Blisko Wańkowicza” wydało krakowskie Wydawnictwo Literackie w trzech wydaniach i ogromnym nakładzie. Do dzisiaj wielu czytelników pamięta moją pierwszą książkę.

Kapuściński mówił mi, że będąc polonistką, nawet z doktoratem, trudno jest nadążyć za literaturą polską i światową. Dobrze więc, gdy się ma temat wybrany, na przykład pisarza, na którego twórczości się dobrze zna.

Po latach, kiedy w 2005 roku mówiono o jego kandydaturze do Nobla, Kapuściński w portrecie/wywiadzie Bartosza Marca dla „Rzeczpospolitej” stwierdził, że spośród polskich reporterów za swoich mistrzów uważa Melchiora Wańkowicza i Ksawerego Pruszyńskiego. Powiedział także:

„Aleksandra Ziółkowska-Boehm, sekretarka Wańkowicza, zapamiętała jego rady: powinno się mieć swoją pasję, znaleźć dziedzinę, w której jest się ekspertem i o której chce się wiedzieć coraz więcej”. (Przyp. Bartosz Marzec, ZARYZYKUJ WSZYSTKO, Plus Minus, RZECZPOSPOLITA, Nr 236, 10 sierpnia 2005, str. 7)).

Na orzeczenie Nagrody Nobla czekałam, zdając sobie sprawę, jak uhonorowałoby to także literaturę faktu. Zmienia się świat, i zmienia się Polska, pamiętam, jak Kapuściński powiedział mi w początkowych latach 70., że odmówiono mu przynależności do ówczesnego Związku Literatów. Niedługo później każdy związek twórczy w Polsce i na świecie będzie dumny, że wielki reporter zechce być jego członkiem.


Przyjaźń z Ryszardem Kapuścińskim rozwinęła się i stała się jedną z cenniejszych i ładniejszych, jaką mi dobry Los ofiarował. Przetrwała ponad 30 lat, aż do mojego przyjazdu do Polski na stypendium Fulbrighta, kiedy mogłam osobiście uczestniczyć w jego pogrzebie.

Rysio, przez te wiele lat, do mojego wyjazdu do Stanów Zjednoczonych, przychodził w końcu lutego na imieniny. W czasie dość licznego zgromadzenia mój mały wtedy synek, szedł do swojego pokoju i siedział sam. Tam właśnie przychodził do niego Rysio, jeden jedyny, który dostrzegł swoistą izolację i nieśmiałość dziecka. W pokoju Tomka, na ścianie wisiała duża mapa świata. Rysio mówił mu, że marzenia o podróżach można spełnić, że można pojechać wszędzie, na przykład do Afryki.

Tomek jest teraz dziennikarzem, podróżnikiem, właścicielem własnego pisma na Karaibach. W Afryce był kilka razy, pracę magisterską pisał o rozbudowującej się kolei w Erytrei, w „Polityce” wydrukował duży reportaż „Sudańska fabryka głodu”.

Rysio pokazywał małemu Tomkowi swój...”bokserski nos”, mówiąc, że mu usunięto chrząstkę, gdyż w młodości uprawiał boks. (Dorastający Tomek także między innymi sportami zajął się boksem).

Jesienią 1975 roku pożyczyłam Rysiowi niedużą walizeczkową maszynę do pisania. Była to metalowa szwajcarska maszyna marki „Hermes”. Miał jakiś kłopot ze swoją, a to była słynna maszyna Wańkowicza, o której pisarz pisał, że przeszedł Dniestr, niosąc ją wysoko w rękach. Powiedziałam, aby mu przyniosła szczęście. Rysio zwrócił mi ją po powrocie z Angoli. Mam tę maszynę u siebie w warszawskim mieszkaniu.

Żona Ryszarda, Alicja Kapuścińska, z zawodu lekarz pediatra, była zaprzyjaźniona z lekarką mojego Tomka, dr Reginą Wańkowicz-Ponurską (kuzynką Wańkowicza). Spotykałyśmy się na wystawie fotografii Kapuścińskiego, a także u mnie na warszawskim Mokotowie przy ulicy Kmicica. Alicja przychodziła na moje spotkania autorskie. Miałam także okazję rozmawiać z Zojką, córką Rysia i Alicji, która mieszkała lata w Kanadzie. Podobnie, jak siostra Ryszarda, mieszkanka Vancouver.

Rysio miał w sobie delikatność, swoistą chłopięcość, która nie mijała z latami. Miał też skromność, i jednocześnie szczególną emocjonalność, którą widać w pięknych, niemal osobistych, dedykacjach. Ale takie właśnie pisał. Ceniło się nie tylko jego książki, ale to, jakim był człowiekiem. Miał rzadką cechę całkowitego skupienia się na osobie, z którą rozmawiał. Pytał każdego o jego sprawy, wiedział, jakie są ważne dla jego znajomych i przyjaciół. A miał ich całe rzesze. W autobiograficznej książce „Ulica Żółwiego Strumienia”, której pisanie było dla mnie swoistą terapią „polsko- amerykańską”, pisałam o Rysiu, że podziwiam u niego „dyplomatyczne umiejętności gromadzenia wokół siebie wielu przyjaciół”.

Miał zwyczaj dawania znajomym do lektury, z prośbą o komentarz, swoją przyszłą książkę. Dawał mi do czytania wiersze, czy np. Lapidaria. Pierwszy tom Lapidariów trochę mnie zaskoczył. W formie dziennika prowadził zapiski myśli, skojarzeń, uogólnień, trochę notatek. Pisał na przykład, że warunkiem ujarzmienia społeczności jest zepchnięcie jej na niski poziom egzystencji. Zmniejszenie wygody, zwiększenie zagrożenia jest następstwem polityki tych, którzy chcą umocnić swoje panowanie. Wiedzą oni, że człowiek wyczerpany walką z tysiącem przeciwieństw jest łatwym obiektem manipulacji. Walka dla człowieka to przetrwanie, a jest to zajęcie absorbujące, czasochłonne, wyczerpujące. Pisał, że zarówno ubóstwo potrzeb, jak i ubóstwo materialne są wygodne dla władzy. Bieda osłabia i przygniata człowieka, a ktoś, kogo potrzeby są ubogie, nawet nie wie, że istnieją rzeczy, których mógłby się domagać, walczyć o nie. Nasze ocalenie? – W dążeniu do rzeczy niemożliwych do osiągnięcia.
Według mnie Rysio właśnie sobie umiał stawiać cele, jakby niemożliwe do osiągnięcia.


Kiedy po ponad dwuletnim pobycie w Kanadzie na Boże Narodzenie 1983 roku wróciłam do Polski, rzeczywistość dalece odbiegała od obecnej. Pewnego dnia zatelefonował Rysio.

- Wiesz, nie mam wody w mieszkaniu... - powiedziałam.

- To normalne, nie przejmuj się. Mój kolega nie ma ogrzewania, cały dzień w wannie siedzi.

- Może grzać ręce nad gazem, słyszałam, że tak ludzie robią...

- Ale lepiej, jak wyłączą ciepłą wodę niż zimną, bo we wrzątku nie będziesz się myła...

- Ale ja w ogóle nie mam wody, wyłączyli, bo jakaś awaria. Przynosimy z Tomkiem wodę w wiaderkach z cysterny, którą podstawiono. Przed blokiem kałuża, bo woda wylewa się, wszystko zamarzło...

- Ludzie będą nogi łamać, gips będzie potrzebny, gipsu nie ma, bo nie ma dewiz...


W 1984 roku odwiedził Warszawę senator kanadyjski (polskiego pochodzenia, napisałam o nim książkę) Stanley Haidasz. Zaprosił mnie i Tomka na kolację, Rysia zaprosiłam także.

Z Haidaszem, Rysiem i z Tomkiem pojechaliśmy na kolację do „Baszty” pod Warszawę, Rysio zmienił w ostatniej chwili stolik (z ostrożności). Mówił, że Polska nie oczekuje takiej pomocy, jak kraje afrykańskie, nie potrzebuje np. kaszy, czy butów, bo tutaj ludzie nie umierają z głodu. Trzeba sobie zdać sprawę, jak ocalić naukę, dostęp do literatury, osiągnięć Zachodu. Przerwano prenumeraty pism specjalistycznych, bo nie było dewiz. Co stanie się z myślą techniczną, z nauką, medycyną, jeżeli nie będziemy wiedzieli, co dzieje się u innych, odcięci od literatury naukowej, podkreślał Kapuściński.

Senator Haidasz powiedział, że więcej dowiedział się od Kapuścińskiego niż od wszystkich ludzi, z którymi spotkał się wcześniej.

I pisma naukowe otrzymały dotacje. To się zawdzięcza Ryszardowi.


W 1984 roku literaci, artyści nie pracujący na etacie mogli otrzymać specjalne zaświadczenia z urzędów dzielnicowych, które pozwalały im na opiekę lekarską. Na warszawskim Mokotowie pracowała Wanda Rogowiczowa, wdowa po tłumaczu, urocza siwa pani z piękną kartą wojenną. Poszliśmy do niej na Rakowiecką. Ryszard mieszkał na Woli, ale przyrzekła zatelefonować na Wolę, by mu załatwili „druczek”. W trakcie rozmowy spytała. - Dlaczego pan nie mieszka na Mokotowie? My tu dbamy o ludzi... Potem zapytała, gdzie się urodził. Kiedy w odpowiedzi usłyszała, że w Pińsku (ona koło Nowogródka), że jest Poleszuk, to wstała i ucałowała go. Głaskała go po rękawie i zaczęli przekrzykiwać się we wspomnieniach. Była to cudowna scena. Wydała mu zaświadczenie. – Nie szkodzi, że nie z Mokotowa, biorę pana pod swoją opiekę – orzekła.

Kiedy wyszliśmy, powiedziałam wzruszona do Rysia:

- Popatrz, przepisy są w całym kraju takie same, ale zobacz, jaka może być różnica. Jak człowiek może być traktowany życzliwie, pomocnie.

- Oczywiście, tutaj jest jeszcze ciepło, którego nie uświadczysz na Zachodzie – powiedział.

Nie wiedziałam wtedy, że zamieszkam na stałe w Stanach Zjednoczonych.


Jadąc do Anglii, spytał mnie o moich przyjaciół, których odwiedzałam. Podzieliłam się londyńskimi adresami, telefonami. Urządzono mu prywatne piękne spotkanie, zachwyceni nim byli absolutnie wszyscy. Spotkał go duży sukces, pokazywano w BBC, gazety cytowały na pierwszych stronach. Powiedział mi po powrocie:

- Polska jest enklawą, jedynie jeszcze tu ludzie czytają książki. Na Zachodzie co godzinę wychodzi 180 książek, ale największą popularnością cieszą się filmy, kasety, wideo (...).Trzeba się zastanowić – jaki temat ma rangę światową i dopiero wtedy pisać. Co z tego, że powstanie jeszcze jedna powieść?...


W 1987 roku z Anglii przyjechał zespół Teatru Królewskiego ze sztuką według książki Kapuścińskiego „Cesarz”, którą pokazano w teatrze „Studio”. Oboje z Tomkiem byliśmy zaproszeni przez Ryszarda. Rolę tytułową grał karzeł przykuty do wózka inwalidzkiego.


Pamiętam, jak Rysio autentycznie cieszył się swoimi pięknymi sukcesami w świecie. Przynosił w teczce książki - tłumaczenia. Wszyscy się z nim cieszyliśmy.


Przytoczę jego karteczki z końca lat 80:

St.Anthony’s College, Oxford OX2 6JF England)
Oxford, 10. 5.86
Kochana Oleńko! Oxford tylko na pocztówce jest taki słoneczny, w rzeczywistości leje tu bez przerwy, jest zimno i pisząc do Ciebie siedzę w kurtce. Zmarznięty i z grypą, a jest chyba 10 maja. Będę tutaj do końca czerwca. Akurat wydali w Londynie „Szach-in-Szacha” (równocześnie wyszedł we Francji i RFN – z tego powodu mam ciągłe zawracania głowy o wywiady. Tutaj wykładam, czytam, mam wieczory autorskie – dużo wszystkiego. Co u Ciebie? Serdeczności dla Tomka!
Całuje Cię i ściskam najmocniej.
Rysiek


Pocztówka z Gubałówki bez daty (koperta się nie zachowała)
Oleńko, słonko złote – dzięki za uroczą kartkę. Tu jest bardzo pięknie, pogodnie, biało górzyście. Mnóstwo kolegów, bo odbywają swoje mistrzostwa narciarskie. Ja, jako człowiek, który nigdy nie miał nart na nogach, występuję w roli sędziego.
Jesteś urocza, że o mnie pamiętasz. Zaraz po powrocie zadzwonię.
Całuję mocno
Rysiek


Oslo, 25 sierpnia 1986
Droga Oleńko i Tomku!
Pozdrawiam Was serdecznie z Oslo. Pięknie tu, trochę jak w Krynicy, albo w Zakopanem Ludzie bardzo sympatyczni.
Wracam początek września – zadzwonię.
Pozdrawiam serdecznie
Rysiek


Gdy odwiedziłam Polskę w 1990 roku, zaprosił mnie i mojego męża, Normana, do restauracji „Harenda” na Krakowskim Przedmieściu. Ładnym angielskim opowiadał o pobycie w Filadelfii na stypendium. Mój powściągliwy mąż odtąd stał się jego wielkim zwolennikiem. Kupowaliśmy amerykańskie wydania książek Rysia i obdarowywaliśmy naszych przyjaciół.

Gdy każdego roku przyjeżdżałam do Polski, telefonowałam, czasami z wahaniami, myśląc, że jest zajęty i że nie chcę mu zabierać czasu. – Musisz obiecać, że zawsze będziesz dzwonić, mówił. Znajdywał czas i szliśmy na kawę. Pokazał mi swój nowy dom na Kolonii Staszica, jak kiedyś pokazał mieszkanko w blokach na Jelonkach, przy ulicy Pustola. W obu mieszkaniach zwrócił mi uwagę na widok z okna - na drzewa.

Książki Ryszarda wydawane po 1990 roku mam w bibliotece w domu w Delaware. Od kiedy mieszkam w Stanach Zjednoczonych czytałam o nim na łamach nowojorskiego „Nowego Dziennika”, dodatku literackiego „Przegląd Polski”, który starannie prowadzi Julita Karkowska. Informowała o każdej nowej nagrodzie i wyróżnieniu. Doskonałe omówienia kolejnych książek drukował Marek Kusiba, zachowałam kilka z nich w swoim archiwum. Pamiętam też wywiad Czesława Karkowskiego przeprowadzony w czasie kolejnego pobytu Kapuścińskiego w Ameryce.

Zachowałam wiele wycinków na temat Ryszarda Kapuścińskiego drukowanych w prasie amerykańskiej. Widziałam na popularnej stacji PBC rozmowę z nim znanego dziennikarza, Charlie Rose.


W 2006 roku Rysio napisał, że ma kłopoty ze zdrowiem. Miał je od dawna, po powrotach z podróży, miał też zabiegi na kręgosłup.

Przyjechałam do Polski jako stypendystka Fulbrighta na dziewięć miesięcy. W przeddzień mojego spotkania autorskiego w Salonie Pisarzy w Bibliotece Narodowej, Alicja Kapuścińska, nagrała wiadomość, że nie będzie obecna, bo Rysio ma tego dnia operację.

Zadzwoniłam kilka dni później, rozmawiałyśmy ponad godzinę. Umówiłyśmy się, że zatelefonuję za tydzień, kiedy miały być wyniki analiz.

Następnego dnia Ryszard Kapuściński zmarł.


W "Lapidarium" napisał, że w miarę jak upływa czas, życie staje się coraz bardziej podróżą w głąb naszej własnej przeszłości, w głąb siebie. I że ci nowi przybywający na świat coraz mniej nas obchodzą, bowiem nie przybywają dla nas.

Cieszę się, że miałam szczęście, dar od losu, znać Ryszarda Kapuścińskiego.
Ogromnie sobie cenię, że Ryszard przybył na świat „w tym samym czasie”.

Mam w saloniku krzyż koptyjski, prezent od niego. Mam Różę wiatrów, koraliki. I mam, jak my wszyscy, jego książki.


***


Mam wiele książek z dedykacjami Kapuścińskiego. Wszystkie dedykacje są serdeczne i pełne uczuć. Jakby miał ich w sobie tak wiele, że chętnie nimi obdarzał innych.