czwartek, 10 września 2015

Wokół angielskojęzycznych książek Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, wywiad Joanna Sokołowska-Gwizdka,

PAMIĘTNIK LITERACKI
Londyn, 
wydawca: Zwiazek Pisarzy Polskich na Obczyznie, 
czerwiec 2015. str. 75-81
                                                                       
                                                                        Wywiad:

Joanna Sokołowska-Gwizdka:

Wokół angielskojęzycznych książek
Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm

Joanna Sokołowska-Gwizdka: Pani książki są już od dawna dostępne w anglojęzycznym świecie. Zaczęło się od Kanady. Proszę przypomnieć historię zwiazaną z opublikowaniem Pani pierwszej książki po angielsku.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: W 1981 roku przyjechałam do Toronto na roczne stypendium Kanadyjsko Polskiego Instytutu Badawczego i Fundacji Reymonta. Niebawem zaczęłam pracę przy książce poświęconej pierwszemu w historii senatorowi polskiego pochodzenia, który zasiadł w senacie kanadyjskim. Wcześniej został pierwszym ministrem wielokulturowości, którą premier Trudeau ogłosił w 1971 roku jako politykę rządu. Był człowiekiem dużej kultury i wielkich zasług także na rzecz Polonii i Polski. Przyczynił się (jako lekarz) do wprowadzenia udoskonalenia w szpitalu w Zakopanem specjalistycznych operacji kręgosłupa  przeprowadzanych u dzieci dotkniętych skoliozą. Miał wielkie zasługi dla katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Senator Haidasz czynnie się włączył w książkę na swój temat, użyczył mi materiałów, czasu i pełnego poparcia.
.
J.S-G: W Kanadzie zastał Panią stan wojenny i czy wtedy przedłużyła Pani pobyt o kolejne półtora roku?
A.Z-B: Tak właśnie zrobiłam. W tym czasie Ministerstwo Kultury Ontario (Ontario Ministry of Citizenship and Culture) ogłosiło konkurs na książkę o emigrantach. Wysłałam 30 stron tekstu n.t. polskich emigrantów i konspekt, przywołałam znane nazwiska, np. dziennikarza radiowo-telewizyjnego Petera Gzowskiego, byłego polskiego konsula Tadeusza Brzezińskiego, Jesse Flisa - wieloletniego członka Parlamentu Kanady i wielu innych. Pisałam, że chcę pokazać emigrantów, którzy dużo osiągnęli, jak i tych, którzy z różnych przyczyn nie są zadowoleni. Aby powstała pełna mozaika i obraz prawdziwy.
.
J.S-G: Okazało się, że konkurs wygrały trzy osoby: Japończyk, Ukrainiec i Pani.
A.Z-B: Ucieszyłam się, ale niebawem powiedziano mi, iż nie mogę otrzymać tego stypendium, bo nie jestem ... Kanadyjką. W czasie rozmowy rozżalona mówiłam o swoim wielkim entuzjaźmie do tego projektu, że stanie się swoista niesprawiedliwość, gdyby mi to stypendium cofnięto. Poskutkowało, bo powiedziano mi, że chcą je zatrzymać dla mnie, ale muszę znaleźć stowarzyszenie lub organizację, która podpisze zobowiązanie, w przypadku, gdybym nie napisała książki i wróciła do Polski, to stypendium zostanie zwrócone. Okazało się, iż Polonia odpowiedziała serdecznie, bardzo ładnie zareagowało Stowarzyszenie Polskich Kombatantów w Kanadzie, które takich gwarancji udzieliło.
Dostałam roczne stypendium, osobne fundusze na podróże, i zabrałam się z radością do pracy. Książka dostała także od Ontaryjskiego Ministerstwa Kultury stypendium na tłumaczenie i ukazała się w Toronto w 1984 roku się p.t. Dreams and Reality. Polish Canadian Identities. Później ukazała się w języku polskim Polsce pod tytułem Kanada, Kanada....
.
J.S-G: Potem były kolejne anglojęzyczne, kanadyjskie wątki, poświęcone Senatorowi Haidaszowi i polskiej grupie etnicznej w Kanadzie.
A.Z-B: Książkę Senator Haidasz w 1983 roku wydała mi Polonia w Kanadzie (wydawca: Century Publishing Company Ltd). Sześć lat później ukazała się w Polsce pt. Kanadyjski Senator. W 2014 roku, pięć lat po śmierci senatora Haidasza, uzupełnioną przeze mnie o blisko 30 stron książkę, wydał  Polish Institute of Arts and Sciences w Montrealu pt. Senator Stanley Haidasz A Statesman for All Canadians. Na tylnej okładce napisali opinie: Zbigniew Brzeziński, Jesse Flis, premier Kanady Stephen Harper, szef parti liberalnej Michael Ignatieff i senator Art Eggleton. Cieszę się, że publikacja ta starannie wydana trafi do blibliotek i zostanie ślad po tej szlachetnej postaci, jaką był senator Haidasz. Swoją polskość nosił z dumą jak sztandar.
W 2004 roku ukazał się wydany przez Kanadyjsko Polski Instytut Badawczy w Toronto (Canadian Polish Research Institute) mój zbiór wywiadów z Kanadyjczykami i Amerykanami polskiego pochodzenia zatytułowany The Roots Are Polish. Wśród rozmowców byli m.in. generał Donald Kutyna, profesor Andrew Schally, Zbigniew Brzeziński, Jan Nowak Jeziorański, Marek Jaroszewicz, Zdzisław Przygoda, Charles S. Kraszewski, Czesław Miłosz, Isaak B.Singer...Wstęp do książki napisał generał kanadyjski Bruce J. Legge. Napisał m.in., że „Ziolkowska’Boehm’s remarkable book sparkles with being Polish”
.
J.S-G: Spokrewniony z Panią rzeźbiarz Korczak Ziółkowski zasłynął budową monumentalnego pomnika indiańskiego wojownika Crazy Horse’a w Południowej Dakocie. Pani już po śmierci stryja spędziła w rezerwacie Pine Ridge kilka miesięcy, poznając Indian i ich problemy. Dlaczego książka „indiańska” ukazała sie najpierw po polsku?

A.Z-B: Korczak Ziółkowski, rzeźbiarz, został poproszony przez wodza Siuksów Standing Bear o utrwalenie w Czarnych Wzgórzach Południowej Dakoty postaci słynnego Indianina Crazy Horse. Standing Bear powiedział, że Indianie „też mają swoich bohaterów”. (Wcześniej Korczak brał udział w rzeźbieniu głów amerykańskich prezydentów w Mount Rushmore, którymi pracami kierował Gutzon Borglum).
Kiedy Amerykanie w ramach stypendium Fulbrighta w 1985 roku wysłali mnie do Południowej Dakoty i zobaczyłam pierwszy raz ośrodek Crazy Horse Memorial, pomyślałam, że skoro mój stryj podjął się takiej wielkiej sprawy, jak rzeźby w skałach wodza Indian, to może ja ...napiszę o Indianach. Pomysł był trudny, ale  starannie się do niego przygotowywałam. Zaprenumerowałam dwa pisma indiańskie – „Indian Country Today” i „Lakota Times”, nawiązałam kontakty z Indianami. Książkę pisałam z dużymi przerwami 10 lat. Zaczęłam drukować swoje teksty poświęcone amerykańskim Indianom w pismach „Odra”, „Polityka”, „Ameryka”, „Borussia”, „Przegląd Powszechny”, „Arkusz”, „Nowy Dziennik/Przegląd Polski”.
W Polsce, gdzie ukazują się moje książki od 1975 roku (Wydawnictwo Literackie wydało moją pierwszą Blisko Wańkowicza), w 2007 roku indiańską zatytułowaną Otwarta rana Ameryki bardzo pięknie wydało wydawnictwo Debit.
.
J.S-G: Jaki oddźwięk był po ukazaniu się Pani książki dotyczącej problemów Indian wśród samych Indian?
A.Z-B: Kiedy znajomi Indianie dowiedzieli się, że książka jest wydana po polsku, dość szybko zarekomendowali jej amerykańskie wydanie. We wstępie wydawca i ja dziękujemy Apaczom, którzy ją sponsorowali.To była moja pierwsza książka w języku angielskim wydana w Stanach Zjednoczonych. Ukazała się w 2009 roku pt. Open Wounds A Native American Heritage. Książkę zaopiniowało wielu Indian (m.in. znany Apacz Homer Flute), recenzowały ją pisma indiańskie, zakupiły biblioteki.
.
J.S-G: Wydawnictwo uniwersyteckie, Purdue University Press, wydało Pani piękną książkę o  bezinteresownej przyjaźni - Podróże z moją kotką (angielski tytuł: On the Road With Suzy From Cat to Companion, 2010). Czy dostaje Pani listy, w których czytelnicy opisują historie związane z ich pupilami?
A.Z-B: Dostaję takie właśnie listy, jak i pytające, czy się znalazł drugi kot, o którego zaginięciu napisałam na samym końcu. Dzięki także tej książce poznałam wiele interesujących osób, bowiem koty ... zjednują przyjaciół. Rozmawiamy chwaląc się nimi (nie wypada tak robić np. mówiąc o własnym dziecku) i mówiąc, jakie są wspaniałe. Kochający koty to swoisty klub ludzi z otwartym dużym sercem.
Doceniam, że tę książkę wydało wydawnictwo uniwersyteckie, które wydaje piękne książki o zwierzętach. To wydawnictwo jakby mi ją noblitowało. Ma ona kolejne dodruki i miewa się dobrze.
.
J.S-G: Bardzo ważną dla nas Polaków sprawą jest przedstawienie polskiej historii amerykańskiemu odbiorcy, szczególnie tej dotyczącej okresu II wojny światowej. Do tej pory ukazały się  trzy Pani książki w tlumaczeniu angielskim: Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego krzyża (Muza 2006, 2014), Lepszy dzień nie przyszedł już (Iskry 2012), oraz historia jednego z Hubalczyków, Romana Rodziewicza. Skąd ten wybór?
A.Z-B: Po wydaniu dwóch książek, o tematyce indiańskiej i kociej, bardzo chciałam, by ukazały się moje reportaże historyczne pokazujące losy Polaków, których wojna wyrzuciła z domów, z ziem ojczystych, zabrała ich bliskich, złamała im życie. (Książki te w Polsce wydają mi wydawnictwa: Iskry, PIW i Muza). Piszę o pokoleniu, które po wojnie zostało na Zachodzie nie chcąc wracać do komunistycznej Polski, czy nie mając gdzie wracać, bo Kresy zostały zabrane. Pisałam, co się działo z byłymi żołnierzami spod Monte Cassino, z bohaterami od Hubala (tak powstała książka: Polish Hero Roman Rodziewicz Fate of a Hubal Soldier in Auschwitz, Buchenwald, and Postwar England, 2013). Smutne, piękne, daramatyczne, bolesne – nasze polskie losy. Pokazuję wysyłki na Syberię, pobyty w obozach koncentracyjnych, przesłuchaniach na Pawiaku. Piszę o dzieciach, które straciły ojców w Katyniu. Pokazuję losy polskich Ormian, rzeź wołyńską. Wśród wielu sylwetek jest piękna postać Wandy Ossowskiej, piszę też o Żydówce Idzie Grinspan, która 50 lat poszukiwała Wandę - polską pielęgniarkę z Neustadt-Glewe, która uratowała jej życie. Ida dotarła wreszcie do szpitala, kiedy Wanda Ossowska straciła już przytomność i niebawem zmarła. Ida Grinspan w 2002 roku napisała z dziennikarzem francuskim Bertrand Poirot-Delpech książkę o swoich staraniach, by Wandę odnaleźć: Je n’as pas pleure (I didn’t Cry). Moja książka ukazała się p.t. The Polish Experience Through World War II: A Better Day Has Not Come (dwa wydania: 2013, 2015)
.
J.S-G: Czego ważnego o Polsce i jej historii dowiadują się Amerykanie z tych książek? 
A.Z-B: Wydawca napisał mi, że bardzo ceni, że piszę w powściągliwy, serdeczny sposób o dramatycznych losach ludzi, bez komentarzy, bez pouczania. Każdy może się utożsamić z cierpieniami, które pokazuję przedstawiając losy swoich wybranych bohaterów, czytelnik wychwytuje najpiękniej i otwartym sercem całą tragedię, że reaguje emocjonalnie.
A ja się cieszę, że pokazuję, że Polacy-chrześcijanie byli w Auschwitz, że ratowano Żydów w ekstremalnych trudnych warunkach, pokazuję losy syberyjskich sierot... I że angielskojęzyczny czytelnik przyswoi sobie te tematy bez sięgania po historyczne rozprawy.
..
J.S-G: Pani historyczne książki oraz książka o Melchiorze Wańkowiczu ukazały się w wydawnictwie Lexington Books. Jak doszło do współpracy z tym wydawnictwem?
A.Z-B: Po wydaniu książki indiańskiej i kociej – nastąpił niełatwy okres. Ponad dwa lata szukałam wydawcy na tłumaczenie książki Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego Krzyża. Po roku jeden z nowojorskich wydawców przeczytał kawałek, poprosił o drugi – odpisał, że mu się sposób pokazania podoba i chce podpisać umowę, ale jeszcze chciałby mnie spytać – czy na pewno jest to książka o Powstaniu w Gettcie?..Nie, to jest o Powstaniu Warszawskim w 1944 roku...napisałam. - To nie będziemy mieli czytelnika, odpisał i wycofał się.
Jakoś nie załamałam się, bardzo chciałam, żeby książka wyszła w amerykańskim wydawnictwie, by dotarła do bibliotek i innych instytucji, co amerykański wydawca zapewnia. Chodziłam do księgarń Barnes and Noble, oglądałam dział książek historycznych, patrzyłam, kto wydaje książki o drugiej wojnie światowej, spisywałam wydawców i w internecie znajdywałam kontakt. Wysyłałam kolejne listy, na które dostawałam odpowiedź, że ich temat nie interesuje.
I tak – po ponad dwóch latach – pozytywnie odpowiedziało wydawnictwo Lexington Books, które wydaje książki popularnonaukowe. Ukazała się pod tytułem: Kaia Heroine of the 1944 Warsaw Rising (dwa wydania: 2012, 2014). Wydano mi w sumie już cztery książki poświęcone tematyce historycznej, bez żadnego sponsora, w sztywnej okładce, z fotografiami. Dwie mają drugie wydania (w miękkiej okładce).
.
J.S-G: Czy komentowano Pani książki historyczne?
A.Z-B: Pisał o nich przytaczany na tylnych okładkach, znany na obu półkulach, Zbigniew Brzeziński, a także historycy i autorzy amerykańscy: Neal Pease, Stanley Cloud i Lynne Olson (autorzy tłumaczonej w Polsce książki Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kosciuszkowski), Stanley Weintraub, Bruce E. Johansen, John R.Alley, Matt DeLaMater (autor książek o Napoleonie), Terrence O’Keeffe, Karl Maramorosch, Brytyjczyk Christoph Mick; polskiego pochodzenia historycy, jak Piotr S. Wandycz i Anna M. Cienciała, autorzy: Ewa Thompson, Jerzy R. Krzyżanowski, Charles S. Kraszewski (także tłumacz i poeta), Irene Tomaszewski, Leszek Adamczyk, Florence W. Clowes.
.
J.S-G: Ma Pani kontakt z amerykańskimi czytelnikami?
A.Z-B: Mam amerykańskich czytelników, nieraz proszą mnie o opinię, sugestie, rekomendacje. Np. na tylnej okładce Rising Hope autorka Marie Sontag umieściła moją wypowiedź. Mam też spotkania w księgarniach, pojawia się wtedy lokalna TV i pokazuje potem „migawkę”.
.
J.S-G: Jak przystosowuje Pani swoje książki na tutejszy rynek?
A.Z-B: Nie wprowadzam znaczących zmian, ale czasami muszę dodać kilka zdań. Wyłapuje mi takie fragmenty mój mąż nie mówiący po polsku. Wskazuje, żebym coś uzupełniła, bo nie rozumie „przeskoku myślowego”, zrozumiałego dla nas, Polaków.
.
J.S-G: Pani mąż, Norman Boehm stał już polskim patriotą.
A.Z-B: Norman nieźle już zna najnowszą historię Polski. Kilka razy wysyłał listy prostujące różne sprawy, te listy zwykle drukują. Także przed laty włączył się w akcję mobilizacji senatorów amerykańskich, kiedy ważyła się sprawa przyjęcia Polski do NATO. Jest wiele razy cytowany (jest także podany jego biogram) w książce Jana Nowaka Jeziorańskiego Polska droga do NATO (Wrocław 2006).
.
J.S-G: Jak Pani przekonała  wydawcę, aby książka o Melchiorze Wańkowiczu ukazała się na rynku amerykańskim?
A.Z-B: Kolejno postanowiłam zaproponować książkę – tym razem o Melchiorze Wańkowiczu. Wydawca długo się zastanawiał, czy ją wydać. Pisał mi, że nikt tego pisarza nie zna. Tłumaczyłam, że jest taką postacią w literaturze polskiej, jaką był Hemingway w Stanach - ze względu na osobowość, tematykę swoich książek, popularność czytelników. Wreszcie, po różnych ustaleniach dotyczących treści, wydawca zgodził się.
.
J.S-G: Czym jest dla Pani wydanie książki o Pani mentorze?
A.Z-B: W książce Melchior Wańkowicz A Poland's Master of the Written Word (2013) jako przykład stylu pisarza przytoczyłam pierwsze 20 stron jego Bitwy o Monte Cassino. Napisałam o polskim reportażu, o procesie 1964 roku – pierwszym procesie intelektualisty w Europie Wschodniej. W czasie procesu protesty składał amerykański PEN Club (Wańkowicz miał paszport amerykański), zabierał głos sentor Robert Kennedy. Na bieżąco pisała o procesie zarówno prasa amerykańska jak i całego świata. Na końcu książki napisałam kilka osobistych wspomnień, anegdoty. Wydaje mi się, że spłaciłam tą książką szczególny dług, kiedy pisarz zawierzył młodziutkiej osobie zapisując jej swoje archiwa. Wyjeżdżał ze Stanów wracając do Polski w 1958 roku krytykowany przez Polonię, że „jedzie do komunistów”. Teraz pisarz wrócił do amerykańskich bibliotek.
.
J.S-G: Książką, którą napisała Pani najpierw po angielsku, a potem przetłumaczyła na język polski jest historia Ingrid Bergman, aktorki spokrewnionej z Pani mężem Normanem Boehmem.
A.Z-B: Odkładałam pisanie książki o Ingrid Bergman (której ojciec Justus, i babcia Normana Blenda, byli rodzeństwem) dobrze ponad 20 lat. Miałam do dyspozycji listy Ingrid pisane do jej cioci Blendy, do syna Blendy, i wnuka (czyli Normana). Miałam ładne opowieści mojego męża, który swoją kuzynkę szczerze podziwiał, lubił i cenił. Spotykali się w Rzymie, w Deauville, w Londynie. Odkładałam pisanie, ważniejsze jakby były tematy polskie, aż wreszcie przeraziłam się, że coraz mniej ludzi pamięta te niezwykłą aktorkę, i powinnam nie zwlekać.
.
J.S-G: Agentka sugerowała wprowadzenie zmian i dopisanie nieprawdy, aby książka się lepiej sprzedawała. Czy myślenie rzetelnego dokumentalisty tak bardzo różni się od myślenia osób związanych z rynkiem książki w Ameryce, że nie było możliwości porozumienia?
A. Z-B: Kiedy miałam tę niedużą książkę gotową, poszukałam agentkę. Zapoznała się z tekstem i dość szybko podpisałyśmy umowę. Niebawem napisała do mnie, że tekst jej się bardzo podoba od początku, ale ...jest mało sensacyjny. Odpowiedziałam, że to jest książka w założeniu spokojna, wyciszona, oparta o wspomnienia rodzinne. Nie pretenduje do wielkiej biografii (dużą kolekcję książek o Ingrid Bergman mam w domu). Swoisty urok tego tekstu jest w cytowanych listach, w których m.in. pisała, co myślała o Włoszech, Szwecji, Stanach Zjednoczonych.
 - Może np. dopisz, że się Norman podkochiwał w swojej kuzynce.., zaproponowała moja agentka. - Ależ ja tego nie napiszę, nie mogę tego napisać, odpisałam. - Nie martw się, moja edytorka ci to dopisze, odpowiedziała.
Przeraziłam się, szybko zrozumiałam, właściwie dyskutować było trudno... kolejne sześć miesięcy trwało wycofywanie się z tej umowy. Napisałam o wszystkim do mojego wydawcy książek historycznych, który odpisał, że oni nie mogą jej wydać, bo wydają książki popularnonaukowe, ale pomogą mi znaleźć wydawcę. I tak się stało. Ukazała się pod tytułem Ingrid Bergman and Her American Relatives (2013), wkrótce potem w Polsce pt. Ingrid Bergman prywatnie (pięknie wydana przez wyd. Proszyński i S-ka).
.
J.S-G: W tym roku ukazała się w języku angielskim Pani autobiografia Ulica Żólwiego Strumienia, zatytułowana Love for Family, Friends, and Books (2015), którą pisała Pani mieszkając z mężem w Dallas w Teksasie. Ludzka pamięć zmienia się w zależności od tego ile razy przypominamy sobie wydarzenia i z którego punktu na nie patrzymy. Czy ukazanie się tej książki po wielu latach od polskiego wydania, spowodowało powrót do osób i historii z Pani życia? Czy gdyby Pani teraz pisała autobiografię, widziała by Pani pewne wydarzenia inaczej?
A.Z-B: Dobrze, że tę książkę napisałam mając 40 lat, że nie czekałam aż się całkiem zestarzeję. Książka jest z założenia serdeczna, o czym we wstępie piszę. Pamięć jest ulotna, inne sprawy i inaczej pamiętamy po czasie. Może po latach pamięć jest bardziej „ranliwa”?..W tłumaczeniu zabrałam kilka fragmentow, dodałam inne, np. o roli Jana Pawła w Polsce, o zmianach, które następowały.
Amerykańskie wydanie na tylnej okładce jest zarekomendowane przez autorkę wielu książek Audrey Ronning Topping, profesora Bruce Johansena. Jesse Flis napisał, ...że moje pisanie motywuje wielu Kanadyjczyków by na nowo odkryć swoje polskie korzenie (The autor’s writings have motivated many Canadian citizens to rediscover their Polish roots). Ładnie, prawda?




środa, 9 września 2015

Marcin Lutomierski DAR OPOWIADANIA, PAMIĘTNIK LITERACKI, Londyn

PAMIĘTNIK LITERACKI
Londyn, 
wydawca: Zwiazek Pisarzy Polskich na Obczyznie, 
grudzien 2014. str. 133-135

Marcin Lutomierski 
Dar opowiadania

(Rec.: Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści, 
Warszawa, Iskry, 2014, ss. 516)

Lektura najnowszej książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm przenosi czytelników w świat kluczowych polskich problemów pierwszej połowy XX wieku i ich konsekwencji (także w czasach współczesnych). Za sprawą Drugiej bitwy o Monte Cassino i innych opowieści jesteśmy w centrum wojennych i powojennych wydarzeń, które odcisnęły nieusuwalne ślady na biografiach bohaterów omawianego tomu. Są nimi nie tylko rozmówcy pisarki – Janusz Brochwicz Lewiński „Gryf”, Wiesław i Halina Chrzanowscy, Krystyna i Marek Jaroszewiczowie, Zofia Korbońska, Maria Kowal, Beata Chomicz z Dunin-Marcinkiewiczów, Rudolf S. Falkowski, Janusz Krasicki, Zdzisław Starostecki – ale i szereg postaci pojawiających się w opowieściach: członkowie rodzin, przyjaciele i znajomi, żołnierze, politycy i inne bardziej lub mniej znane osoby.

Czytając obszerny tom relacji, poruszamy się w kręgu takich zagadnień, jak m.in.: obyczajowość inteligencji w okresie międzywojnia, wybuch II wojny światowej, życie pod okupacją niemiecką i sowiecką, Powstanie Warszawskie, emigracja i jej problemy. Aleksandra Ziółkowska-Boehm kolejny raz dowodzi znakomitej orientacji w tej tematyce. Ma również niezwykłe wyczucie w sposobie ukazywania istotnych problemów. Razem ze swoimi rozmówcami próbuje zrozumieć trudny wiek XX, odwołując się do konkretnych przykładów ludzkich zachowań, do biografii ludzi naznaczonych piętnem wojny. Taka perspektywa opowiadania historii posiada kilka walorów. Sprawia, że popularne w literaturze tematy widzimy tu w nowym blasku. Dobrze znane wydarzenia historyczne oglądamy przez pryzmat nieznanych epizodów, które ożywiają spetryfikowane przez tradycję obrazy. „Nigdy o tym nie opowiadałam wcześniej, dopiero mówię pani...” – przyznaje Halina Chrzanowska (s. 49). Dzięki pisarce i jej bohaterom historie sprzed 70–80 lat powracają, wywołując refleksje i wzruszenia – zarówno wśród czytelników, jak i samych rozmówców, o czym przekonuje chociażby następujący fragment:

„Pani Aleksandro – wspomina Beata Chomicz z Dunin-Marcinkiewiczów – były też wydarzenia, których wspomnienie do dziś mnie głęboko wzrusza i ściska gardło… Takim przeżyciem była pasterka 1943 roku w wiosce Kaszubińce pod Grodnem, niedaleko miasteczka Skidel. Wśród ciemnej nocy okupacyjnej za progiem została czyhająca śmierć, a wnętrze kościółka niczym oaza w mroku, przepełnione ludźmi, jarzyło się światłami świec i promieniało ciepłem gwiazdy betlejemskiej. […] Boże! Ta melodia, od lat grająca tylko w sercach, przeszyła wszystkich iskrami. Melodia najdroższa – nasz hymn, Mazurek Dąbrowskiego. Słowa nieważne, pewnie były autorstwa domorosłego wierszoklety. Zapamiętałam tylko refren: »Marsz, marsz pasterze, rzućcie swoje trzody. / do Betlejem śpieszcie, dzieciątko ucieszcie«” (s. 234).

Warto zaznaczyć, że w książce pojawiają się również elementy humorystycznie – drobne epizody czy stwierdzenia, na przykład konstatacja znajomej Angielki, Jean Uniechowskiej, odnośnie do Polaków: „Nauczyłam się, że kiedy Polakom jest dobrze, to psy na sobie wieszają, a jak im jest niedobrze, talerz zupy przynoszą…” (s. 75).

Mimo że zgromadzone w książce opowieści często dotyczą spornych problemów i drażliwych kwestii, są przedstawione w duchu empatii i wyrozumiałości, co szczególnie jest widoczne w opowieści Czołgi na Widmie, czyli druga bitwa o Monte Cassino. Ze wszystkimi rozmówcami łączy autorkę serdeczna więź, o czym sama wspomina w jednym z rozdziałów: „Do swoich książek sama wybieram bohaterów, o których piszę. Dotąd mnie nie zawiedli, jestem im oddana i stają się jakby moja rodziną, szanuję ich i cenię” (s. 293–294). Autorka do tego stopnia przeżywa losy swoich bohaterów, że czytelnik często może odnosić wrażenie, że pisarka współuczestniczy w opisywanych wydarzeniach.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm wygrała wyścig z czasem i zdążyła ocalić relacje „ostatnich Mohikanów” emigracji wojennej. Chociaż nie wszyscy bohaterowie Drugiej bitwy o Monte Cassino… są emigrantami, ale niewątpliwie to właśnie emigracja jest zbiorowym bohaterem książki. Przez pryzmat indywidualnych losów poznajemy jej złożoną genezę, zmagania, troski i sukcesy, a także relacje z krajem. Najbardziej zajmujące są wypowiedzi o teraźniejszych odczuciach:
„Co kocham, za czym tęsknię?  – wyznaje Krystyna z Brzezickich Jaroszewicz. Za polską muzyką, za Alejami Ujazdowskimi, Łazienkami, wspomnieniami, przeżyciami, które minęły, niesłychaną gościnnością ludzi… Gdy przyjeżdżam do Polski, wiem, że nabieram soków w korzenie, że musi mi to potem wystarczyć na długo. Lubię być z przyjaciółmi z dawnych lat. Ale też unikam wielu tematów.
Tak mnie boli, kiedy mówią: – Bo ty nic nie rozumiesz. – Albo: Wy nic nie rozumiecie” (s. 83).

Najbardziej przejmująca i najciekawsza wydaje mi się opowieść o Rudolfie S. Falkowskim, pilocie i pisarzu na stałe osiadłym w Kanadzie. To opowieść niemalże baśniowa, o człowieku, który „był ponoć całe życie samotny, a o miłości pięknie pisał (s. 249). Ten późniejszy pilot, latający m.in. w legendarnym dywizjonie 303, marzył również o pisaniu literatury. „Miał ledwie dziesięć lat, kiedy zaczął prowadzić dziennik i pisał go przez kolejne dwadzieścia lat. Później zaczął tworzyć powieści. Pisanie stało się jego życiową pasją. Pisał dla siebie, ale marzył, »że ktoś to przeczyta«. Długie godziny po pracy i w każdy wolny dzień spędzał nad kartką papieru. Pierwszą swoją wydrukowaną książkę zobaczył, gdy miał lat osiemdziesiąt osiem”. Pięknie naszkicowana biografia Falkowskiego jest opowieścią o pasji, heroizmie i spełnieniu. To również swego rodzaju impuls i nadzieja dla badaczy polskiej literatury emigracyjnej, którzy poszukują zapomnianych talentów pisarskich, rozproszonych po różnych kontynentach.   

            Autorka Drugiej bitwy o Monte Cassino… posługuje się interesującym i sprawdzonym w poprzednich książkach gatunkiem ‘opowieści’. Należy zaznaczyć, że choć nie ma jednoznacznej definicji tego sposobu opowiadania (rzecz wymagałby kiedyś osobnego omówienia), to śmiało można stwierdzić, że opowieści Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm łączą w sobie elementy reportażu, wywiadu/rozmowy, opowiadania, listu, pamiętnika i dawnej szlacheckiej sylwy. Dominują tu jednak zapisy (autoryzowane, jak podkreśla autorka) rozmów – przeredagowanych w taki sposób, że sprawiają wrażenie wspomnień – a także listy. Warto zauważyć, że choć pisarka wybrała tak synkretyczny gatunek literacki, to jako autorka jest ona stale obecna: we wstępach, wtrąceniach, dygresjach, jak również wypowiedziach rozmówców.

            Recenzowany tom pozostawia tylko jeden niedosyt: wiedzy o powstawaniu samej książki – wyborze bohaterów i tematów, wyjazdach, spotkaniach, rozmowach, listach, telefonach, spisywaniu nagranych rozmów, redagowaniu tekstu (m.in. skracanie, nadawanie tytułów i śródtytułów wspomnień). Oczywiście, informacje są w książce obecne, ale tak bardzo rozproszone i skrótowe, że przez to mało czytelne. Pewne fakty dotyczące warsztatu pisarskiego autorki literatury dokumentarnej można by tutaj rozwinąć. Zgromadzone na końcu tomu (czy słusznie?) przypisy wszystkiego nie objaśniają. Przydałby się wstęp (lub posłowie) chociażby taki, jaki autorka zamieściła w Otwartej ranie Ameryki. Kto wie, czy osobny tekst o warsztatowej stronie publikacji nie byłby równie interesujący jak tworzące ją opowieści.

Mimo że w książce pisarka nie pojawia się na pierwszym planie, wiemy, że to ona jest narratorem, który jednocześnie inspiruje rozmówców. Pozostaje przy tym niezwykle subtelna: w bardzo dyskretny i zarazem umiejętny sposób buduje atmosferę rozmowy. Aleksandra Ziółkowska-Boehm posiada również niezwykły dar opowiadania nie tylko polskich, ale – przede wszystkim – ludzkich historii, dlatego i autorce, i jej czytelnikom życzę kolejnych książek z pasjonującymi opowieściami.

piątek, 28 sierpnia 2015

HISTMAG - Michał Staniszewski - Recenzja książki: "Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści", Iskry 2014

Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm jest wyjątkowym zbiorem relacji uczestników II wojny światowej. Nie mamy do czynienia ze zwykłymi wspomnieniami zwykłych ludzi, lecz raczej zupełnie niezwykłymi relacjami bardzo szczególnych ludzi. Nie jest to typowa książka historyczna, ale raczej pozycja dokumentalna. Jednocześnie w żadnym wypadku nie znaczy to, że jej wartość naukowa jest niska.
Recenzowana pozycja składa się z dziewięciu rozdziałów zbudowanych według jednolitego schematu. Wpierw Autorka pokazuje postać relacjonującego - nie jest to jednak sucha charakterystyka typu „urodził się, działał, był” ale wieloaspektowe i niepozbawione akcentów osobistych przedstawienie „źródła”. Pomagał w tym fakt, że Ziółkowska-Boehm praktycznie wszystkich relacjonujących znała osobiście.
Zaintrygował mnie dobór „uczestników” Drugiej bitwy o Monte Cassino. Mówiąc wprost – jedynym kluczem w nich (i to też nie do końca) jest fakt bycia świadkiem i uczestnikiem tragicznych lat 1939-1945. Ponieważ reprezentują oni całkowicie różne środowiska, czytelnicy mogą zyskać ciekawe, wielowymiarowe spojrzenie na wojenną rzeczywistość oczami jej uczestników. Wypowiedzi bohaterów książki są efektem wielokrotnych rozmów Autorki czy długich wywiadów. Nie oznacza to, że mamy do czynienia tylko z wypowiedziami dziewięciu wybrańców. Dzięki serdecznym relacjom łączących ich z Autorką, zyskujemy też np. wgląd w ich prywatną korespondencję i możemy poznać ich rodzinne tajemnice. To z pewnością wzbogaca i ożywia relacje z którymi mamy do czynienia.
Głównym tematem książki są historie sprzed wielu lat, dlatego też u wielu rozmówców można zauważyć nostalgię za dawnymi czasami. Pomimo tego, że większość relacjonujących ułożyła sobie życie, często na całkiem niezłym poziomie, w ich wypowiedziach co i rusz przebija tęsknota za przedwojennymi czasami, wartościami. Jest rzeczą prawdziwie niezwykłą, że dla niektórych czasy wojenne były najpiękniejsze – to może szokować. Z jednej więc strony opowieści zebrane przez Autorkę są nacechowane dużą dozą autorefleksji. Ale znajdziemy tam również wyraźnie zarysowany punkt widzenia ludzi rozczarowanych wynikiem swojej walki, ludzi wpisujących się w legendę „pokolenia Kolumbów”. Czytając relacje można dojść do wniosku, że opisywane czasy i wydarzenia były piękne i wspaniałe. Czy tak było rzeczywiście? Po lekturze sugestywnych opowieści każdy musi sobie udzielić odpowiedzi na to pytanie.
Relacje bohaterów nie są oczywiście pozbawione komentarzy Autorki. Są one jednak nienachalne, starające się bardziej uwypuklić czy podkreślić sens wypowiedzi, niż je oceniać czy narzucić swoją interpretację. Nie sposób nie dostrzec, jak wielki jest ładunek emocjonalny w tych podsumowaniach. Czy Ziółkowska-Boehm próbowała zdobyć się na obiektywizm? Nie, i sama tego nie kryje. I w gruncie rzeczy nie jest to wcale najważniejsze, a na pewno niczego nie ujmuje jej pracy.
Zebrane relacje to dziewięć różnych spojrzeń na wojenną rzeczywistość. Pozornie podobny, ale w gruncie rzeczy bardzo różnych. Można powiedzieć, że to uchwycona w ostatniej chwili szansa na wysłuchanie tych opowieści i refleksję nad nimi. Korzystajmy z tej niepowtarzalnej okazji.

Michał Staniszewski, Histmag, 28 sierpnia 2015


środa, 19 sierpnia 2015

Biblioteka Mokotowska, Warszawa ul. Wiktorska 10 Spotkanie autorskie 15 maja 2015

15 maja 2015, godz. 18:00
Spotkanie autorskie
Czytelnia Naukowa nr IV,
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Mokotów m.st.Warszawy
ul. Wiktorska 10

Prowadzenie Dyr. Elzbieta Frankiewicz



Joanna Sokołowska-Gwizdka, WYWIAD n.t. ksiazki KAJA OD RADOSŁAWA



LIST OCEANICZNY - DODATEK KULTURALNY


Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego Krzyża
Joanna Sokołowska-Gwizdka
Oct 9, 2006
 > Wersja do drukowania
> Wyślij e-mailem

rozmowa z pisarką Aleksandrą Ziółkowska-Boehm


Dodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, wrzesień 2006, nr 45



http://www.gazetagazeta.com/artman/publish/article_14844.shtml





Okładka książki wydanej przez wydawnictwo Muza


A. Ziółkowska-Boehm z hubalczykiem Romanem Rodziewiczem, bohaterem książki "Z miejsca na miejsce", Warszawa 2004, fot. Thomas Tomczyk



Joanna Sokołowska-Gwizdka: W warszawskim wydawnictwie Muza wyszła właśnie kolejna Pani książka pt. „Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego Krzyża”. Książka jest tak napisana, że zapewne wkrótce stanie się bestsellerem. Czyta się ją jednym tchem. Przepiękny, literacki język, niemal filmowe opisy przyrody, pozornie nieistotne, ale stwarzające koloryt chwili i zbliżające nas do bohaterki szczegóły z życia codziennego, pasjonująca opowieść o życiu zwykłym i niezwykłym, wiele faktów historycznych, zbadanych przez Panią i drobiazgowo opracowanych, wszystko to musi zapaść w serca i umysły czytelników, a jednocześnie dać duży bagaż wiedzy historycznej.

Proszę powiedzieć, co Pani czuje po napisaniu tej książki?


Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Książką tą spłaciłam swoisty dług wobec zaprzyjaźnionej ze mną od 30 lat wspaniałej kobiety, i wobec jakiegoś wpojonego mi obowiązku czy potrzeby, że należy dzielić się czymś dobrym, interesującym, by ocalić od zapomnienia.

Książka ta w ma w zapleczu trudną polską historię ostatnich 90 lat, bo tyle lat ma moja bohaterka. Posuwając akcję i wydarzenia do przodu sięgałam po fragmenty książki historyka Marcina Kuli „Zupełnie normalna historia, czyli Dzieje Polski”.

Na końcu książki napisałam: Patrząc na życie Kai, zdumiewała mnie jej zaradność, to, że nie zatraciła ambicji, radości i woli życia przeszedłszy gehennę wojny, więzienie i obóz, że stała się osobą twórczą, żywotną, a przecież zmagała się także z chorobami, problemami ze zdrowiem. Swoje życie ocenia pozytywnie. Czy urodziła się „w czepku”, i wszystkie „nieszczęścia”, które ją spotykały umiała pokonać? Czy to sprawa charakteru i woli życia? Myślę, że ludzie różnią się między sobą tym, jak radzą sobie z problemami i jak z nimi walczą. Czy je przygniotą, złamią, czy dadzą powód do usprawiedliwiania, dlaczego życie było takie a nie inne, czy też zahartują, utwardzą, wzniosą, dadzą poczucie własnych możliwości, wyrobią charakter.

Dlaczego wtedy, w latach okupacji, nie opuszczała jej wesołość i optymizm? Napisała mi na karteczce:

„Była wszędzie śmierć i rozpacz. Ale była i nadzieja i niczym nie dająca się zahamować radość życia dwudziestu kilku lat. Godzina policyjna i codzienne oczekiwanie, czy wrócą ci, co wyszli rano. Zaciemnienie i niebieskie płomyki w zapalonych kielichach. Patefon, ulubione „Sans Toi” i bomby. Powroty z akcji. Telefony, telefony, telefony. I niedzielne wędrówki w lasy. Róże i rany”.

… Czyli radość życia daje nie dająca się niczym zahamować młodość i beztroska dwudziestu kilku lat?...A później, do nas, wszystkich ( – brzmi to jak stara i niemodna płyta) należy dbanie o teraźniejszość, by następnym pokoleniom lepiej się żyło. Zostajemy na straży przeszłości i staramy się ją uporządkować, jak ja to właśnie robię snując swoją opowieść o Kai od Radosława, dzielnej, dumnej dziewczynie, którą kształtował „szeroki świat”. Tak kiedyś powiedziała jej siostra, która mając trzy lata zaginęła w górach Ałtaju w Dżungarii i odpowiedziała Kirgizowi, że poszła zobaczyć „szeroki świat”.


JSG: Tak pięknie pisze Pani we wstępie o przyjaźni, która łączy Panią z Kają (Cezarią Iljin-Szymańską), „tą od Radosława” (zgrupowanie AK "Radosław" w Powstaniu Warszawskim), o wieloletniej wymianie myśli, spostrzeżeń, różnych życiowych historii i tym nagłym pomyśle na książkę, który przyszedł po wielu latach. Jak to jest, gdy pisze się czyjąś biografię?


AZB: Każdy z nas ma historię do opowiedzenia. Zacytowałam we wstępie przekazane mi przez Isaaka B. Singera „przesłanie dla pisarzy”: pisać, kiedy się ma „story to tell”, potrzebę opowiedzenia tej właśnie historii, pasję i przekonanie.

Nie napisałam typowej biografii, napisałam opowieść historyczną na podstawie życia konkretnej osoby. Jest to opowieść historyczna, bo historia wywarła duży wpływ na życiu mojej bohaterki. Dzieciństwo na Syberii, szkoła w Wilnie, studia architektury w Warszawie, okupacja w Warszawie, Powstanie Warszawskie, obóz NKWD w Ostaszkowie i odbudowa Warszawy, w którą moja bohaterka ceniony jako architekt była czynnie włączona.

Wybrałam z życia mojej bohaterki te momenty, które uznałam za charakterystyczne i interesujące. Chciałam pokazać dzielnego człowieka, kobietę, której nie złamało życie, która wciąż jest ciekawa świata i ludzi, zawsze była dzielna i czynna. I pełna szczególnego optymizmu. Jak się mówi po angielsku „she is bigger than life”.

Kiedyś pisało się powieści o takich ludziach, ja wybrałam formę literackiej opowieści, ze scenami, dialogami, i przywoływaniem zaplecza historycznego. Wstawiam swoje własne opisy, odczucia, wrażenia, komentarze. Podobnie napisałam kiedyś książkę „Z miejsca na miejsce”.


JSG: Czy literatura faktu przeżywa obecnie rozkwit?


AZB: Absolutnie tak! Wańkowicz by się cieszył. Biografie, monografie, opowieści historyczne są obecnie bardzo popularne, w ogóle literatura faktu zdominowała rynek księgarski. Wystarczy wejść do księgarni (myślę także, a nawet przede wszystkim, o amerykańskich księgarniach) i zobaczyć, jakie książki wystawiane są w dziale nowości.

Podobnie współczesny film oparty jest często na życiu prawdziwej osoby czy na prawdziwym zdarzeniu. Myślę, że XXI wiek będzie należał do literatury faktu. Jeżeli Ryszard Kapuściński dostanie nagrodę Nobla, to będzie to otwarcie się także Nobla na literaturę faktu. Byłoby wspaniale.


JSG: Wydawcy więc chętniej wydają teraz książki literatury faktu.


AZB: Patrząc na rynek amerykański wydaje mi się, że tak. James Frey, autor wyróżnionej przez Oprah Winfrey książki „A Million Little Pieces”, została błyskawicznie bestsellerem jako opowieść wspomnieniowa z jego życia. Jak się szybko okazało, taką nie jest, autor wstawił wiele nie swoich wydarzeń, przejaskrawił inne. Frey tłumaczył się, że kiedy przyniósł maszynopis wydawcy jako powieść, ten mu ją odrzucił, ale powiedział, że zainteresowany byłby nią, gdyby była to książka biograficzna. James Frey przerobił ją i napisał w pierwszej osobie, jako opowieść o swoim życiu. Książka została wydana i wywołała wielkie poruszenie. Kiedy okazało się, że jego życie nie było aż tak fascynujące jak jest w książce, powstał nawet swoisty skandal. Ale to już jest inny temat.

Czytelnik współczesny jest głodny prawdziwych wydarzeń, nie ma czasu na fikcję, stąd taka popularność różnych „reality shows”.


JSG: Jak się Pani przygotowywała do pisania tej książki?


AZB: Przede wszystkim musiałam zrobić ogromny research. Czytałam wiele książek, sprawdzałam wszystko, całe tło historyczne, i więcej. Na przykład moja bohaterka zapamiętała z dzieciństwa na Syberii, że Barnaul miał kopalnię złota. Sprawdziłam, że to była kopalnia srebra. Wiele podanych faktów sprawdzałam. Nawet dotyczących jej dalekiej rodziny, o której różne snuto opowieści. Jeden z kuzynów uchodził na bohatera, bo wysadził pomnik Stalina na Śląsku. Sprawdziłam, i żadnego pomnika Stalina na Śląsku nie było. Drugi miał pracować jako dyrektor radia w Katowicach.

Moi znajomi sprawdzili, dostałam listę wszystkich dyrektorów radia od wojny, nie było tam jego nazwiska. Więc takie różne opowieści rodzinne należy sprawdzić, a co dopiero przywoływane fakty historyczne.

Moja bohaterka po wojnie wiele podróżowała. Mój mąż Amerykanin zareagował na moje opowieści zdziwieniem. - Jak to, to w Polsce komunistycznej ludzie jeździli na wycieczki za granicę?… Musiałam ten temat bardziej zbadać, bo wiedziałam, że takie pytania nie on jeden będzie zadawał. Dotarłam do książki Pawła Sowińskiego „Wakacje w Polsce Ludowej” wydanej niedawno przez Wyd. Trio. Dowiedziałam się, że jej autor z tego tematu doktoryzował się u profesora Kuli i potem opublikował książkę. Zamówiłam ją Internetem przez księgarnię Merlin. Długo opóźniała się jej przesyłka, ale dostałam kontakt do autora. Paweł Sowiński przysłał mi swoją książkę Internetem. Mogłam skorzystać z cytatów, które potem zlokalizowałam, gdy książka wreszcie przyszła.

W pierwszej części książki piszę o dzieciństwie bohaterki na Syberii, o kolonii polskiej, która tam żyła ze sobą w wielkiej symbiozie. Sprowadziłam książki znawcy tego tematu, profesora Uniwersytetu Wrocławskiego, Antoniego Kuczyńskiego. Potem mi sam przysłał monografię poświęconą Bronisławowi Piłsudskiemu, który był bratem marszałka. Jest to postać wybitna i czekam niecierpliwie na kolejną o nim książkę, którą także przygotowuje prof. Kuczyński. Piłsudski za udział w zamachu na cara Aleksandra II skazany został początkowo na śmierć, potem na 15 lat zesłania na Sachalin.

Jego osiągnięcia naukowe stworzyły podstawę do badań etymologicznych i językowych ludów rosyjskiego Dalekiego Wschodu, plemion Syberii: Ajnów, Gilaków, Niwchów, Oroków i Mangunów. Kolejno (wraz z Wacławem Sieroszewskim) udali się na badania kultury Ajnów na wyspie Hokkaido (wówczas zwanej Yesso). Przywołałam w swojej książce Polaków, którzy ucywilizowali Syberię, dokonali wielkich badań, ich imionami nazwane są tam góry, doliny i miasto.

Podobny "research" zrobiłam do kolejnych lat - czasów okupacji w Warszawie, Powstania Warszawskiego. Książka ma niemal 100 przypisów i dołączoną bibliografię.


JSG: Książka zawiera też bogaty zbiór fotografii.


AZB: Tak. Wiosną będąc w Polsce ustalałam je z graficzką i autorką okładki, Maryną Wiśniewską. Dostałam zgodę wnuka Jana Bułhaka na druk zdjęć zburzonej i odbudowanej Starówki warszawskiej, zdobyłam piękne fotografie z Powstania Warszawskiego Wiesława Chrzanowskiego. Cześć zdjęć miałam w swoim archiwum, a wszystkie własne i rodzinne dostarczyła mi bohaterka.

Książka ma ciekawą szatę graficzną, bo zdjęcia są wkomponowane w tekst. Kilka osób pisało mi już na ten temat, bo książka powoli wchodzi do księgarń. Wydawnictwo Muza wydaje swoje książki bardzo starannie. Są także rysunki Kai – obozu w Ostaszkowie, kolonii polskiej w Ałtaju i inne.

Fragmenty „Kai od Radosława” były drukowane w kilku pismach. Prof. Kuczyński wydrukował jeden w wydawanym przez Uniwersytet Wrocławski i Związek Sybiraków piśmie „Zesłaniec”. Inny - dotyczący Powstania Warszawskiego - wydrukował jezuicki „Przegląd Powszechny”, jeszcze inny krakowski „Dziennik Polski” i nowojorski „Przegląd Polski”.

Ja książki jeszcze nie mam, a bardzo jestem jej ciekawa. Gdy pierwsze egzemplarze były gotowe, szefowa Wydawnictwa Muza osobiście zawiozła książkę mojej bohaterce. Jak ładnie!


JSG: Jak Kaja od Radosława przyjęła tę książkę?


AZB: Kaja ma skończone 90 lat, mieszka sama, odwiedzają ją znajomi i w ogóle jest bardzo dzielna. Kilka dni temu przysłała mi liścik:

„Kochana Oleńko! Książka jest piękna, brak mi słów żeby wyrazić swój zachwyt. Dziękuję Ci z całego serca, że jest tak prawdziwa jak jestem ja sama.

Ciągle jeszcze nie mówię, że "byłam", bo nadal ciągle jestem i bardzo chcę się z Tobą zobaczyć. Całuje Cię serdecznie i czekam, Kaja”.


JSG: Czy autor książki pt. „Oddział majora Hubala” Marek Szymański, to mąż Kai?


AZB: Tak, to jej mąż. To był bardzo dzielny człowiek, Kapitan saperów Armii Krajowej, używał pseudonimów „Sęp”, „Rafał”, „Czarny”, dowódca piechoty w oddziale majora Hubala, uczestnik Wywiadu Wschodniego KG ZWZ OSR, II Północ-Wilno, Oddziałów dyspozycyjnych Kedywu KG AK, Kompanii Warszawskiej w 27 Wołyńskiej Dywizji AK, Baonu „Czata 49” Zgrupowania „Radosław” w Powstaniu Warszawskim.

Odznaczony srebrnym krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, 4-krotnie Krzyżem Walecznych. Markowi Szymańskiemu wmurowano w warszawskiej katedrze polowej na ulicy Długiej tablicę. Piszę o nim także w książce. Cytuję jego wspomnienia, gdy w czasach stalinowskich siedział w więzieniu we Wronkach. Kaja po Powstaniu Warszawskim pojechała ranna do babci w Białymstoku. Tego samego dnia przyszło NKWD i ją aresztowało. Niebawem wywieziono ją do obozu NKWD w Ostaszkowie. Była w sandałkach, i takim ludzkim wężem, gęsiego, szła z innymi po śniegu. Wróciła do Polski jesienią 1946 roku z tyfusem, malarią, ważąc 38 kilogramów. Spotkali się z Markiem i już się nie rozstawali. Marka znała od czasów okupacji. Podobnie jak jej brat, pseudonim „Klin”, był żołnierzem Hubala.

W książce piszę także o Stanisławie Skalskim, słynnym lotniku, który wrócił po wojnie do Polski.


JSG: W książce obecna jest legenda Majora Hubala. Nie jest to pierwsza Pani książka, w której obecna jest historia związana z oddziałem Henryka Dobrzańskiego. Napisała Pani książkę opartą na losach jednego z Hubalczyków Romana Rodziewicza pt.: „Z miejsca na miejsce. W cieniu legendy Hubala”, miała trzy wydania (Kraków 1983, Warszawa 1986, 1997). Książka ta ukaże się niebawem w wersji angielskiej w amerykańskim wydawnictwie Military History Press pt. “A Polish Partisan’s Story”. Otrzymała Pani za nią doroczna nagrodę w dziedzinie literatury („Creative Nonfiction”) przyznaną przez Division of Arts w Stanie Delaware. Jedna z jurorek, autorka książek i wykładowczyni creative writing program na uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, Suzan Sherman tak napisała o tej książce: "The narrative is immediately gripping and compelling - the reader feels in the moment from the first sentence without it even becoming "sensationalizing". The competent, even tone is perfect for subject matter describing such horror".

Takie książki dotyczące polskiej historii, wydawane w Ameryce obalają wiele stereotypów, wynikających z niewiedzy. Czy planuje Pani tłumaczenie „Kai od Radosława” na język angielski?


AZB: Ten sam wydawca, który wydaje „A Polish Partisan’s Story” (książka się opóźnia, bo wydawnictwo przechodziło reorganizację, zmieniało lokalizację itd.), sponsoruje tłumaczenie na angielski także „Kai od Radosława”. Książka jest w trakcie tłumaczenia. Nie wiem, czy będzie się nazywała „Kaia - the Savior of the Hubal Cross”, czy ustali się inny tytuł.


JSG: Jedzie Pani niedługo do Polski, gdyż otrzymała Pani stypendium Fulbrighta. Jak zamierza Pani wykorzystać ten czas?


AZB: W kwietniu dostałam zawiadomienie o przyznaniu mi prestiżowego amerykańskiego stypendium Fulbrighta. Od późnej jesieni tego roku będę przebywać 9 miesięcy w Polsce jako „Fulbright scholar”. Zamierzam być w stałym kontakcie z Instytutem Historii Uniwersytetu Warszawskiego i zbierać materiał do nowej książki. Mam mieć także wykłady na Uniwersytecie w Wilnie (z rekomendacji Tomasa Venclovy), z czego cieszę się w sposób szczególny. Zaproszono mnie także do Ośrodka Kultury Polskiej w Düsseldorfie. Kilka innych miejsc jest w trakcie ustalania. Będzie mi towarzyszył mój mąż Norman, którego pobyt również sfinansowano. Oczywiście, bardzo cieszę się z tego stypendium.

Cezaria Iljin-Szymańska (pseudonim powstanczy Kaja) podczas okupacji, fot. arch. C.I.-S.


Krzyż Virtuti Militari majora Hubala, fot. arch. C.I.-S.





   

wtorek, 18 sierpnia 2015

Joanna Sokołowska-Gwizdka odpowiada: Kto jest dla pani wzorem pióra w dzisiejszym trudnym świecie?

- Kto jest dla pani wzorem pióra w dzisiejszym trudnym świecie? - Mam wielu ulubionych pisarzy dawnych i współczesnych. Każdy ma coś innego, co mnie interesuje. Ale powiem o jednej współczesnej pisarce, której pióro jest mi najbliższe. To Aleksandra Ziółkowska- Boehm, mieszkająca w Wilmington w stanie Delaware, była sekretarka Melchiora Wańkowicza, autorka kilkudziesięciu książek dotyczących nie tylko Wańkowicza, ale i wielu ważnych wydarzeń z historii Polski. Uważam, że literatura faktu jest niezmiernie ważną dziedziną, gdyż utrwala wydarzenia, które umkną na zawsze, gdy ich w porę nie złapiemy. Aleksandra Ziółkowska pisze o faktach i ludziach, którzy istnieją. Ich losy podane na tle historii Polski tworzą fascynującą opowieść. Autorka posługuje się bardzo pięknym, literackim językiem, od jej książek nie można się po prostu oderwać. Niosą przy tym duży bagaż historii, autentycznych wydarzeń, które nas wzbogacają o wiedzę o Polsce i nas samych.

 {Całość:}

Dodano: 12.01.12 - 20:18 | Dział: Głos Polonii

Joanna Sokołowska – Gwizdka



Autorka książki o Helenie Modrzejewskiej odpowiada na pytania Aliny Szymczyk



- Pani Joanno, proszę powiedzieć, jak to się stało, że zainteresowała się Pani osobą Heleny Modrzejewskiej?


- Postacią Heleny Modrzejewskiej zainteresowałam się podczas mojego pierwszego pobytu w Kalifornii w 1998 roku. Wiele napotkałam tam śladów po słynnej artystce, głównie w nazwach - miasteczka, stacji kolejowej, drogi szybkiego ruchu czy kanionu. Wciąż trafiałam na napisy - Modjeska Peak, Modjeska Falls, Modjeska Fire Station, Modjeska Shop itd. Nawet w restauracji można było zjeść kotlet à la Modjeska. Mimo to, postać wielkiej aktorki nie była tam tak znana, jakbym się tego spodziewała. Sama zresztą miałam na jej temat wiedzę bardzo ogólną. Jakim była człowiekiem, o czym marzyła, jak toczyły się jej życiowe losy - o tym nie miałam pojęcia. Po powrocie do Polski zaczęłam czytać praktycznie wszystko, co było dostępne w polskich bibliotekach, a dotyczyło wielkiej aktorki. Coraz bardziej lektury te mnie wciągały, coraz bliższa stawała mi się postać Heleny Modrzejewskiej. Tym bardziej była żywa, że poznawałam ją poprzez jej własne pióro. Cieszyłam się, że artystka tak dużo pisała, że pozostał po niej jej pamiętnik i ogromna ilość korespondencji. Po czasie wydawało mi się, że znam ją od lat i że się „zaprzyjaźniłyśmy”. Stała się dla mnie kimś bliskim.
- Opowiadając o Helenie Modrzejewskiej, użyła Pani sformułowania „wydawało mi się, że znam ją od lat, zaprzyjaźniłyśmy się, stała się dla mnie kimś bliskim”. Opowieść o Helenie Modrzejewskiej w Pani książce „Co otrzymałam od Boga i ludzi” napisana pięknym językiem, kunsztownie wydana, dodam, że występuje w niej fascynacja postacią tej fenomenalnej artystki, co wpłynęło na Pani fascynacje jej osobą ?

- Modrzejewska miała w sobie ogromną siłę i hart ducha. W wielu sytuacjach, wydawałoby się beznadziejnych, kiedy inni by się poddali, ona się podnosiła i szła dalej. Nawet odnosząc największe sukcesy, nigdy nie przestała pracować nad rolami i nad swoją techniką. Osiągnęła szczyty sławy, ale pozostała zwykłym człowiekiem. „Poznałam” ją zarówno jako człowieka pełnego radości, jak i wątpliwości, wielkich wzlotów i upadków, znam ją z życia codziennego, dowcipną, uśmiechniętą, pielącą ogródek, czy narzekającą na los gwiazdy, która musi smażyć kotlety i cerować skarpetki swoim panom. Wyobrażam sobie ją spacerującą wśród cyprysów w kalifornijskim Ardenie, pielęgnującą ukochane róże czy opisującą w listach do rodziny kłopoty z kolejnymi kucharkami. Widzę ją też na scenie, jako wielką aktorkę wzbudzającą niezapomniany dreszcz, oklaskiwaną zarówno przez tłumy w Metropilitan Opera w Nowym Jorku, jak i garstkę widzów w małych prowincjonalnych amerykańskich teatrzykach. Zafascynowała mnie jej ludzka twarz, w ramie oszałamiającego sukcesu i mody na Modrzejewską.

- Wiedza Pani o życiu codziennym, niemal duchowym i emocjonalnym jest szczegółowa, czego wyrazy daje Pani nie tylko w rozmowie, ale również w książce. Proszę powiedzieć jak bardzo Modrzejewska była znana w USA jak na ówczesne czasy?

- W tamtych czasach była jedną z bardziej znanych postaci Ameryki. Oprócz niezwykłego talentu Modrzejewskiej, przyczynił się do tego rozwój kolei, dzięki czemu artystka mogła dotrzeć w najdalsze zakątki kraju. W Ameryce odbyła 23 tury, każda tura trwała ok. pół roku, podczas jednej tury aktorka odwiedzała ok. 80 miast i miasteczek, niektóre po kilka razy, grała 250 przedstawień, w tym zwykle 6 nowych premier. Do teatru przychodzono na Modrzejewską, nie na Szekspira. Rozpisywały się o niej gazety w całym kraju. Zgłaszały się do niej duże firmy, aby użyczała swojego nazwiska dla różnego rodzaju produktów. Szyto damskie stroje a la Modjeska, można było kupić kapelusze a la Modjeska, czy też różne przybory toaletowe a la Modjeska. Aktorka stała się w Ameryce tak naśladowana, że w miastach, przez które przeszła, zaczęła dyktować nie tylko modę, ale i maniery, zachowanie, gesty. „Bombonierki, obwoluty do cygar i pudełka od zapałek ozdabiano jej wizerunkiem; nawet w restauracjach podawano zające i kompoty a la Modejska” – jak napisał jeden z recenzentów
W miastach, w których występowała bez końca fetowały ją miejscowe kluby, a wieczorem na scenie pojawiały się wielkie kosze kwiatów z „gwiazdą północy” na szczycie, utkaną z białych i czerwonych róż. Modrzejewską nazywano „Gwiazdą północy”, czyli przybyłą z Polski, kraju leżącego gdzieś tam na północy Europy.
Niedawno kupił ode mnie moją książkę wnuk Grovera Clevelanda - prezydenta Stanów Zjednoczonych z czasów Modrzejewskiej. Powiedział on, że jego dziadek i babcia z największa radością przyjmowali artystkę w Białym Domu, jeśli tylko pozwalała na to geografia i że był to dla nich zaszczyt. To też świadczy o randze Heleny Modrzejewskiej w Ameryce.

- Modrzejewska w swojej epoce była kobieta dużego sukcesu. Czy Pani sądzi, że jakaś inna polska aktorka ma szansę w USA na taką karierę?

- Myślę, ze teraz są zupełnie inne czasy i trudno porównywać role dzisiejszego aktorstwa z ówczesnym. Kiedyś teatr spełniał ważną funkcję jako rozrywka, część intelektualnego rozwoju, czy miejsce spotkań towarzyskich. Teraz większy wpływ na popularność aktorów ma film. Doszły też nowe media za pośrednictwem Internetu, teatr więc odgrywa dziś inną rolę. W XIX wieku ten kraj ciągle jeszcze był „zdobywany”, o wielu rzeczach nie wiedziano, wielu nie znano. Można było więc zagospodarować wiele pól. Obecnie wszechobecna pop kultura wypiera tzw. kulturę wyższą, coraz mniej miejsca jest na wybitne talenty, a coraz większą popularność i uznanie zdobywają ci artyści, którzy trafiają w gusty większości. Tak więc ze względu na specyfikę obecnych czasów nie sądzę, aby powtórzył się fenomen Modrzejewskiej w Ameryce.

- Na czym polegał fenomen Modrzejewskiej?

- Na niezwykłym talencie, połączonym z urodą i pracowitością. Artystka dawała ludziom niezapomniane przeżycia, wywoływała emocje. Gdy umierała na scenie, płakała cała widownia, gdy odzyskiwała wzrok jako Jolanda, córka króla Rene, radość widzów nie miała granic. Jej role nie były sztuczne, wykreowane dla potrzeb scenicznych, postacie teatralne miały ludzką twarz. Modrzejewska długo nad nimi pracowała, wczuwała się w przestawiane osoby, w ich sytuację życiową. Nad niektórymi rolami pracowała całe życie. Tak było np. z Marią Stuart, Artystka dużo czytała, wyobrażała sobie królową, jej odczucia, pojechała nawet do Edynburga, by zobaczyć celę, w której Maria Stuart była zamknięta. Niektóre postacie poprawiała, nie wierzyła, że były z gruntu złe. W Damie Kameliowej, granej w Ameryce pt. „Camile”, starała się udowodnić, że bohaterka została kurtyzaną, bo zmusiły ją do tego warunki, że w rzeczywistości była wrażliwą osobą, uwikłaną w system społeczny. To podejście Modrzejewskiej do postaci podobało się autorowi Aleksandrowi Dumasowi.
Poprzez kreowane przez siebie postacie Modrzejewska pokazywała człowieka, takim jakim jest, ze swoimi radościami, rozterkami, wątpliwościami. Podobno nawet recytując kolejne liczebniki potrafiła wywołać niezapomniane wzruszenia. Dzięki temu stała się amerykańską legendą na długie lata, a ślady po niej przetrwały do dziś.

- Czy trudno jest dla pani mieszkając w USA pisać w pięknym języku polskim?

- Nie, ponieważ nigdy nie przestałam posługiwać się językiem polskim. Przez cały czas mojego pobytu za Oceanem (od 2001 roku) pracuję lub współpracuję z polskimi gazetami. W Kanadzie, przez 6 lat redagowałam „List oceaniczny” - dodatek kulturalno-literacki, wydawany przez dziennik „Gazeta” w Toronto. Przyjmowałam teksty literackie do druku, oceniałam ich wartość, poprawiałam język. I sama dużo pisałam. Język angielski jest dla mnie językiem porozumiewania się na tym kontynencie, ale wypowiedzieć się od serca, czy dyskutować na temat kwestii ważnych, lub mniej ważnych potrafię tylko w języku polskim.

- Proszę powiedzieć jak została pani pisarką?

- Od kiedy pamiętam lubiłam pisać. Traktowałam to jako zabawę, sprawiało mi przyjemność bycie sam na sam z kartką papieru i kreowanie świata wyobraźni, w którym wszystko jest możliwe. Podczas studiów polonistycznych na Uniwersytecie Łódzkim, udało mi się spotkać z Marią Kuncewiczową, w jej domu w Kazimierzu nad Wisłą. Bardzo starannie przygotowałam się do tej wizyty, przeczytałam wszystkie książki pisarki, zanotowałam wiele pytań. Maria Kuncewiczowa była dla mnie postacią z innej epoki, ostatnim reliktem przedwojennego pisarskiego świata. Czekała na mnie na progu, w koronkowej bluzce ze stójką, pięknie uczesana. A miała już dziewięćdziesiąt lat. Oprowadziła mnie po swoim domu i jego tajemnicach – to biurko Wyczółkowskiego, a to słynny plakat, mojej przyjaciółki z Paryża – opowiadała. Zapach starych mebli, kolory pieca huculskiego i suche bukiety, które pisarka uwielbiała. Byłam oczarowana. Nie zadałam ani jednego z przygotowanych pytań, to pani Maria mnie wypytała o mnie i pokazała mi cząstkę swojego świata. Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że pisarza gna ciekawość ludzi, zjawisk, przeszłości, przyszłości i wszystkiego co nas otacza. Pisarz ma nieodpartą potrzebę podzielenia się z innymi swoimi obserwacjami i przemyśleniami. Dlatego pisze.
Po wizycie u Marii Kuncewiczowej napisałam reportaż, który ukazał się w Wielkanocnym numerze łódzkich „Odgłosów”. Maria Kuncewiczowa przysłała mi kartkę z Kazimierza, w której „dziękuje mi za atmosferę”. Był to dla mnie największy komplement, jaki mogłam dostać i zachęcił do dalszej pracy.

- Maria Kuncewiczowa była prawdziwą damą z innej epoki. Miałam przyjemność rozmowy z nią w jej domu w 1985 roku podczas koncertu z kapelą w Kazimierzu. Było to dla mnie duże przeżycie, gdyż występowaliśmy dla dziennikarzy z całego świata na placu przed domem Kuncewiczów. Pani Maria wyszła po nas przed dom, a my wręczyliśmy jej lubelski placek z kaszą gryczaną, jej ulubiony. Pani Maria oprowadziła nas po domu, potem pokroiła sama placek, wyjęła z kredensu butelkę z orzechową nalewką. Zwróciła się do jednego z członków kapeli z prośbą o rozlanie i już po chwili delektowaliśmy się szlachetnym trunkiem w maleńkich zgrabnych kieliszeczkach siedząc za pięknym olbrzymim drewnianym stołem. Cieszę się ogromnie, Pani Joanno, że spotkałam Panią na mojej drodze, jest Pani interesującą osobą, poszukującą ciekawych ludzi i tematów wartych ocalenia.
Proszę powiedzieć, co w pracy pisarskiej jest najtrudniejsze, a co jest najpiękniejsze i najciekawsze?


- Pisanie ma różne fazy. Przyjemne jest poszukiwanie materiału, poznawanie obszaru, który nas zaciekawił. Wtedy czujemy się jak Sherlock Holmes, odkrywający tajemnice i łączący pozornie nie związane ze sobą nitki wydarzeń. Gdy już siada się do komputera, aby przelać myśli, nachodzą różne wątpliwości - a czy warto, czy to ktoś przeczyta, czy ma to sens. Poszukuje się metody, aby obraz był jak najbardziej czytelny. Po długiej nieprzespanej nocy, gdy już się nam wydawało, że uchwyciliśmy to „coś”, po kolejnym czytaniu tekstu, ma się go ochotę wyrzucić wszystko do kosza i zacząć od nowa. Pisanie to jak rzeźbienie nieokrzesanego materiału, nadawanie mu formy i dopracowywanie, niemal w nieskończoność. Ile razy by się nie czytało, zawsze się znajdzie coś do poprawienia. W pisaniu jest się samotnym, tylko ja, papier, myśli i długie godziny, które nie posuwają pracy do przodu. I wiele frustracji z tego powodu. Dopiero, gdy praca jest już zakończona, gdy książka ma już swój ostateczny kształt, następuje etap radości. Cieszymy się, gdy nasza praca idzie w świat, gdy przestajemy być anonimowi, rozmawiamy z ludźmi, dzielący się swoimi opiniami, czytamy listy od czytelników. Jeśli sprawiło się komuś radość swoim piórem, gdy obudziło się uśpione struny, zbudowało poczucie dumy z przynależności do własnego narodu, dostarczyło przeżyć i emocji, to to jest największa radość i zapłata za żmudne godziny spędzone sam na sam z komputerem.

- Kto jest dla pani wzorem pióra w dzisiejszym trudnym świecie?

- Mam wielu ulubionych pisarzy dawnych i współczesnych. Każdy ma coś innego, co mnie interesuje. Ale powiem o jednej współczesnej pisarce, której pióro jest mi najbliższe. To Aleksandra Ziółkowska- Boehm, mieszkająca w Wilmington w stanie Delaware, była sekretarka Melchiora Wańkowicza, autorka kilkudziesięciu książek dotyczących nie tylko Wańkowicza, ale i wielu ważnych wydarzeń z historii Polski. Uważam, że literatura faktu jest niezmiernie ważną dziedziną, gdyż utrwala wydarzenia, które umkną na zawsze, gdy ich w porę nie złapiemy. Aleksandra Ziółkowska pisze o faktach i ludziach, którzy istnieją. Ich losy podane na tle historii Polski tworzą fascynującą opowieść. Autorka posługuje się bardzo pięknym, literackim językiem, od jej książek nie można się po prostu oderwać. Niosą przy tym duży bagaż historii, autentycznych wydarzeń, które nas wzbogacają o wiedzę o Polsce i nas samych.

- Dziękuję pięknie i życzę wiele wartościowych książek z nadzieją na ponowne spotkanie w Chicago.

...............................................
Wywiad z autorką książki o Helenie Modrzejewskiej, Joanną Sokołowską – Gwizdka, przeprowadziła Alina Szymczyk w Zrzeszeniu Literatów im. Jana Pawła II w Chicago