Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Lutomierski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Lutomierski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 stycznia 2019

Czy świat Indian się zmienia? WYWIAD Joanna Sokołowska-Gwizdka







Joanna Sokolowska-Gwizdka










Czy świat Indian się zmienia?



Rozmowa z Aleksandrą Ziółkowskią-Boehm na temat książki „Otwarta rana Ameryki”.

Joanna Sokołowska-Gwizdka:
„Otwarta rana Ameryki” to książka głęboko osadzona w problematyce „Native Americans”. Mimo, że mieszkam w USA o wielu rzeczach nie wiedziałam, ta książka otworzyła mi oczy na historię i współczesność amerykańskich Indian. Jednocześnie znacznie się różni od poprzednich Pani książek, choćby od „Kai od Radosława”.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm:
Jest to książka inna od moich poprzednich ze względu na tematykę, ale sposób pisania i ton narracji jest podobny, do choćby przywołanej przez Panią „Kai od Radosława”. Obie książki pisałam w Stanach Zjednoczonych, jedna traktuje o polskiej historii, druga o amerykańskiej. Wydarzenia tragiczne, o których piszę, są po obu stronach oceanu równie smutne. Zaangażowanie emocjonalne w tematykę towarzyszyło mi przy pisaniu obu książek. Moim zdaniem, nie ważne, czy mija 10, 50 czy 100 lat od zdarzeń, o których piszemy, ważne jest, by mieć w sobie przekonanie, że jest to historia warta opowiedzenia, aby o niej napisać tak, by wywołała wzruszenie, by czytelnicy byli nią także przejęci. Dla mnie jest to ważna książka także dlatego, że pokazuję trochę „moją Amerykę”. 
 .
Jakie konsekwencje dla warsztatu pisarskiego powoduje taka zmiana obszaru zainteresowań? Czy wyostrza spojrzenie na nowe problemy?
Jeżeli mogę tak określić: wiele razy pisaniem odpowiadam na sytuacje, czy rzeczywistość, która się wkoło mnie dzieje. Od 1990 roku mieszkam na stałe w Stanach Zjednoczonych. We wstępie do „Kai od Radosława” przywołałam przesłanie (które lubię przytaczać) usłyszane od Isaaca B. Singera – do pisania trzeba mieć „story to tell”, pasję, by o niej opowiedzieć i przekonanie, że właśnie ja chcę to zrobić. W czasie pisania obu książek zaistniało we mnie takie przekonanie. Jeżeli chodzi o „Kaję od Radosława”, zabrało mi niemal 30 lat, by sobie to uświadomić, ale i w przypadku książki indiańskiej, trzymało mnie ono w szczególnym napięciu wiele lat. O tej tematyce myślałam od dawna, książkę pisałam, z dużymi przerwami, dziesięć lat.  
 .
Dlaczego zmagała się Pani z tym tematem aż 10 lat?
Przez długi okres sądziłam, że nie jestem w stanie opisać tematu, który jest trudny i złożony. Obawiałam się, że nie poradzę sobie z nim. Zdawałam sobie sprawę, że im dalej od ludzi innych kultur, tym łatwiej można ulec na przykład romantycznym wyobrażeniom na ich temat. Bałam się także, że będę się kierować sentymentalizmem, że zapanuje urzeczenie innością, egzotyką, że napiszę książkę, która będzie jeszcze jedną „wersją białego człowieka”. Więc się nie spieszyłam. Chciałam przespać, jakby powiedzieli Irokezi, z tym tematem niejedną noc.




















Tomasz Tomczyk, lat 8, fot. arch. A.Z-B.

Przygotowywałam się do tej książki wiele lat, nie tylko czytając, ale śledząc bieżące wydarzenia. Zaprenumerowałam dwa indiańskie pisma ”Lakota Country Times” i ”Indian Country Today”, czytałam też „The Morning Star”. Odbyłam trzy razy wyprawy do rezerwatu Pine Ridge w Południowej Dakocie, byłam w rezerwatach indiańskich w Teksasie, Montanie, Wisconsin, odwiedziałam też terytoria indiańskie w Oklahomie. Im bardziej się zapoznawałam z tym tematem, tym się on bardziej jakby ode mnie… oddalał. Ale mnie kusił, ekscytował i wciągał, i się nie poddałam. Mój mąż Norman bardzo mi sekundował, wspólnie robiliśmy dalekie wyprawy, przejechaliśmy terytoria indiańskie w Oklahomie. Jeździliśmy na kolejne „pow-wow”, a przede wszystkim do rezerwatów w obu Dakotach, w Montanie. Spędziliśmy 2,5 miesiąca w Pine Ridge Reservation w Południowej Dakocie, drugim największym rezerwacie w Stanach.
Zwyczajem amerykańskim, który ogromnie cenię, w miarę możliwości sponsorowaliśmy między innymi trzy szkoły indiańskie (Norman, protestant, podziwiał, że wszystkie trzy są prowadzone przez kościół katolicki). Nawiązaliśmy osobiste kontakty z Indianami i teraz, po latach, mogę powiedzieć, że wśród naszych przyjaciół jest dwóch Indian. (Cytuję ich w książce „Kaja od Radosława”, gdzie w Aneksie podałam wypowiedzi Amerykanów, jak kojarzą Syberię, i co wiedzą na temat Powstania Warszawskiego).
W ciągu tych lat drukowałam reportaże i eseje w wielu pismach. Ogromnie cenię, że w „Polityce” w cyklu „Na własne oczy” wydrukowano mój duży reportaż p.t. „Nadciągają Indianie”. Pisałam do „Odry”, „Borussi”, „Rzeczpospolitej”, do nowojorskiego „Przeglądu Polskiego”, angielskojęzycznego „New Horizon”. Powstajacą książką interesował się między innymi Jerzy Giedroyc, którego temat Indian niemal fascynował.  
Proszę opowiedzieć o przyjaźniach z Indianami, które nawiązały się przez ten czas? Co Pani w nich ceni najbardziej?
To, co w każdej przyjaźni, serdeczność i lojalność. Moi znajomi Indianie są zainteresowani książką, wysłałam im także jej polską wersję. Przysyłali mi via Internet  fotografie. Od lat tłumaczyli mi cierpliwie sprawy, które nie są proste, np. różne typy własności ziemi na terenie rezerwatów. Ujmuje mnie, gdy mi opowiadają sprawy dla nich niemal osobiste. Rod Trahan, Szejen Północny, opowiedział mi o pogrzebie swojej babki. W pewnym momencie zatrzymał się i powiedział, że więcej nie może mi powiedzieć, bo nie jestem Indianką. W książce jest rozmowa z nim, jak i z przedstawicielem Apaczów, Kiowa, Chickasaw.
.
Gdy przejeżdżałam przez indiańskie rezerwaty w Kanadzie i w Stanach  widziałam Indian, którzy absolutnie odbiegali od obrazu kształtowanego przez filmy o „Dzikim Zachodzie”, na których się wychowałam. Zamiast tradycyjnych strojów – „adidasy”, podkoszulki z wielkimi napisami reklamującymi np. hamburgery, farbowane włosy, trwała ondulacja, czy ubiór niemal zdjęty z lalki Barbie. Widziałam też Indian tworzących sztukę na sprzedaż, jakby chcieli dać turystom taki obraz siebie, jaki oni chcą zobaczyć. Czy według Pani Indianie są w stanie obronić swoją kulturę i nie ulec komercjalizacji amerykańskiego życia? Czy mają na to szanse bez pomocy „białych”?
To jest bardzo złożony problem. Część Indian wchodzi w świat i kulturę dominującą w Stanach Zjednoczonych, jest wiele małżeństw mieszanych, ale większość mieszka w rezerwatach na zachodnich terenach – w obu Dakotach, Montanie, i niewiele zmienia się ich świat mimo upływających lat. Piszę o tym w rozdziale „Smutek rezerwatów”. W Pine Ridge bezrobocie sięga 88 procent, co trzeci dom nie ma elektryczności czy kanalizacji. Szerzy się alkoholizm, choć zabroniona jest sprzedaż alkoholu na terenie rezerwatów. Nie mogłam spytać małego synka poznanej Indianki, o czym marzy, kim chciałby zostać, gdy dorośnie. Bo jego ojciec jest na bezrobociu, podobnie jak był dziadek i pradziadek. Skąd ma mieć wzór? 
Wspomniała Pani o indiańskich „tradycyjnych strojach”. Przed wielu laty odwiedził mnie w Warszawie syn zaprzyjaźnionej kanadyjskiej rodziny polskiego pochodzenia. Powiedział mi, że jest zaskoczony…, że w Polsce ludzie nie chodzą w „ludowych strojach”, które pamiętał z wystąpień polonijnych zespołów.
Co jest według Pani w tej książce najważniejsze? 
Pokazuję złożoność ogólnego problemu, pokazuję także każdą dobrą inicjatywę, bo takie są. Piszę o biedzie, ale piszę o ogromnych dochodach z kasyn gry. Przynoszą one więcej dochodu w Kalifornii niż kasyna np. w Nevadzie. Indianie w Kalifornii sponsorują z otrzymanych dochodów wiele pięknych akcji, stawiają szkoły, szpitale, budują drogi. Ale to jest niewielki procent. Na ponad 500 plemion, każde z nich ma inną historię, także obecną rzeczywistość i perspektywy. Piszę o nadziei, jakie budzą szkoły indiańskie, o edukacji, która jest kluczem otwierającym szeroko drzwi, i piszę o trudnościach, których sami Indianie nie umieją, ale też często nie chcą przełamać.
Zastanawiam się, ale nie mam gotowej odpowiedzi, nad wieloma sprawami. Na przykład – czy Indianie są tak fundamentalnie inni od innych mieszkańców Stanów Zjednoczonych, że wymagają osobnej kategorii praw, które nie mają wiele wspólnego z przeciętnym amerykańskim systemem wartości, czy są jeszcze jedną grupą tworzącą getta i etniczne enklawy.
W książce piszę między innymi o indiańskich szyfrantach (code talkers), o kobietach, które nazywam indiańskimi księżniczkami, o swoich odwiedzinach na farmie w Wisconsin, gdzie urodził się biały bizon, symbol zmian i dobrej wróżby.
.
Dotarła Pani do Indian z wielu plemion, pisze pani nie tylko o Indianach Lakota, gdzie spędziła pani najwięcej czasu. Starała sie pani zrozumieć, co ich łączy, a co dzieli. To cenna obserwacja, którą można wyczytać w książce. Mnie zdumiało, że Indianie, którzy nawet doszli do wysokich pozycji w amerykańskim społeczeństwie, mają głęboką niechęć do plemion, które w przeszłości wyrządziły im krzywdę. Mój mąż, Jacek, rozpoczynając pracę na Uniwersytecie w Austin w Teksasie, przez trzy miesiące wynajmował pokój u swojej koleżanki, która miała duży dom. Koleżanka – profesor na Wydziale Nauki o Informacji, jak się okazało, była Indianką urodzoną w rezerwacie. Zajmowała się tematyką indiańską w swoich pracach badawczych. Jacek pochwalił się, że zna Polkę, która napisała książkę o Indianach. – A z jakiego plemienia – podchwyciła Indianka. – Chyba Lakota – odpowiedział. – Ja pochodzę z plemienia Ojibwe i my nie chcemy o Lakota słyszeć – odpowiedziała. Jej twarz mówiła, że to dla niej bolesny temat. Nigdy więc Jacek do niego nie wracał.
Są historyczne uzasadnienia do wzajemnych dąsów, i niewybaczania krzywd. A czy my –Polacy nie mamy jakże bolesnych okrutnych doświadczeń z naszymi sąsiadami, i nie tylko z bliskimi sąsiadami?…
Książka pokazana była Targach Książki w Krakowie. Promocję ubarwiły indiańskie tańce. Proszę opowiedzieć jak czytelnicy, z którymi się Pani zetknęła odbierali tę książkę? Jak duże jest zainteresowanie tematyką indiańską w Polsce? Czy czytelnicy wychowani na lekturach Karola Maya i filmach o „Dzikim Zachodzie” nie oczekiwali, że będzie to książka przygodowa?
Tematyka indiańska w Polsce, co mnie niezwykle zdumiało, ale i urzekło, cieszy się dużym zainteresowaniem. Nie mówię o książkach dla dzieci i młodzieży, czy o znanych od dawna autorach, jak James F. Cooper czy przywołany przez Panią Karol May, ale np. o piśmie TAWACIN, [1] które podejmuje poważną problematykę Indian. Jego redaktor naczelny Marek Maciołek (bardzo mi pomógł w polskim nazewnictwie), duży znawca tematu, wydaje także książki o tematyce indiańskiej. Na uniwersytetach w Polsce są wydziały amerykanistyki, archeologii, gdzie pisze się doktoraty na temat szeroko pojętej tematyki Indian. Dr Radosław Palonka z Uniwersytetu Jagiellońskiego w 2006 roku był stypendystą Fulbrigta na Uniwersytecie w Arizonie. Jego wiedzę na temat „Native Americans” miałam okazję podziwiać wysłuchując wykładu na sympozjum poświęconym Indianom (w którym i ja wzięłam udział) zorganizowanym m.in. przez Uniwersytet Jagielloński. Odbyło się w języku angielskim, ciekawe referaty przedstawili polscy goście, jak także autor książek Bruce E. Johansen z Nebraski i naukowcy z Włoch.
Na Międzynarodowej Konferencji Naukowej w Rzeszowie (25-27 września 2013) zatytułowanej: „Internationale Wissenschaftliche Konferenz. Przyjemność i cierpienia, czyli człowiek w świecie doznań. Genuss und Qual oder Der Mensch der Welt der sinnlichen Erfahrungen” dr Marcin Lutomierski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika zaprezentował wykład: „Cierpienia (i radości) współczesnych Indian w „Otwartej ranie Ameryki” Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm”, który potem ukazał się w książce.[2] Bardzo cenię ten esej.



































































 **

„Otwarta rana Ameryki” była nominowana do nagrody Angelusa (2008). „Nowe Książki” poświęciły jej okładkę i obszerny tekst zatytułowany „Tylko w Ameryce można wyrzeźbić górę”, PAP podał dużą notę, było wiele interesujących recenzji. Została przetłumaczona na język angielski. Jak odebrali ją angielskojęzyczni czytelnicy? Jakie są jej losy w Ameryce?
W Stanach ukazała się w wydawnictwie Nemsi Books w Południowej Dakocie pod tytułem: „Open Wounds a Native American Heritage”, wstęp napisał Radosław Palonka. Chcę wspomnieć, że Nemsi Books od kilku lat wydaje książki popularnego w Europie, a nieznanego w Stanach Zjednoczonych Karola Maya.
Wydanie mojej książki wsparli Apacze, jest podziękowanie od wydawcy. Pisały o niej pisma indianskie (np. „The Morning Star”), także interesujace głosy, recenzje napisali między innymi: John R. Alley, Bruce E. Johansen, Zbigniew Brzeziński, Audrey Ronning Topping,  Stanley Weintraub, Robert Ackerman, Homer Flute, Florence W. Clowes, Larry Cunningham, Angela Baldwin. Książka ma mieć wydanie w audiobooku (w języku polskim i w języku angielskim). [3]
Chcę wspomnieć, że mój mąż, który podzielał moją pasję, po wydaniu książki towarzyszył mi w spotkaniach autorskich w Polsce (oboje cieszyliśmy się starannym i pięknym wydaniem Wydawnictwa Debit), a także w Stanach.
Norman zmarł 26 maja 2016 roku. W nocie pośmiertnej podana była prośba, by zamiast kwiatów, wesprzeć Red Cloud Indian School – szkołę w rezerwacie Pine Ridge w Południowej Dakocie. Tak chciał.
____________
[1] TAWACIN, podtytuł „Pismo Przyjaciół Indian”. W języku Siuksów  oznacza „wiedzę, poznanie, mądrość”.
[2] Esej ukazał się [w:] Marcin Lutomierski:  „Folklor indiański w „Otwartej ranie Ameryki” Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm. Inspiracje folklorem w kulturze i edukacji”, Wydawnictwo Pani Twardowska, Warszawa 2014. str.81-93.
[3] Aleksandra Ziolkowska-Boehm: Open Wounds: A Native American Heritage. W języku angielskim lektorem jest Melanie Flores, wydawcą Hercalon International, ISBN 978-83-8146-562-5.

sobota, 13 maja 2017

Marcin Lutomierski Indianski swiat Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm w Otwartej ranie Ameryki




Praca zbiorowa: Inspiracje folklorem w kulturze i edukacji. W dwusetną rocznicę urodzin Oskara Kolberga. Rozdział: Marcin Lutomierski, Folklor indiański w „Otwartej ranie Ameryki” Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, Wyd. Pani Twardowska, Warszawa 2014., str. 80-89. ​ISBN 978-83-936462-2-7​.
**************
[ Nizej:]
Szkic jest zmienioną wersją artykułu mojego autorstwa Folklor indiański w „Otwartej ranie Ameryki” Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm opublikowanego w tomie Inspiracje folklorem w kulturze i edukacji. W dwusetną rocznicę urodzin Oskara Kolberga, red. S. Kawalla, E. Lewandowska-Tarasiuk, J. W. Sienkiewicz, Warszawa 2014, s. 81–91.


Marcin Lutomierski (POLSKA)

Indiański świat Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm. Szkic o Otwartej ranie Ameryki[1]


Długa droga

            Myśl o Otwartej ranie Ameryki[2], rodziła się powoli, przez co najmniej 10 lat. „Przygotowywałam się – mówi autorka – do tej książki od lat, nie tylko wiele czytając, lecz również śledząc bieżące sprawy Indian” (s. 12). Inspiracje do wydania drukiem powstającego stopniowo zbioru tekstów były złożone. Oczywiście, pierwszy twórczy impuls stanowił sam fakt zamieszkania na kontynencie północnoamerykańskim, a także podróże po USA dzięki stypendium Fulbrighta, Institute of International Education i Fundacji Kościuszkowskiej. Ponadto pisarka odbywała wraz z mężem Normanem Boehmem wyprawy do rezerwatów indiańskich: w Dakocie Południowej, Teksasie, Montanie, Wisconsin i Oklahomie. Po trzecie, zachętę stanowiły również lektury anglojęzycznego piśmiennictwa poświęconego tematyce indiańskiej. Jednak za bezpośrednią inspirację do napisania książki autorka uznaje działalność swojego stryja, rzeźbiarza Korczaka Ziółkowskiego (który zaprojektował i zaczął rzeźbić w skale pomnik Szalonego Konia): „Gdy jako stypendystka Fulbrighta pojechałam w 1985 roku do Rapid City w Dakocie Południowej, Korczak od trzech lat nie żył. Zajęła się mną serdecznie jego żona Ruth. Dostałam od niej książki i upominki z ośrodka Crazy Horse dla mojego syna” (s. 12). Ziółkowska-Boehm mówi także o przyjaźniach z Indianami – nierzadko sąsiadami – różnych plemion, o wspieraniu indiańskich szkół i stopniowym zaprzyjaźnianiu się z tematem indiańskim. Pojawiał się on w rozproszonych publikacjach w prasie polskiej i zagranicznej, w książce Nie tylko Ameryka (Warszawa 1992), a najgłębszy wyraz znalazł w omwianym tu zbiorze reportaży i rozmów.

Rdzenni Amerykanie
Reportażowe opowieści, bo tak trzeba nazwać książkę Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, ukazują życie współczesnych Indian, ale bardzo często odwołuje się do dziejów ich przodków. Autorka dosłownie i metaforycznie podąża śladami przeszłości: przywołuje pamięć sławnych wodzów, bitew i rzezi, a także dawnych obyczajów i wierzeń.
Sytuacja rdzennych mieszkańców Ameryki u progu XXI wieku jest niezwykle zróżnicowana. Rząd USA uznaje ponad 500 niezależnych indiańskich grup tubylczych. Uogólniając, można stwierdzić, że Indianie na wschodzie kontynentu mają pewne przywileje, sprzyjające rozwojowi życia społeczno-kulturalnego. Ich inicjatywy zwykle spotykają się z akceptacją władz. Na przykład na terenie rezerwatu nie płaci się podatku od dochodu, co umożliwia Indianom prowadzenie własnych kasyn, dzięki którym m.in. sponsorują szkoły, muzea czy prace naukowe związane z kulturą rdzennych mieszkańców Ameryki. Ponadto Karta Indianina pozwala osiedlać się im poza rezerwatami.
Zupełnie inaczej rzecz przedstawia się zachodzie kontynentu. Do najważniejszych problemów plemion indiańskich, zwłaszcza tej części USA, można zaliczyć: problemy własności ziemi w rezerwatach (m.in. brak możliwości uzyskania kredytów); bezrobocie sięgające nawet 80% ludności rezerwatów; ubóstwo; alkoholizm; brak wzorców i ideałów dla młodych Indian; zaniedbania cywilizacyjno-technologiczne (m.in. złą infrastrukturę, brak komputerów i Internetu w wielu gospodarstwach domowych); niechęć do nauki języków przodków; apatia i marazm w społecznościach rezerwatów; własne prawo (plemienne) i samorządność w rezerwatach (m.in. zezwalanie na składowanie odpadów nuklearnych); podziały, nieufność i brak silnego lobby.
Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm jest wzbogacona oryginalnymi fotografiami, obszerną – w znacznej części anglojęzyczną – bibliografią źródeł i opracowań, a także aneksami z informacjami na temat Indian w wybranych stanach, takimi jak: liczba rdzennych mieszkańców w relacji do ogólnej liczny ludności stanu (najwięcej Native Americans żyje obecnie w stanach: Alaska, Nowy Meksyk, Oklahoma i Dakota Południowa), indiańska etymologia nazwy niektórych stanów oraz wykaz muzeów indiańskich w Ameryce Północnej i Południowej.

Relikty folkloru tradycyjnego
Reportaże i rozmowy emigracyjnej pisarki ukazują relikty folkloru tradycyjnego dawnych mieszkańców Ameryki. Przyjrzyjmy się wybranym przykładom z obszaru tańca, muzyki, obyczaju i wierzeń (w tym medycyny).
Obchodzone 12 listopada przez Komanczów w pueblo Tesque doroczne święto Feast Day, czas zmiany pór roku, jest okazją do przypomnienia tradycyjnych tańców indiańskich.

Z jednej strony – mówi Ziółkowska-Boehm – jest to tylko zabawa, przyjemność. Dzieci nie idą do szkoły, starzy przyjaciele spotykają się, by porozmawiać. Z drugiej strony, jest to czas na refleksję i nawiązanie związków duchowych. Ludzie kończą letnie prace i potwierdzają swe więzy z matką-ziemią. Główną atrakcją uroczystości jest taniec: szansa, aby się uściskać, pokrzyczeć, potrząsnąć dzwoneczkami i mieć przyjemność występowania. Sto osób – mężczyźni i kobiety – poruszają się w tańcu, chór chłopięcy i męski bije w pięć bębenków i śpiewa: „Daj nam życie, pobłogosław nam” (s. 50).

Bohaterowie Otwartej rany Ameryki niejednokrotnie przypominają, że taniec „od zawsze” współtworzy tradycje Indian oraz że posiada liczne odmiany i nazwy. Oto niektóre z nich: Fancy Dance, Jingle Dance, Grass Dance, Women’s Traditional Dance, Fancy Shawl Dance, Men’s Traditional Dance, Warrior Dance, Flag Bearers, Royalty, Straith Dance.
            Do magicznej funkcji muzyki odwołują się m.in. Indianie z plemienia Tlingit. Na przykład starszy mieszkaniec małej osady w południowo-wschodniej Alasce używa sakralnego bębna do wypędzenia demonów z budynku, w którym będą odbywać się narady sędziów plemiennych. Ci z kolei stosują wcześniej głodówkę oraz rytualne obrzędy obmycia. Okazuje się, że wyrok, który wkrótce wydali wobec dwóch młodych mieszkańców rezerwatu winnych brutalnej napaści, także wyrastał z dawnych wierzeń i był skazaniem na 18-miesięczną banicję (samotny pobyt na bezludnej wyspie).
            Istotnym składnikiem indiańskiego folkloru są wierzenia. Autorka Otwartej rany Ameryki wspomina o dwóch zjawiskach w tej sferze życia współczesnego mieszkańca Ameryki. Otóż, wielu – coraz więcej – Amerykanów szuka inspiracji i natchnienia poza religią, w której się urodzili i wychowali. Poszukiwanie sensu życia przejawia się zarówno w lekturze książek poradnikowych typu self-help, jak i wizytach u psychiatrów oraz uczestnictwie w kursach terapeutycznych. Spore zainteresowanie wzbudza jednak duchowość Indian – ze względu na swoją egzotykę i spirytualizm, a także obecne wśród niektórych białych Amerykanów poczucie winy za krzywdy przez wieki wyrządzane rdzennym mieszkańcom kontynentu. Ziółkowska-Boehm mówi o dynamicznej odpowiedzi rynku wydawniczego na to zapotrzebowanie oraz swoistej modzie na „indiańskich” uzdrawiaczy:

liczba białych praktykujących wierzenia i zwyczaje indiańskie w celach zarobkowych stale się powiększa. […] Sprzedaje się wszystko: rytuały sakralne, zioła lecznicze. Krytykowani za eksploatację indiańskich wierzeń odpowiadają, że mają wiele szacunku dla Indian, a te poczynania nie robią im krzywdy. Indianie jednak  uważają te praktyki białych za świętokradztwo i naruszenie ich wiary. Mówią, że coś, co jest specjalne, nagle staje się dostępne i zwyczajne (s. 99).

W tych haniebnych – zdaniem bohaterów książki – praktykach uczestniczą niekiedy indiańscy medicine men, którzy w celach zarobkowych oddalają się od rodzinnej ziemi i tradycji, a następnie świadczą płatne usługi uzdrawiaczy. W swoich dawnych społecznościach są wówczas postrzegani jako odszczepieńcy. Taka postawa dowodzi silnej obecności reliktów tradycyjnego folkloru z wyrazistą kategorią światopoglądową swój – obcy. 
Z drugiej strony, tubylczymi wierzeniami interesują się również sami Indianie. Oni to z różnych powodów dopiero po latach powracają do rodzimej kulturą i odkrywają własną tożsamość. A przy okazji wspomniane wyżej fascynacje i mody białych odbierają jako kolejne zagrożenie ze strony białych oraz próbę zagarnięcia ich własności.
Być może w wierzeniach najbardziej atrakcyjne dla współczesnego człowieka (bez względu na pochodzenie) wydaje się przekonanie, że życie polega na nieustannym procesie zdobywania wiedzy o sobie samym. Jej gromadzenie odbywa się w konfrontacji z problemami oraz pragnienie ładu wewnętrznego i harmonii z otaczającą przyrodą, która daje wystarczającą liczbę przykładów dotyczących życia w uczciwości i zgodzie z innymi.
            Mimo że autorka Otwartej rany Ameryki wskazuje na bardzo silne zróżnicowanie wierzeń indiańskich poszczególnych plemion, to odnajduje wśród nich następujące elementy wspólne: 1) „Ludzie są spokrewnieni ze wszystkimi na ziemi, zarówno z rzeczami martwymi, jak i istotami żyjącymi” (s. 103); 2) „Dbałość o wewnętrzną równowagę i zachowanie proporcji własnych uczuć i emocji […]: odwaga musi być równoważona przez mądrość, upór – przez giętkość i elastyczność” (s. 104); 3) „Ludzie, którzy nie widzą siebie jako części natury i Wszechświata, tkwią w iluzji i psychicznej izolacji. Aby się tego pozbyć, musimy wyrabiać w sobie współczucie dla innych i dla natury w ogóle” (s. 105).
Zagadnienie wierzeń indiańskich obejmuje także medycynę, która często powraca na kartach reportażowych opowieści i rozmów Ziółkowskiej-Boehm. Najwięcej i najchętniej – choć dla europejskiego czytelnika/słuchacza zapewne i tak nazbyt skrótowo – o poglądach rdzennych mieszkańców Ameryki na zdrowie człowieka wypowiada się Linwood Tall Bull z plemienia Szejenów Północnych – nauczyciel, szaman, uzdrawiacz oraz prezes Dog Soldier Society, które obecnie zajmuje się przechowywaniem i przekazywaniem tradycji indiańskich. Twierdzi on m.in., że stopy są niezwykle ważne dla dobrego samopoczucia człowieka, a w swoich rozważaniach odwołuje się zarówno do wierzeń indiańskich, jak i przesłania Ewangelii św. Jana:

Większość osób wstydzi się swoich stóp, ale stopy to nasze fundamenty, nasza podstawa. Dobre stopy, dobra rodzina. Jeżeli ludzie mają różne narośla, zgrubienia, nie będą nikogo słuchać, bo są rozkojarzeni i cierpiący. Obmywając ludziom stopy, okazujemy im respekt i zdobywamy ich wdzięczność. Otwierają przednimi serca i chcą nas wysłuchać. I sami się otworzą. Chrystus wiedział o tym (s. 228).

Linwood Tall Bull uważa również, że przyczyną wielu dolegliwości i przewlekłych chorób są wstrzymywane emocje, ponieważ tłumienie gniewu wewnątrz siebie działa na organizm niczym trucizna.  „Gdy mamy problemy, przykładowo ze skórą, to oznacza, że nasz system nerwowy nie jest w porządku” (s. 230). Dlatego Apacze symbolicznie przekazywali swoje negatywne odczucia kamieniowi, który odrzucali. Radzili potem, żeby na ich terytorium nie podnosić kamieni, gdyż skutkuje to podniesieniem cudzego problemu. Uzdrawiacz jest zdania, że sami kreujemy rzeczywistość wokół siebie i to właśnie od nas zależy, jaki styl życia wybierzemy. Z tego powodu szaman zaleca „słuchanie” własnego ciała. Otóż, dolegliwości lewej strony ciała oznaczają, że zawiodła nas kobieta, prawej zaś – że zranił nas mężczyzna. „Warto o tym wiedzieć, ale musimy także w to wierzyć. Szukajmy przyczyn, zastanówmy się, dlaczego chorujemy. Indiańska medycyna i uzdrawianie działa od środka. Patrzy się na korzenie dolegliwości” (s. 231). Szczególną moc uzdrawiania mają drzewa. Linwood Tall Bull zaleca dotykanie ich i rozmawianie z nimi, ponieważ takie zachowania rozładowują nasze wewnętrzne napięcia. „Jeżeli dziecko się gniewa, dlaczego wspina się na drzewo? Bo drzewo zabiera jego gniew, uspokaja go” (s. 231). 
Negatywny wpływ na indiańskie tradycje, w tym głównie folklor, miały i mają wpływ różne czynniki. Jednym z nich były dawne publiczne amerykańskie i kanadyjskie szkoły publiczne, do których uczęszczało w dzieciństwie wielu rozmówców Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm. Oto fragment jednej z relacji:

– Szkoła jest dla mnie gorzkim wspomnieniem… – mówi mi mocno starszy Indianin z plemienia Siuksów. Nazywa się Phil Lane. Miał pięć lat, kiedy znalazł się w Wakpale, w Dakocie Południowej, w szkole dla amerykańskich Indian, imienia świętej Elżbiety, patronki miłosierdzia chrześcijańskiego, która poświęciła życie posłudze chorym i ubogim.
                Lane pamięta płaczących kolegów, przywiązanych tak jak i on za kolana i publicznie chłostanych. Kary te skończyły się, kiedy całkowicie odrzucił indiańskie tradycje, wyrzekł się ich, kiedy upodobnił się do białych rówieśników (s. 54).

Dopiero od lat 70. XX wieku nastąpił okres wyraźnego zachęcania tubylczych mieszkańców Ameryki do pielęgnowania własnych tradycji i kultury. W całym USA wzrosło zainteresowanie problemami Indian. W szkołach indiańskich zaczęto nauczać historii, kultury, a nierzadko również lokalnych języków. 

Kultura współczesna
„Nasi ludzie żyją zwieszeni w kulturze, która ani nie jest całkowicie indiańska, ani nie jest całkowicie kulturą ludzi białych”, mówi jeden z członków plemienia Omaha (s. 21). Jedną z form reakcji na to zjawisko jest rozwój nowych tradycji indiańskich, a także folkloryzmu. Pojęcie folkloryzmu bezpośrednio wiąże się z folklorem. Określa się je zwykle jako folklorystyczną stylizację dzieła literackiego, muzycznego, plastycznego albo parafrazowanie treści i form folkloru w celach artystycznych lub komercyjnych. Folkloryzmowi niejednokrotnie zarzucano wtórność, uproszczenia, banalność, zafałszowanie i zubożenie treści kultury ludowej oraz wypieranie folkloru. Należy jednak pamiętać, że folkloryzm jest zjawiskiem należącym do wszechobecnej dziś kultury masowej i stanowi pewną modę na folklor. Tendencje, o których będzie mowa poniżej, trudno jednoznacznie określić i zakwalifikować do folkloru czy folkloryzmu (autorka książki „tylko” rejestruje pewne zachowania i nie rozważa kwestii pojęciowo-terminologicznych). Otwarta rana Ameryki podaje niemało takich przykładów, oto kilka z nich.
Nawiązaniom do indiańskiego folkloru sprzyjają różne okazje, jak chociażby Heritage Day, podczas których przywołuje się dziedzictwo kulturowe rdzennych Amerykanów. W wielu szkołach działają także koła muzyczne, sportowe i teatralne. Szkoły te oraz inne centra edukacyjne i rozrywkowe są nierzadko sponsorowane przez właścicieli kasyn. Istniejąc więc pewne instytucjonalne bodźce pobudzające zainteresowanie folklorem indiańskim. Z lektury książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm można wysnuć wniosek, że dzieci i młodzież chętniej sięgają do tradycyjnych tańców, strojów czy obyczajów, aniżeli języków.
Za szczególną odmianę folkloryzmu należy uznać pow-wow, czyli indiańskie tańce i pieśni. Jest to widowisko czy pokaz, podczas którego przywołuje się elementy dawnego folkloru. Dziś w wielu krajach (także w Polsce) istnieją wyspecjalizowane grupy miłośników tradycji rdzennych mieszkańców Ameryki, prezentujące się przy bardzo różnych okazjach. Pow-wow obserwujemy w społecznościach opisywanych przez emigracyjną pisarkę. Niewątpliwie, są to zjawiska o charakterze folklorystycznym, inspirowane często przez indiańskie szkoły, organizacje i stowarzyszenia. Wprawdzie występują tu elementy folkloru tradycyjnego, ale w nowych kontekstach: np. w towarzystwie mediów, w budynku szkoły albo centrum kulturalnego, z okazji świąt patrona szkoły czy innych uroczystości. Pytanie, na które trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź brzmi: czy pow-wow jest formą kontynuacji, czy może jednak naśladowania tradycyjnego folkloru ludowego? A może jego twórczą adaptacją? Dopowiedzmy, że Ziółkowska-Boehm dostrzega trzy aspekty widowiska pow-wow: jest to forma zapoznawania nie-Indian z kulturą indiańską, okazja do zacieśnienia więzów między różnymi plemionami oraz promocja i sprzedaż wyrobów indiańskich.
Od lat 70 XX. wieku z inspiracji ludzi białych (choć można odnaleźć pewne tropy indiańskie, zob. s. 87) organizowane są wybory Miss Indian. Mimo że tradycja ta stała się popularna w szerokich kręgach społeczności indiańskich, to i tak do konkursu zgłasza się proporcjonalnie mniej dziewcząt niż do konkursu o tytuł Miss Stanów Zjednoczonych. Dodajmy, że wybory na najpiękniejszą Indiankę są organizowane dla dziewcząt w wieku od 3 do 25 lat. Kryteriami, które należy spełnić, są przede wszystkim bardzo dobre wyniki w nauce oraz fakt niezamieszkiwania razem z mężczyzną. Ziółkowska-Boehm zwraca uwagę, że:

[…] standardy urody związane z wagą i wymiarami nie są najważniejsze w pierwszych eliminacjach, prowadzonych przez samych Indian.
                Nieśmiałość dziewcząt indiańskich jest raczej powszechna i uważana za cechę pozytywną. Dziewczęta od dzieciństwa są uczone skromności i muszą wiedzieć, kiedy zabierać głos, a kiedy milczeć. Tradycyjne indiańskie wartości to nie seksualność dziewcząt, ale ich walory jako przyszłych matek oraz przywiązanie do tradycji rodzinnych. Wygranie wyborów odczuwa się nie jako indywidualne zwycięstwo, ale jako zwycięstwo plemienia (s. 88).

Wybory Miss Indian z jednej strony nawiązują do dawnych wartości i wyobrażeń, w których ceniono kobietę przede wszystkim jako matkę, z drugiej zaś – stanowią część współczesnej kultury masowej.

Wrażliwa obserwatorka
Folklor (i folkloryzm) tubylczych plemion Ameryki jest tematem niezwykle złożonym i zróżnicowanym. Aleksandra Ziółkowska-Boehm ukazała przede wszystkim folklor ludowy, wobec którego przyjęła postawę uważnego i wrażliwego obserwatora: podała czytelnikowi fakty, wstrzymując się od jednoznacznej ich oceny. Podczas pisania autorka wyzbywała się stereotypowych wyobrażeń, szukała stosownego tonu wypowiedzi. Akcentowała swoją polską tożsamość, a zarazem wykraczała daleko poza ramy polonocentryzmu. Jej komentarze nie pojawiają się zbyt często i są wyciszone, przez co nie eksponują nadmiernie autorskiego „ja”. Głównym bohaterem opowieści są zawsze Indianie oraz ich życie społeczno-kulturalne, którego istotny element wciąż stanowi folklor. Można by zaryzykować stwierdzenie (gdyż nie jest ono wyrażone explicite), że m.in. w folklorze i zjawiskach folklorystycznych autorka widzi szanse na zachowanie tożsamości plemiennej w realiach XXI wieku.
Tytuł książki zapowiada jej pierwiastek emocjonalny, a mimo to publikacja posiada niezaprzeczalne walory dokumentu. Należy podkreślić, że folklor rdzennych mieszkańców Ameryki i jego relikty ukazane w książce Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm nie podlegają procesom mityzacji czy instrumentalizacji. W efekcie tak przyjętej strategii pisarsko-dziennikarskiej czytelnik może niemalże bezpośrednio obcować ze współczesnym folklorem plemion indiańskich, a jednocześnie poznać stanowisko polskiej emigracyjnej pisarki wobec tego problemu.

***
Otwarta rana Ameryki jest bardzo mądrą książką, która ze względu na tematykę i jej głęboko humanistyczne ujęcie powinna doczekać się kontynuacji. Gorąco zachęcam jej autorkę do powrotu na indiańskie szlaki, żeby sprawdziła, co słychać u „starych i nowych” znajomych.






[1] Szkic jest zmienioną wersją artykułu mojego autorstwa Folklor indiański w „Otwartej ranie Ameryki” Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm opublikowanego w tomie Inspiracje folklorem w kulturze i edukacji. W dwusetną rocznicę urodzin Oskara Kolberga, red. S. Kawalla, E. Lewandowska-Tarasiuk, J. W. Sienkiewicz, Warszawa 2014, s. 81–91.
[2] A. Ziółkowska-Boehm, Otwarta rana Ameryki, Bielsko-Biała 2007, Wydawnictwo DEBIT sp. j. Wszystkie obecne w artykule cytaty z książki będą odnosiły się do tego wydania.