sobota, 13 maja 2017

Marcin Lutomierski Indianski swiat Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm w Otwartej ranie Ameryki



Marcin Lutomierski (POLSKA)

Indiański świat Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm. Szkic o Otwartej ranie Ameryki[1]


Długa droga

            Myśl o Otwartej ranie Ameryki[2], rodziła się powoli, przez co najmniej 10 lat. „Przygotowywałam się – mówi autorka – do tej książki od lat, nie tylko wiele czytając, lecz również śledząc bieżące sprawy Indian” (s. 12). Inspiracje do wydania drukiem powstającego stopniowo zbioru tekstów były złożone. Oczywiście, pierwszy twórczy impuls stanowił sam fakt zamieszkania na kontynencie północnoamerykańskim, a także podróże po USA dzięki stypendium Fulbrighta, Institute of International Education i Fundacji Kościuszkowskiej. Ponadto pisarka odbywała wraz z mężem Normanem Boehmem wyprawy do rezerwatów indiańskich: w Dakocie Południowej, Teksasie, Montanie, Wisconsin i Oklahomie. Po trzecie, zachętę stanowiły również lektury anglojęzycznego piśmiennictwa poświęconego tematyce indiańskiej. Jednak za bezpośrednią inspirację do napisania książki autorka uznaje działalność swojego stryja, rzeźbiarza Korczaka Ziółkowskiego (który zaprojektował i zaczął rzeźbić w skale pomnik Szalonego Konia): „Gdy jako stypendystka Fulbrighta pojechałam w 1985 roku do Rapid City w Dakocie Południowej, Korczak od trzech lat nie żył. Zajęła się mną serdecznie jego żona Ruth. Dostałam od niej książki i upominki z ośrodka Crazy Horse dla mojego syna” (s. 12). Ziółkowska-Boehm mówi także o przyjaźniach z Indianami – nierzadko sąsiadami – różnych plemion, o wspieraniu indiańskich szkół i stopniowym zaprzyjaźnianiu się z tematem indiańskim. Pojawiał się on w rozproszonych publikacjach w prasie polskiej i zagranicznej, w książce Nie tylko Ameryka (Warszawa 1992), a najgłębszy wyraz znalazł w omwianym tu zbiorze reportaży i rozmów.

Rdzenni Amerykanie
Reportażowe opowieści, bo tak trzeba nazwać książkę Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, ukazują życie współczesnych Indian, ale bardzo często odwołuje się do dziejów ich przodków. Autorka dosłownie i metaforycznie podąża śladami przeszłości: przywołuje pamięć sławnych wodzów, bitew i rzezi, a także dawnych obyczajów i wierzeń.
Sytuacja rdzennych mieszkańców Ameryki u progu XXI wieku jest niezwykle zróżnicowana. Rząd USA uznaje ponad 500 niezależnych indiańskich grup tubylczych. Uogólniając, można stwierdzić, że Indianie na wschodzie kontynentu mają pewne przywileje, sprzyjające rozwojowi życia społeczno-kulturalnego. Ich inicjatywy zwykle spotykają się z akceptacją władz. Na przykład na terenie rezerwatu nie płaci się podatku od dochodu, co umożliwia Indianom prowadzenie własnych kasyn, dzięki którym m.in. sponsorują szkoły, muzea czy prace naukowe związane z kulturą rdzennych mieszkańców Ameryki. Ponadto Karta Indianina pozwala osiedlać się im poza rezerwatami.
Zupełnie inaczej rzecz przedstawia się zachodzie kontynentu. Do najważniejszych problemów plemion indiańskich, zwłaszcza tej części USA, można zaliczyć: problemy własności ziemi w rezerwatach (m.in. brak możliwości uzyskania kredytów); bezrobocie sięgające nawet 80% ludności rezerwatów; ubóstwo; alkoholizm; brak wzorców i ideałów dla młodych Indian; zaniedbania cywilizacyjno-technologiczne (m.in. złą infrastrukturę, brak komputerów i Internetu w wielu gospodarstwach domowych); niechęć do nauki języków przodków; apatia i marazm w społecznościach rezerwatów; własne prawo (plemienne) i samorządność w rezerwatach (m.in. zezwalanie na składowanie odpadów nuklearnych); podziały, nieufność i brak silnego lobby.
Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm jest wzbogacona oryginalnymi fotografiami, obszerną – w znacznej części anglojęzyczną – bibliografią źródeł i opracowań, a także aneksami z informacjami na temat Indian w wybranych stanach, takimi jak: liczba rdzennych mieszkańców w relacji do ogólnej liczny ludności stanu (najwięcej Native Americans żyje obecnie w stanach: Alaska, Nowy Meksyk, Oklahoma i Dakota Południowa), indiańska etymologia nazwy niektórych stanów oraz wykaz muzeów indiańskich w Ameryce Północnej i Południowej.

Relikty folkloru tradycyjnego
Reportaże i rozmowy emigracyjnej pisarki ukazują relikty folkloru tradycyjnego dawnych mieszkańców Ameryki. Przyjrzyjmy się wybranym przykładom z obszaru tańca, muzyki, obyczaju i wierzeń (w tym medycyny).
Obchodzone 12 listopada przez Komanczów w pueblo Tesque doroczne święto Feast Day, czas zmiany pór roku, jest okazją do przypomnienia tradycyjnych tańców indiańskich.

Z jednej strony – mówi Ziółkowska-Boehm – jest to tylko zabawa, przyjemność. Dzieci nie idą do szkoły, starzy przyjaciele spotykają się, by porozmawiać. Z drugiej strony, jest to czas na refleksję i nawiązanie związków duchowych. Ludzie kończą letnie prace i potwierdzają swe więzy z matką-ziemią. Główną atrakcją uroczystości jest taniec: szansa, aby się uściskać, pokrzyczeć, potrząsnąć dzwoneczkami i mieć przyjemność występowania. Sto osób – mężczyźni i kobiety – poruszają się w tańcu, chór chłopięcy i męski bije w pięć bębenków i śpiewa: „Daj nam życie, pobłogosław nam” (s. 50).

Bohaterowie Otwartej rany Ameryki niejednokrotnie przypominają, że taniec „od zawsze” współtworzy tradycje Indian oraz że posiada liczne odmiany i nazwy. Oto niektóre z nich: Fancy Dance, Jingle Dance, Grass Dance, Women’s Traditional Dance, Fancy Shawl Dance, Men’s Traditional Dance, Warrior Dance, Flag Bearers, Royalty, Straith Dance.
            Do magicznej funkcji muzyki odwołują się m.in. Indianie z plemienia Tlingit. Na przykład starszy mieszkaniec małej osady w południowo-wschodniej Alasce używa sakralnego bębna do wypędzenia demonów z budynku, w którym będą odbywać się narady sędziów plemiennych. Ci z kolei stosują wcześniej głodówkę oraz rytualne obrzędy obmycia. Okazuje się, że wyrok, który wkrótce wydali wobec dwóch młodych mieszkańców rezerwatu winnych brutalnej napaści, także wyrastał z dawnych wierzeń i był skazaniem na 18-miesięczną banicję (samotny pobyt na bezludnej wyspie).
            Istotnym składnikiem indiańskiego folkloru są wierzenia. Autorka Otwartej rany Ameryki wspomina o dwóch zjawiskach w tej sferze życia współczesnego mieszkańca Ameryki. Otóż, wielu – coraz więcej – Amerykanów szuka inspiracji i natchnienia poza religią, w której się urodzili i wychowali. Poszukiwanie sensu życia przejawia się zarówno w lekturze książek poradnikowych typu self-help, jak i wizytach u psychiatrów oraz uczestnictwie w kursach terapeutycznych. Spore zainteresowanie wzbudza jednak duchowość Indian – ze względu na swoją egzotykę i spirytualizm, a także obecne wśród niektórych białych Amerykanów poczucie winy za krzywdy przez wieki wyrządzane rdzennym mieszkańcom kontynentu. Ziółkowska-Boehm mówi o dynamicznej odpowiedzi rynku wydawniczego na to zapotrzebowanie oraz swoistej modzie na „indiańskich” uzdrawiaczy:

liczba białych praktykujących wierzenia i zwyczaje indiańskie w celach zarobkowych stale się powiększa. […] Sprzedaje się wszystko: rytuały sakralne, zioła lecznicze. Krytykowani za eksploatację indiańskich wierzeń odpowiadają, że mają wiele szacunku dla Indian, a te poczynania nie robią im krzywdy. Indianie jednak  uważają te praktyki białych za świętokradztwo i naruszenie ich wiary. Mówią, że coś, co jest specjalne, nagle staje się dostępne i zwyczajne (s. 99).

W tych haniebnych – zdaniem bohaterów książki – praktykach uczestniczą niekiedy indiańscy medicine men, którzy w celach zarobkowych oddalają się od rodzinnej ziemi i tradycji, a następnie świadczą płatne usługi uzdrawiaczy. W swoich dawnych społecznościach są wówczas postrzegani jako odszczepieńcy. Taka postawa dowodzi silnej obecności reliktów tradycyjnego folkloru z wyrazistą kategorią światopoglądową swój – obcy. 
Z drugiej strony, tubylczymi wierzeniami interesują się również sami Indianie. Oni to z różnych powodów dopiero po latach powracają do rodzimej kulturą i odkrywają własną tożsamość. A przy okazji wspomniane wyżej fascynacje i mody białych odbierają jako kolejne zagrożenie ze strony białych oraz próbę zagarnięcia ich własności.
Być może w wierzeniach najbardziej atrakcyjne dla współczesnego człowieka (bez względu na pochodzenie) wydaje się przekonanie, że życie polega na nieustannym procesie zdobywania wiedzy o sobie samym. Jej gromadzenie odbywa się w konfrontacji z problemami oraz pragnienie ładu wewnętrznego i harmonii z otaczającą przyrodą, która daje wystarczającą liczbę przykładów dotyczących życia w uczciwości i zgodzie z innymi.
            Mimo że autorka Otwartej rany Ameryki wskazuje na bardzo silne zróżnicowanie wierzeń indiańskich poszczególnych plemion, to odnajduje wśród nich następujące elementy wspólne: 1) „Ludzie są spokrewnieni ze wszystkimi na ziemi, zarówno z rzeczami martwymi, jak i istotami żyjącymi” (s. 103); 2) „Dbałość o wewnętrzną równowagę i zachowanie proporcji własnych uczuć i emocji […]: odwaga musi być równoważona przez mądrość, upór – przez giętkość i elastyczność” (s. 104); 3) „Ludzie, którzy nie widzą siebie jako części natury i Wszechświata, tkwią w iluzji i psychicznej izolacji. Aby się tego pozbyć, musimy wyrabiać w sobie współczucie dla innych i dla natury w ogóle” (s. 105).
Zagadnienie wierzeń indiańskich obejmuje także medycynę, która często powraca na kartach reportażowych opowieści i rozmów Ziółkowskiej-Boehm. Najwięcej i najchętniej – choć dla europejskiego czytelnika/słuchacza zapewne i tak nazbyt skrótowo – o poglądach rdzennych mieszkańców Ameryki na zdrowie człowieka wypowiada się Linwood Tall Bull z plemienia Szejenów Północnych – nauczyciel, szaman, uzdrawiacz oraz prezes Dog Soldier Society, które obecnie zajmuje się przechowywaniem i przekazywaniem tradycji indiańskich. Twierdzi on m.in., że stopy są niezwykle ważne dla dobrego samopoczucia człowieka, a w swoich rozważaniach odwołuje się zarówno do wierzeń indiańskich, jak i przesłania Ewangelii św. Jana:

Większość osób wstydzi się swoich stóp, ale stopy to nasze fundamenty, nasza podstawa. Dobre stopy, dobra rodzina. Jeżeli ludzie mają różne narośla, zgrubienia, nie będą nikogo słuchać, bo są rozkojarzeni i cierpiący. Obmywając ludziom stopy, okazujemy im respekt i zdobywamy ich wdzięczność. Otwierają przednimi serca i chcą nas wysłuchać. I sami się otworzą. Chrystus wiedział o tym (s. 228).

Linwood Tall Bull uważa również, że przyczyną wielu dolegliwości i przewlekłych chorób są wstrzymywane emocje, ponieważ tłumienie gniewu wewnątrz siebie działa na organizm niczym trucizna.  „Gdy mamy problemy, przykładowo ze skórą, to oznacza, że nasz system nerwowy nie jest w porządku” (s. 230). Dlatego Apacze symbolicznie przekazywali swoje negatywne odczucia kamieniowi, który odrzucali. Radzili potem, żeby na ich terytorium nie podnosić kamieni, gdyż skutkuje to podniesieniem cudzego problemu. Uzdrawiacz jest zdania, że sami kreujemy rzeczywistość wokół siebie i to właśnie od nas zależy, jaki styl życia wybierzemy. Z tego powodu szaman zaleca „słuchanie” własnego ciała. Otóż, dolegliwości lewej strony ciała oznaczają, że zawiodła nas kobieta, prawej zaś – że zranił nas mężczyzna. „Warto o tym wiedzieć, ale musimy także w to wierzyć. Szukajmy przyczyn, zastanówmy się, dlaczego chorujemy. Indiańska medycyna i uzdrawianie działa od środka. Patrzy się na korzenie dolegliwości” (s. 231). Szczególną moc uzdrawiania mają drzewa. Linwood Tall Bull zaleca dotykanie ich i rozmawianie z nimi, ponieważ takie zachowania rozładowują nasze wewnętrzne napięcia. „Jeżeli dziecko się gniewa, dlaczego wspina się na drzewo? Bo drzewo zabiera jego gniew, uspokaja go” (s. 231). 
Negatywny wpływ na indiańskie tradycje, w tym głównie folklor, miały i mają wpływ różne czynniki. Jednym z nich były dawne publiczne amerykańskie i kanadyjskie szkoły publiczne, do których uczęszczało w dzieciństwie wielu rozmówców Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm. Oto fragment jednej z relacji:

– Szkoła jest dla mnie gorzkim wspomnieniem… – mówi mi mocno starszy Indianin z plemienia Siuksów. Nazywa się Phil Lane. Miał pięć lat, kiedy znalazł się w Wakpale, w Dakocie Południowej, w szkole dla amerykańskich Indian, imienia świętej Elżbiety, patronki miłosierdzia chrześcijańskiego, która poświęciła życie posłudze chorym i ubogim.
                Lane pamięta płaczących kolegów, przywiązanych tak jak i on za kolana i publicznie chłostanych. Kary te skończyły się, kiedy całkowicie odrzucił indiańskie tradycje, wyrzekł się ich, kiedy upodobnił się do białych rówieśników (s. 54).

Dopiero od lat 70. XX wieku nastąpił okres wyraźnego zachęcania tubylczych mieszkańców Ameryki do pielęgnowania własnych tradycji i kultury. W całym USA wzrosło zainteresowanie problemami Indian. W szkołach indiańskich zaczęto nauczać historii, kultury, a nierzadko również lokalnych języków. 

Kultura współczesna
„Nasi ludzie żyją zwieszeni w kulturze, która ani nie jest całkowicie indiańska, ani nie jest całkowicie kulturą ludzi białych”, mówi jeden z członków plemienia Omaha (s. 21). Jedną z form reakcji na to zjawisko jest rozwój nowych tradycji indiańskich, a także folkloryzmu. Pojęcie folkloryzmu bezpośrednio wiąże się z folklorem. Określa się je zwykle jako folklorystyczną stylizację dzieła literackiego, muzycznego, plastycznego albo parafrazowanie treści i form folkloru w celach artystycznych lub komercyjnych. Folkloryzmowi niejednokrotnie zarzucano wtórność, uproszczenia, banalność, zafałszowanie i zubożenie treści kultury ludowej oraz wypieranie folkloru. Należy jednak pamiętać, że folkloryzm jest zjawiskiem należącym do wszechobecnej dziś kultury masowej i stanowi pewną modę na folklor. Tendencje, o których będzie mowa poniżej, trudno jednoznacznie określić i zakwalifikować do folkloru czy folkloryzmu (autorka książki „tylko” rejestruje pewne zachowania i nie rozważa kwestii pojęciowo-terminologicznych). Otwarta rana Ameryki podaje niemało takich przykładów, oto kilka z nich.
Nawiązaniom do indiańskiego folkloru sprzyjają różne okazje, jak chociażby Heritage Day, podczas których przywołuje się dziedzictwo kulturowe rdzennych Amerykanów. W wielu szkołach działają także koła muzyczne, sportowe i teatralne. Szkoły te oraz inne centra edukacyjne i rozrywkowe są nierzadko sponsorowane przez właścicieli kasyn. Istniejąc więc pewne instytucjonalne bodźce pobudzające zainteresowanie folklorem indiańskim. Z lektury książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm można wysnuć wniosek, że dzieci i młodzież chętniej sięgają do tradycyjnych tańców, strojów czy obyczajów, aniżeli języków.
Za szczególną odmianę folkloryzmu należy uznać pow-wow, czyli indiańskie tańce i pieśni. Jest to widowisko czy pokaz, podczas którego przywołuje się elementy dawnego folkloru. Dziś w wielu krajach (także w Polsce) istnieją wyspecjalizowane grupy miłośników tradycji rdzennych mieszkańców Ameryki, prezentujące się przy bardzo różnych okazjach. Pow-wow obserwujemy w społecznościach opisywanych przez emigracyjną pisarkę. Niewątpliwie, są to zjawiska o charakterze folklorystycznym, inspirowane często przez indiańskie szkoły, organizacje i stowarzyszenia. Wprawdzie występują tu elementy folkloru tradycyjnego, ale w nowych kontekstach: np. w towarzystwie mediów, w budynku szkoły albo centrum kulturalnego, z okazji świąt patrona szkoły czy innych uroczystości. Pytanie, na które trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź brzmi: czy pow-wow jest formą kontynuacji, czy może jednak naśladowania tradycyjnego folkloru ludowego? A może jego twórczą adaptacją? Dopowiedzmy, że Ziółkowska-Boehm dostrzega trzy aspekty widowiska pow-wow: jest to forma zapoznawania nie-Indian z kulturą indiańską, okazja do zacieśnienia więzów między różnymi plemionami oraz promocja i sprzedaż wyrobów indiańskich.
Od lat 70 XX. wieku z inspiracji ludzi białych (choć można odnaleźć pewne tropy indiańskie, zob. s. 87) organizowane są wybory Miss Indian. Mimo że tradycja ta stała się popularna w szerokich kręgach społeczności indiańskich, to i tak do konkursu zgłasza się proporcjonalnie mniej dziewcząt niż do konkursu o tytuł Miss Stanów Zjednoczonych. Dodajmy, że wybory na najpiękniejszą Indiankę są organizowane dla dziewcząt w wieku od 3 do 25 lat. Kryteriami, które należy spełnić, są przede wszystkim bardzo dobre wyniki w nauce oraz fakt niezamieszkiwania razem z mężczyzną. Ziółkowska-Boehm zwraca uwagę, że:

[…] standardy urody związane z wagą i wymiarami nie są najważniejsze w pierwszych eliminacjach, prowadzonych przez samych Indian.
                Nieśmiałość dziewcząt indiańskich jest raczej powszechna i uważana za cechę pozytywną. Dziewczęta od dzieciństwa są uczone skromności i muszą wiedzieć, kiedy zabierać głos, a kiedy milczeć. Tradycyjne indiańskie wartości to nie seksualność dziewcząt, ale ich walory jako przyszłych matek oraz przywiązanie do tradycji rodzinnych. Wygranie wyborów odczuwa się nie jako indywidualne zwycięstwo, ale jako zwycięstwo plemienia (s. 88).

Wybory Miss Indian z jednej strony nawiązują do dawnych wartości i wyobrażeń, w których ceniono kobietę przede wszystkim jako matkę, z drugiej zaś – stanowią część współczesnej kultury masowej.

Wrażliwa obserwatorka
Folklor (i folkloryzm) tubylczych plemion Ameryki jest tematem niezwykle złożonym i zróżnicowanym. Aleksandra Ziółkowska-Boehm ukazała przede wszystkim folklor ludowy, wobec którego przyjęła postawę uważnego i wrażliwego obserwatora: podała czytelnikowi fakty, wstrzymując się od jednoznacznej ich oceny. Podczas pisania autorka wyzbywała się stereotypowych wyobrażeń, szukała stosownego tonu wypowiedzi. Akcentowała swoją polską tożsamość, a zarazem wykraczała daleko poza ramy polonocentryzmu. Jej komentarze nie pojawiają się zbyt często i są wyciszone, przez co nie eksponują nadmiernie autorskiego „ja”. Głównym bohaterem opowieści są zawsze Indianie oraz ich życie społeczno-kulturalne, którego istotny element wciąż stanowi folklor. Można by zaryzykować stwierdzenie (gdyż nie jest ono wyrażone explicite), że m.in. w folklorze i zjawiskach folklorystycznych autorka widzi szanse na zachowanie tożsamości plemiennej w realiach XXI wieku.
Tytuł książki zapowiada jej pierwiastek emocjonalny, a mimo to publikacja posiada niezaprzeczalne walory dokumentu. Należy podkreślić, że folklor rdzennych mieszkańców Ameryki i jego relikty ukazane w książce Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm nie podlegają procesom mityzacji czy instrumentalizacji. W efekcie tak przyjętej strategii pisarsko-dziennikarskiej czytelnik może niemalże bezpośrednio obcować ze współczesnym folklorem plemion indiańskich, a jednocześnie poznać stanowisko polskiej emigracyjnej pisarki wobec tego problemu.

***
Otwarta rana Ameryki jest bardzo mądrą książką, która ze względu na tematykę i jej głęboko humanistyczne ujęcie powinna doczekać się kontynuacji. Gorąco zachęcam jej autorkę do powrotu na indiańskie szlaki, żeby sprawdziła, co słychać u „starych i nowych” znajomych.






[1] Szkic jest zmienioną wersją artykułu mojego autorstwa Folklor indiański w „Otwartej ranie Ameryki” Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm opublikowanego w tomie Inspiracje folklorem w kulturze i edukacji. W dwusetną rocznicę urodzin Oskara Kolberga, red. S. Kawalla, E. Lewandowska-Tarasiuk, J. W. Sienkiewicz, Warszawa 2014, s. 81–91.
[2] A. Ziółkowska-Boehm, Otwarta rana Ameryki, Bielsko-Biała 2007, Wydawnictwo DEBIT sp. j. Wszystkie obecne w artykule cytaty z książki będą odnosiły się do tego wydania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz