czwartek, 21 stycznia 2016

Bogusław Kaczyński nie żyje

Na zdjęciu od lewej 
Boguslaw Kaczyński, Ziuk Napiórkowski 
(mąż Barbary Wachowicz)

Aleksandra Ziółkowska-Boehm, 
i Barbara Wachowicz.

  ZAKOPANE, Halama


-Basi Wachowicz mąż - Ziuk Napiorkowski, wspanialy scenograf. 

Zmarł w 2000 roku mając ledwie 58 lat,

teraz 72-letni Bogusław Kaczyński nie żyje. 

 

Obydwaj urodzili  się w 1942 roku, obydwaj odeszli za wcześnie. 


To wielka wspólna nasza strata, gdy artyści odchodzą.





http://www.gazetagazeta.com/2016/01/rozmowa-z-boguslawem-kaczynskim/




poniedziałek, 18 stycznia 2016

Wywiad Julita Karkowska Nie tylko o Wankowiczu







NOWY DZIENNIK, PRZEGLĄD POLSKI, NOWY YORK, 16 LIPCA 2010

        NIE TYLKO O WAŃKOWICZU

Z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm
rozmawia Julita Karkowska

Można sądzić, że zamierzała pani zająć się pracą naukową. I pracę magisterską, i rozprawę doktorską pisała pani o Wańkowiczu. A po doktoracie prosta droga właśnie raczej do pracy naukowej czy naukowo-dydaktycznej. Tymczasem pani z tej drogi zdecydowanie zboczyła w stronę literatury.

Mówimy o okresie, kiedy miałam 29 lat i obroniłam na Uniwersytecie Warszawskim doktorat. W czasie studiów drukowałam różne teksty w łódzkiej prasie, pisywałam też w prasie literackiej. Po obronie doktoratu życie nasunęło mi różne możliwości i wybory i poszłam drogą literacką, nie naukową, zaś uzyskany tytuł naukowy pomógł mi po latach np. w uzyskaniu tutaj, w USA, stypendium Fulbrighta czy wcześniej w Polsce Fundacji Kościuszkowskiej.
Warsztat naukowy nabyty przy pisaniu doktoratu ułatwia mi pisanie niektórych moich książek. Np. w poświęconej Indianom Otwartej ranie Ameryki podpieram się rozmaitymi źródłami, podobnie robię w tryptyku historycznym Z miejsca na miejsce, w cieniu legendy Hubala, Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża i Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon. Są to opowieści historyczne o losach pojedynczych ludzi, którymi historia miotała w różne strony. Stosunkowo lekkie w czytaniu książki (bardzo się staram, by były takie właśnie) mają jednak odnośniki, przypisy, zaplecze historyczne, bibliografię.
Nie wykorzystuję warsztatu naukowego we wszystkich książkach, bo np. w Podróżach z moją kotką czy w Ulicy Żółwiego Strumienia już nie. Prowadzę w nich luźną, ale świadomą i podporządkowaną rygorom własną narrację.

Melchior Wańkowicz miał bardzo silną osobowość jako człowiek i jako twórca. Czy nie bała się pani, że zdominuje pani sposób widzenia świata i zaciąży nad pani własną twórczością?

Niczego się nie bałam. Poznałam Wańkowicza jako studentka 4. roku polonistyki, w ogóle znałam pisarza jedynie dwa lata i 4 miesiące, w tym był okres studiów i półtora roku pracy jako jego asystentka i sekretarka. Kiedy zmarł, miałam ledwie 25 lat i już rozpoczęty doktorat. Niebawem po śmierci pisarza krakowskie Wydawnictwo Literackie zwróciło się do mnie z pytaniem, czy nie napisałabym książki wspomnieniowej o Wańkowiczu. Napisałam ją w 6 miesięcy, została wydana szybko i ładnie. Miała wiele recenzji, była komentowana i bardzo popularna, ukazały się 3 wydania, w sumie ponad 100 tysięcy nakładu.
Wątek wańkowiczowski oczywiście często się przewija w moim pisaniu. Mówię "oczywiście", bo był to mój obowiązek i dług do spłacenia, skoro pisarz mnie - młodziutkiej wtedy asystentce - zapisał swoje archiwum. Napisałam trzy książki poświęcone jego życiu i twórczości, wydaję tomy z jego korespondencją, prowadzę serię dzieł zebranych w wydawnictwie Prószyński i S-ka. Piszę do każdego tomu posłowia, prezentuję nieznane materiały z archiwum.
Okazało się także, że musiałam Wańkowicza raz po raz bronić, co trwa do dzisiaj, ponieważ pojawiają się różni ludzie, którzy chcąc pogrążyć znanych twórców wymyślają jakieś dziwne teorie.
Znam doskonale twórczość Wańkowicza i koleje jego losu, nie ma w jego życiu niczego ciemnego, nie wplątał się w żadne układy polityczne. Był człowiekiem uczciwym, ale też człowiekiem sensownych kompromisów, która to cecha uważana jest np. w USA jako dodatnia.
Pisarz po powrocie do Polski w 1958 r. zgodził się na skróty w Bitwie o Monte Cassino. Dzięki tej książce ugruntowana została powojenna legenda bitwy. Jego książki sławiące bohaterstwo żołnierza polskiego przynosiły pokrzepienie, a on sam dawał przykład niezależnej postawy. Po procesie politycznym w 1964 r. dla wszystkich ludzi uosabiał odwagę cywilną i niezależność sądów.

Wańkowicz mówił, że nie jest beletrystą, cytuje pani w książce jego wypowiedź: "Dopiero gdy dostanę fakt, on obrasta, rozkwita w syntezy, porównania, analogie. Fakt jest dla mnie katalizatorem dla wyobraźni". Jak ten proces twórczy przebiegał?

Uczestniczyłam tylko w powstawaniu Karafki La Fontaine'a, ostatniego dzieła pisarza, które rozrosło się do dwóch tomów (Wańkowicz zadedykował mi drugi tom). To książka niejako warsztatowa, w której pisarz dzieli się swoimi spostrzeżeniami, doświadczeniem wielu lat, zastanawia, czym jest talent, czym jest proces twórczy.
Czyli nie byłam świadkiem powstawania jego słynnych reportaży, jak np. była Zofia Górska (później Romanowiczowa), która pracowała jako jego sekretarka przy pisaniu Bitwy o Monte Cassino. Wańkowicz jej bardzo pomógł i zaważył na jej losie, o czym pięknie napisała w powieści Sono felice (Londyn, 1977 r.). Wyrosła z niej beletrystka, nie reporterka.
Myślę, że Wańkowicz lubił wyzwalać w wybranych osobach twórcze umiejętności, kreatywne spojrzenie. Tak zachęcił do pisania m.in. swoją młodziutką córkę Martę-Tili i był zawiedziony, kiedy później poddała się silnej osobowości męża i zaprzestała pisania.
Autor Ziela na kraterze dawał sobą przykład umiejętności patrzenia na ludzi, ciekawości innego człowieka. Był tytanem pracy, ale też nie żył jak pustelnik, smakował i cieszył się życiem. Umiał zorganizować sobie dzień, ustawić pracę. To są cechy i umiejętności bardzo istotne. Gdy się je posiądzie w młodym wieku, są bardzo przydatne. Twórczość, wybór tematów - to już nam życie podsuwa. Umiejętność pracy, skupienia, talent do wyszukiwania tematów, podejście do nich są ogromnie cenne, i to trzeba umieć z siebie wydobyć.

Tak jak Bolesław Leśmian kreował nowe słowa w poezji, tak Melchior Wańkowicz w prozie; mówię prozie, bo jego pisarstwo daleko wychodziło poza klasycznie definiowany reportaż. Skąd się brała ta słowotwórcza wena? Z braku pewnych określeń w polszczyźnie czy z potrzeby tworzenia własnego, charakterystycznego języka?

Klasycznie definiowany reportaż ma określone reguły i jeżeli ktoś je przekracza, a uchodzi za pisarza non fiction, może być krytykowany. Wyjściem jest stworzenie własnej teorii.
Wańkowicz napisał swoją teorię reportażu, czym ten gatunek jest dla niego. Napisał o metodzie mozaiki, o łączeniu faktów czy zdarzeń, które się przytrafiały różnym ludziom i wpisanie ich w jeden życiorys. Uzyskiwał tym sposobem prawdę syntetyczną. Napisał tę teorię dopiero po wydrukowaniu swoich wielkich reportaży, jest to jego teoria i jego sposób radzenia sobie z tematem i materiałem.
Polszczyzna pochodzącego z Kresów Wańkowicza była bogata i kipiąca smakowitościami. Można już w Szczenięcych latach, wczesnej książce o Kresach, zachwycić się jego językiem. Tu właśnie zwyczaje i obyczaje opisane są językiem pełnym słowotwórczych ubarwień, z humorem i lekkością.

Z dokumentów, z którymi zapoznała się pani w Instytucie Pamięci Narodowej, wynika, że Wańkowicz miał wielu jeśli nie wręcz wrogów, to ludzi sobie niechętnych. Czy dlatego, że - jak napisał w 1976 r. Andrzej Pawluczuk - "Niezgoda na przejawy indywidualnej i społecznej bezmyślności była charakterystyczną cechą jego osobowości i pisarstwa. Wańkowicz, mimo wielu kłopotów i pokus - pozostał jej zawsze wierny, nie uległ żadnej presji"?

Koledzy po piórze często zazdrościli mu ciekawych książek i wiernych czytelników. Niezwykle częstą ludzką cechą jest "kundlizm" - tak pisarz nazwał zawiść i zazdrość. Na okładce pierwszego wydania książeczki pod takim właśnie tytułem dał motto: "Szewc zazdrości kanonikowi, że prałatem został". Zdolność cieszenia się nawet z niewielkich sukcesów przyjaciół czy znajomych jest trudniejsza niż współczucie. Łatwiej współczuć (on taki biedny, chory, a ja tak się dobrze miewam), niż radować się dobrą passą innych.
Wańkowicz chadzał własnymi drogami, nie lubił i nie chciał należeć do żadnej grupy czy politycznych środowisk. Widział często różne strony tego samego zjawiska, nie chciał wpaść po uszy w coś, co się nie zgadzało z jego pisarskim powątpiewaniem, ciekawością drugiej strony, dociekliwością i badaniem szczegółów.
To mu nie pomogło. Nie dostał żadnej nagrody - ani przed wojną, ani na emigracji, ani po wojnie, bo nigdy nie był uważany "za swojego" i nikt go nie wytypował do nagrody. Ciekawy przypadek.

W wydanej w tym roku książce "Na tropach Wańkowicza po latach" rozdział "Marta Erdman. Ostatnia z Domeczku...", w którym pisze pani o ostatnim okresie życia Tirliporka, kończy zdanie o Janie Erdmanie, jej mężu: "Miał jeszcze przed sobą, jak się okazało, bardzo dramatyczne lata". Dlaczego zostawiła pani takie niedopowiedzenie?

Bo to już historia rodziny Erdmanów. Napisałam o niej trochę w Ulicy Żółwiego Strumienia.

"Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon" to klasyczna saga polskiej rodziny szlacheckiej, która w swym majątku w latach 30. ub. wieku założyła stadninę. To też opowieść o bohaterskim majorze Hubalu i kilku oddziałach partyzanckich, którym pomagali mieszkańcy dworu, także o niezwykłych losach koni z tej stadniny. Hubal, Hubalczycy byli bohaterami książki Wańkowicza. A pani - przed "Dworem w Kraśnicy..." napisała powieść historyczną "Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża", nagrodzoną przez londyński Związek Pisarzy na Obczyźnie.

Nie piszę o majorze Hubalu, zostawiam ten temat historykom i dokumentalistom. Piszę o tym, co działo się wokół Hubala, i też to jest niewielki, poboczny wątek w tych trzech książkach. Koń Hubala o imieniu Demon pochodził ze słynnej stadniny koni arabskich (ale Demon był koniem pełnej krwi angielskiej). Krzyż Virtuti Militari Hubala, zostawiony na przechowanie przez kurierkę mojej bohaterce, Kai od Radosława, stał się jej amuletem, nosiła go na szyi w czasie Powstania Warszawskiego. Po jego upadku dotarła do rodziny do Białegostoku, tam została aresztowana przez NKWD i wywieziona do Ostaszkowa. Polacy pomogli jej ukryć krzyż: wydrążyli w obcasie buta otwór i tak przetrwał. Wróciła do Polski jesienią 1946 r., została znaną architektką. Ten krzyż towarzyszył jej 54 lata.
Piszę o całym życiu Kai - począwszy od najszczęśliwszego dla niej okresu - o dzieciństwie w górach Ałtaj. Jej rodzina była wśród Polaków zasiedlających Syberię dobrowolnie, i to jest także ciekawy wątek książki.
Napisałam o Romanie Rodziewiczu, który we Włoszech zaraz po wojnie opowiedział Wańkowiczowi dzieje oddziału majora Dobrzańskiego, i tak powstała słynna książeczka Hubalczycy (do której dokumentaliści mają wiele uwag krytycznych). Ja zaś napisałam o całym życiu Rodziewicza - przez okres Hubala przemknęłam się cytując niewielki pamiętnik. Natomiast piszę o jego dzieciństwie w Mandżurii, o aresztowaniu, o okresie w Auschwitz i Buchenwaldzie, a po wojnie o emigracji. Jego całe życie wydało mi się godne pokazania - jako życie człowieka, którym historia rzucała z miejsca na miejsce. Mam z Romanem kontakt do dziś, mieszka w Anglii.
Bliskie są mi opowieści o życiu, sagi rodzinne. Lubię opowiedzieć o życiu ludzi, którzy umieli je przeżyć godnie, mimo trudności, mimo klęsk, wojen, wielu nieszczęść. Takich właśnie ludzi wybieram, są moimi i moich książek bohaterami. Wchodzą do szczególnego panteonu. Czytelnicy też ich kochają, co obserwuję z radością.

Jak pani sobie radzi na niełatwym dziś rynku wydawniczym?

Polscy wydawcy publikują moje książki bez sponsorów. Zakładają, że się rozejdą, że przez lata pisania pozyskałam wiernych czytelników. Doceniam, że moje książki są recenzowane i omawiane nie tylko w pismach literackich, ale specjalistycznych, zainteresowały się nimi np. Koń Polski, Polskie Araby, Wiadomości Ziemiańskie.
Z kolei w USA doceniam, że książka Open Wounds: A Native American Heritage jest recenzowana przez pisma indiańskie i rekomendowana przez samych Indian. Cieszę się, gdy kociarze pytają mnie na kiermaszach, kiedy napiszę kolejny tom o mojej kotce Suzy, a amerykański wydawca poleca tę książkę innym. Ale jest to efekt żmudnej pracy już przez 35 lat, której jestem oddana, która z latami stała się moją wielką pasją. Oby mi tylko życia starczyło na tematy, którymi chciałabym się jeszcze zająć.

Dziękuję za rozmowę.


Spotkanie w Filadelfii Stowarzyszenie Rodzin Polonijnych







Prowadzenie: Mariola Marcinkiewicz







Nizej: Aleksandra Ziółkowska-Boehm i Mariola Marcinkiewicz











Aleksandra Ziółkowska-Boehm z Gosią Porwit





Aleksandra Ziółkowska-Boehm z Gosią Porwit

Nizej: Gosia Porwit, Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Mariola Marcinkiewicz




Maria Rubin, Kamilla Milewski i Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Po spotkaniu - Maria Rubin i Aleksandra Ziółkowska-Boehm










od lewej: Hanna Nadolska,  Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Andrzej Nadolski i  Kamilla Milewski

od lewej:  Hanna Nadolska,  Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Andrzej Nadolski i Kamilla Milewski



Hanna Nadolska i Aleksandra Ziółkowska-Boehm



Kamilla Milewski i Aleksandra Ziółkowska-Boehm

***






    
Date: 1/18/2016 
Droga Pani Aleksandro,

Dziekuje serdecznie za cudowne spotkanie wczoraj w Filadelfii. 
Spelnilo sie moje marzenie, aby Pania poznac.
Cudownie sluchalo sie opowiesci o tym jak powstawaly kolejne ksiazki i jak toczyla sie i toczy Pani kariera pisarska.
Mam nadzieje, ze jeszcze wiele razy uda nam sie spotkac.
Zalaczam zdjecia, jak rowniez link do mojego bloga, w ktorym napisalam o spotkaniu.


Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziekuje w swoim imieniu i imieniu rodzicow, 


Kamilla















































środa, 6 stycznia 2016

Warsztat

Agnieszka Bogucka ze Wspolnoty Polskiej, 


opiekunka legendarnego "Gryfa" gen. Janusza Brochwicz Lewińskiego:



Miałam unikalną okazję popatrzeć na warsztat Pani Aleksandry wtedy, gdy powstawał artykuł o Krystynie Wańkowiczównie i okolicznościach jej śmierci w czasie walk na Woli w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego.
W 2002 roku powrócił do Warszawy z długoletniej emigracji politycznej Janusz Brochwicz Lewiński ps. Gryf, żołnierz batalionu Parasol, który dowodził grupą szturmową w czasie walk o Pałacych Michla i później na Żytniej i cmentarzach ewangelickich. To wtedy Krystyna, nosząca pseudonim Anna została z Gryfem i jego drużyną, zafascynowana przebiegiem walk, gotowa spełniać rolę korespondenta wojennego. Mimo zagrożenia nie odeszła na tyły, a została z walczącymi. Opisał to w „Zielu na kraterze” Melchior Wańkowicz. Tam pojawia się postać Gryfa, którego łączniczką dobrowolnie została Krystyna, a który po kapitulacji Powstania zgubił się gdzieś na emigracji. Nadaremnie poszukiwali go rodzice poległej Krysi, a przecież był on jej dowódcą i jedynym świadkiem jej śmierci i on pochował jej ciało. Tak bardzo chcieli je odnaleźć i godnie pochować. A informacje były sprzeczne: byli tacy, co ją widzieli żywą w Pruszkowie, więc matka nie uwierzyła, że Krysia zginęła. Odnaleziono ciała tych, co razem z nią polegli, sześciu i dziewczynę. Pani Zofia nie rozpoznała w tych szczątkach Krysi. Nigdy nie odnalazła ciała swego dziecka.
Po latach Oleńka spotkała się z Gryfem w Warszawie. Dobrych kilka godzin rozmowy i myśl, dlaczego matka nie rozpoznała ciała córki. Może wzięło się stąd, że Krysia wyszła na Powstanie w plisowanej spódniczce i z warkoczami, a według relacji Gryfa wkrótce to się zmieniło. Sytuacje, w jakich te dziewczyny musiały wykonywać zadania bojowe zmusiły je do przystosowania się tych trudnych warunków polowych. Dziewczyny szybko zamieniły spódniczki na spodnie mundurowe, zdobyte na Stawkach z magazynów niemieckich, a na długie włosy nie było czasu, więc Krysia te włosy szybko ścięła.
To spotkanie Oleńka – Gryf wkrótce zaowocowało przepięknym i poruszającym tekstem, opublikowanym najpierw w „Rzeczpospolitej”. Potem Oleńka umiejscowiła go trwale w pierwszym rozdziale niezwykłej książki o polskich emigrantach wojennych i ich powojennych losach pt. „Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowiadania”.
Ale zanim doszło do publikacji, Oleńka na odległość transoceaniczną zasypywała mnie, a w efekcie Gryfa dziesiątkami maili, w których dopytywała o coraz to inne szczegóły z jego opowiadania. Pokazała, ze jest dla niej ważny każdy najmniejszy szczegół, który dla postronnej osoby mógłby się wydać kompletnie nieistotny. Nie bez irytacji Gryf zmuszony był zajmować stanowisko w sprawie detali co do używanej broni, szczegółów odzieży, wypowiedzianych słów i przypuszczalnych powodów decyzji Pani Zofii Wańkowiczowej odnośnie poszukiwań ciała córki. Mnie także zdumiewała szczegółowość tych pytań i to, że w ogóle autorka przyszłego tekstu miała potrzebę tak drobiazgowych analiz. Gdy dostałam do ręki gotowy tekst zrozumiałam, dlaczego to robiła. Po pierwsze tekst ten uzyskał prawdziwą perfekcję pod względem języka ale także zrozumiałam, na czym polega poczucie odpowiedzialności autorki za tekst, który zaprezentuje swoim czytelnikom. Myślę, ze ta postawa odpowiedzialności i perfekcyjnej dokładności w przedstawieniu tematu daje ten niezwykły efekt w postaci pięknego i niezwykłego pisarstwa Pani Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm.
Agnieszka Bogucka
Warszawa, 15 października 2015 r. 

wtorek, 5 stycznia 2016

Fotki z Normanem





San Remo, Italy

Austin, Texas
New Orleans, Louisiana











Dallas, Texas

Mount Helen near Seattle

Iguassu Falls, Argentina   
Rio de Janeiro, Brazil
Norman's High School Reunion - New  Jersey
Chicago, Illinois





Mount Rushmore, South Dakota



Puerto Vallarta, Mexico

Christmas  - Wilmington, Delaware
Park City, Utah




New Orleans, Louisiana

Christmas with Tomek



Woodlands, Pennsylvania


Woodlands, New Alexandria, Pennsylvania

Houston, Texas


Warszawa
RIO DE JANEIRO

czwartek, 24 grudnia 2015

HISTMAG

http://histmag.org/aleksandra-ziolkowska-boehm-niewiele-zrobilismy-by-naglosnic-nasza-historie-12474


Portal historyczny Histmag.org,

Tomasz Leszkowicz

WYWIAD

Aleksandra Ziółkowska-Boehm: niewiele zrobiliśmy, by nagłośnić naszą historię


Jak rozmawiać ze świadkami historii? Co Amerykanie myślą o polskiej historii? Te i inne pytania, wspólnie z czytelnikami Histmag.org, zadaliśmy Aleksandrze Ziółkowskiej-Boehm, autorce licznych książek m.in. historycznych, mieszkającej na co dzień w Stanach Zjednocznych.

Tomasz Leszkowicz: Czy historię Polski lepiej widać zza oceanu?

Aleksandra Ziółkowska-Boehm: U tych, którzy się interesują, czytają pisma, prace historyczne na temat Polski jak i kraju, w którym mieszkają, na pewno pojawia się perspektywa oddalenia i dystans. Może to wywołać zamknięcie się w środowisku tej samej kultury, lub wręcz grupy politycznej, ale może – przy pozytywnym założeniu – stworzyć chłodniejsze i szersze spojrzenie. Chłodniejsze, nie znaczy: mniej serdeczne. Mamy historię dramatyczną, bolesną, piękną; możemy być dumni z naszych dążeń niepodległościowych.

T.L.: A jak Pani jako Polka mieszkająca w Stanach patrzy na historię tego kraju?

A.Z-B.: Gdy się poznaje bliżej kraj nowego zamieszkania, czyta się o nim i jego przeszłości, dowiadujemy się, jak nieraz okrutne miał on historyczne poczynania. Amerykanie jednak piszą o swoich „błędach i wypaczeniach” zwykle bez rozdzierania szat i lamentów.

Przeczytałam niezwykle interesującą książkę Lynne Olson (z mężem Stanleyem Cloudem napisali przetłumaczoną na polski i cieszącą się dużym powodzeniem książkę „Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski”) zatytułowaną „Those Angry Days. Roosevelt, Lindbergh, and America’s Fight over World War II, 1939-1941” (NY 2013). Książka na tylnej okładce ma wspaniałe rekomendacje (m.in. Madeleine K. Albright, Tom Brokow, Chris Matthews).

Lynne Olson pisze w niej o latach, zanim Ameryka przystąpiła do drugiej wojny, i jak silne były wówczas nastroje antywojenne. Pisze, że Charles Lindbergh – amerykański pionier lotnictwa – w 1938 roku odbierał medal od Hermanna Goeringa. W książce jest rozdział zatytułowany „Setting the Ground for Anti-Semitism”, gdzie autorka pisze, że większość amerykańskich uniwersytetów, włączywszy niemal wszystkie „Ivy League”, miały „strict quota sytems” (numerus clausus) w przyjmowaniu Żydów na studia. Cytowany jest uniwersytecki dziennik „Yale Daily News” zamieszczający antysemickie komentarze. Autorka pisze, że nawet po ukończeniu studiów Żydzi mieli problemy ze znalezieniem pracy. Książka ma wiele recenzji, żaden z recenzentów nie przywołał tego rozdziału, tematyki, o której niemal nikt nie wie.

Umiejętność odrzucenia, może lepiej: odsunięcia wielu tematów – to jest cecha amerykańska (i można na nią patrzeć z różnych perspektyw). Może dlatego przeciętny Amerykanin ma tak dobre samopoczucie i świadomość „wyjątkowej roli” Ameryki?

Nawet Indianie (którym poświęciłam książkę „Otwarta rana Ameryki”, ukazała się w Stanach pt. „Open Wounds. A Native American Heritage”) nie chcą przypominania im o bolesnych okresach w swojej historii. W muzeum indiańskim w Waszyngtonie (National Museum of the American Indian) otwartym w 2004 r. nie pokazuje się okresu cierpień, „szlaku łez” (Trail of Tears). Gdy zbierałam materiał do książki Indianie nie żalili mi się, za to z dumą mówili o swoim udziale w drugiej wojnie światowej, o indiańskich szyfrantach (code talkers).

Mieszkałam kilka lat w Dallas w Teksasie. Piszę w książce („Ulica Żółwiego Strumienia”), że w 1993 roku, w 30. rocznicę śmierci prezydenta Kennnedy’ego, ogłoszono miejsce zamachu miejscem historycznym. Zawieszono tablicę z brązu, na której nie ma nazwiska prezydenta. Komentowano enigmatyczną treść tablicy tym, że mieszkańcy Dallas... nie są wciąż gotowi na umieszczenie słów „John Kennedy Assassination Site”.

T.L.: Jak więc Amerykanie postrzegają polską historię? Na przykład tak bliskie Pani Powstanie Warszawskie...

A.Z-B.: Raz po raz denerwujemy się, że świat, Amerykanie także, nic albo niewiele, wiedzą o Powstaniu Warszawskim. W książce „Kaja od Radosława” w Aneksie pokazuję wypowiedzi Amerykanów różnych zawodów, do których się zwróciłam, by odpowiedzieli, co wiedzą o Powstaniu Warszawskim 1944 roku. Jedynie historyk Stanley Weintraub napisał: „były dwa powstania, warszawskie w gettcie, i potem polskiego ruchu oporu”.

Większość Amerykanów wie o jednym powstaniu – w gettcie, i cokolwiek się dowie na temat drugiego, dokłada te informacje do tego, o którym słyszało. Powstanie w Gettcie całe lata było nagłaśniane i przeciętny człowiek o nim wie. Kiedy potem czyta o Warszawskim 1944 r., myśli, że wciąż mowa o Powstaniu w Gettcie 1943 r.

W amerykańskiej telewizji w 60. rocznicę Powstania Warszawskiego kilka razy powtarzano bardzo dobry dokumentalny film Davida Ensora „CNN Presents: Warsaw Rising” z udziałem m.in. Zbigniewa Brzezińskiego, Normana Daviesa, Zofii Korbońskiej, która prowadziła Radiostację „Świt”, i Krystyny Brzezickiej-Jaroszewicz, kurierki w Powstaniu. Kilku moich znajomych powiedziało mi potem, że dowiedzieli się wiele więcej o powstaniu w... gettcie.

Za mało, nie chcę powiedzieć – wręcz: niewiele, prawie nic – zrobiliśmy by przez lata nagłaśniać temat Powstania – i nie wyszliśmy z nim na zewnątrz.

Niemcy wypuścili serial „Nasze matki, nasi ojcowie”, w kilku miejscach świata go pokazano. Wiele osób protestowało, pisano krytyczne recenzje, ale film na pewno „zrobił swoje”: obejrzał go przeciętny człowiek i mu zostanie w pamięci.

Mamy wybitnych twórców, trzeba starać się promować siebie. Utrwalajmy naszą bolesną piękną historię. To jest sprawa wielkiej polityki kulturalnej, wyzwanie dla autorów, filmowców, a także, by instytucje i stowarzyszenia wspierały dobre, pozytywne filmy, książki wydawane w innych językach. Nagłaśnianie – to powinny być wieloletnie starania, które należy z uporem ponawiać.

Cieszmy się cudownym filmem o Katyniu naszego wielkiego twórcy Andrzeja Wajdy. Mam jedną małą uwagę. Na końcu filmu można było podać 3-4 zdania – ile osób zostało zamordowanych, i że potem odkryto nowe groby. Tak się robi w każdym non-fiction filmie amerykańskim, a my tego unikamy. Gdy wyszłam z kina usłyszałam zadane w języku angielskim pytanie – Ile osób zamordowano...400-600? Komentarz kilkuzdaniowy na początku i końcu wielu filmów polskich by pomógł. Nieprawda, że Polacy wszystko wiedza, nie tylko cudzoziemcy nie wiedzą, ale Polacy też zapominają, nie kojarzą, nie doczytali.

T.L.: Co jest dla Pani najważniejsze przy opowiadaniu o historii i losach Polaków?

A.Z-B.: Chcę kiedyś o tym napisać, jak ja „to robię”. Tym bardziej, że czytam o procesach sądowych w Polsce wytaczanych autorom przez rodziny ich bohaterów, i widzę także, jak w Stanach ważna jest autoryzacja.

Pokazuję losy rozbitych wojennymi wypadkami rodzin, dramaty pojedynczych osób. Jak mówię, emocje mnie popychają do pisania, ale potem tekst trzeba odłożyć, aby się uleżał, i po jakimś czasie należy go wycyzelować – zabrać własne emocje (brzmią one szczególnie fatalnie po latach). Im trudniejszy temat, tym trzeba być oszczędniejszym w słowach. Komentarz jest niepotrzebny, emocje powinien wywołać u siebie czytelnik w czasie lektury. Nie powinna być wskazana gotowa interpretacja, wypowiedziana przez narratora, pisarza. Wydawca amerykański napisał mi, że poprzez pokazane losy czytelnik się identyfikuje i wzrusza, i że tak się dzieje m.in. dlatego, że nie wstawiam własnego komentarza.

Co jest dla mnie najważniejsze? Aby czytelnik chciał przeczytać książkę, aby potrafił się utożsamić z tragediami, o których piszę, aby go poruszyły. Moje książki mają przypisy, bibliografię – dla tych, którzy chcą poznać temat bliżej.

Czytelnicy Histmag.org: W „Drugiej bitwie o Monte Cassino” ważną rolę odgrywa rozmowa. W jaki sposób dociera Pani do swoich rozmówców?

A.Z-B.: Czasami mówię, żeby mi życia starczyło, abym mogła spokojnie poczytać, pomyśleć, wysłuchać, spisać, i wreszcie napisać. Moi rozmówcy sami się jakby pojawiają... Kiedy w 1990 roku zamieszkałam za oceanem, poznałam wielu emigrantów z okresu wojny. Dla wielu zamieszkanie na obczyźnie wyzwoliło nowe problemy, ból i trudności adaptacyjne. Kompensowali to wielkim oddaniem sprawom polskim – powstawały kościoły, organizacje, stowarzyszenia, pisma, książki, księgarnie. Kiedy wysłuchiwałam ich losów – nieraz „wstrzymywałam oddech”; szczególnie reagowałam na te, po których wysłuchaniu „serce topniało”. Gdy były to osoby bez pielęgnowanego żalu, goryczy i pretensji do świata – reagowałam najserdeczniej. Zadawałam pytania, chciałam słuchać. Potem proponowałam, że napiszę – nie wiedziałam, czy powstanie niedługi tekst, wywiad czy większa opowieść. Ustalaliśmy, że mi opowiedzą „o wszystkim” bez oporów, a ja potem każdą wypowiedź autoryzuję. Usuwałam fragmenty ze wspomnieniami, którymi się dzielili ze mną, ale nie chcieli światu ich obwieszczać. Mają do tego święte prawo, a ja mam obowiązek postępowania etycznego.

T.L.: Przed laty współpracowała Pani z Melchiorem Wańkowiczem. Czy wpłynęło to na Pani pisanie o historii? Ile „Wańkowicza” jest w Pani opowieściach?

A.Z-B.: Pamiętanie o swojej przeszłości, historii, świadomość, gdzie należę, do jakiej kultury – to jest piękne, cenne i uważam za bardzo ważne. Uwrażliwił mnie na polską historię mój ojciec, od dziecka czytałam podsuwane przez niego książki. Na pewno i Wańkowicz wywarł na mnie swoimi książkami duży wpływ, ale i nasi wielcy klasycy, ale i Aleksander Kamiński, Zofia Kossak, i wielu wielu innych.
Wańkowicza pisanie, jak gdzieś napisałam, jest jak mocne perfumy – ma słownictwo kresowe, bogatą kresową polszczyznę. Ja piszę oszczędniej, innym językiem, wyciszonym, swoim własnym.

Znałam pisarza ledwie 2 lata i 3 miesiące, w tym rok byłam wciąż studentką (przywożącą mu materiały do „Karafki La Fontaine’a”), drugi rok jego asystentką i sekretarką. Gdziekolwiek pisarz był – był wrażliwy na polskie losy, pokazywał je, ale także pisał o „polskich wadach” nieraz w sposób mocny, jak w broszurce „Kundlizm”.

Czytelnicy Histmag.org: Którą ze swoich znakomitych historycznych opowieści chciałaby Pani ujrzeć na ekranie (w formie filmu fabularnego lub serialu)?

A.Z-B.: Myślę, że losy dwóch bohaterów – Kai (z książki „Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego Krzyża”) i Romana Rodziewicza – Hubalczyka z opowieści „Z miejsca na miejsce – w tomie „Lepszy dzień nie przyszedł już” – pokazujące niezwykle bogate w wydarzenia historyczne, naznaczone historią dramaty życia.

Byłabym przeszczęśliwa, gdyby można pokazać je na ekranie. I Kaja, i Roman już nie żyją, dostaliby więc nowe życie. Myślę, że ich dramaty i zajęte postawy mogą wzbudzić dumę i wywołać empatię i podziw dla ich dzielności i postaw.

Czytelnicy Histmag.org: Czy sądzi Pani, że świadomość tragedii Polski w czasie II wojny światowej jest na nowo odkrywana w USA? A może wręcz przeciwnie – jest przemilczana?

A.Z-B.: „Na nowo odkrywana”? Chyba nie. Dla historyków są opracowania naukowe, ale myślę o przeciętnym inteligentnym obywatelu tego państwa. O polskiej tragedii w czasie II wojny wie niewielu. Dlatego, będąc poza krajem, uważam, że mamy niejako obowiązek reagowania. Każdy powinien narzucić sobie, wymagać od siebie, by „coś zrobić”.

Jeżeli mogę dać przykład – nie jest źle z moimi książkami. Ukazały się w języku angielskim w dobrym wydawnictwie popularnonaukowym. Dwie książki: „Kaia. Heroine of the 1944 Warsaw Rising” i „The Polish Experience through WWII. A Better Day has not Come” – mają drugie wydania (w pierwszym były wydane w twardej oprawie, drugie są w miękkich okładkach). Książka o Hubalczyku „Polish Hero Roman Rodziewicz: Fate of a Hubal Soldier in Auschwitz, Buchenwald, and Postwar England” pokazuje, że w Auschwitz byli także Polacy chrześcijanie. Książki zakupują biblioteki angielskojęzyczne w świecie. Kto zainteresuje się tematem naszych polskich losów drugiej wojny światowej, znajdzie je w katalogu i może dotrzeć do moich książek.

Czy nasza historia jest „przemilczana”? Ogólnie – historią interesują się elity, czy w Polsce, czy w Stanach, czy w innych krajach. Ale o te elity trzeba dbać – wydawać książki i naukowe, i popularne, produkować filmy; to one kształtują także „powszechną wiedzę”. Brak rzetelnej informacji o polskiej historii, szczególnie tej wojennej, w amerykańskich mediach zawdzięczamy między innymi sobie, bo po wojnie i później niewiele w tej sprawie zrobiliśmy.

Są kraje, które sponsorują tłumaczenia na inne języki i wydania, a potem promocje książek dotyczących ich historii. U nas to są zwykle własne starania. Przynajmniej ja mam takie doświadczenie.

Czytelnicy Histmag.org: W ostatnim czasie dość często spotykamy się w zachodniej prasie i wypowiedziach poważnych osób (choćby prezydenta Obamy) z terminem „polskie obozy koncentracyjne”. Pani spędziła za granicą spory szmat czasu. Czy wśród przeciętnych Amerykanów takie podejście jest równie powszechne?

A.Z-B.: Nie ma w tych wypowiedziach złości czy lekceważenia, wynikają one z głębokiej niewiedzy i niechlujstwa (braku dostatecznego przygotowania do wizyt w nowym kraju). Przypomnę, że także wiceprezydent Al Gore pomylił Powstanie w Gettcie z Warszawskim, podobnie zresztą jak prezydent Niemiec, Roman Herzog, gdy w 1994 r. zostali zaproszeni do Warszawy na 50-lecie wybuchu Powstania.

Dobrze, że reagujemy, że wysyłamy protesty. Podpisuję różne petycje, mój mąż, Amerykanin, pisał wiele listów w sprawach polskich (jest o tym np. w książce Jana Nowaka Jeziorańskiego „Polska droga do NATO”). Jeżeli chodzi o powiedzenie „polskie obozy koncentracyjne”, to tak, jakby powiedzieć „więzienie kubańskie w Guantanamo”, bo jest położone na kubańskiej ziemi (a nie: „więzienie amerykańskie w Guantanamo”).

Wielu polityków wykazuje brak wiedzy historycznej nie tylko innych krajów, ale i własnej. Politycy, kandydaci na prezydentów czasami mówią rzeczy, które świadczą o ich ignorancji i niewiedzy. Przeciętni Amerykanie nie wiedzą wiele o historii innych krajów, ale też nie tak wiele wiedzą o swojej historii.

Na koniec zadam pytanie... Czy przeciętny Polak wie wiele o historii Ameryki? Czy my, Polacy, dobrze znamy historie innych narodów? I jak dalece znamy dobrze własną historię?


Aleksandra Ziółkowska-Boehm – doktor nauk humanistycznych, uczestniczka licznych stypendiów zagranicznych, w latach 1972-1974 sekretarka Melchiora Wańkowicza, autorka kilkunastu książek, m.in. Kanada, Kanada... (1986), Na tropach Wańkowicza (1989), Z miejsca na miejsce (1983), Ulica żółwiego strumienia (1995), Amerykanie z wyboru (1998), Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego Krzyża (2006), Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon (2009), Lepszy dzień nie przyszedł już (2012), Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści (2014). Od 1990 roku mieszka w USA.

sobota, 19 grudnia 2015

Andrzej Bober Autor znakomitej ksiazki ZAWODOWIEC


http://boberzkonfitura.blog.onet.pl/2015/11/28/monte-cassino-wankowicz-i-pani-ola/





Monte Cassino, Wańkowicz i pani Ola

Byłem dziś (28.10.15) na Targach Książki Historycznej. I odżyły wspomnienia

Umówiłem się tam z Aleksandrą Ziółkowską – Boehm, niegdyś w latach 1972-1974 asystentką i sekretarką Melchiora Wańkowicza. Tak, tego Wańkowicza, jednego z największych reportażystów w historii polskiej literatury, który w 1964 podpisał tzw.list 34 z protestem przeciwko cenzurze, za co przesiedział kilka tygodni w polskim więzieniu na ul.Rakowieckiej zreszta, gdzie mieszkał kilka domów dalej. Dodam już tylko dla nieuków: autor wspaniałej książki „Bitwa o Monte Cassino”, o największej bitwie II Korpusu Polskiego gen.W.Andersa.

 

Pamiętam, jak już po śmierci Pana Melchiora ( 10.09.74) trafiłem do jego mieszkania w budynku na rogu Puławskiej i Rakowieckiej, wraz z moim starszym kolega z „Życia Warszawy”, Kazikiem Dziewanowskim ( po 1989 r ambasadorem Polski w USA). I tam właśnie poznałem młodą dziewczynę, Olę Ziółkowską, która porządkowała archiwum Pana Melchiora.

Jest ona ona dziś znaną polska pisarką, która od 1990 roku zamieszkała w USA, i wydaje wciąż nowe książki. Jedna z nich, to „Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści. Te opowieści oparte są na wydarzeniach historycznych, towarzyszących drugiej wojnie światowej, takich , jak Powstanie Warszawskie, właśnie bitwa o Monte Cassino ,rzeź wołyńska. Występują w nich ludzie o znanych nazwiskach, ale także pojedyncze osoby ,które wojna naznaczyła na zawsze: zabrała bliskich, zburzyła dom, pozostawiła na emigracji. Ot, polskie losy...

Otrzymałem tę książkę, z dedykacją: „Panu Andrzejowi, szczęśliwa, że się spotkaliśmy, z nadzieją na bliskie dalsze kontakty…”. Mogłem zrewanżować się moim „Zawodowcem” nie tylko dlatego,że miałem go pod ręka, ale p.Oli gdzieś to musiało obić się o uszy, bo wcześniej poprosiła, bym tę książkę jej przyniósł. Byłem tym trochę zażenowany, bo gdzie to porównywać zorzę polarną do kiszonych ogórków…? Bezczelność po prostu. Ale jakoś to przeżyłem.


P.S. Na Targach swoją książkę „Apokalipsa – jak zniszczony został nasz kraj” podpisywał Paweł Bożyk, szef doradców Edwarda Gierka, mój kolega także. Książka, na oko, jest gruba, więc go spytałem: „nie gniewaj się, ale nie przeczytam. Tylko jakie lata miałeś na myśli..?”. Bez zmrużenia oka odparł: „ 1945 – 2015”. To teraz już wiem, ze Polska jest niszczona systematycznie, bez żadnego oddechu, na pewną śmierć. Oczywiście bez udziału profesora Pawła Bożyka.



KOMENTARZE


Panie Bober, kiedy ujrzymy Pana w Superstacji? Brakuje Pana mądrych komentarzy!
o  







Poprawka…. ksiazka Wankowicza,nosila tytul „SZKICE spod Monte Cassino”….Kto,jakmkto,ale kolega po fachu Melchiora Wankowicza,POWINIEN chyba to wiedzec
o  








„Szkice spod Monte Cassino” bylo niewielką książeczką, skrotem slynnej ksiazki Melchiora Wankowicza.
Pierwsza trzytomowa edycja (tzw. rzymska) ukazała się jako „Bitwa o Monte Cassino” (Rzym-Mediolan 1945-47).
W 1946 roku w Edynburgu wydrukowano tylko pierwszy tom książki . W dziesięciolecie bitwy w 1954 roku w Edynburgu nakładem Komitetu Obchodu Dziesięciolecia Bitwy o Monte Cassino wyszła mała broszurka pod tytułem „Było to pod Monte Cassino” (z przedmową gen. Andersa oraz posłowiem gen. Bohusz-Szyszko), która jest mało znaną ciekawostką wydawniczą. Władysław Anders zachęcał Wańkowicza do dalszych wydań słowami: „Ta prawda niechaj idzie razem z książką Wańkowicza coraz szerzej wśród Polaków. Niech buduje taką właśnie siłę ducha i ofiarność, bo przed nami stanąć mogą przeszkody jeszcze większe i zadania jeszcze trudniejsze do wykonania.”
W PRL-u po raz pierwszy książka została wydana ze skrótami w 1957 roku nakładem Ministerstwa Obrony Narodowej jako „Monte Cassino” (z dodrukiem w roku 1958). W 25-lecie bitwy, w 1969 roku, wydano skrót w formie małej książki jako „Szkice spod Monte Cassino”. Książeczka weszła do lektur szkolnych i miała wiele kolejnych wydań w szacunkowym łącznym nakładzie 600 tys. egzemplarzy (1970, 1972, 1974, 1976, 1978, 1980, 1982, 1984, 1987, 1992, 1993, 1995, 1996, 1997, 1998, 1999).
Duże, jednotomowe „Monte Cassino” (ze skrótami cenzury) miało też jeszcze wiele wydań późniejszych: 1972, 1976, 1978 (dwa razy w serii Dzieła Wybrane), 1984, 1989 i 1990.
W 1989 roku ukazała się książka w pełnym wydaniu w Instytucie Wydawniczym PAX wciąż pod tytułem „Monte Cassino” (książka w tym kształcie ukazała się także w roku 1990). Nie nagłośniano jednak faktu, iż książka ukazała sie bez skrótów cenzury, nie dano też oryginalnego tytułu „Bitwa o Monte Cassino”.
W 1989 roku wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej wydało reprint trzytomowego wydania rzymskiego (w tym samym roku ukazało się drugie wydanie reprintu).
Cała książka, bez skrótów, ukazała się także w serii „Dzieła Wszystkie” w wydawnictwie Polonia w 1992 roku
W wydaniu z 1992 roku przywrócono też oryginalny tytuł: „Bitwa o Monte Cassino”.
W 1994 „Monte Cassino” ukazało się w wersji audio na dwudziestu trzech kasetach magnetofonowych dla osób słabo widzących i ociemniałych (lektor: H. Drągalski).
W 1998 roku „Szkice pod Monte Cassino” wydane zostały w wersji brajlowskiej w trzech tomach oraz w wersji audio na ośmiu kasetach magnetofonowych (z tym samym lektorem co wydanie z 1994 roku).
Najnowsza edycja „Bitwy o Monte Cassino” oparta jest na pełnym wydaniu rzymskim.
Ukazała sie w 16-tomowej serii „Dzieł Wszystkich Melchiora Wańkowicza” – wyd.Proszynski i S-ka – w 2009 roku.
Wstęp do książki napisał Norman Davies.
Posłowie do ksiazki (Losy ksiazki) napisałam ja.