wtorek, 12 marca 2013

Polska Zbrojna rozmowa z Aleksandra Ziolkowska-Boehm





 

POLSKA ZBROJNA  29.03.2010
MAŁGORZATA SCHWARZGRUBER
rozmowa z ALeksandrą Ziółkowską-Boehm

author

 POLSKA ZBROJNA   
9.03.2010
 
 

Czy Melchior Wańkowicz, opisując decydujące natarcie podczas bitwy o Monte Cassino, minął się z prawdą? Tak twierdzi jeden z uczestników tego wydarzenia.


Bitwa o Monte Cassino” Melchiora Wańkowicza uważana jest za największe dzieło pisarza, które wystawia wspaniały pomnik bohaterskim żołnierzom generała Władysława Andersa. To ważne świadectwo tego, co wydarzyło się na stokach włoskiego masywu górskiego w 1944 roku. Książka utrwaliła legendę tej bitwy i trafiła do kanonu klasyki reportażu wojennego.
 
Wańkowicz tworzył ją, zbierając materiały na gorąco, w czasie toczących się przez dwa tygodnie walk. Przyniosła mu sławę, ale też wywołała wiele kontrowersji. Był krytykowany zarówno za skrócone powojenne wydanie, jak i za wydania wcześniejsze”, twierdzi dawna asystentka pisarza Aleksandra Ziółkowska-Boehm w swojej wydanej niedawno przez Prószyńskiego i spółkę książce „Na tropach Wańkowicza po latach”.


PRAWDA BYŁA INNA
W tej publikacji pojawia się Zdzisław Julian Starostecki, dziś generał mieszkający w USA, konstruktor głowic rakiet Patriot, a w 1944 roku czołgista pod Monte Cassino. Podważa on wersję swego dowódcy porucznika Jana Kochanowskiego, którą utrwalił Wańkowicz. Twierdzi, że kluczowe natarcie czołgów na wzgórze Widmo wyglądało inaczej, niż przedstawił je słynny pisarz.
 
Ziółkowska-Boehm opublikowała wywiad ze Starosteckim jeszcze w 1996 roku w paryskich „Zeszytach Historycznych”. Nowa wersja wydarzeń spod Monte Cassino brzmi szokująco. Starostecki przedstawił ją nie tylko w rozmowie z Ziółkowską-Boehm, lecz także na łamach „Dziennika Związkowego”: „U Melchiora Wańkowicza, opisującego bitwę, wzgórze Widmo zdobył 17 maja 1944 roku porucznik Jan Kochanowski ze szwadronem czołgów 4 Pułku Pancernego «Skorpion», ruszając desperacko ze wsparciem dla ponoszącego śmiertelne straty 6 batalionu 3 Dywizji Strzelców Karpackich. Tak zrelacjonował on to w szpitalu Wańkowiczowi. Prawda była inna. Nasze czołgi wspinały się wąską półką skalną, bez przerwy ostrzeliwane. Kochanowski zwątpił w powodzenie i zadecydował o odwrocie. Nie mogłem tego pojąć. Widziałem szanse zdobycia wzgórza i powiedziałem mu, że w takim razie przejmuję dowództwo. Porucznik wyrwał mi mikrofon, żebym nie mógł komunikować się z pozostałymi maszynami. Bez wahania walnąłem go sierpowym. I... ucichł. Wzięliśmy wzgórze. Potem dotarli żołnierze 6 batalionu”.
 
Ziółkowska-Boehm przyznaje, że miała mieszane odczucia po wysłuchaniu tej opowieści. „Zapytałam, dlaczego czekał tyle lat. Podkreślałam, że opowiada o osobach, które już dawno nie żyją. Odparł, że z wiekiem ta sprawa go coraz bardziej męczy i chciałby ją nagłośnić. Ta odpowiedź nie była dla mnie w pełni zadowalająca, ale nie porzuciłam tematu. Poprosiłam Starosteckiego, by opisał szczegółowo swoją wersję wydarzeń. Przyznam, że lektura tych starannych zapisków zrobiła na mnie wrażenie. Starostecki żył tą historią i miał ją głęboko osadzoną w pamięci. Jednocześnie nie był to człowiek zgorzkniały. Miał udane życie osobiste, duże osiągnięcia zawodowe: jako kierownik projektu nadzorował z ramienia Centrum Badań Departamentu Obrony dokumentację oraz konstrukcję głowicy Patriot i jej komponentów. Uznałam, że nie przemawiała przez niego gorycz, ale chęć sensownego rozrachunku z przeszłością”.



Gdy wersja
Starosteckiego została przedstawiona publicznie, rozpętała się burza. Byli żołnierze spod Monte Cassino uznali, że to zamach na legendę bitwy. Jerzy Giedroyc, który opublikował wywiad Ziółkowskiej, został zasypany pełnymi oburzenia listami protestacyjnymi. Pismo w obronie dobrego imienia żołnierzy spod Monte Cassino wystosował nawet były prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski. Wtedy dopiero pojawił się nowy dowód. Starostecki odszukał świadka ataku na Widmo. Tadeusz Trejdosiewicz, ówczesny zastępca dowódcy szwadronu, prawnik mieszkający od zakończenia II wojny światowej w Londynie, napisał oświadczenie potwierdzające tę nową wersję.


WERSJA KOCHANOWSKIEGO
W dziele Wańkowicza nie ma w ogóle mowy o scysji Kochanowskiego ze Starosteckim. Wersja wydarzenia opowiedziana pisarzowi przez porucznika Kochanowskiego tak wygląda w drugim tomie „Bitwy o Monte Cassino”:
 
„Dwa pierwsze czołgi definitywnie nie mogą pokonać tarasu już niedaleko szczytu. Nic nie poradzi – od kpt. Dzięciołowskiego przychodzi rozkaz poniechania zadania. Kapitan Dzięciołowski, czołgista z bitwy pod Kutnem, obrońca Warszawy, który następnie potrafił zbiec z niemieckiego oflagu, nie dawałby zbyt lekko podobnego rozkazu. Ppor. Kochanowski zabiera się już do przekazania rozkazu swym czołgom, kiedy następuje bunt załogi. – Jak to?... Cofać się, kiedy są już pod szczytem? Pchor. Starostecki wyskakuje pod ogniem, myszkuje w terenie, wraca: – Przejdziemy! Poprowadzę. Ppor. Kochanowski posłuchał swego podchorążego: czołg jego zamiast w dół – buksuje, rzęzi – udało się złapać «second wind» i przebrnąć taras”.



Pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku
Starostecki odwiedził Wańkowicza, gdy ten mieszkał pod Nowym Jorkiem. Opowiedział mu swoją wersję ataku na Widmo. Wańkowicz nie dokonał jednak żadnych zmian w kolejnym wydaniu książki. Dlaczego? Aleksandra Ziółkowska-Boehm twierdzi, że gdyby Starostecki przysłał tę swoją historię na piśmie, Wańkowicz dołączyłby ją do swego archiwum i prędzej czy później skontaktował się z Janem Kochanowskim, który wtedy mieszkał w Londynie.



Ziółkowska, która otrzymała w spadku archiwum pisarza, twierdzi, że w papierach nie ma żadnego śladu na temat wersji Starosteckiego. A są tam na przykład listy od ludzi, którzy wytykali Wańkowiczowi błędy w imionach i nazwiskach przywoływanych żołnierzy. Pisarz nanosił te poprawki w kolejnych wydaniach. „Błędem Starosteckiego było to, że nie walczył o swoją wersję, nie przysłał jej Wańkowiczowi ani do Stanów Zjednoczonych, ani do Polski, gdzie pisarz w 1958 roku wrócił na stałe. W książce wersja zdobycia Widma pozostanie więc na zawsze taka, jak ją przedstawił Wańkowiczowi Kochanowski”, mówi Ziółkowska-Boehm.



Starostecki ma też zastrzeżenia do relacji innych żołnierzy, które Wańkowicz zamieścił w książce. Jak twierdzi, pisarz często zbierał swoje materiały z dala od pierwszej linii frontu, opierał się na opowieściach, które bywały ubarwiane. Zbyt rzadko je weryfikował. Mylił nazwiska, bywał mało precyzyjny. Starostecki przyznaje jednak, że to wszystko nie zmienia znaczenia książki i jej patriotycznego przesłania, chociaż dla wielu te drobiazgi były irytujące, bowiem diabeł tkwi w szczegółach.



Starostecki zdaje sobie sprawę z tego, że z powodu praw autorskich zmiana treści książki Wańkowicza jest niemożliwa. Uważa jednak, że w najnowszym wydaniu „Bitwy o Monte Cassino” powinien się ukazać przypis mówiący prawdę o zdobyciu Widma.
 
C O M M E N T
ALEKSANDRA
ZIÓŁKOWSKA-BOEHM
Czy zamierzam napisać „Bitwę o drugie Monte Cassino”? Mam dość dużą dokumentację, ale nie wiem, czy materiału starczy na całą książkę, czy raczej na jeden rozdział. Emocje opadły i mamy z panem
Zdzisławem Starosteckim, który w listopadzie 2009 roku został generałem, dobry kontakt. Dał mi pisemne oświadczenie, że mogę wykorzystać wszystkie materiały, które mam. A jest ich niemało. Zastanawiam się, jak autor ma reagować na takie rewelacje po latach, kiedy nie można niczego już sprawdzić, nie można dać szansy wytłumaczenia się przywoływanym osobom. Nie jest to prosta odpowiedź.

 

Jolanta Nadzieja Szaniawska rozmawia z Aleksandra Ziolkowska-Boehm


Jolanta Nadzieja Szaniawska rozmawia z Aleksandrą Ziółkowska-Boehm

 

 

 


 

TRANSATLANTYK NADZIEI, OTTAWA, KANADA    TNPolonia.com

 

 

Z cyklu - Spotkanie w wirtualnej kawiarence Nadziei
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: "Piszę o wszystkim dobrym, za czym tęsknię"
 Jolanta Nadzieja Szaniawska

 

JS Pani Aleksandro, nie mogło być ciekawiej! Cóż może być cenniejszego dla pisarza, jak nie ożywiona dyskusja na wieczorze autorskim! Pani ją miała za sprawą książki "Amerykanie z wyboru i inni", gdzie w rozdziale "Sekret pułku - Zdzisław Julian Starostecki" ujawnia pani kulisy natarcia na szczyt Widmo w bitwie o Monte Cassino, natarcia, które na podstawie relacji jej uczestnika, Jana Kochanowskiego, opisał i utrwali "na wieki" ówczesny reporter wojenny, Melchior Wańkowicz. Choć później odkryte fakty okazały się inne, sam pisarz korekty nie wprowadził. Uczyniła to pani ogłaszając pomyłkę publicznie. Na ottawskim spotkaniu sama zobaczyłam, jak pani odkrycie wciąż bulwersuje byłych żołnierzy. Cóż według pani jest przyczyną, że ta historia "z pomyłkowym bohaterem" wciąż wzbudza takie ogromne emocje?


A.Z-B. - Za ten wywiad ze Zdzisławem Starosteckim wciąż jestem krytykowana, a nawet atakowana, aż z dwóch stron. Byli żołnierze walk o Monte Cassino jakby nie chcą dać wiary, że coś takiego się mogło stać. Jakby bali się także, że pisanie o tej historii może mieć negatywny wpływ na legendę bitwy. A sam pan Zdzisław Starostecki jest jakby zawiedziony, że nie zmieniam fragmentów słynnej książki znanego pisarza...
Stało się tak (nie pierwszy raz, bo zgłasza się do mnie wiele osób, tylko ta sprawa nabrała niemałego rozgłosu), że powiadomiono mnie, iż na Florydzie mieszka były żołnierz spod Monte Cassino, który ma "inną wersje" zdobycia Widma. Mówił o tym wielu osobom, ale chciał, abym i ja się dowiedziała. Przekazał mi tę wiadomość i telefon do siebie poprzez znajomego dziennikarza. Sama do niego zadzwoniłam, myśląc, że to skromnie żyjący człowiek, i nie będzie dzwonił "long distance". Okazał się nieźle sytuowanym panem, wynalazcą głowic "Patriots".
Opowiedział swoją wersje wydarzeń ciekawie i wręcz mnie zaintrygował. Chodziło o to, że nie jego dowódca, Jan Kochanowski, który w chwili napięcia ponoć spanikował, tylko on jest tym, który poprowadził dowodzenie i przyczynił się do zdobycia Widma. Tymczasem, gdy potem leżał ranny w szpitalu, to Kochanowski opowiedział pisarzowi wypadki robiąc z siebie bohatera. I taki obraz został utrwalony we fragmencie książki "Bitwa o Monte Cassino". Poprosiłam, by pan Starostecki mi całą tę sprawę dokładnie opisał i przysłał, co też w niedługim czasie zrobił. Zadałam mu wtedy kolejne pytania. Pytałam, czy swoją opowieść przekazał Wańkowiczowi. Powiedział, że zrobił to, ale dopiero kilka lat po wojnie, gdy książka, wszystkie trzy tomy słynnego rzymskiego wydania "Bitwy o Monte Cassino", dawno już była wydrukowana.
Starostecki odwiedził Wańkowicza, gdy ten mieszkał pod Nowym Jorkiem z żoną i rodziną córki Marty Erdman. Powiedział mi, że pisarz wpisał mu dedykacje na książce, że trochę rozmawiali. Ale po tym spotkaniu nie przysłał Wańkowiczowi dokładnie opisanej swojej wersji wypadków, aby ten miał w swoim archiwum. Gdyby taką wersję pisarzowi przysłał wtedy byłaby szansa, że Wańkowicz by ją ewentualnie uwzględnił w nowych wydaniach książki. Te wydania pojawiły się w Polsce dopiero po 1958 roku. Pisarz poprawiał pisownię nazwisk, wyjaśniały się okoliczności śmierci niektórych żołnierzy, itd. Sadzę, żeby tę wersję - o ile by takowa istniała na piśmie - uwzględnił. A także próbowałby nawiązać kontakt z drugą przywoływaną osobą, z Janem Kochanowskim, który wtedy mieszkał w Londynie.
Pan Starostecki nie może mieć do Wańkowicza pretensji, i takich nie ma, o czym mi powiedział. Nie napisałam nowej wersji zdobycia Widma, bo nie żyli uczestnicy wydarzeń, by z nimi także sprawę omówić. Jedyne, co ja mogłam zrobić - po latach, kiedy już Jan Kochanowski nie żył, to właśnie w formie wywiadu udzielić głosu Starosteckiemu.
Wersja, z którą zgłosił się do mnie Zdzisław Starostecki była niezwykle ciekawa, sam także budził moje zaufanie. Uwierzył w nią także Jerzy Giedroyć, który wydrukował mój wywiad w "Zeszytach Historycznych". Niebawem po tym rozpętała się wielka burza, istna druga bitwa o Monte Cassino, bo byli żołnierze w Londynie ostro zaprotestowali. Zagrozili nawet procesem Giedroyciowi.
Dość późno, już po wydrukowaniu wywiadu także w mojej książce "Amerykanie z wyboru", Starostecki odszukał świadka wydarzeń sprzed lat, Tadeusza Trejdosiewicza, który potwierdził na piśmie jego historię. Giedroyć długo zwlekał z umieszczeniem tego oświadczenia na łamach "Zeszytów Historycznych", aż jemu zagroził, jak wcześniej żołnierze "Skorpiona" w Londynie, tak teraz Starostecki - procesem w sądzie.
Ale - podkreślam - to wszystko stało się za późno, jeżeli chodzi o samą książkę Wańkowicza. Tymczasem kilka miesięcy temu zatelefonował do mnie pan Starostecki, mocno poirytowany, bo przysłano mu z Polski nowe wydanie książki "Monte Cassino" i był zaskoczony, że nie ma... zmian. Jakby liczył, że ja "poprawię" odpowiednie fragmenty w książce. Takich rzeczy się nie robi, i nic takiego mu nigdy nie mogłam obiecać, bo to było nadużycie etyki zawodowej, sprawa copyright itd. Całą sprawę - chodzi o konflikty, które narosły, chcę spokojnie przedstawić i wydać w osobnej książce.
Może nazwę ją właśnie "Druga bitwa o Monte Cassino"?...

 

JS - To proszę się śpieszyć, bohaterowie już mogą nie doczekać, a młode pokolenie nie pojmie... różnicy. Na spotkaniu obecny był też pan Stanisław Zybała, były reporter torontońskiego "Związkowca", który piórem rozpętał nagonkę na Melchiora Wańkowicza, oskarżając pisarza o komunistyczne kontakty, co bezpośrednio zaważyło na popularności pisarza a tym samym odebrało możliwość pracy. "Człowiek może zrobić wszystko z człowiekiem" - napisał Miłosz, w tym wypadku opaskudzić słowem, że niby siniaków nie ma, to wolno - nie boli. A bolało, i jakże! (Listy Wańkowicza do żony) Uznany przed wojną pisarz (!), za sprawą dziennikarzy niskiego lotu, goniących tylko za sensacją by "sprzedać numer" został na obczyźnie pozbawiony środków do życia! Wpłynęło to bezpośrednio na jego decyzję powrotu do kraju. Tak się szczęśliwie ułożyło, że Wańkowicz nie "skończył na Syberii", za duże nazwisko, że mógł dalej pracować, tworzyć... że mu p o z w o l o n o! Zaraz po jego śmierci objęto prace pisarza cenzurą, myślę, że była to kara za finansowe wspieranie opozycjonistów. Pani Aleksandro, czy Wańkowicz kiedykolwiek wracał on do sprawy "nagonki", jakiej doświadczył na obczyźnie od Rodaków emigrantów? Jak z dystansu oceniał ówczesną emigracje? Odpowiedzią pisarza była wtedy książka "Kundlizm" szkoda, że dziś nie do kupienia...

A.Z-B. - Wańkowicz uważał, że dobrze zrobił, że wrócił do Polski. A pan Zybała w mojej książce "Kanada, Kanada", gdzie poświęciłam mu rozdział zatytułowany "Polonijny luzak" przyznał, że nie powinien takiej nagonki na pisarza robić...
Cóż ja mogę na ten temat po latach powiedzieć, i jak skomentować te niezwykle przykrą sprawę?... Jakich słów użyć?...
Wańkowicz dusił się na emigracji. Ze swoim charakterem, swoją niezależnością, chodzeniem w pojedynkę, nie należał do żadnej grupy, żadnego stowarzyszenia, które by go popierało.
Wrócił do Polski w 1958 roku. I bardzo dobrze zrobił. Ukazały się jego wydane na emigracji książki, jak wspominana wcześniej "Monte Cassino", także "Hubalczycy" , "Westerplatte", "Ziele na kraterze", "Tworzywo". Legenda majora Hubala zakwitła w Polsce dzięki wielkiemu pisarzowi. A "Monte Cassino" było czytane jak biblia w wielu domach, starannie przechowywane, sprzedawane spod lady, bo był taki ogromny popyt... To wszystko stało się w dobrych latach, wspierało naród, który był pod uciskiem, dawało mu dumę narodową, podtrzymywało na duchu.
Gdyby teraz, po 1990 roku te książki ukazały się po raz pierwszy w Polsce, w jakim nakładzie, by się rozeszły i kto by wiedział o majorze Sucharskim, czy Dobrzańskim, oprócz zapaleńców historycznych? To właśnie dzięki pisarzowi legendy te zakwitły i latami były kultywowane.


JS - Tego dnia w Domu Polskim SPK, domu wybudowanym rękoma byłych żołnierzy, obecnych była garstka weteranów. Z domu wyjść im kazało, niczym wojskowa komenda, słowo "Wańkowicz". Ze wzruszeniem patrzyłam na pochylone do dołu sylwetki... To odchodzące na wieczną wartę pokolenie wciąż pamiętało pisarza, który zatrzymał ich na wieki w chwale, młodości i sile! Poczułam jak na moich oczach nieodwracalnie zamyka się pewien rozdział historii Polski. Czy razem z nimi nie odchodzi "ich pisarz"? Czy książki Wańkowicza są obecnie drukowane w Polsce? Czy znajdują się w lekturach obowiązkowych?

A.Z-B. - W lekturze nadobowiązkowej (zależy od nauczyciela, który tytuł wybierze) jest "Ziele na kraterze". Książki Wańkowicza, jak mi wydawcy mówią, już się tak "nie sprzedają" jak kiedyś, kiedy znikały z księgarń, sprzedawane były "spod lady". Ale takie są czasy, wydawcy narzekają, że książki się nie rozchodzą, biblioteki nie mają pieniędzy, by zakupywać nowości, inteligencja polska jest biedna, książki są dość drogie, dzieciom trzeba kupić komputer, książka stała się dla wielu luksusem.
Tak, czas mija i pokolenie, które pisarz uwiecznił w swoich książkach odchodzi... Ja mam ogromny pietyzm wyniesiony z domu, od Wańkowicza, do ludzi, którzy stanowią część naszej trudnej pięknej historii.
Pani Jolanto, ostatnie miesiące spotykam się i spisuję opowieści kilku osób - między innymi Zofii Korbońskiej i Cezarii Kari Szymańskiej, wspaniałych kobiet Powstania Warszawskiego... Panie maja skończone 90 lat... Obyśmy zdążyły.


JS - Czego życzę paniom. I po raz kolejny dziennikarz - patriota "łapie odchodzący czas". Robi pani wiekopomną pracę, której założeniem - ocalić od zapomnienia! Tak jak pani, mam ogromny szacunek do starszego pokolenia, które jawi mi się jakieś ... lepsze niż to ... "współczesne". Cóż może być piękniejszego niż przebywanie w otoczeniu ludzi, którzy nauki dobrego wychowania wynieśli z domu rodzinnego jeszcze przed wojną? Ludzi, którym słowa Bóg - Honor - Ojczyzna są przysięgą? Zaplątałam się... obawiam się, że w większości przypadków "współcześni" słowa "przysięga" też już nie rozumieją.
Pani Aleksandro, w ostatnich latach życia pisarza była pani jego asystentką. On, mający już 80-lat, czyli zero czasu na pomyłki, zaufał młodziutkiej studentce, i zapisał jej swe archiwa. (Już słyszę komentarze "warszawki")... Jak się wkrótce okazało, wybrał najlepszą z najlepszych.
I choć minęło ponad 30 lat od śmierci Melchiora Wańkowicza, pani wciąż niestrudzenie niesie imię pisarza przez czytelniczy świat. Będąc w posiadaniu archiwów dba pani o druk tekstów, opracowuje pani korespondencje pisarza m.in. z Jerzym Giedroyciem, Czesławem Miłoszem. Dziełem wręcz wiekopomnym jest pani praca nad korespondencją Zofii i Melchiora Wańkowiczów. Czemu zdecydowała się pani na wydanie listów prywatnych? Ile czasu zajęło pani ich opracowanie? Czy łatwo było je wydać - to są obszerne dwa tomy?

A.Z-B. - Listy między Zofią i Melchiorem Wańkowiczami są piękne i godne, obejmują lata 1914-1968 (pani Zofia zmarła w 1969 roku), pokazują różne światy i przestrzenie i są świadectwem historycznym wielu zdarzeń. Są osobiste, ale nie ma w nich prywatności, żadnych żenujących kogokolwiek fragmentów. Zresztą bohaterowie tych listów, to są także bohaterowie książek pisarza, bo Wańkowicz pisał o swojej rodzinie w swoich książkach, i już niektóre z prezentowanych listów wykorzystał w "Zielu na kraterze".
Listy te opracowałam dawno, potem tylko uzupełniałam, aktualizowałam przypisy i komentarze. Najpierw przepisałam odręcznie pisane listy, kartki i karteluszki, było tego ponad 1000 stron. Musiałam także uwspółcześnić i ujednolicić pisownię, bo ta zmieniała się w Polsce na przestrzeni ponad 50 lat; wszystkie zmiany odnotowałam w nocie redakcyjnej umieszczonej po wstępie do całości. Długo szukałam wydawcy. Proszę sobie wyobrazić, że na "Korespondencję Wańkowiczów" szukałam wydawcy przez 10 lat! Podpisywałam kolejno umowę z Instytutem Wydawniczym PAX, który niemal zbankrutował, potem z Wydawnictwem Polonia, które całkiem zbankrutowało, z kolei Wydawnictwo "Prószyński i Spółka", z którym podpisałam umowę powiedziało, że bez wsparcia finansowego nie zdoła wydać dwóch tomów. I tak mijały lata. Chwała Bogu, że "Wydawnictwo Książkowe Twój Styl" zdecydowało się! Bez wsparcia finansowego, starannie i z pietyzmem wydało w piękny sposób, w sztywnej oprawie, z fotografiami oba tomy.


JS - Czy są jeszcze w pani posiadaniu jakieś teksty, które nie były publikowane, jak ten o Wołyniu?

A.Z-B. - Są właśnie reportaże o Wołyniu, jest druga część "De Profundis" pt. "Ziemia zanadto obiecana", jest reportaż "Kennedy na tle Międzyepoki", są listy pisarzy i różnych osobistości emigracji polskiej, dziennikarzy i pisarzy polskich, itd.

JS - Pani Aleksandro, zrobiło się z tego dla pani niemal całe życie z Wańkowiczem. Miłość do książek Wańkowicza zaszczepił w pani Ojciec, potem współpraca z mistrzem, czego efektem był doktorat, książki i opieka nad archiwum.
Przed naszą rozmową rozczytałam się w książce - dzienniku "Ulica Żółwiego Strumienia", na kartach, której opisuje pani swoje obecne życie w Ameryce i przeplata je obrazami z przeszłości. Właśnie te "obrazy z przeszłości" (od lat mieszkam za granicą i coraz bardziej wzrusza mnie wszystko, co z Polski rodem, od muzyki po haftowane serwety ze wsi Korbielowa) były mi najcenniejsze, a szczególnie te, które dotyczyły osoby Wańkowicza, osób z jego otoczenia i przyjaźni, jakie pani z nimi zawarła. Dziękuje, dużo się dowiedziałam. W książce pada zdanie, że lepiej jest poznać dobrze jednego autora, nie cała literaturę. Czy przeczuwała pani wtedy, że będzie nim właśnie On, Melchior Wańkowicz?

A.Z-B. - Chyba o tym mi mówił Michał Radgowski, znany felietonista. Dla humanisty, który studiuje literaturę, ważne, by znal dobrze twórczość jednego autora. Radgowski mi powiedział, że właściwie zna dobrze recepcje jednej książki ("Czarodziejskiej Góry" Tomasza Manna). To szczęście wybrać pisarza, którego życie i twórczość się dosyć dobrze zna... Bardzo doceniam tę możliwość, którą mi życie niejako podarowało, a raczej możliwość podążenia tą ścieżką. W obecnym świecie, gdzie jest niemal przerost informacji, ważne jest wybranie sobie własnej specjalizacji. I nie tylko dotyczy to literatury. Moja znajoma Amerykanka ma piękny ogród, hoduje w nim róże, wiele ich odmian, i potrafi mi o nich opowiadać wspaniale, niemal bez końca. Weronika Kobylińska, wnuczka Szymona, kocha konie, umie o nich ciekawie rozmawiać, a także je maluje. Jej obrazy z końmi są przepiękne, bo to jej pasja i ukochanie. Przy okazji chcę wspomnieć, że znam nieźle życie i twórczość aktorki Ingrid Bergman (cioci mojego męża), której kolekcje listów do babki, ojca i mojego męża Normana mamy w domu, także jej nieznane fotografie autobiografie i książki na jej temat.

JS - Młodego człowieka nie tylko wychowuje dom, tradycje w nim przestrzegane, ale często osoba z zewnątrz. Ona to może być wzorcem na życie, więcej - osobą wprowadzającą w życie. Pani to szczęście miała, że spotkała taką osobę. W trakcie pracy z Wańkowiczem naturalnym było, że poznała pani jego rodzinę, przyjaciół, ludzi z jego otoczenia... Z Łodzi przeniosła się pani na stale do Warszawy. Bywała pani w ośrodkach pracy twórczej w Oborach, Konstancinie, a to już są miejsca bardzo elitarne... Pani robiła w stolicy karierę! I wiem to wszystko z książki "Ulica Żółwiego Strumienia", gdzie we wstępie do niej napisała pani "jest to książka o wszystkim dobrym, za czym tęsknię".
Czy dziś, z odległości minionego czasu, może pani powiedzieć, jaką rolę odegrał w pani życiu pisarz?

A.Z-B. - Spotykamy w życiu "ważnych" ludzi, którzy mają wpływ na nas, nasze wybory. Niektórych mijamy nie wiedząc, co z tym zrobić, bo akurat "nie był to dobry czas". Spotkanie Wańkowicza dla mnie, wtedy młodej studentki polonistyki było w najodpowiedniejszym jakby czasie. Robiłam z niego magisterium i moja praca doktorska na Uniwersytecie Warszawskim była jemu poświęcona.
Jak napisałam w pierwszej swojej książce "Blisko Wańkowicza", istnieją gry dziecięce, które polegają na tym, że człowiek znajdujący się na określonym polu przesuwa się o kilkanaście miejsc do przodu. Coś takiego zaszło w moim życiu. Gdy poznałam pisarza, gdy zaczęłam pracować dla niego, moje życie potoczyło się szybciej, burzliwiej, moje obserwacje zaczęły dotyczyć spraw istotnych, poważanych, wymagających zdwojonej wrażliwości. Zdawałam sobie także sprawę z faktu, że sama jestem przedmiotem obróbki, tworzenia, modelowania przez inną, potężną osobowość.
Wańkowicz miał na mnie ogromny wpływ, w jakimś sensie mnie ukształtował. Miał dla mnie, wtedy bardzo młodej osoby, czas. A czasu mu wtedy bardzo brakowało, ścigał się z postępującą chorobą, kończył książkę. Rozmawiał wiele ze mną, wypytywał, opowiadał o swoim życiu. Po latach, szczególnie to doceniam, i po latach, mogę powiedzieć, że została mi przez niego jakby wpojona ciekawość świata, ludzi, poszanowanie pracy, oddanie się tej pracy... Duży wpływ wywarł także na Zofię Romanowiczową, pisarkę mieszkającą w Paryżu, autorkę miedzy innymi "Basi, Baśki i Barbary", która była jego sekretarką w czasie pisania książki o bitwie Monte Cassino.
Znałam Wańkowicza niecałe trzy lata, choć mnie nieraz przedstawiano jako "wieloletnią sekretarkę". Ale ważne były te lata bardzo!
W przywołanych przez panią tzw. domach pracy twórczej bywam jako członek Stowarzyszenia Autorów ZAIKS czy Stowarzyszenia Pisarzy Polskich SPP. Wszyscy członkowie ZAIKS mogą przyjeżdżać do "Halmy" w Zakopanem, do Konstancina, Krynicy czy Sopotu. Aby być członkiem Stowarzyszenia twórczego trzeba spełniać kryteria, wydać co najmniej dwie książki, i zostać oficjalnie zaakceptowanym. Nie bywam więc jako "sekretarka Wańkowicza", bo co to byłby za status? Mogłam zostać z tytułem sekretarki Wańkowicza i nie napisać żadnej książki... Teraz, w Stanach, mogłabym podróżować i zajmować się domem i ogrodem, a nie siedzieć wiele godzin przy komputerze, zarywać noce by pisać w języku, który jest moim, ale którym w amerykańskim domu się nie posługuję na co dzień, bo mąż nie zna polskiego.
Pisanie zrobiło się moją pasją, moim zawodem, moim sposobem na życie. Mówiąc o stowarzyszeniach, w Stanach Zjednoczonych jestem członkiem Fundacji Kościuszkowskiej, Polskiego Instytutu Naukowego, szanowanych wspaniałych organizacji, jak i także amerykańskiego PEN Clubu, znanego w świecie związku pisarzy amerykańskich. I w Stanach niebawem ukaże się moja książka "A Polish Partisan's Story", o której Pani wspomniała wyżej.


JS - Gdy czytałam wspomnienia z okresu współpracy z pisarzem przy książce "Karafka La Fontaine'a", wyczuwałam ogromne pani zaangażowanie, wiarę w to, co się robi... Bezwiednie powiedziałam - Każdy pisarz chciałby mieć taką muzę.

A.Z-B. - Może, dlatego w drugim tomie "Karafki La Fontaine'a" pisarz umieścił dedykacje dla mnie z "podziękowaniem za współpracę"? (Brzmi ona: "Mojej sekretarce, pani Aleksandrze Ziółkowskiej, bez której oddanego współpracownictwa byłaby to jeszcze gorsza książka"). Czy może być piękniejszy prezent?
I zapisał mi swoje archiwum, co było ogromnym zaufaniem. Udzielone mi zaufanie zobowiązuje i spłacam je całymi latami.


JS - By rozbudować myśl, pozwolę sobie na zacytowanie fragmentu listu
Szymona Kobylińskiego z dnia 17 maja 1995 ("Nie minęło nic, prócz lat" - wydawnictwo Nowy Świat 2003), w którym jest o to słowo więcej by zrozumieć... poznać... wyobrazić sobie... Nazwał tam panią "magnesem i katalizatorem ludzkiej dobroci".
(...) Intrygowałem człeka (
Krzysztof Kąkolewski autor książki pt. "Wańkowicz krzepi") do ukazania portretu mistrza Melchiora, jako Duszy Niespodzianej, zaskoczonej czemś, czego nie praktykował, czego emocjonalnie nie znał - przyłapanego na kapitulacji przed Dobrocią - To mu się nie zdarzyło przez całe długie lata, twardą skorupą opancerzone życie bezlitosnego obserwatora. Umiał wzruszać jak mało, który pisarz, ale sam nie wzruszał się nigdy, nie ulęgał tej, jakby to określić - tej słabości. Taki był zresztą wymóg jego precyzyjnie obmyślanego warsztatu, zimnego skalpela i chłodnego, lodowatego szkiełka badacza. I oto nagle, tuż przed odejściem, tuż przed definitywnym adieu - trafia go, trafia mu się niespodzianka... uczuć? Nie, to nie celne określenie. Raczej: - odczuć.
Nowego typu wrażliwości, nowej relacji w bezinteresownej sferze, dotychczas mu obcej, w sferze Dobroci właśnie. On nie wiedział, co z tym zrobić, jak to przeżywać, "czym to się je", gdy się samemu ulega napływowo serdeczności, jakże dalekiej wprzódzi, jak bardzo przezeń nie używanej! (...)

Jeśli tak właśnie przyjaciele Wańkowicza widzieli pani rolę, to naturalnym było, że mistrz zaufał i pod opiekę swe archiwa oddał. Na spotkaniu w Ottawie powiedziała pani, że myśli nad przekazaniem zbiorów i szuka dla nich godnego miejsca.

A.Z-B. -Zapewne będzie to Ossolioneum we Wrocławiu, gdzie Wańkowicz wcześniej zdeponował swoje maszynopisy-rękopisy. Gabinet z pamiątkami został przekazany do Muzeum Literatury w Warszawie na Rynku Starego Miasta, gdzie jest "sala Wańkowicza" jako ekspozycja stała.

JS - Od piętnastu lat stale mieszka pani za granicą? Stąd stara się być pani obecna na polskim rynku wydawniczym. Czy pisarz może żyć szczęśliwie w innym środowisku niż własne, znane, rozumiane? Jak tu przetrwać, bez kawiarnianego "stolika w Czytelniku"?

A.Z-B. - Bez stolika w Czytelniku żyje w Polsce wielu doskonałych pisarzy. Bywam w Polsce regularnie, każdego roku jestem miesiąc, a od kilku lat dwa miesiące każdego roku spędzamy z mężem. Zachowałam w Warszawie swoje mieszkanie, które na mnie czeka, co jest także ważne.
W Stanach zaczęłam cenić pewną ciszę i komfort pięknego ogrodu, o który bardzo dbam, wygodnego domu. Karmię kolibry, wieczorem racoony, mam dwa koty, które są bardzo z naszym domem zżyte i które zabieramy w dalekie podróże. Mój syn, Thomas Tomczyk, skończył wydział architektury na Uniwersytecie w Arkansas, magisterium zrobił z fotoreportażu na wydziale dziennikarstwa w Columbia w Missouri. Jeździ dużo po świecie, w prasie amerykańskiej drukuje swoje cartoony, rysunki satyryczne, reportaże, fotografie, od dwóch lat ma własne pismo na Karaibach.
Pewne oddalenie od spraw Polski pozwala mi na dystans, który często jest potrzebny. Przechodzimy różne fazy w życiu, ja cenię sobie ten okres ostatnich 15 lat - podróży, zmian miejsca zamieszkania, poznania nowego języka i kultury... Bardzo mi się świat otworzył... I dbam, choć nie jest to zawsze łatwe zadanie, by być blisko kultury polskiej, ludzi, przyjaciół. Jest to duże wyzwanie, ale warte zachodu. Mam kontakt z wieloma osobami, staram się śledzić, co się dzieje na rynku wydawniczym. W dobie Internetu i przy dużych chęciach można wiele zdziałać. Czasami myślę, że mając jakby dwie kultury można z nich czerpać i stać się bogatszym o nie.


JS - I robi to pani znakomicie! Książki "Ulica Żółwiego Strumienia" i "Podróże z moją kotką", choć dziejące się w realiach amerykańskich, są bardzo polskie... Inaczej - nie ma w nich granic, jest o świecie i o tym, że my w nim. I za te książki pani serdecznie dziękuje - są, jak by powiedziała moja, niestety już nieżyjąca przyjaciółka, Daria Trafankowska - cudne! A to największy komplement! Pani Aleksandro, nad czym pani aktualnie pracuje?

A.Z-B. - Mam kilka tematów na warsztacie... Jedna z książek, którą powoli piszę, to temat indiański, współczesna sytuacja w rezerwatach, na którego opracowanie dostałam tutaj stypendium. Mój stryj, rzeźbiarz Korczak Ziolkowski zaczął w Południowej Dakocie rzeźbić w skalach pomnik wodza Crazy Horse (po jego śmierci prace kontynuuje jego rodzina). Ja sobie taką górę też wytoczyłam. Jeżdżę do rezerwatu Pine Ridge, prenumeruje od pięciu lat dwa pisma indiańskie (między innymi "Indian Country Today"), mam kilku przyjaciół Indian. Im bardziej poznaję ten temat, tym mi trudniej, bo widzę, jak jest złożony. Ale jak mawiał Korczak Ziolkowski "Każdy z nas ma swoją górę do przebycia".

JS - Dziękuję za rozmowę i mam nadzieję, że "Do zobaczenia w Ottawie!" na promocji książki "A Polish Partisan's Story".

Jolanta Nadzieja Szaniawska


Na dole fotografie ze spotkania: Aleksandra Ziólkowska-Boehm
i Aleksandra Ziółkowska-Boehm w otoczeniu [rzyjaciól w Ottawie, ktorzy pozostali po skończeniu prelekcji.


 

sobota, 9 marca 2013

Barbara Aleksandrowicz wywiad 2Tygodnik Polonijny

Wiadomość pochodzi z serwisu: Expatpol.com


Pisanie to wiele godzin samotności

Z pisarką i byłą sekretarką Melchiora Wańkowicza, dr Aleksandrą Ziółkowską-Boehm rozmawiała Barbara Aleksandrowicz
Aleksandra Ziółkowska-Boehm
Fot. 2Tygodnik Polonijny
Pani Aleksandro, rok 2006 zaczął się dla Pani wyjątkowo dobrze. Najpierw przyszła wiadomość o nagrodzie stanu Delaware, a potem o stypendium...

Był to piękny prezent, o którym wiadomość przyszła z końcem ubiegłego roku, dokładnie w dzień Bożego Narodzenia. Delaware Division of the Arts przyznało mi doroczną nagrodę za rok 2006 w dziedzinie literatury. Dostałam ją w dziedzinie literatury faktu („creative non-fiction”). Uroczystość odbyła się w lutym w stolicy stanu, Dover, dyplom i czek wręczyła mi pani gubernator stanu Delaware, Ruth Ann Minner.W kwietniu dostałam zawiadomienie o przyznaniu mi prestiżowego amerykańskiego stypendium Fulbrighta. Od jesieni będę 9 miesięcy w Polsce jako „Fulbright scholar”. Pozostanę w stałym kontakcie z Instytutem Historii Uniwersytetu Warszawskiego. W Warszawie będę zbierać materiał do nowej książki. Mam mieć także wykłady na Uniwersytecie w Wilnie (z rekomendacji Tomasa Venclovy), z czego cieszę się w sposób szczególny. Zaproszono mnie do Ośrodka Kultury Polskiej w Dusseldorfie. Kilka innych miejsc jest w trakcie ustalania. Będzie mi towarzyszył mój mąż Norman, którego pobyt również sfinansowano. Oczywiście, bardzo cieszę się z tego stypendium.

Jakie nowe Pani książki ukażą się w najbliższym czasie?W Stanach czekam na wydanie książki o Hubalczyku „A Polish Partisan’s Story”. Wydaje ją amerykańskie wydawnictwo o profilu historycznym Military History Press. Książka otrzymała między innymi bardzo dobrą recenzję znanej autorki książek i profesor dziennikarstwa na Columbia University, Susan Sherman, która m.in. napisała: „Narracja pasjonująca i trzymająca w napięciu od pierwszego zdania do ostatniego. Wprost perfekcyjny opis horroru, jaki przeżywa bohater”.W Polsce we wrześniu ukaże się moja książka historyczna o dziewczynie z Powstania Warszawskiego. Wydaje ją Wydawnictwo MUZA. Książka jest zatytułowana „Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego Krzyża”.Jest to opowieść o losach uczestniczki Powstania Warszawskiego, która przez 54 lata przechowywała krzyż Virtuti Militari majora Henryka Dobrzańskiego. Hubal dał go swojej kurierce, by naprawiła go w Warszawie, następnego dnia zginął. Kurierka przekazała go Kai (której brat Modest i narzeczony byli Hubalczykami), sama też zginęła. Kaja nosiła krzyż jak amulet na szyi w czasie okupacji, i potem w Powstaniu 1944 roku, przechodziła z nim kanałami powstańczej Warszawy. Po upadku Powstania pojechała do babci do Białegostoku, gdzie kilka godzin później została aresztowana i zesłana do obozu NKWD Nr 41 w Ostaszkowie. Krzyż Hubala w Ostaszkowie nosiła ukryty z obcasie buta. Do Polski wróciła w 1946 roku z malarią i tyfusem ważąc zaledwie 38 kilogramów. Powróciła do pełni sił i jako ceniony architekt (Cezaria Iljin Szymańska) brała udział w odbudowywaniu Warszawy. Jej mąż, Marek Szymański, „Sęp” od Hubala, którego losy są także ukazane w książce, założył Środowisko Hubalczyków. Opisuję dzielną kobietę i jej niezwykły sposób na życie - “aby zawsze było interesująco” i „mimo wszystko””. Książka zawiera wiele zapadających w serce scen. Interesujący i mało znany jest wątek tzw. gorączki syberyjskiej, gdy Polacy wyjeżdżali dobrowolnie lub pozostawali na Syberii z własnej woli. Byli wśród nich między innymi absolwenci uczelni rosyjskich, których głód ziemi w Królestwie Polskim na przełomie XIX i XX wieku wyprowadził za Ural. W tym czasie ludność masowo emigrowała do Ameryki, ale byli tacy, co jechali na Syberię. Książka pokazuje kolonię polską w Ałtaju na Syberii, żyjącą ze sobą, jak i z naturą, w niezwykłej symbiozie. Gdy na Syberię dotarł bolszewizm, rodzina bohaterki wróciła do Polski ostatnim eszelonem. Podróż trwała 11 miesięcy, ostatni wagon był trupiarnią.To samo amerykańskie wydawnictwo, które wydaje „A Polish Partisan’s Story”, sponsoruje tłumaczenie mojej najnowszej książki, i za jakiś czas zapewne powinna się ukazać po angielsku. Nie wiem, czy będzie miała tytuł ”Kaia - the Savior of the Hubal Cross”, czy inny.

Niebawem więc „A Polish Partisan’s Story” trafi do rąk Amerykanów...

Chciałabym, aby ta książka zyskała poparcie środowisk polonijnych, a także by temat polskiej historii został dobrze przyjęty przez Amerykanów. Staram się również o wydanie w języku angielskim pięknej książki „Bitwa o Monte Cassino” Melchiora Wańkowicza, której tłumaczenie przedłuża się w nieskończoność. Gdyby mi się udało doprowadzić sprawę do końca, byłoby to spłacenie swoistego długu wobec Wańkowicza, który wyjeżdżał z Ameryki w ciężkich warunkach finansowych w 1958 roku, a teraz, po śmierci, jakby powrócił ze swoją książką do bibliotek.

Pani czyni wiele dla Wańkowicza od ponad 30 lat, jakie upłynęły od jego śmierci w 1974 roku. Jest Pani autorką kilku książek jemu poświęconych. Największy rozgłos zyskała książka „Blisko Wańkowicza”.

To była moja pierwsza książka, miała 3 wydania, 100 tysięcy nakładu i cieszyła się ogromną popularnością. Miałam dwadzieścia kilka lat i byłam autorką bestselleru! Dobrze, że mi się wtedy w głowie nie przewróciło. Książkę sprzedawano spod lady. Była tak popularna, że wiele lat później, gdy wydawałam kolejne książki, o innej tematyce, zawsze także pytano mnie o Wańkowicza. Swoisty parasol jego nazwiska towarzyszył mi przez wiele lat. Kolejno napisałam tom esejów poświęconych życiu i twórczości pisarza, zatytułowany „Na tropach Wańkowicza”; ta książka miała dwa wydania. Z moim wstępem i przypisami ukazały się dwa tomy jego korespondencji z córką Krystyną, która zginęła w Powstaniu Warszawskim, dwa tomy korespondencji z żoną Zofią, zatytułowane „King i Królik”. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów”. I także ukazał się tom listów z Jerzym Giedroyciem.

Jak się Pani współpracowało z Jerzym Giedroyciem?
Praca z Jerzym Giedroyciem była intensywna i wspaniała, ale także niełatwa. Wielki Redaktor bardzo mi pomagał, ale także starał się mną jakby manipulować i wywierać nacisk. Pisarz nie mógł się przed stawianymi mu zarzutami bronić, więc moją rolą była obrona jego imienia. Tym bardziej, że jestem właścicielką archiwum pisarza i znam jego twórczość doskonale. Pod moim wpływem Giedroyc zmienił wstęp do książki, wycofał swoje ostre oskarżenia wobec Wańkowicza. Bardzo to sobie cenię, że udało mi się go przekonać i godne podziwu było to, że Giedroyc był otwarty na perswazję.

Bohaterką kolejnej książki była...Pani kotka... 

Kolejną książkę, niemal jako terapię, napisałam o koteczce Suzy pt. ”Podróże z moją kotką”. Miała ona dwa wydania i otrzymała tytuł ”Książki tygodnia”. Najlepsza księgarnia w Polsce imienia Bolesława Prusa w Warszawie poświęciła jej całe okno wystawowe tej książce. Na spotkania autorskie przychodziły tłumy. Zdobyła mi nowych czytelników, także takich, którzy nie znają innych moich książek, ani o Wańkowiczu, ani biograficznych. Pytają mnie teraz, czy napiszę następną książkę o zwierzętach.

Lubi Pani także formę wywiadów. W książce „Amerykanie z wyboru” wśród Pani rozmówców są nobliści: Isaak Singer, Czesław Miłosz, Andrew Schally. Jest też amerykański generał polskiego pochodzenia Donald Kutyna, senator kanadyjski, poseł do Parlamentu, słynny lotnik, wynalazca głowic Patriots, dr Stanisław Burzyński i wielu innych.

W Kanadzie po angielsku ukazał się mój zbiór wywiadów pod tytułem „The Roots Are Polish”. Lubię tę formę literacką. Wywiad ma dwa życia - jak mi powiedział Radek Sikorski - na bieżąco i po latach, służąc jako dokument historyczny. Wywiady ukazały się we wrocławskiej „Odrze” i jezuickim „Przeglądzie Powszechnym, w paryskich „Zeszytach Historycznych”, a także po angielsku w „Polish Review”, „Sarmatian Review”. Przeprowadziłam również rozmowy między innymi z W. Kuniczakiem, Ewą Thompson, Radkiem Sikorskim, Andrzejem Wajdą, Tomasem Venclova, z księdzem Janem Twardowskim, Andrzejem Wajdą i Zofią Korbońską.

Zajmuje się Pani także tematyką indiańską. Jak zrodził się ten pomysł?

I
nspiracją był dla mnie mój stryj, rzeźbiarz Korczak Ziółkowski, który zaczął rzeźbić w Południowej Dakocie pomnik wodza indiańskiego Crazy Horse. „Każdy ma w życiu swoją górę do wyrzeźbienia”, twierdził…i ja taką w postaci planowanej książki buduję. W rezerwacie Pine Ridge w Południowej Dakocie spędziłam dwa i pół miesiąca. Mam zaprzyjaźnionych wielu Indian. Od ponad dziesięciu lat prenumeruję dwa tygodniki „Lakota Times” i „Indian Country Today”. Jestem emocjonalnie bardzo z tą tematyką związana i przy książce na temat Indian pracuję już ponad 10 lat.

Była Pani także związana z filmem, teatrem…

.Niegdyś pracowałam w Warszawskim Teatrze Telewizji. Była to moja jedyna praca na tzw. etacie. Wystąpiłam w filmach dokumentalnych poświęconych Zbigniewowi Brzezińskiemu, Melchiorowi Wańkowiczowi i senatorowi Stanleyowi Haidaszowi.

Ma Pani wspaniałego syna, powód do dumy. Czym się zajmuje?

Mój syn, Thomas Tomczyk, absolwent warszawskiej szkoły średniej im. Reytana, wykształcony w Stanach Zjednoczonych, ma dyplom architekta. Magisterium zrobił z dziennikarstwa na University of Missouri. Jest rysownikiem i wydawcą własnego pisma „The Bay Islands Voice” na Karaibach. Jeździ dużo po świecie, publikował reportaże z Indii, Sudanu, Somalilandu, Kuby, Albanii. Jestem z niego naprawdę dumna, ale bardzo się martwię o niego. W tej chwili jest w Bhutanie. Pani Barbaro, gdy urodzimy dziecko, to już do końca życia będziemy się o nie martwić, niezależnie od jego wieku czy sytuacji. Szczególnie, gdy się ma takiego ruchliwego syna, jak mój. Miałam wiele nieprzespanych nocy i wiele modlitw w jego intencji.

Jako pisarka cieszy się Pani szacunkiem i podziwem. Pani książki są chętnie czytane i wysoko oceniane. Czy czuje się Pani spełniona?

To ogromna łaska, gdy wykonujemy zawód, który kochamy. Zajmuję się pisaniem od 30 lat, niczego innego nie umiem robić. Wiele czytam. Pisanie to proces ciągłej nauki, wytrwania, zmagań, cierpliwości, uwagi. I przede wszystkim to godziny samotności spędzone nad kartką papieru czy przed komputerem. Czy czuję się spełniona? Mam wspaniałego syna, kochającego męża, dom i piękny ogród. Mam też dwa koty. W Polsce mieszka moja mama, dwóch braci i ich rodziny. Mam też grono przyjaciół i wielu znajomych po obu stronach oceanu. Ogromnie ich wszystkich cenię, i naprawdę doceniam to, co mnie dobrego w życiu spotkało.

Czytelnicy „2Tygodnika Polonijnego” czytali w odcinkach Pani opowieść o aktorce Ingrid Bergman, cioci Pani męża Normana. W książce „Zwierzenia słynnych par” Barbary Henkel, obok takich par, jak Pendereccy, Kwaśniewscy, Wałęsowie, jest także Pani z mężem Normanem. Jak wygląda Państwa małżeństwo, ludzi z innych kultur? 

Mój mąż, protestant, urodzony w Ameryce (WASP), w młodości oficer Navy, nie mówi po polsku. Jesteśmy ze sobą już ponad 16 lat. Nasze małżeństwo to magia, istny cud. Może dlatego, że stworzyliśmy nasz związek w wieku, kiedy potrafiliśmy ocenić i docenić wiele spraw i wartości. Może kiedyś napiszę o tym książkę? A może nie będę umiała jej napisać?…

Wiele Państwo podróżujecie po świecie. Czy macie jakieś ulubione miejsca?

Zostawiłam duży kawałek serca nie tylko w Polsce, ale i w Toronto, Houston, Dallas, i Południowej Karolinie. Oswoiłam te miejsca, bo w nich dłużej mieszkałam. Lubię Meksyk, gdzie byłam wiele razy. Wszędzie, gdzie pomieszkamy dłużej, albo gdzie wracamy ponownie, zostawiamy cząstkę siebie.

Czego Pani żałuje w życiu?

Czego żałuję? Niektórych decyzji, pustych dni. Żałuję dzieciństwa mojego syna, że tak szybko minęło. Różnych minionych bezpowrotnie dni, które przeżyłabym inaczej. Ale jednocześnie jestem niejako przywiązana do moich błędów, bo mnie zahartowały i pozwoliły zdobyć nowe doświadczenia. Może dlatego nie jestem tak bardzo krytyczna wobec innych, bo nauczyły mnie one swoistej pokory.

O czym Pani marzy?

Chciałabym napisać jeszcze kilka książek. Chciałabym, aby były dobre i trafiały do ludzkich serc. Chciałabym je wydać tu w Ameryce, by dały Amerykanom wyobrażenie o Polsce i jej trudnej, pięknej historii…. Także chciałabym, by mój syn założył rodzinę, aby kontynuował swoją ciekawą karierę zawodową…. Chciałabym też zobaczyć Polskę dostatnią i spokojną. Z innych rzeczy… chciałabym na przykład co roku móc zaprosić zaprzyjaźnione kobiety na tydzień na wspólny wypoczynek, aby mieć czas na damskie pogaduszki. Jakże mi takich dni brakuje! Chciałabym spędzać więcej czasu z ludźmi, w których odkrywam pokrewną duszę. A z bardzo dziwnych rzeczy?… Chciałabym móc zaprosić swoje babki, prababki i pra-pra-babki na kolację do siebie, abyśmy opowiedziały sobie o swoim życiu, naszych wyborach, naszych marzeniach. Właśnie marzeniach, bo one o nas świadczą. Ciekawe, jak moje pra-prababki patrzyłyby na mnie, moją ruchliwość po świecie i na moje np. wyczyny z komputerem?

Dziękuję za rozmowę.Więcej o dr Aleksandrze Ziółkowskiej-Boehm na http://www.artsdel.org/information/iafrecipients/ziolkowska-boehm.shtml. www.radiocourier.com

lub: www.aleksandraziolkowskaboehm.radiocourier.com www.militaryhistorypress.com www.bayislandsvoice.com


Źródło: "2Tygodnik Polonijny"