„Czytelnik współczesny oczekuje dokumentacji, jest głodny faktów, przekazów z pierwszej ręki. Staramy się śledzic, co się dzieje w różnych miejscach świata, który dzięki telewizji i głównie internetowi wszedł w nasze życie ze swoimi dylematami, problemami, katastrofami i biedą”(s.11-12)". ........................ To pisarstwo wywodzi się z literackiego dziennikarstwa, przypomina, że w latach 70.XX. popularnością cieszył się tzw. literary journalism, kiedy autorzy starali się przedstawić punkt widzenia przeciętnego człowieka. A kiedy i to określenie stało się nazbyt rozmyte, wprowadzono inne: „Termin creative non-fiction (używany zamiennie jako literary non fiction) brzmi być może zagadkowo. Wyraz creative wskazuje, że autor używa metod i sposobów wypróbowanych w fikcji, czyli uprawia sztukę przenoszenia do narracji rozmaitych strategii i form opowiadania”s.12". ............................ Teoretyczne rozważania ilustruje Autorka przykładami, przypomina, jak się przygotowywała do pierwszego spotkania z Melchiorem Wańkowiczem, jak doszło do spotkania z Januszem Brochwiczem-Lewińskim („Gryf” w czasie powstania warszawskiego był świadkiem śmierci córki Wańkowicza). Wspomina o lojalności wobec rozmówcy: ....................... „Pojawiają się momenty, kiedy rozmówca nie ukrywa, nie cenzuruje swoich słów, odczuć, wspomnień – mówi o nich swobodnie. Nie znaczy to, że piszący ma o tym napisać, aby „świat się dowiedział”. Ustalamy z moimi bohaterami, że swoją opowieść snują bez oporów, ale przed publikacją każdą wypowiedź z nimi autoryzuję. Mają do tego święte prawo. Zawsze usuwałam fragmenty wspomnień, którymi dzielili się ze mną, ale nie chcieli obwieszczać ich innym”. "Rozmówcy zasługują na szacunek, poszanowanie ich życia i prywatność. Zaufali mi, ja mam obowiązek postępowania etyczneg".(s.41-42)". ............... A po teoretycznym wstępie ciagną się opowieści o ludziach z różnych czasów i z tylu przestrzeni. O ich wędrówkach z wyboru i tych odbywanych kiedyś mimo woli. O rodzinie Rodziewiczów (z opowiadania Romana Rodziewicza powstała książka Wańkowicza „Hubalczycy”); o Aleksandrze Jordanie Lutosławskim, synu sławnego filozofa, Wincentego Lutosławskiego; o ks. Prof Januszu Ihnatowiczu, teologu i poecie; o sławnym pilocie Januszu Żurakowskim. O skomplikowanych losach niektórych ludzi. Janusz Dukszta, lekarz psychiatra i polityk kanadyjski, rodem ze Szczuczyna (między Grodnem a Nowogródkiem), mówił Ziółkowskiej-Boehm o swojej złożonej tożsamości: ................... „Uważam się za Polaka litewskiego pochodzenia, od lat mówię, że jestem polskim Litwinem, ale to jest trochę skomplikowane. Odwiedziłem kilka lat temu Wilno, i stwierdziłem, że na pewno nie jestem Litwinem, pojechałem do Krakowa, stwierdziłem, że nie jestem Polakiem. Odwiedzam Anglię, gdzie ukończyłem uczelnię, i gdzie mieszka moja przyrodnia siostra Izabella, ale nie czuję się Anglikiem. Jestem Kanadyjczykiem – bo Kanada pozwala mi być ...cudzoziemcem. To jest moje „identity”(s.64)”. ....................... Ciekawe, ile papieru zużyliby współcześni socjolodzy na opisanie tej wielostopniowej tożsamości, ile teorii stworzyliby dzisiejsi kosmopolici i narodowcy. A pisarka zostawia wyznanie potomka szlacheckiego rodu z Wielkiego Księstwa Litewskiego bez komentarza. Zostaje cenne świadectwo. Gdzie indziej opowie Autorka o Tomaszu Łychowskim, poecie i malarzu Brazylii (przyznaje się, że to, co pisze, jest polskie, a to co maluje – brazylijskie). Jego ojciec pochodził z Kijowa, ożenił się z Gertrudą, Niemką spod Berlina. A stało się to w portugalskiej wtedy Angolii w latach 30.XX w. W roku 1938 Łychowscy z kilkuletnim Tomaszem przyjechali do Polski. A potem wojna, konspiracja, matka Niemka okazała się polską patriotką związaną z AK. Osadzono ją z siedmioletnim synkiem na Pawiaku. ................... „Obecnie Tomasz Łychowski ma ponad 80 lat i jest prawdopodobnie najmłodszym żyjącym więźniem Pawiaka. Pamięta, że codziennie o szóstej rano był apel. Ustawione w dwurzędzie więźniarki składały po niemiecku meldunek. Tomasz zapamiętał, że po pewnym czasie jemu przypadła ta funkcja i meldował: Fünfundzwanzig Frauen und ein Kind (25 kobiet i dziecko). Na to Komendant: Fünfundzwanzig Frauen und ein Man (25 kobiet i jeden mężczyzna) i bardzo zadowolony ze swojego dowcipu wybuchnął śmiechem"(s. 240). Poeta pisze w trzech językach: po polsku, po angielsku i po portugalsku, maluje i pisze wiersze (coraz częściej po portugalsku), w jednym z wierszy wspomina o swojej multiosobowości: ................ Jaka moja w tym wina - urodzony w Angoli - że nie jestem czarny? Zaadoptowany przez Brazylię że jestem gringo? Jaka wina? Że jestem synem Niemki w Polsce Polaka w Niemczech? Dość nierzeczywistych win! Czy nie wystarczą te prawdziwe?(s. 252)" .................. Jak to dobrze, że bohaterowie o takich skomplikowanych losach znaleźli rozumiejącą słuchaczkę, która z taktem i empatią potrafiła ich wysłuchać, a potem zapisać niezwykłe koleje losu (powieściopisarz pomieściłby te opowieści w kilku zapewne tomach). A tu skrót, dane do opowieści i ewentualne rozwinięcie. Jak z Kają od Radosława: ....................... .„Najkrócej: Cezaria Iljin-Szymańska - pseudonim „Kaja” – działaczka podziemia, uczestniczka powstania warszawskiego, członek zgrupowania „Radosław”. Po powstaniu aresztowana w Białymstoku i osadzona w obozie NKWD nr 41 w Ostaszkowie. Do Polski wróciła w 1946 roku z malarią i tyfusem. Skończyła studia i została cenionym architektem, włączyła się w odbudowę Warszawy”(s.89). .................... Jeszcze o jednym szkicu należałoby wspomnieć. Zaczyna się tak: ............. „Jeżeli Wańkowicz jest mi wdzięczny, to zapewne za wymianę przedmowy... Że przekonałam wielkiego redaktora Giedroycia, który do swojej korespondencji z pisarzem napisał nową. Pierwsza jej wersja zawierała określenia niesprawiedliwe, niepoparte żadnym dokumentem”.(s.257)" A jak to się stało, że propozycję Ziółkowskiej-Boehm, żeby dodał Giedroyć kilka zdań ...-właśnie, że uważa go Pan za „czołową postać polskiej literatury” (...) Obok krytyki i ostrych rzeczy, czy nie może Pan dodać, że – jak Pan do mnie pisze – jednak „wysoko go Pan ceni”? zostały uwzględnione, wnikliwy czytelnik, przeczyta sam. A uparta i wdzięczna Autorka, dbająca o dobre imię swojego mistrza, napisze o Giedroyciu z uznaniem: „Jego wielkość z pewnością zawiera się także w fakcie, że dał sie przekonać. Bardzo go za to podziwiam i doceniam”.(s.293)"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Lychowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Lychowski. Pokaż wszystkie posty
sobota, 16 stycznia 2021
Adam Wiercinski - PISARSKIE DELICJE I REMANENTY
...
Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Pisarskie delicje, Bellona 2019, 343 stron.
...
Adam Wiercinski
[w:]
PAMIĘTNIK LITERACKI, Londyn, grudzień 2020, s. 243-246
........................
Pisarskie delicje i remanenty
.........................
„Pisarskie delicje” Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm to silva rerum. Prawdziwy las rzeczy. Tyle tam spraw, tematów, postaci znanych i mniej znanych, tyle dopowiedzeń do książek wcześniejszych i dodatkowych opowieści. I tyle przytoczeń. Listy, rozmowy, wywiady, fragmenty książek własnego i cudzego autorstwa.A wszystko udokumentowane, sprawdzone i autoryzowane, kiedy trzeba. Polot, szczęśliwe przypadki, szczęście do spotkań z pięknymi ludźmi, ponadto - dyscyplina pisarska. I jeszcze sztuka uważnego słuchania.
............................
W pierwszym rozdziale zajmuje się Autorka reportażem literackim, rozprawia ze znawstwem, którego mógłby jej pozazdrościć wykładowca na wydziale dziennikarstwa, o literaturze faktu, tłumaczy, skąd się wzięła popularność tego rodzaju pisarstwa.
czwartek, 14 maja 2020
Beata Bednarz wywiad granice.pl
By wszystko się zgadzało... Wywiad z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm
Autor: Beata Bednarz.
.

Instytut Piłsudskiego, Nowy Jork, maj 2012
.
Uprawiany przez Panią gatunek literacki, zwany na Zachodzie creative non-fiction, wiąże się z dużą odpowiedzialnością za przytaczanie wypowiedzi rozmówców i mrówczą pracą dokumentacyjną. Szymon Kobyliński, który jest zacytowany w pięknym eseju otwierającym Pisarskie delicje, dowcipnie poradził Pani: Zawsze sprawdzaj informacje, nawet to, kto napisał „Pana Tadeusza", ja wiem, że Słowacki, ale muszę sięgnąć do biblioteki. Czy miała Pani jakąś szczególną przygodę związaną z weryfikowaniem faktów, np. taką, która dziś jest zabawnym wspomnieniem lub stała się lekcją pokory?
.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Rodziewicz, bohater książki Z miejsca na miejsce w cieniu legendy Hubala, był nieszczęśliwy, gdy w pierwszym wydaniu napisałam, że jeden z wujów był właścicielem majątku na Kresach, a tymczasem go dzierżawił. Roman dostał maszynopis do sprawdzenia i to zdanie przeoczył. Powiedziałam, że poprawię w kolejnym wydaniu (było potem wydań w sumie cztery; także dwa w języku angielskim), ale widziałam, że się wręcz martwił.
Pomyślałam, jakie to ważne dla ludzi, o których się pisze, by się wszystko „zgadzało” (nie tylko daty, fakty historyczne). Że muszę o tym pamiętać, wysyłać kolejny raz tekst do sprawdzenia, samej także szukać potwierdzenia w materiałach, zbiorach, książkach.
Tak właśnie sprawdziłam, że bohaterka Kai od Radosława, Cezaria Iljin-Szymańska, której dzieciństwo upłynęło w Dżungarii, w miasteczku Zajsan wtopionym w góry Ałtaju na Syberii, wspomniała, że w Barnaule była duża kopalnia złota. Wyczytałam, że była tam przede wszystkim ogromna kopalnia srebra (Kaja podarowała mi na pamiątkę srebrną łyżkę, przywiezioną właśnie z kopalni w Barnaulu). Ustaliłyśmy w końcu, że chodzi o kopalnię srebra. Opowiedziała mi także na przykład o swoistej przyjaźni z wielbłądami. Pisałam ten fragment trzy razy, bowiem odsyłała mi z uwagą, że napisałam tak, jakby... męczyła wielbłądy, a ona się z nimi bawiła. Napisałam wreszcie zdania, które zatwierdziła, m.in.: drażniła je gałązką po chrapach. Na ogół były łagodne i posłuszne, klękały, gdy się na nie wsiadało, kroczyły majestatycznie, lekko się kołysząc.
.
W Pani książkach o Wańkowiczu często przewija się postać Zofii Romanowiczowej (z domu Górskiej), która była jego sekretarką, gdy pisał Bitwę o Monte Cassino. W Pisarskich delicjach przywołuje Pani cytat krytyka literackiego Mieczysława Orskiego, że Romanowiczowa jest świetną, wciąż u nas niedocenianą pisarką emigracyjną. Od jakiego utworu radziłaby Pani zacząć poznawanie jej bogatej twórczości?
.
AZB: Zofia Górska Romanowiczowa jest autorką pięknych powieści, które polecam, m.in. Baśka i Barbara, Przejście przez Morze Czerwone, Łagodne oko błękitu, Groby Napoleona, Sono felice.
Podczas okupacji niemieckiej była łączniczką ZWZ/AK. Po aresztowaniu przez gestapo w 1941 roku cztery lata była więziona w obozie koncentracyjnym Ravensbrück. Po wojnie we Włoszech – jak Pani przypomina – była sekretarką Melchiora Wańkowicza, gdy pracował nad trzytomową Bitwą o Monte Cassino. Po latach w książce Sono felice napisała między innymi, jak wiele zawdzięcza pisarzowi, oraz że dzięki niemu została pisarką.
W książce o Wańkowiczu mam tekst Powroty Zofii Romanowiczowej, w którym napisałam o dość delikatnej sprawie, która do mnie „wróciła”, żeby pokazać... że Wańkowicz – wtedy pięćdziesięciokilkuletni – był „dżentelmenem” (mówiąc trywialnie: nie szczypał dziewczynek). Nie napisałam o tym wprost, tylko – powiedzmy – subtelnie. Pamiętam, jak Wańkowicz żartobliwie mówił o haśle, za które dostał nagrodę Cukier krzepi... Mówił, parafrazując: Szczypta soli, szczypta cukru, nie szczypta dziewczynek.
.
Z Rexem Alanem Smithem, Południowa Dakota.
Wydaje mi się, że krzywdzące jest określanie poetów i pisarzy tworzących na obczyźnie mianem „emigracyjnych”. Niepotrzebnie dodaje się to słowo. Każdy autor piszący w języku polskim jest przecież po prostu polski… A jeśli dodatkowo czuje się on Polakiem, to tym bardziej. Nieważne jest, gdzie tworzy. Czy podziela Pani ten pogląd?
.
AZB: Zgadzam się. O wiele lepsze jest określenie: „pisarz polski mieszkający we Francji..., w Stanach Zjednoczonych...”. I tak już się od lat pisze, proszę popatrzeć w wikipedię.
Nikt nie nazywał Miłosza, Mrożka czy Gombrowicza pisarzami „emigracyjnymi”, a mieszkali w różnych częściach świata.
Sławomir Mrożek w 1963 wyemigrował do Francji (kolejno mieszkał w Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Włoszech, Meksyku), wrócił do Polski w 1996. W 2008 roku wyjechał do Francji, gdzie w 2013 zmarł (prochy są pochowane w Krakowie).
Witold Gombrowicz od 1939 roku przebywał na emigracji: do 1963 w Argentynie, od 1964 aż do śmierci we Francji (gdzie w Vence jest pochowany).
Czesław Miłosz pracował w dyplomacji komunistycznego rządu Polski w USA i we Francji, gdzie w 1951 roku poprosił o azyl polityczny. W 1960 przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych, w 1993 roku zamieszkał w Polsce, gdzie zmarł w 2004 (pochowany jest w Krakowie).
Określenie „emigracyjny” zwykle wciąż dotyczy okresu po drugiej wojnie światowej i odnosi się do twórcy, który wybrał emigrację (niekoniecznie z własnego wyboru, często losy wojny rzucały ludzi w różne miejsca, jak właśnie Zofię Romanowiczową).
Po wojnie było wielu znakomitych ludzi pióra, których książki nie docierały do Polski. Nazywano „emigracyjnymi” pisarzy, którzy mieszkali i wydawali książki na emigracji. Uważam, że wciąż wielu znakomitych autorów – jak np. Floriana Czarnyszewicza, Zofię Romanowiczową, Danutę Mostwin – należałoby przedstawić w Polsce. I tak się chyba powoli robi.
.
Tak samo jak Zofia Romanowiczowa mało znany jest wśród polskich czytelników, szczególnie krajowych, dorobek literacki Tomasza Łychowskiego. Urodzony w Angoli, mieszkający w Brazylii – poeta, malarz, wykładowca, tłumacz – tak zaczyna się w Pisarskich delicjach niezwykle interesujący rozdział dotyczący tego „emigranta, który posiada multiosobowość”, jak sam mówi. Jego życiorys to gotowy scenariusz na kapitalny film!
.
AZB: Byłabym szczęśliwa... gdyby zainteresowali się filmowcy. Podobnie bogate są losy bohaterów opisanych w książkach: Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego Krzyża; Z miejsca na miejsce w cieniu legendy Hubala czy Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon.
.
Sławno, 2019.
Początkowo Tomasz Łychowski pisał w języku polskim, potem w angielskim, a obecnie tworzy głównie po portugalsku, ale w jednym z wywiadów powiedział, że to, co pisze, jest polskie, a to, co maluje, brazylijskie. Który wiersz lub tomik poetycki Tomasza Łychowskiego jest Pani szczególnie bliski?
.
AZB: Wyjazdy przyjazdy, odległości. Wiersze Tomasza Łychowskiego jakby zatrzymują w czasie. Przywołują fragmenty, które są częścią jego dzieciństwa. Zatrzymują też w przestrzeni, bo – jak pisze: Dzisiaj Łazienki, jutro Rio de Janeiro... Ale też, że można być „swoim własnym miejscem”. Do mnie jego wiersze trafiają w odczucia najwrażliwsze, może najcenniejsze. Znając polską historię, miałam czasami skojarzenia, których nie miałby czytelnik innej strefy kulturalno-geograficznej.
Autor, którego historia życia jest przejmująca, interesująca i wzruszająca – w swoich wierszach przywołuje strzępy przeszłości i obecnej rzeczywistości. Przywołuje zapamiętane obrazy, krótkie migawki, które, jak nam wszystkim, tkwią w pamięci, wychodzą z zakamarków pozornie zapomnianych. Są one różne: przyjemne, są obojętne, i są te ranliwe.
Każdy z nas ma swoją obłaskawioną mniej lub bardziej rzeczywistość wokół, własny los. Los Tomasza Łychowskiego jest trudny, piękny i bolesny, jednak nie czyni z niego sztandaru, nie obnosi się z nim. Ten los zna się tylko, gdy zanurzy w jego biografii.
Napisałam wstęp do tomiku wierszy Tomasza Łychowskiego Spojrzenia. Wiersze Wybrane (Rio de Janeiro 2016). Pokażę wiersz, który przysłał mi niedawno:
Tym co jest
Nadszedł czas...
Słowo, fraza, westchnienie
Miast pocałunku, utulenia, uścisku dłoni
Uskrzydlają to, co nieraz było tylko zwykłym gestem
Liturgią, powszedniością
Stają się ucieleśnieniem
Wytęsknionej bliskości
Wyśnionych spotkań
Pieszczot, czułości
Gdy powróci ten stracony czas
Ożywią, odnowią to co było, tym co jest
Nadszedł czas...
Słowo, fraza, westchnienie
Miast pocałunku, utulenia, uścisku dłoni
Uskrzydlają to, co nieraz było tylko zwykłym gestem
Liturgią, powszedniością
Stają się ucieleśnieniem
Wytęsknionej bliskości
Wyśnionych spotkań
Pieszczot, czułości
Gdy powróci ten stracony czas
Ożywią, odnowią to co było, tym co jest
23/04/2020
Tomasz Łychowski
.
Uroczy wiersz, pełen mocnej prostoty. Przywołam opinię Józefa Kunca: I ten raczej rzadki w naszej literaturze rarytas: tak dużo i pięknie o polskich heroinach ‒ żaden naród nie miał tak zasłużonych aniołów! Czy Pani zdaniem są takie „polskie heroiny”, o których nadal za mało się pisze i mówi?
.
Tomasz Łychowski
.
Uroczy wiersz, pełen mocnej prostoty. Przywołam opinię Józefa Kunca: I ten raczej rzadki w naszej literaturze rarytas: tak dużo i pięknie o polskich heroinach ‒ żaden naród nie miał tak zasłużonych aniołów! Czy Pani zdaniem są takie „polskie heroiny”, o których nadal za mało się pisze i mówi?
.
AZB: Profesor Kunc ma absolutną rację...
Polki są wielkimi bohaterkami... Mężowie, bracia, walczyli, ginęli w
powstaniach, one wychowywały dzieci, prowadziły dom. Ile niezwykłych
kobiet brało udział w Powstaniu Warszawskim... To są nasze wielkie
„polskie heroiny”, nasze kochane polskie dziewczyny. Trzeba je
przypominać, trzeba o nich więcej pisać.
.
.
Biurko pisarki oraz Suzy i Claude (koty proszą o... porządek).
Świętej pamięci Barbara Wachowicz w książce wydanej w 2014 roku Bohaterki Powstańczej Warszawy. My musimy być moce i jasne napisała: Mam
nadzieję, że Oleńka – do cyklu swych książek o życiu i twórczości pana
Melchiora dopisze pasjonującą rozprawę o setkach listów, jakie
otrzymywał, adresowanych na przykład tak: »Melchior Wańkowicz. Warszawa«
z dopiskami na kopertach: »resztę powinien znać każdy warszawski
listonosz)«, »Każde dziecko wskaże«, »Polski Pisarz Narodowy«,
»Wielmożny Pan Melchior Wańkowicz – potężny utalentowany pisarz,
myślący, zacny, Polak i człowiek!«. Wielki pisarz chętnie odpisywał
na listy swoich wiernych czytelników. Jednemu z nich radził, jak nazwać
psa. Czy takich kopert i listów zachowało się dużo i czy byłby to,
według Pani, ciekawy materiał na książkę?
.
.
AZB: Napisałam o listach od czytelników do pisarza osobny rozdział w książce Blisko Wańkowicza (powtórzony w Wokół Wańkowicza). Zatytułowałam go Curiosa. Dziwny jest ten świat, i o nim pisze Barbara Wachowicz. Są to listy powojenne, kiedy pisarz wrócił do Polski i zaczęły się ukazywać jego książki.
Czy nadają się na osobną publikację? Nie
wiem, wydaje mi się, że nie. Często zawierają zwierzenia, czasami
prywatne problemy, wiele jest ujmujących, wiele zabawnych. Wiele
„grzecznościowych”, trochę „nijakich”.
Aby opublikować pełne listy czytelników – szczególnie te bardziej prywatne – należałoby się zwrocić do adresatów – gdy nie żyją – spytać ich rodziny o pozwolenie; takie panuje prawo (o ile wiem – można wydrukować w prasie nazwiska i poprosić o zezwolenie... czyli wykonać próbę nawiązania kontaktu).
.
Aby opublikować pełne listy czytelników – szczególnie te bardziej prywatne – należałoby się zwrocić do adresatów – gdy nie żyją – spytać ich rodziny o pozwolenie; takie panuje prawo (o ile wiem – można wydrukować w prasie nazwiska i poprosić o zezwolenie... czyli wykonać próbę nawiązania kontaktu).
.
Zaintrygowała mnie wzmianka w Pisarskich delicjach,
że Zofia Wańkowicz w kalendarzu prowadziła dziennik, na co składały się
notatki, zasłyszane zdania i powiedzenia wnuczek. Urocza jest
zacytowana przez Panią rozmowa o książkach Zofii Wańkowicz z wnuczkami
Anią i Ewą, które zapytały ją, czy ich dziadek napisał w Zielu na kraterze
prawdę. Może interesująca byłaby książka będąca zbiorem rozproszonych
wypowiedzi Zofii Wańkowicz, a także jej córek i wnuczek? Na przykład
paryska „Kultura” w 1954 roku opublikowała esej Zofii Wańkowicz pt. Kombatantki. Może nie znamy jeszcze wszystkich tekstów i zapisków Zofii Wańkowicz?
AZB: Czy jest wystarczająco tekstów na
osobną książkę, nie wiem. Zapiski, które Pani wspomina, to są nieduże
pojedyncze kartki. Ani Melchior, ani Zofia Wańkowiczowa nie pisali
dzienników. Dużo dowiadujemy się z listów – ukazały się w dwóch tomach
pt. King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów. Są fascynujące i piękne. Zachęcam do ich lektury.
.
.
Zofię z Małagowskich Wańkowicz
też można zaliczyć do zaszczytnego grona „polskich heroin”. Gdy w lutym
1918 bolszewicy otaczają Mińsk Litewski, Zofia działa w Kole Polek, w
ramach którego opiekowała się więźniami i rannymi żołnierzami z
rozbijanych polskich oddziałów. Przysięgam na tę Polskę, którą w sercu noszę, że wiary pokładanej we mnie nie zawiodę… – taką przysięgę składały działaczki tego stowarzyszenia. Może biografia Zofii Wańkowiczowej też zasługuje na przypomnienie?
.
.
AZB: Przywołuje Pani 1918 rok. Zofia i
Melchior pobrali się w lutym 1916 roku. W 1919 urodziła się córka
Krystyna, w 1921 – Marta.
Zofia Wańkowiczowa na pewno była niezwykłą osobą. Przywołam ponownie dwutomową korespondencję King i Królik Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów.
Tom pierwszy obejmuje lata 1914–1939, tom drugi – lata 1939–1968 (Pani
Zofia zmarła w 1969). Jakże dzielnie radziła sobie w czasie okupacji –
wróciła na Żoliborz (z Ochoty, gdzie przed wojną Wańkowiczowie
mieszkali) do domu na Dziennikarskiej, wynajmowała pokoje, by mieć z
czego żyć.
Ogólnie mówiąc, w swoich kilku książkach
poświęconych pisarzowi skupiłam sie na jego pisarstwie i bogatej
biografii. Piszę o donosach na pisarza, o jego trudnościach w każdym
niemal etapie życia. O rodzinie pisarza – żonie i córkach – zapewne
mogłoby być więcej. W książce Mieczysława Kurzyny O Wańkowiczu – nie wszystko
także mało jest o Zofii Wańkowiczowej, którą autor znał wiele lat.
Szkoda, że ta książka nie jest wznawiana. Maszynopis Mieczysław Kurzyna
pokazał Marcie z Wańkowiczów Erdman, córce pisarza. Nie ma błędów i jest
starannie opracowaną biografią pisarza.
Ukazał się nieduży tom korespondencji Wańkowicza z córką Krystyną, która zginęła szóstego dnia Powstania Warszawskiego,
podczas walk w rejonie cmentarza kalwińskiego na Woli. Świadkiem
śmierci był jej ówczesny dowódca, „Gryf” – Janusz Brochwicz-Lewiński.
Inny tekst – to moja niedługa serdeczna korespondencja z Martą po śmierci jej ojca.
Zajęłam się tłumaczeniami – w Stanach Zjednoczonych ukazała się moja książka Melchior Wańkowicz Poland’s Master of the Written Word, w trakcie tłumaczenia jest Bitwa o Monte Cassino.
.
.
Crazy Horse, Południowa Dakota.
Dzięki Pani pracy jako kustoszki pamięci Melchiora Wańkowicza znamy przywoływaną korespondencję małżeństwa: Kinga i Królika,
z lat 1914‒1968. Jeden z Pani Wańkowiczowskich dylematów dotyczy
ukazywania „trudnej strony” ich związku. Zna Pani wersję pisarza, który
wręczył Pani tzw. diarusz, ale nie zna Pani „prawdy” Zofii Wańkowicz.
Publikacja owego diariusza oraz wersji Zofii, jeśli taka istniałaby,
chyba nie zmieniłaby opinii większości admiratorów twórczości Melchiora
Wańkowicza? Że była to piękna para, która może być wzorem dla małżonków,
ponieważ mimo wielu burz dziejowych oraz osobistych błędów i rozterek
uczuciowych on i ona lojalnie przy sobie trwali ponad pół wieku.
.
.
AZB: Wańkowicz nie pisał dziennika.
Przytaczany diariusz – niedługi (dziesięciostronicowy) – pisany w 1945
roku, był publikowany w „Plusie Minusie”, literackim dodatku do
„Rzeczpospolitej” w 2010 roku pt. Róż na kraterze.
W 1951 roku, pięć lat po połączeniu z żoną (lata wojny byli osobno), ukazuje się książka Ziele na kraterze,
gdzie Wańkowicz z wielką atencją i pietyzmem pokazał lata
międzywojenne, okres okupacji i cierpienie matki po stracie córki. Karty
pokazujące szukanie ciała Krysi są przejmującą elegią na rzecz zmarłego
dziecka i oddaniem hołdu matce, jej bólu, jej przeżyciom.
Napisałam w Pisarskich delicjach,
że małżeństwo Zofii i Melchiora Wańkowiczów było pod wieloma względami
wyjątkowe: piękne, trudne i serdeczne. Ileż wspólnie przeżyli nieszczęść
i katastrof! Pani Zofia straciła w młodym wieku matkę, braci, oboje
stracili córkę, dom, dorobek życia. Na emigracji żyli w nędznych
warunkach, po powrocie do Polski uzyskali względny spokój, przerwany
procesem pisarza w 1964 roku. Ukochany przez czytelników pisarz osiągnął
pozycję jednego z najwybitniejszych pisarzy polskich.
.
.
Jak wiele książek pomogło
nam przejść przez trudności, przez załamania… Pamiętamy książki, które
wywołały nasze wzruszenie, łzy i uśmiech – przypominam słowa z Pani tekstu pt. Bądźmy dobrzy dla pisarzy,
odczytanego w Londynie we wrześniu 2011 z okazji 60. rocznicy Związku
Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Do jakich tytułów często Pani wraca w
trudnych chwilach oraz jakie książki poleciłaby przyjaciołom i
admiratorom swojej twórczości na czas epidemii?
.
.
AZB: Lubię wciąż sięgać po nowe książki,
poznawać nowych autorów. Lubię także powracanie do klasyki, których
ponowna lektura pokazuje często, jak się zmieniamy.
Jeżeli mogę polecić swoje książki na czas epidemii... Podróże z moją kotką
– o mojej przyjaźni z kotką Suzy (potem dwoma kotami), która
zaadoptowała Normana i mnie w Teksasie i przez piętnaście lat była naszą
towarzyszką, także podróży. Wędrowała z nami po indiańskich
rezerwatach, latała samolotami do Polski, gdzie była ponad dwadzieścia
razy. Jej śmierć wciąż boli, była to kotka wyjątkowa. Teraz mam „drugą
parę kotów” i wiele o nich mogę powiedzieć, chciałabym także napisać.
Polecę jeszcze książkę pokazującą moje dzieciństwo i młodość, myśli i pragnienia, które opisałam w Ulicy Żółwiego Strumienia.
.
.
Z kotką Suzy.
Z moich innych książek na obecny czas –
jeżeli mogę polecić – o dzielnych ludziach, którzy wiele przeszli,
których nieszczęścia, tragedie nie złamały. Są to: Kaja od Radosława, Lepszy dzień nie przyszedł już (opowieść o Rodziewiczu Z miejsca na miejsce w cieniu legendy Hubala), Dwór w Kraśnicy i hubalowy Demon.
Także indiańską Otwarta rana Ameryki, która przybliża współczesne niemałe problemy amerykańskich Indian....
Może te książki dodadzą sił w obecnym trudnym okresie?...Chciałabym.
.
.
Wracam do tych książek właśnie
dlatego, że mają krzepiącą moc. W myśl przysłowia: „Bogactw nigdy dość”
oraz słów napisanych do Pani w jednym listów przez „polską heroinę” –
Cezarię Iljin-Szymańską, ps. „Kaja”: Co teraz piszesz? Czy jako Pani
domu i literat masz czas na tęsknotki i towarzystwo do poplotkowania?
(tak miło jest czasem poplotkować sobie) – i chęć do uśmiechania się tak
do nikogo – po prostu, bo dobrze jest żyć, pragnę zapytać w imieniu wszystkich wiernych czytelników: co nowego z Pani twórczych zamierzeń?
.
.
AZB: Nigdy nie wiem, czy ukończenie
książki zabierze mi rok, czy trzy... Nie chcę zapeszać... Pisanie to
poświęcenie – ze swoistą pokorą o tym mówię. Mam kilka tematów, którymi
się zajmuję. Oby mi życia starczyło na ich skończenie... Jak mówiła moja
kochana Mama: obyśmy tylko zdrowi byli...
***
***
Dwie książki, które ukazały się w ubiegłym roku: Pisarskie delicje oraz Wokół Wańkowicza, spotkały się z ciepłym przyjęciem ze strony zarówno znakomitych krytyków literackich, jak i zwykłych czytelników: „Dla czytelnika tej książki »delicje« rozpoczynają się na dobre w rozdziałach relacjonujących i komentujących okoliczności i drogi docierania przez autorkę do jej bohaterów, nawiązywania z nimi często bliższej znajomości i dzięki temu wynajdywaniu atrakcyjnych, mało w Polsce jeszcze wówczas zbadanych, tematów „kresowych” i innych” (Mieczysław Orski o Pisarskich delicjach); „To nie jest »tylko« książka wspomnieniowa. Wspomnienia zostały w niej połączone z rezultatami wielkiej pracy, której trud przede wszystkim historyk potrafi docenić” (Marcin Kula o książce Wokół Wańkowicza); „Dla miłośników twórczości autora Szczenięcych lat rzecz bezcenna” (Krzysztof Masłoń o książce Wokół Wańkowicza); W związku z tym, że dwie kompletnie różne książki trafiły do jednego tomu, każdy znajdzie we Wokół Wańkowicza coś, co go usatysfakcjonuje niezależnie od tego, czy woli suche fakty, czy też subiektywną i »domową« narrację (Izabela Mikrut); „Wokół Wańkowicza stanowi obszerne i bardzo drobiazgowe kompendium wiedzy o pisarzu oraz jego twórczości” (Natalia Rowińska); „Wyszła prawie encyklopedia Wańkowiczowska. M.[Melchior] W.[ańkowicz] byłby zachwycony zapewne” (Adam Wierciński); „rzecz pasjonująca. (…) Jest w tym pisarstwie Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm wielka czystość intencji. Ton, jak w wierszu Tarnina Zbigniewa Herberta „kilka czystych taktów/ to bardzo dużo/to wszystko” (Anna Bernat o Pisarskich delicjach); „Ogromną przyjemność sprawiło mi odczytywanie przemyśleń i rozważań Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm przekazywanych czytelnikom jako element wypełniania pisarskiej misji, którą przyjęła do realizacji” (Małgorzata Poniatowska o Pisarskich delicjach); „Książka bardzo ciepła, bo sercem pisana” (Tomasz Łychowski o Pisarskich delicjach); „Lepsze i ładniejsze byłyby »pisarskie owoce«. Bo publikując swoje historie, Aleksandra Ziółkowska-Boehm zbiera potem owoce. Tematy, które porusza, ludzie, którym poświęca opowieści ‒ to wszystko przynosi bogaty, wspaniały plon; właśnie piękne owoce. I to jest najbardziej poruszające w tej prozie” (Krzysztof Zajączkowski o Pisarskich delicjach); „I ten raczej rzadki w naszej literaturze rarytas: tak dużo i pięknie o polskich heroinach ‒ żaden naród nie miał tak zasłużonych aniołów!” (Józef Kunc o Pisarskich delicjach); „Tobie nikt się nie mógł oprzeć, nawet Giedroyć. Słodycz i stal, to ty” (Joanna Clark o Pisarskich delicjach).
To tylko kilka wybranych opinii. Recenzje Pisarskich delicji jeszcze ponoć mają się ukazać. Niebawem w londyńskim „Pamiętniku Literackim” Aleksandry Biegaj (obroniła pracę magisterską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach pt. Obrazy ludzkich losów w twórczości Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm). Ma też napisać dr Adam Wierciński.
Książkę Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm Pisarskie delicje możecie kupić w popularnych księgarniach internetowych:
wtorek, 28 kwietnia 2020
Latinidade A tristeza das reservas
Seleção de fragmentos e tradução: Tomasz Łychowski
Aleksandra Ziolkowska-Boehm:
OPEN
WOUNDS – A NATIVE AMERICAN HERITAGE,
NEMSI
BOOKS
PUBLICADO EM PIERPONT, DAKOTA DO SUL – 2009
Rozdział książki: Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Otwarta rana Ameryki /Open Wounds a
Native American Heritage, tytuł:
„Smutek rezerwatów” /„The Sadness of Reservations" ukazał się w
tłumaczeniu na język portugalski (A tristeza das reservas ) w piśmie akademickim „Latinidade” (11-Numero 2
–Julho-Dezemnro 2019). Rio de Janeiro, Brazil. Tłum. Tomasz Łychowski
**
Latinidade
Revista do Núcleo de Estudos das Américas
Volume 11 • Número 2 • Julho – Dezembro 2019
ARTIGOS
Pág. 57- 69
Feridas abertas - as reservas indígenas nos Estados
Unidos
Aleksandra Ziółkowska-Boehm
Fragmentos do capitulo: The sadness of reservations – A
tristeza das reservas. Pág. 41 – 50
Aleksandra Ziółkowska-Boehm
Seleção de fragmentos e tradução:
Tomasz Łychowski
A visão que temos das reservas indígenas é bastante
triste.
Não nos anima. É, geralmente, uma visão bastante
desoladora.
É assim que eu as lembro, quando com Norman fomos a Pine
Ridge Reservation no Dakota do Sul. Seguindo o nosso
mapa,
parecia-nos já termos entrado na reserva. A estrada era
de terra.
A nossa volta, nada havia. Apenas um incômodo vazio. Bem
distante, víamos casas, ou, antes, choupanas. Dirigindo
por
mais meio hora, vimos um jovem caminhando lentamente pela
estrada. Aproximamo-nos dele e paramos o carro. Abri a
janela.
“Você pode nos dizer onde fica a reserva Pine Ridge?”
O moço sorriu para nós visivelmente divertido. Um sorriso
simpático, de poucos dentes.
“Senhora, basta sair do carro e olhar em volta.”
Parece que eu tinha vindo com a impressão errônea de que
as reservas teriam uma placa de boas vindas. Ou, até
mesmo,
que haveria um portal semelhante aos que avistamos nos
Chinatowns das grandes cidades americanas.
Quão diferente entre si são as reservas indígenas nos
Estados Unidos! Quando estivemos no Texas, formamos uma
boa impressão da Reserva Tingua, perto de El Paso. Nessa
reserva
as edificações eram simples, mas atraentes, em estilo
sudeste, e na frente dessas casas havia carros
estacionados de
última geração. A aldeia indígena de Tingua, localizada
na
Reserva Isleta Del Sur Pueblo ficava ao lado do seu
cassino. O
emprego e o lucro que esse cassino proporcionava,
tornava-se,
assim, bem visível e palpável. A aparência agradável
daquelas
casas e do seu entorno era mais um motivo de orgulho
daquela
gente.
Parece-me que é mais fácil descrever o esplendor da
riqueza
do que a pobreza, contudo é a pobreza que é mais
impactante.
A pobreza se revela através de fatos, a paisagem dispensa
palavras. Como poderíamos descrever a pobreza no contexto
dessa paisagem? Como podem palavras descrever essa visão
de
uma pobreza extrema? Como poderia eu descrever a tristeza
das reservas?
A Reserva Pine Ridge está localizada no Condado de
Shannon, no sudeste do Estado de Dakota do Sul. Pine
Ridge
é a segunda maior reserva de índios nos Estados Unidos.
Sua
área cobre quase dois milhões de acres e é o lar de 41
mil índios
Sioux. Muitos deles descendem dos lendários guerreiros
Crazy
Horse, Red Cloud e Sitting Bull.
Lá não há fazendas ou sítios, não há indústria. Nenhuma
das ruas tem nome; a maioria delas não é pavimentada. Não
há
ônibus, trens, bancos, teatros, lojas de roupas,
farmácias,
restaurantes, oficina mecânica, e não há carteiros para
entregar
o correio.
Não tem cinema ou sapataria. Lá, não vi
barbeiro ou salão
de beleza. Nessa reserva homens não tem onde comprar
calças
e as mulheres os seus vestidos. Só há um grande
estabelecimento chamada Big Bat´s, que fica aberto 24
horas e
alguns menores, que mais parecem fortalezas, pois os seus
donos tem medo de assaltos.
O carro é o meio de transporte dos habitantes daquela
reserva,
mas poucos possuem um.
Não apenas o que se constata a olho nu nos diz que essa
região
é a mais pobre dos Estados Unidos; as estatísticas
governamentais o comprovam. O desemprego alcança 88%,
uma entre três moradias não tem energia elétrica ou
saneamento básico. Há o problema do alcoolismo, embora o
regulamento da reserva proibe o consumo de mais de uma
lata
de cerveja. Todavia, as causas de mortes mais freqüentes
em
Pine Wood, são justamente devidas a acidentes provocados
pelo excesso de consumo de bebidas alcoólicas.
Whiteclay, uma cidade próxima em
Nebraska, tem vários
estabelecimentos que vendem bebidas alcoólicas e é lá que
os
índios as compram, já que a venda na reserva é proibida.
Alguns
índios solicitaram que fossem fechados esses
estabelecimentos,
mas o seu apelo não surtiu nenhum
efeito.
Em 6 de outubro de 2006 recebemos uma carta do padre
jesuíta Peter Klink. Ele é o diretor da escola “Red Cloud
School”
em Pine Ridge. Eis o que ele nos escreveu: “Distante
apenas
cinco milhas de “Red Cloud, quatro milhões de latas de
cerveja
são vendidas todo ano numa cidade na fronteira de
Nebraska
que possui apenas trinta e cinco habitantes. Isso
corresponde
ao equivalente anual de cento e trinta e cinco latas de
cerveja
para cada homem, mulher e criança na Reserva.”
Um terço dos índios vive abaixo do nível de pobreza dos
Estados Unidos; metade das crianças na miséria. A renda
anual
por habitante das Reservas é de quatro mil e quinhentos
dólares (para os demais cidadãos dos EEUU é de cerca de
dezoito mil dólares). Em mil recém nascidos, vinte e nove
morrem e muitos nascem com síndrome alcoólica. Cinquenta
por cento dos estudantes abandonam os seus estudos e duas
mil famílias aguardam auxilio moradia. Mas os sem-teto
não
dormem nas ruas, as suas famílias os acolhem, ajudam os
necessitados e alimentam os famintos... quase sempre em
precárias
condições de superlotação.
A revista Time Magazine publicou um artigo sobre Anita
Hollow Horn, uma índia Oglala Sioux, que vive em Pine
Ridge.
Ela mora numa casa de três quartos com quatro filhos, sua
mãe, padrasto e sete irmãos. Ela e sua filha de nove
anos, bem
como alguns outros adultos, moram no porão da casa. O seu
irmão, doente de câncer, e os seus dois filhos bem como
as
demais crianças, ocupam a parte superior da casa. A
maioria
deles dorme no chão. A situação se agrava quando o porão
é
inundado e o mofo cobre as paredes de baixo para cima.
Todavia, a casa da Anita Hollow tem um banheiro, algo
que os outros proprietários de casas em Pine Ridge podem
tão
somente almejar. A secretária da escola Red
Cloud School, uma
jovem de nome Luci Red Stone, nos contou que em sua casa
o
chão é de terra. Não tem água corrente porque não há
canalização. Segundo nos contou, dezesseis pessoas têm de
se
acomodar numa casa de três quartos.
Na fachada da igreja Gospel Fellowship Church colocaram
os seguintes dizeres: Assistência: Nossa Única Esperança.
Antes de vir para a escola Sacred Heart Catholic Church,
que fica na Reserva, o jesuíta Joseph Daniel Sheehan
trabalhou
durante anos na Índia. Ele explicou que na Índia os
hindus são
uma sociedade unida. Eles procuram
seguir o lema: “Na
pobreza somos unidos”. Os índios americanos tendem a
pensar
que: “nós apenas recebemos o que sobra”. Eles entram em
conflito entre si porque a pobreza desune suas famílias.
O
padre termina dizendo: “não sei o que seria de mim se
tivesse
que viver numa reserva. Provavelmente, acabaria um
alcoólatra”.
Essa não foi a primeira vez que ouvi falar que a pobreza
destrói as famílias indígenas. Os brancos são,
geralmente,
sensíveis
à indigência de outras pessoas, inclusive dos índios.
Porém, quase sempre, não tem conhecimento dela. A
publicação mensal “Biography” dedicou um longo artigo ao
comerciante
Rob Young de Seattle que presta ajuda aos índios da
reserva de
Pine Ridge. Ele é um bem sucedido fabricante de artigos
de
esporte. Para ajudar os índios, ele pedia aos que
compravam os
seus artigos para deixar o troco
numa latinha ao lado do caixa.
Mais tarde, ele tomou parte num programa chamado “Adote
um avô/avó”. Este programa congrega voluntários que
enviam
cartas aos velhinhos e lhes prestam ajuda, enviando,
entre
outros, cobertores e lenha para o aquecimento durante o
inverno. Rob Young mantinha correspondência com a idosa
Katherine Red Feather, de setenta e sete anos, que vivia
em Pine
Ridge num estado de triste indigência. Quando Rob se
dispôs
a visitá-la, ela respondeu que a casa dela era meio “precária”.
Embora ela relutasse, ele foi assim mesmo. Ele teve um
choque
quando descobriu que a “avó” que ele tinha adotado morava
num trailer de um só quarto. Ele dividia com uma família
vizinha uma toalete fora do trailer. “Eu conheci famílias
de até
vinte e oito pessoas morando debaixo dum mesmo teto numa
casa bem pequena. Nunca tinha visto tanta pobreza”,
disse-nos
ele.
Depois dessa visita, ele voltou a Seattle com a decisão
firme
de fazer algo para remediar essa situação. Pelo menos,
para
ajudar a “avó” por ele adotada, Katherine Red Feather.
Ele
começou a procurar quem pudesse cooperar com essa
iniciativa. Após dezoito meses, ele tinha conseguido
montar
uma rede de colaboradores bem grande. Essa ajuda veio da
TV
local e do comércio local em Seattle. Apresentaram se
vários
voluntários e Red Redford incluiu no seu catalogo do
Sundance Festival um apelo para que se apresentassem
doadores para a construção de moradias na Reserva de Pine
Ridge.
Alunos de arquitetura da Universidade de Nebraska
contribuíram com projetos de casas simples, mas de boa
qualidade e, eles mesmos, participaram da construção
dessas
casas. Em junho de 1995, Katherine Red Feather mudou-se
para a sua nova casa. Não é grande, mas possui uma
varanda e,
mais importante, tem banheiro e água corrente. Para Red
Feather, essa foi certamente uma data marcante em sua
vida.
Assim, foram construídas trinta casas, sendo que algumas
com rampas para cadeiras de rodas. Um dos moradores disse
que não conseguia sair de casa durante sete anos por
falta de
uma rampa.
A reserva Pine Ridge é tão vasta que até parece separada
do
resto do país. Lá, as condições de vida sublinham
dramaticamente o contraste entre a cultura dominante dos
brancos e a cultura reprimida dos índios. Os índios não
têm
alimentação adequada e tampouco condições de vida
adequadas. Por isso, eles também não têm hábitos do
chamado
mundo civilizado. Na cultura dos Sioux a generosidade é
considerada uma virtude e errado descrever alguém como
ganancioso ou de mão fechada. Ao contrário do que foi
dito
pelo jesuíta Daniel Sheehan, compartilham tudo com os
familiares e com seus amigos. Eles não costumam
economizar
para comprar uma casa, ou fazer obras para melhorá-la e,
tampouco, para investir num negócio. O pouco que têm, é,
geralmente, compartilhado com membros da família. Não se
sentem motivados para poupar dinheiro. Os jovens não
fazem
planos para o futuro, porque não vislumbram um futuro.
Poucos índios alcançam a idade “dourada dos velhos”. A
média
para os homens na Reserva Pine Ridge é de 55 anos. As
mulheres vivem cerca de dez anos mais.
As crianças não ficam pensando o que gostariam de fazer
no futuro; ninguém lhes pergunta quais seriam os seus
sonhos.
Que sonhos poderiam ter já que os seus pais e avôs não
tinham
emprego e viviam de ajuda governamental? Eles fazem parte
da
quinta ou sexta geração de índios que sofrem dos males de
décadas de desemprego. Como poderia tal estagnação de
várias
gerações ser superada?
Os jovens são defrontados com uma existência sem meios
materiais e sem a possibilidade de achar emprego. Os que
sonham não conseguem encontrar trabalho nas reservas. Os
mais afortunados conseguem um emprego nas agências
estaduais ou federais que lidam com a questão indígena.
Outros conseguem algo fora das reservas, mas acabam
retornando porque faz parte de sua cultura cuidar dos
idosos.
Outros tantos voltam com mágoas por terem sido tratados
com discriminação e se sentido isolados na comunidade dos
brancos. Às vezes, aqueles que retornam à reserva já
adquiriram
lá fora o hábito da bebida e um número significante deles
comete suicídios. Dados estatísticos nos EEUU mostram que
a
taxa de suicídio é 6 vezes maior entre os índios do que a
média
do país.
Alguns trabalham fora da reserva, mas, na maioria dos
casos, recebem somente um salário mínimo. Esses não
ganham
o suficiente para pagar um plano de saúde e perdem
direito à
assistência de saúde que tinham na reserva. O governo não
arca
com planos de saúde fora da reserva, pois é de opinião
que isso
seria da alçada e dos fundos da
Agência Indígena.
A imensidão das reservas, o seu isolamento e sua pobreza
extrema, são agravados pela aridez do solo e pelo clima
difícil.
Uma grande parte do território é o The
Badlands – terra
inóspita. Tente lembrar-se das paisagens dos filmes
western –
das esculturas esculpidas em calcário, com alguma grama
na
vasta campina. Quando vi The Badlands pela primeira
vez,
fiquei impressionada. Não por sua
beleza majestosa,
masporque The Badlands mais parece um
monumento
devastador à pobreza do solo. Lá,
não há água, não há verde.
Isso me lembrou as rosas de areia, que Norman me trouxe
da
Arábia Saudita – grãos de areia em formato de lindas
rosas. Elas
até podem ornamentar a janela
panorâmica da nossa casa, mas
as terras do The Badlands nos enchem de
pavor como os
aterradores contos de fada da nossa infância. Quão
desolador
deve ser passar uma noite nos The
Badlands.
.... .... ....
Em muitos países em processo de desenvolvimento os seus
governos promovem políticas que visam estimular
investimentos que vem de fora. Algo assim deveria ocorrer
nas
reservas indígenas. Todavia, as instituições que as
administram
não têm verbas (elas têm um orçamento bastante
restritivo)
para investir e não estimulam as pessoas a fazê-lo. Os
índios
não conseguem obter créditos, pois as suas terras “estão
em
custódia do governo federal”.
E, por isso, o sistema tribal não tem como desatar esse
nó.
... ... ...
Alguns índios tentam a sua sorte no comércio. Emma
“Pinky” Clifford é dona de um estabelecimento distante
trinta
quilômetros da reserva Pine Ridge. Ela o adquiriu há oito anos.
No começo, ela morava num trailer e vendia gasolina.
Posteriormente, conseguiu um empréstimo e construiu uma
venda. Agora ela, além da gasolina,
também vende outras
coisas.
Soube também de outras iniciativas. Uma delas foi de
Rosalie e Bob Benson, que eram sócios de uma empresa
artística. Já Leatrice “Chick” Big Crow, uma índia, abriu
um
centro de recreação onde às crianças indígenas e jovens
eram
oferecidas atividades construtivas que as afastavam das
bebidas
e das drogas.
... ...
...
Durante os últimos vinte anos, o governo federal
aumentou o seu orçamento em praticamente todas as áreas,
menos para solucionar os problemas ingentes dos índios.
Faz
algum tempo, o governo prometeu que, no mínimo, toda
criança índia teria assegurada moradia, assistência
médica e
ensino básico. Como todas as promessas governamentais,
essa
também não foi cumprida.
Duas horas distante de viagem de Pine Ridge, perto de
Rapid City, há uma mina de ouro, que deveria pertencer
aos
índios, já que se encontra em seus território.
Os índios Sioux solicitaram ao governo uma compensação
pelas terras que lhes foram tomadas em 1877. “Todos esses
montes em volta são para nós sagrados” – afirmou Sam
Loudhawk.
Pelo tratado assinado em 1868 no Fort Laramie, à grande
nação Sioux foi garantido o direito ao território ao
oeste do rio
Missouri e que agora faz parte de South Dakota. O tratado
foi
rompido depois de seis anos, quando lá se descobriu minas
de
ouro.
O presidente Bill Clinton visitou Pine Ridge em julho de
1999. Ele foi o primeiro presidente dos EEUU a visitar
uma
reserva indígena após a breve visita de Franklin Delano
Roosevelt em 1936 na Reserva Cherokee na Carolina do
Norte.
A visita de Clinton despertou bastante interesse na mídia
falada e escrita. Na TV mostraram uma conversa de Clinton
com um grupo de índios. Um índia,
Geraldine Blue Bird, de
quarenta anos de idade, lhe disse que morava numa casa de
cinco cômodos e que com ela lá moravam vinte e sete
pessoas.
Ela não tinha dinheiro para aquecer a casa durante o
inverno.
Para se sustentar, fazia e vendia tacos. Não havia
outra
possibilidade de ganhar algum dinheiro. Com os olhos
marejados de lágrimas, ela disse: “Seria tão bom se
pudéssemos
ter
algum tipo de trabalho!”
O presidente Cllinton teve, posteriormente, a iniciativa
de
formar uma comissão especial para criar mil vagas de
trabalho
e para incentivar homens de negócios a criar condições
para
investimentos naquela área. Mas o fundo de dois milhões
de
dólares criado para esse fim, não é suficiente. Para
começar, são
necessárias boas estradas para escoar os bens produzidos.
Como mencionei anteriormente, em Pine Ridge, que faz
parte
dos Estados Unidos, um país tão orgulhoso de suas
autoestradas,
não existem estradas pavimentadas. No Dakota do
Sul, os invernos são longos e severos. Quando chove, há
lama
por toda parte e em tempo de seca, nuvens de poeira. No
verão,
por falta de esgotos, há proliferação de moscas.
Pine Ridge é diferente de todas as demais reservas, nas
quais algumas tribos indígenas lucram grandes somas
graças
aos cassinos. Mas a grande maioria das reservas é de
pobreza
inimaginável e de estagnação total.
O repórter John J. Miller expressou a opinião de que:
“Chegou a hora de fechar as reservas.” Não há dúvida de
que o
conceito de reserva precisa ser repensado. Há muitas
explicações (ou quem sabe escusas) relativas a situação
existente. Em sua grande maioria, prepondera a opinião de
que
o sofrimento dos índios decorre do fato de a terra lhes
foi
tirada. Pine Ridge está localizado onde ocorreu o grande
massacre de índios em Wounded Knee, em 1890. Naquele
sitio,
trezentos índios foram mortos, inclusive mulheres e
crianças.
Quando Norman e eu lá paramos nosso carro, somente uma
simples placa identificava o lugar como sendo Wounded
Knee.
Não há nada mais, tão somente a placa e a vasta planície.
Entrevistei Rex Alan Smith que me disse que, em vez de
focar o presente, a uma tendência de reabrir velhas
feridas. Ele
acha que o problema principal nas reservas não é a terra,
que o
governo federal, gerações atrás, tirou dos índios. É
antes uma
noção
controvertida sobre a questão a quem ela pertence. Os
índios não conseguem obter créditos bancários porque os
bancos não podem hipotecar a terra. Se os índios não
estão em
condições de pagar o crédito junto ao banco, esses não
podem
exigir a posse de terra como se essa tivesse sido dada em
garantia. Por esse mesmo motivo, os índios não conseguem
créditos para construir casas; algo que é muito comum e
popular nos EEUU, mas não nas reservas. A única solução é
pleitear crédito para comprar um trailer-moradia. Isso,
sim, é
possível, porque o banco pode exigir o trailer de volta.
Rex Alan Smith nos explicou que a independência das
tribos é ilusória. As reservas não funcionam como países
independentes, os que lá habitam são cidadãos americanos,
mesmo tendo sua própria jurisdição e polícia.
Há problemas de toda sorte. As questões indígenas são tão
complicadas e complexas que é mais fácil conceder-lhes
uma
verba anual de quarenta milhões de dólares em fundos de
ajuda
do que tentar resolver os seus problemas.
A solução seria talvez, um novo código comercial, que
permitisse aos índios dar a sua terra em garantia.
Todavia, Pine
Ridge não concorda com essa solução. Além disso, os
fortes
conflitos tribais não ajudam a criar uma conjuntura
construtiva e favorável. E também há os índios que se
consideram puro-sangue que se colocam contra aqueles que,
segundo eles, não o são.
Um presidente eleito lidera a tribo, mas o seu mandato é
de apenas dois anos e, assim, não há como introduzir
reformas
profundas na legislação em tão curto
prazo. Alguns
dos
melhores experts nos EEUU, são de opinião que somente
reformas promovidas na legislação pelos próprios índios
poderão mudar as regras ora existentes e, desse modo,
criar
condições favoráveis ao desenvolvimento econômico. Até
agora, todos os projetos apresentados foram criticados
pelos
indígenas
como sendo coisas de homem branco. Por isso, a não
ser em se tratando de compras de coisas básicas, é
preciso viajar
até para fora das reservas para adquirir bens de consumo.
Fala-se da inabilidade dos índios quanto à pontualidade e
de indisciplina no trabalho profissional. Todavia, esse
argumento pode ser apena uma escusa para não lhes dar
treinamento apropriado. O desempenho de índios nas forças
armadas prova o contrário. Está mais do que provado de
que lá
eles são pontuais, regrados e, em situações de guerra,
demonstram grande bravura.
***
Seleção de fragmentos e tradução: Tomasz Łychowski
OPEN
WOUNDS – A NATIVE AMERICAN HERITAGE
NEMSI
BOOKS
PUBLICADO EM PIERPONT, DAKOTA DO SUL – 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)