Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wokol Wankowicza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wokol Wankowicza. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 maja 2020

Beata Bednarz wywiad granice.pl

By wszystko się zgadzało... Wywiad z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm

Autor: Beata Bednarz

– Każdy z nas ma swoją obłaskawioną mniej lub bardziej rzeczywistość wokół, własny los – mówi Aleksandra Ziółkowska-Boehm, właścicielka archiwum Melchiora Wańkowicza, który zadedykował jej ostatnią książkę Karafka La Fontaine’a, autorka publikacji o bohaterach najnowszej historii Polski. W 2019 roku ukazały się jej książki Pisarskie delicje oraz Wokół Wańkowicza
.

Instytut Piłsudskiego, Nowy Jork, maj 2012
.
Uprawiany przez Panią gatunek literacki, zwany na Zachodzie creative non-fiction, wiąże się z dużą odpowiedzialnością za przytaczanie wypowiedzi rozmówców i mrówczą pracą dokumentacyjną. Szymon Kobyliński, który jest zacytowany w pięknym eseju otwierającym Pisarskie delicje, dowcipnie poradził Pani: Zawsze sprawdzaj informacje, nawet to, kto napisał „Pana Tadeusza", ja wiem, że Słowacki, ale muszę sięgnąć do biblioteki. Czy miała Pani jakąś szczególną przygodę związaną z weryfikowaniem faktów, np. taką, która dziś jest zabawnym wspomnieniem lub stała się lekcją pokory?
.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Rodziewicz, bohater książki Z miejsca na miejsce w cieniu legendy Hubala, był nieszczęśliwy, gdy w pierwszym wydaniu napisałam, że jeden z wujów był właścicielem majątku na Kresach, a tymczasem go dzierżawił. Roman dostał maszynopis do sprawdzenia i to zdanie przeoczył. Powiedziałam, że poprawię w kolejnym wydaniu (było potem wydań w sumie cztery; także dwa w języku angielskim), ale widziałam, że się wręcz martwił.
Pomyślałam, jakie to ważne dla ludzi, o których się pisze, by się wszystko „zgadzało” (nie tylko daty, fakty historyczne). Że muszę o tym pamiętać, wysyłać kolejny raz tekst do sprawdzenia, samej także szukać potwierdzenia w materiałach, zbiorach, książkach.
Tak właśnie sprawdziłam, że bohaterka Kai od Radosława, Cezaria Iljin-Szymańska, której dzieciństwo upłynęło w Dżungarii, w miasteczku Zajsan wtopionym w góry Ałtaju na Syberii, wspomniała, że w Barnaule była duża kopalnia złota. Wyczytałam, że była tam przede wszystkim ogromna kopalnia srebra (Kaja podarowała mi na pamiątkę srebrną łyżkę, przywiezioną właśnie z kopalni w Barnaulu). Ustaliłyśmy w końcu, że chodzi o kopalnię srebra. Opowiedziała mi także na przykład o swoistej przyjaźni z wielbłądami. Pisałam ten fragment trzy razy, bowiem odsyłała mi z uwagą, że napisałam tak, jakby... męczyła wielbłądy, a ona się z nimi bawiła. Napisałam wreszcie zdania, które zatwierdziła, m.in.: drażniła je gałązką po chrapach. Na ogół były łagodne i posłuszne, klękały, gdy się na nie wsiadało, kroczyły majestatycznie, lekko się kołysząc.
.
W Pani książkach o Wańkowiczu często przewija się postać Zofii Romanowiczowej (z domu Górskiej), która była jego sekretarką, gdy pisał Bitwę o Monte Cassino. W Pisarskich delicjach przywołuje Pani cytat krytyka literackiego Mieczysława Orskiego, że Romanowiczowa jest świetną, wciąż u nas niedocenianą pisarką emigracyjną. Od jakiego utworu radziłaby Pani zacząć poznawanie jej bogatej twórczości?
.
AZB: Zofia Górska Romanowiczowa jest autorką pięknych powieści, które polecam, m.in. Baśka i Barbara, Przejście przez Morze Czerwone, Łagodne oko błękitu, Groby Napoleona, Sono felice.
Podczas okupacji niemieckiej była łączniczką ZWZ/AK. Po aresztowaniu przez gestapo w 1941 roku cztery lata była więziona w obozie koncentracyjnym Ravensbrück. Po wojnie we Włoszech – jak Pani przypomina – była sekretarką Melchiora Wańkowicza, gdy pracował nad trzytomową Bitwą o Monte Cassino. Po latach w książce Sono felice napisała między innymi, jak wiele zawdzięcza pisarzowi, oraz że dzięki niemu została pisarką.
W książce o Wańkowiczu mam tekst Powroty Zofii Romanowiczowej, w którym napisałam o dość delikatnej sprawie, która do mnie „wróciła”, żeby pokazać... że Wańkowicz – wtedy pięćdziesięciokilkuletni – był „dżentelmenem” (mówiąc trywialnie: nie szczypał dziewczynek). Nie napisałam o tym wprost, tylko – powiedzmy – subtelnie. Pamiętam, jak Wańkowicz żartobliwie mówił o haśle, za które dostał nagrodę Cukier krzepi... Mówił, parafrazując: Szczypta soli, szczypta cukru, nie szczypta dziewczynek.
.
Z Rexem Alanem Smithem, Południowa Dakota
.
Wydaje mi się, że krzywdzące jest określanie poetów i pisarzy tworzących na obczyźnie mianem „emigracyjnych”. Niepotrzebnie dodaje się to słowo. Każdy autor piszący w języku polskim jest przecież po prostu polski… A jeśli dodatkowo czuje się on Polakiem, to tym bardziej. Nieważne jest, gdzie tworzy. Czy podziela Pani ten pogląd?
.
AZB: Zgadzam się. O wiele lepsze jest określenie: „pisarz polski mieszkający we Francji..., w Stanach Zjednoczonych...”. I tak już się od lat pisze, proszę popatrzeć w wikipedię.
Nikt nie nazywał Miłosza, Mrożka czy Gombrowicza pisarzami „emigracyjnymi”, a mieszkali w różnych częściach świata.
Sławomir Mrożek w 1963 wyemigrował do Francji (kolejno mieszkał w Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Włoszech, Meksyku), wrócił do Polski w 1996. W 2008 roku wyjechał do Francji, gdzie w 2013 zmarł (prochy są pochowane w Krakowie).
Witold Gombrowicz od 1939 roku przebywał na emigracji: do 1963 w Argentynie, od 1964 aż do śmierci we Francji (gdzie w Vence jest pochowany).
Czesław Miłosz pracował w dyplomacji komunistycznego rządu Polski w USA i we Francji, gdzie w 1951 roku poprosił o azyl polityczny. W 1960 przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych, w 1993 roku zamieszkał w Polsce, gdzie zmarł w 2004 (pochowany jest w Krakowie).
Określenie „emigracyjny” zwykle wciąż dotyczy okresu po drugiej wojnie światowej i odnosi się do twórcy, który wybrał emigrację (niekoniecznie z własnego wyboru, często losy wojny rzucały ludzi w różne miejsca, jak właśnie Zofię Romanowiczową).
Po wojnie było wielu znakomitych ludzi pióra, których książki nie docierały do Polski. Nazywano „emigracyjnymi” pisarzy, którzy mieszkali i wydawali książki na emigracji. Uważam, że wciąż wielu znakomitych autorów – jak np. Floriana Czarnyszewicza, Zofię Romanowiczową, Danutę Mostwin – należałoby przedstawić w Polsce. I tak się chyba powoli robi.
.
Tak samo jak Zofia Romanowiczowa mało znany jest wśród polskich czytelników, szczególnie krajowych, dorobek literacki Tomasza Łychowskiego. Urodzony w Angoli, mieszkający w Brazylii – poeta, malarz, wykładowca, tłumacz – tak zaczyna się w Pisarskich delicjach niezwykle interesujący rozdział dotyczący tego „emigranta, który posiada multiosobowość”, jak sam mówi. Jego życiorys to gotowy scenariusz na kapitalny film! 
.
AZB: Byłabym szczęśliwa... gdyby zainteresowali się filmowcy. Podobnie bogate są losy bohaterów opisanych w książkach: Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego Krzyża;  Z miejsca na miejsce w cieniu legendy Hubala czy Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon.
 .
Sławno, 2019
.
Początkowo Tomasz Łychowski pisał w języku polskim, potem w angielskim, a obecnie tworzy głównie po portugalsku, ale w jednym z wywiadów powiedział, że to, co pisze, jest polskie, a to, co maluje, brazylijskie. Który wiersz lub tomik poetycki Tomasza Łychowskiego jest Pani szczególnie bliski?
.
AZB: Wyjazdy przyjazdy, odległości. Wiersze Tomasza Łychowskiego jakby zatrzymują w czasie. Przywołują fragmenty, które są częścią jego dzieciństwa. Zatrzymują też w przestrzeni, bo – jak pisze: Dzisiaj Łazienki, jutro Rio de Janeiro... Ale też, że można być „swoim własnym miejscem”. Do mnie jego wiersze trafiają w odczucia najwrażliwsze, może najcenniejsze. Znając polską historię, miałam czasami skojarzenia, których nie miałby czytelnik innej strefy kulturalno-geograficznej.
Autor, którego historia życia jest przejmująca, interesująca i wzruszająca – w swoich wierszach przywołuje strzępy przeszłości i obecnej rzeczywistości. Przywołuje zapamiętane obrazy, krótkie migawki, które, jak nam wszystkim, tkwią w pamięci, wychodzą z zakamarków pozornie zapomnianych. Są one różne: przyjemne, są obojętne, i są te ranliwe.
Każdy z nas ma swoją obłaskawioną mniej lub bardziej rzeczywistość wokół, własny los. Los Tomasza Łychowskiego jest trudny, piękny i bolesny, jednak nie czyni z niego sztandaru, nie obnosi się z nim. Ten los zna się tylko, gdy zanurzy w jego biografii.
Napisałam wstęp do tomiku wierszy Tomasza Łychowskiego Spojrzenia. Wiersze Wybrane (Rio de Janeiro 2016). Pokażę wiersz, który przysłał mi niedawno:
Tym co jest

Nadszedł czas...
Słowo, fraza, westchnienie
Miast pocałunku, utulenia, uścisku dłoni
Uskrzydlają to, co nieraz było tylko zwykłym gestem
Liturgią, powszedniością
Stają się ucieleśnieniem
Wytęsknionej bliskości
Wyśnionych spotkań
Pieszczot, czułości
Gdy powróci ten stracony czas
Ożywią, odnowią to co było, tym co jest 
23/04/2020
Tomasz Łychowski
.
Uroczy wiersz, pełen mocnej prostoty. Przywołam opinię Józefa Kunca: I ten raczej rzadki w naszej literaturze rarytas: tak dużo i pięknie o polskich heroinach ‒ żaden naród nie miał tak zasłużonych aniołów! Czy Pani zdaniem są takie „polskie heroiny”, o których nadal za mało się pisze i mówi?
.
AZB: Profesor Kunc ma absolutną rację... Polki są wielkimi bohaterkami... Mężowie, bracia, walczyli, ginęli w powstaniach, one wychowywały dzieci, prowadziły dom. Ile niezwykłych kobiet brało udział w Powstaniu Warszawskim... To są nasze wielkie „polskie heroiny”, nasze kochane polskie dziewczyny. Trzeba je przypominać, trzeba o nich więcej pisać.
.
Biurko pisarki oraz Suzy i Claude (koty proszą o... porządek)
.
Świętej pamięci Barbara Wachowicz w książce wydanej w 2014 roku Bohaterki Powstańczej Warszawy. My musimy być moce i jasne napisała: Mam nadzieję, że Oleńka – do cyklu swych książek o życiu i twórczości pana Melchiora dopisze pasjonującą rozprawę o setkach listów, jakie otrzymywał, adresowanych na przykład tak: »Melchior Wańkowicz. Warszawa« z dopiskami na kopertach: »resztę powinien znać każdy warszawski listonosz)«, »Każde dziecko wskaże«, »Polski Pisarz Narodowy«, »Wielmożny Pan Melchior Wańkowicz – potężny utalentowany pisarz, myślący, zacny, Polak i człowiek!«. Wielki pisarz chętnie odpisywał na listy swoich wiernych czytelników. Jednemu z nich radził, jak nazwać psa. Czy takich kopert i listów zachowało się dużo i czy byłby to, według Pani, ciekawy materiał na książkę? 
.
AZB: Napisałam o listach od czytelników do pisarza osobny rozdział w książce Blisko Wańkowicza (powtórzony w Wokół Wańkowicza). Zatytułowałam go Curiosa. Dziwny jest ten świat, i o nim pisze Barbara Wachowicz. Są to listy powojenne, kiedy pisarz wrócił do Polski i zaczęły się ukazywać jego książki.
Czy nadają się na osobną publikację? Nie wiem, wydaje mi się, że nie. Często zawierają zwierzenia, czasami prywatne problemy, wiele jest ujmujących, wiele zabawnych. Wiele „grzecznościowych”, trochę „nijakich”.
Aby opublikować pełne listy czytelników – szczególnie te bardziej prywatne – należałoby się zwrocić do adresatów – gdy nie żyją – spytać ich rodziny o pozwolenie; takie panuje prawo (o ile wiem – można wydrukować w prasie nazwiska i poprosić o zezwolenie... czyli wykonać próbę nawiązania kontaktu).
.
Zaintrygowała mnie wzmianka w Pisarskich delicjach, że Zofia Wańkowicz w kalendarzu prowadziła dziennik, na co składały się notatki, zasłyszane zdania i powiedzenia wnuczek. Urocza jest zacytowana przez Panią rozmowa o książkach Zofii Wańkowicz z wnuczkami Anią i Ewą, które zapytały ją, czy ich dziadek napisał w Zielu na kraterze prawdę. Może interesująca byłaby książka będąca zbiorem rozproszonych wypowiedzi Zofii Wańkowicz, a także jej córek i wnuczek? Na przykład paryska „Kultura” w 1954 roku opublikowała esej Zofii Wańkowicz pt. Kombatantki. Może nie znamy jeszcze wszystkich tekstów i zapisków Zofii Wańkowicz?
AZB: Czy jest wystarczająco tekstów na osobną książkę, nie wiem. Zapiski, które Pani wspomina, to są nieduże pojedyncze kartki. Ani Melchior, ani Zofia Wańkowiczowa nie pisali dzienników. Dużo dowiadujemy się z listów – ukazały się w dwóch tomach pt. King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów. Są fascynujące i piękne. Zachęcam do ich lektury.
.
Zofię z Małagowskich Wańkowicz też można zaliczyć do zaszczytnego grona „polskich heroin”. Gdy w lutym 1918 bolszewicy otaczają Mińsk Litewski, Zofia działa w Kole Polek, w ramach którego opiekowała się więźniami i rannymi żołnierzami z rozbijanych polskich oddziałów. Przysięgam na tę Polskę, którą w sercu noszę, że wiary pokładanej we mnie nie zawiodę… – taką przysięgę składały działaczki tego stowarzyszenia. Może biografia Zofii Wańkowiczowej też zasługuje na przypomnienie?
.
AZB: Przywołuje Pani 1918 rok. Zofia i Melchior pobrali się w lutym 1916 roku. W 1919 urodziła się córka Krystyna, w 1921 – Marta.
Zofia Wańkowiczowa na pewno była niezwykłą osobą. Przywołam ponownie dwutomową korespondencję King i Królik Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów. Tom pierwszy obejmuje lata 1914–1939, tom drugi –  lata 1939–1968 (Pani Zofia zmarła w 1969). Jakże dzielnie radziła sobie w czasie okupacji – wróciła na Żoliborz (z Ochoty, gdzie przed wojną Wańkowiczowie mieszkali) do domu na Dziennikarskiej, wynajmowała pokoje, by mieć z czego żyć.
Ogólnie mówiąc, w swoich kilku książkach poświęconych pisarzowi skupiłam sie na jego pisarstwie i bogatej biografii. Piszę o donosach na pisarza, o jego trudnościach w każdym niemal etapie życia. O rodzinie pisarza – żonie i córkach – zapewne mogłoby być więcej. W książce Mieczysława Kurzyny O Wańkowiczu – nie wszystko także mało jest o Zofii Wańkowiczowej, którą autor znał wiele lat. Szkoda, że ta książka nie jest wznawiana. Maszynopis Mieczysław Kurzyna pokazał Marcie z Wańkowiczów Erdman, córce pisarza. Nie ma błędów i jest starannie opracowaną biografią pisarza.
Ukazał się nieduży tom korespondencji Wańkowicza z córką Krystyną, która zginęła szóstego dnia Powstania Warszawskiego, podczas walk w rejonie cmentarza kalwińskiego na Woli. Świadkiem śmierci był jej ówczesny dowódca, „Gryf” – Janusz Brochwicz-Lewiński.
Inny tekst – to moja niedługa serdeczna korespondencja z Martą po śmierci jej ojca.
Zajęłam się tłumaczeniami – w Stanach Zjednoczonych ukazała się moja książka Melchior Wańkowicz Poland’s Master of the Written Word, w trakcie tłumaczenia jest Bitwa o Monte Cassino.
.
Crazy Horse, Południowa Dakota
.
Dzięki Pani pracy jako kustoszki pamięci Melchiora Wańkowicza znamy przywoływaną korespondencję małżeństwa: Kinga i Królika, z lat 1914‒1968. Jeden z Pani Wańkowiczowskich dylematów dotyczy ukazywania „trudnej strony” ich związku. Zna Pani wersję pisarza, który wręczył Pani tzw. diarusz, ale nie zna Pani „prawdy” Zofii Wańkowicz. Publikacja owego diariusza oraz wersji Zofii, jeśli taka istniałaby, chyba nie zmieniłaby opinii większości admiratorów twórczości Melchiora Wańkowicza? Że była to piękna para, która może być wzorem dla małżonków, ponieważ mimo wielu burz dziejowych oraz osobistych błędów i rozterek uczuciowych on i ona lojalnie przy sobie trwali ponad pół wieku. 
.
AZB: Wańkowicz nie pisał dziennika. Przytaczany diariusz – niedługi (dziesięciostronicowy) – pisany w 1945 roku, był publikowany w „Plusie Minusie”, literackim dodatku do „Rzeczpospolitej” w 2010 roku pt. Róż na kraterze.
W 1951 roku, pięć lat po połączeniu z żoną (lata wojny byli osobno), ukazuje się książka Ziele na kraterze, gdzie Wańkowicz z wielką atencją i pietyzmem pokazał lata międzywojenne, okres okupacji i cierpienie matki po stracie córki. Karty pokazujące szukanie ciała Krysi są przejmującą elegią na rzecz zmarłego dziecka i oddaniem hołdu matce, jej bólu, jej przeżyciom.
Napisałam w Pisarskich delicjach, że małżeństwo Zofii i Melchiora Wańkowiczów było pod wieloma względami wyjątkowe: piękne, trudne i serdeczne. Ileż wspólnie przeżyli nieszczęść i katastrof! Pani Zofia straciła w młodym wieku matkę, braci, oboje stracili córkę, dom, dorobek życia. Na emigracji żyli w nędznych warunkach, po powrocie do Polski uzyskali względny spokój, przerwany procesem pisarza w 1964 roku. Ukochany przez czytelników pisarz osiągnął pozycję jednego z najwybitniejszych pisarzy polskich.
.
Jak wiele książek pomogło nam przejść przez trudności, przez załamania… Pamiętamy książki, które wywołały nasze wzruszenie, łzy i uśmiech – przypominam słowa z Pani tekstu pt. Bądźmy dobrzy dla pisarzy, odczytanego w Londynie we wrześniu 2011 z okazji 60. rocznicy Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Do jakich tytułów często Pani wraca w trudnych chwilach oraz jakie książki poleciłaby przyjaciołom i admiratorom swojej twórczości na czas epidemii?
.
AZB: Lubię wciąż sięgać po nowe książki, poznawać nowych autorów. Lubię także powracanie do klasyki, których ponowna lektura pokazuje często, jak się zmieniamy.  
Jeżeli mogę polecić swoje książki na czas epidemii... Podróże z moją kotką – o mojej przyjaźni z kotką Suzy (potem dwoma kotami), która zaadoptowała Normana i mnie w Teksasie i przez piętnaście lat była naszą towarzyszką, także podróży. Wędrowała z nami po indiańskich rezerwatach, latała samolotami do Polski, gdzie była ponad dwadzieścia razy. Jej śmierć wciąż boli, była to kotka wyjątkowa. Teraz mam „drugą parę kotów” i wiele o nich mogę powiedzieć, chciałabym także napisać.
Polecę jeszcze książkę pokazującą moje dzieciństwo i młodość, myśli i pragnienia, które opisałam w Ulicy Żółwiego Strumienia.
.
Z kotką Suzy
.
Z moich innych książek na obecny czas –  jeżeli mogę polecić – o dzielnych ludziach, którzy wiele przeszli, których nieszczęścia, tragedie nie złamały. Są to: Kaja od Radosława, Lepszy dzień nie przyszedł już (opowieść o Rodziewiczu Z miejsca na miejsce w cieniu legendy Hubala), Dwór w Kraśnicy i hubalowy Demon.
Także indiańską Otwarta rana Ameryki, która przybliża współczesne niemałe problemy amerykańskich Indian....
Może te książki dodadzą sił w obecnym trudnym okresie?...Chciałabym.
 .
Wracam do tych książek właśnie dlatego, że mają krzepiącą moc. W myśl przysłowia: „Bogactw nigdy dość” oraz słów napisanych do Pani w jednym listów przez „polską heroinę” – Cezarię Iljin-Szymańską, ps. „Kaja”: Co teraz piszesz? Czy jako Pani domu i literat masz czas na tęsknotki i towarzystwo do poplotkowania? (tak miło jest czasem poplotkować sobie) – i chęć do uśmiechania się tak do nikogo – po prostu, bo dobrze jest żyć, pragnę zapytać w imieniu wszystkich wiernych czytelników: co nowego z Pani twórczych zamierzeń?
.
AZB: Nigdy nie wiem, czy ukończenie książki zabierze mi rok, czy trzy... Nie chcę zapeszać... Pisanie to poświęcenie – ze swoistą pokorą o tym mówię. Mam kilka tematów, którymi się zajmuję. Oby mi życia starczyło na ich skończenie... Jak mówiła moja kochana Mama: obyśmy tylko zdrowi byli...
***

Dwie książki, które ukazały się w ubiegłym roku: Pisarskie delicje oraz Wokół Wańkowicza, spotkały się z ciepłym przyjęciem ze strony zarówno znakomitych krytyków literackich, jak i zwykłych czytelników: „Dla czytelnika tej książki »delicje« rozpoczynają się na dobre w rozdziałach relacjonujących i komentujących okoliczności i drogi docierania przez autorkę do jej bohaterów, nawiązywania z nimi często bliższej znajomości i dzięki temu wynajdywaniu atrakcyjnych, mało w Polsce jeszcze wówczas zbadanych, tematów „kresowych” i innych” (Mieczysław Orski o Pisarskich delicjach); „To nie jest »tylko« książka wspomnieniowa. Wspomnienia zostały w niej połączone z rezultatami wielkiej pracy, której trud przede wszystkim historyk potrafi docenić” (Marcin Kula o książce Wokół Wańkowicza); „Dla miłośników twórczości autora Szczenięcych lat rzecz bezcenna” (Krzysztof Masłoń o książce Wokół Wańkowicza); W związku z tym, że dwie kompletnie różne książki trafiły do jednego tomu, każdy znajdzie we Wokół Wańkowicza coś, co go usatysfakcjonuje niezależnie od tego, czy woli suche fakty, czy też subiektywną i »domową« narrację (Izabela Mikrut); „Wokół Wańkowicza stanowi obszerne i bardzo drobiazgowe kompendium wiedzy o pisarzu oraz jego twórczości” (Natalia Rowińska); „Wyszła prawie encyklopedia Wańkowiczowska. M.[Melchior] W.[ańkowicz] byłby zachwycony zapewne” (Adam Wierciński); „rzecz pasjonująca. (…) Jest w tym pisarstwie Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm wielka czystość intencji. Ton, jak w wierszu Tarnina Zbigniewa Herberta „kilka czystych taktów/ to bardzo dużo/to wszystko” (Anna Bernat o Pisarskich delicjach); „Ogromną przyjemność sprawiło mi odczytywanie przemyśleń i rozważań Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm przekazywanych czytelnikom jako element wypełniania pisarskiej misji, którą przyjęła do realizacji” (Małgorzata Poniatowska o Pisarskich delicjach); „Książka bardzo ciepła, bo sercem pisana” (Tomasz Łychowski o Pisarskich delicjach); „Lepsze i ładniejsze byłyby »pisarskie owoce«. Bo publikując swoje historie, Aleksandra Ziółkowska-Boehm zbiera potem owoce. Tematy, które porusza, ludzie, którym poświęca opowieści ‒ to wszystko przynosi bogaty, wspaniały plon; właśnie piękne owoce. I to jest najbardziej poruszające w tej prozie” (Krzysztof Zajączkowski o Pisarskich delicjach); „I ten raczej rzadki w naszej literaturze rarytas: tak dużo i pięknie o polskich heroinach ‒ żaden naród nie miał tak zasłużonych aniołów!” (Józef Kunc o Pisarskich delicjach); „Tobie nikt się nie mógł oprzeć, nawet Giedroyć. Słodycz i stal, to ty” (Joanna Clark o Pisarskich delicjach).
To tylko kilka wybranych opinii. Recenzje Pisarskich delicji jeszcze ponoć mają się ukazać. Niebawem w londyńskim „Pamiętniku Literackim” Aleksandry Biegaj (obroniła pracę magisterską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach pt. Obrazy ludzkich losów w twórczości Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm). Ma też napisać dr Adam Wierciński.

Książkę Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm Pisarskie delicje możecie kupić w popularnych księgarniach internetowych:

środa, 19 lutego 2020

Wokol Wankowicza PAP


  



PAP: W kontaktach z amerykańskimi wydawcami pamięta pani o Melchiorze Wańkowiczu, którego sekretarką była pani przez ostatnie półtora roku życia pisarza.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Aby zainteresować amerykańskich wydawców moją książką "Melchior Wańkowicz: Poland’s Master of the Written Word" pisałam do nich, że Wańkowicz był i jest dla polskich czytelników taką samą postacią, jak Ernest Hemingway dla amerykańskich. Jako pisarz cieszył się ogromną popularnością, miał ciekawą biografię i bardzo wiele wydań swoich książek. Książkę przyjęto do druku prosząc, aby ją właśnie tak zarekomendowała we wstępie. Publikacja ma już tutaj drugie wydanie. Cieszę się, bo kiedy Wańkowicz wyjeżdżał w 1958 r. ze Stanów, był ostro krytykowany przez Polonię, że "jedzie do komunistów", a teraz powrócił książką na swój temat, którą zamawiają amerykańskie biblioteki.

PAP: Przyjeżdża pani do kraju na majowe Targi Książki; jakie nowe tytuły przedstawi pani czytelnikom?

Aleksandra Ziółkowska-Boehm: PIW na Targi przygotował mój tom "Wokół Wańkowicza", która zawiera wszystko, co dotąd napisałam o pisarzu w "Blisko Wańkowicza" i "Na tropach Wańkowicza" plus 150 stron uzupełnień - nowych dokumentów, materiałów, do których dotarłam m.in. w IPN, nowych badań i punktów widzenia, które wywołała 16-tomowa seria Dzieł Wszystkich Wańkowicza, jaka ukazała się w Wydawnictwie Prószyński.
Z kolei Wydawnictwo Bellona przygotowało moją nową książkę "Pisarskie delicje". To rozważania na temat literatury faktu. Zastanawiam się, czym jest oparta na faktach opowieść, a czym literacki reportaż, jak rozmawiać z bohaterami?.. W swojej praktyce pisarskiej sama doszłam do przyjęcia pewnych reguł; zawsze podkreślam wagę autoryzacji, na co uczulił mnie Singer, z którym rozmawiałam w 1985 r., kiedy przebywałam w USA jako stypendystka Fulbrighta. Opisuję to w rozdziale „Przesłanie Isaaca B. Singera".
W "Delicjach..." przytaczam też m.in. korespondencję z Jerzym Giedroyciem, z Cezarią Iljin Szymańską - bohaterką książki "Kaja od Radosława". Piszę też o tym, jak książki po ukazaniu się żyją własnym życiem, jak się niektóre wątki na nowo pojawiają, wyjaśniają po latach, wspominam o mocnych więziach, niekiedy przyjaźniach, jakie łączą pisarza z bohaterami jego opowieści. Czasami autora spotykają wypadki piękne, ale i przedziwne, otóż bohaterka książki "Kaja od Radosława" podziękowała mi za nią, zapisując miejsce w swoim grobowcu na Powązkach. Czy kiedyś autor dostał taki prezent?
Rozmawiała: Anna Bernat (PAP)
x
Doktor nauk humanistycznych UW Aleksandra Ziółkowska-Boehm jest polską pisarką, od 1990 r. mieszkającą w Stanach Zjednoczonych. W latach 1972-74 była asystentką i sekretarką Melchiora Wańkowicza; pisarz zadedykował jej "Karafkę La Fontaine’a" i zapisał w testamencie swoje archiwum.
Jest m.in. członkiem zarządu powstałej w 2001 r. Fundacji im. Stefana Korbońskiego w Waszyngtonie i jurorem nagrody literackiej londyńskiego Związku Pisarzy na Obczyźnie. (PAP)
abe/ pat/

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Krzysztof Maslon, Wokol Wankowicza, Do Rzeczy 3-9 czerwca 2019



DO RZECZY, 3-9 CZERWCA 2019









Marcin Kula Wokol Wankowicza

[w:] PAMIETNIK LITERACKI, Londyn, grudzień 2019



Marcin Kula
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza
w Warszawie

       Wańkowicz po latach: 
    towarzysz podróży historyków

              Aleksandra Ziółkowska-Boehm, 
                       Wokół Wańkowicza, 
  PIW, Warszawa 2019, s. 696.


Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm imponuje rozmiarami oraz zapleczem materiałowym. W swoich opisach i analizie autorka wykorzystuje po pierwsze wiedzę, jaką zyskała, będąc przez lata sekretarką i asystentką Melchiora Wańkowicza. To jej przekazał swoje, skrupulatnie prowadzone archiwum, toteż miała dostęp do notatek pisarza, jego listów i wycinków. Sama korespondowała z mnóstwem ludzi, którzy mieli z nim kontakt. Prześledziła publikowane reakcje na jego książki. Przejrzała odnoszące się doń akta w archiwum paryskiej Kultury i w IPN To nie jest „tylko" książka wspomnieniowa. Wspomnienia zostały w niej połączone z rezultatami wielkiej pracy, której trud przede wszystkim historyk potrafi docenić.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm stała się naszym przewodnikiem po drogach życia Wańkowicza. Widzimy jego codzienne bytowanie, różne prywatne sprawy, czytamy listy co zresztą jest ciekawe nie tylko dla tej postaci, ale również dla refleksji nad historią kultury szeroko rozumianej. Towarzyszymy pisarzowi w smutku ostatniego okresu, kiedy był chory 
(Gdy pytałam, co go gnębi, opowiadał historie często sprzed lat, przypominał całożyciowe przykrości. Wszystko to, co mówił, było smutne, przygnębiające, czasami zdumiewające... - s. 97).

Z książki można się dowiedzieć o najróżniejszych sprawach, z którymi Wańkowicz mial kontakt na przykład o historii wydawnictwa „Rój", o życiu emigracji, o paryskiej Kulturze. Także o sporach i namiętnościach nie tylko literackich wokół dzieł pisarza (na przykład o druku przez Związek Niemieckiego Wschodu niemieckiego tłumaczenia Na tropach Smętka, z numerowanymi egzemplarzami, dla poznania metod Polaków – co mojemu pokoleniu niestety żywo przypomina, dajmy na to, biuletyny tekstów zachodniej prasy, nawet tekstów audycji WE, przygotowywane dla osob zaufanych w PRL).

Badania autorki w zakresie życia i twórczości Wańkowicza były zbieżne bowiem dzieło pisarza było wyjątkowo splecione z jego życiem. To był człowiek, który nie przestawał być reporterem (Wańkowicz: Gdy jadę tramwajem, coś zmusza mnie do tego, bym się dowiedział, jaką książkę czyta ów pan w przeciwległym kącie wozu. Śledzę jakąś parkę na przestrzeni kilku ulic, aby się dowiedzieć, jakim mówią językiem. Zaglądam do cudzych okien, odczytuję wszelkie szyldziki na drzwiach mieszkań kamienicy, do której przybywam w odwiedziny, szukam na cmentarzu znajomych nazwisk. Obojętnych mi ludzi wypytuję o ich życie. Niezwykłe nazwy ulic zmuszają mnie do zastanowienia się, dlaczego one tak właśnie brzmią. Chciałbym przetrząsnąć każdą rupieciarnię i każdy stos starych papierów. Każdy napis "Wstęp wzbroniony" nęci mnie do przekroczenia zakazu, każda tajemnica zachęca do jej zgłębienia - s. 181). 
Przeprawiając się wpław przez Dniestr pod koniec września 1939 r., Wańkowicz przeniosł maszynę do pisania (!). Potem pisał czy to o codzienności wojennej tułaczki, czy o wielkich sprawach. Gdzie go los rzucił, tam obserwował i opisywał otoczenie. Gdy go ten los uwikłał go w wojnę, tworzył obraz wojny. Gdy go zaniósł go do Palestyny, to tam rozwijał swoje zainteresowanie Żydami i syjonizmem. Fascynował się Ameryką, gdzie spędził dziewięć lat. Żyjąc wśród emigrantów, obserwował i definiował dylematy, wobec których stali (Wańkowicz: 

 W 1949 roku sądzę, że Rosja zwycięży, ale nie potrafi urządzić świata. I rozleci się. Iść za stroną skazaną na przegranie przeciw Rosji, jest bezmyślnym samobojstwem, a walka o rzekome walory kultury zachodniej zakłamaniem publicystów, którzy potrafią recytować Wyspiańskiego, ale z ekonomii politycznej nie przeczytali nawet jednego podstawowego podręcznika (s. 278). 
Gdzie Wańkowicza coś interesowało tam starał się pojechać (bolszewicka Rosja, Meksyk okresu wojny religijnej). Po latach Ryszard Kapuściński zaczął pewien ustęp, chyba nie zdając sobie sprawy jak charakterystyczne dla siebie formułuje zdanie: Gdy jechałem na rewolucje do... (dalej padła nazwa jakiegoś kraju afrykańkiego, której już nie pamiętam). Podczas jakiejś konferencji o problemach społecznych w Ameryce Łacińskiej Kapuściński wyszedl, mówiąc, że wróci później bowiem dotarło do niego, że właśnie w tym mieście, trochę dalej, rozgrywa się bijatyka manifestantów z policją; poszedł tam zatem, by samemu obejrzeć ekspresję problemów społecznych. Właśnie taka była odpowiednio wcześniej postawa Wańkowicza. Kapuściski nie musiał go oczywiście naśladować ale przynajmniej w tym wymiarze postawa wielkich twórców reportażu była podobna.

Pisząc swoje reportaże, Wańkowicz z pewnością nie myślał o przyszłych historykach. Stworzył jednak dla nas niezwykłe źrodło i w tym sensie stał się towarzyszem naszej podróży w czasie. Dysponujemy różnymi źródłami ale reportaże z epoki mówią do nas w inny sposob niż materiały aktowe, nawet niż różnego typu raporty. To są opisy zawodowych i zapasjonowanych obserwatorów, którzy najczęściej umieją patrzeć, analizować i uogólniać. Wystarczy zreszta popatrzeć na współczesnych polskich reporterów (by wymienić przykładowo: Jacka Hugo-Badera, Adama Leszczyńskiego, Małgorzatę Rejmer, Ziemowita Szczerka, Mariusza Szczygła, Małgorzatę Szejnert, Wojciecha Tochmana). Przyzwoity reporter to obserwator nieraz bardziej wiarygodny niż wielu innych autorów źródeł opisowych, gdyż najczęściej jest mniej od nich zainteresowany osobiście sprawą, o której pisze. Nadto najczęściej stara się zrozumieć obserwowanych ludzi, wczuć się w ich pasje. Istnieje oczywiście niebezpieczeństwo, że reporter pójdzie mocno w kierunku literatury, że jak wielki malarz przedstawi atmosferę sytuacji nawet kosztem dokładności jej odzwierciedlenia. Wańkowicz, jak pisze autorka, wprowadził reportaż polski na szerokie drogi literatury faktu (s. 175). Czasem obserwowano takie podejście u Kapuścińskiego, którego teksty czyta się znakomicie i z pożytkiem dla zrozumienia biegu spraw, ale czasem z pytaniem, czy odmalowane w szczegółach sytuacje doprawdy tak wyglądały. Teksty Wańkowicza chyba mogą być jednak źródłem nawet dla historyka najbardziej wiernego kanonom uprawianego zawodu. Nie da się dziś pisać o Polakach w Prusach Wschodnich, czy o COP-ie, bez ich lektury. Sam notabene z pożytkiem korzystałem z wańkowiczowskich reportaży dotyczących Palestyny i Meksyku. Ciekawe były wrażenia pisarza z bolszewickiej Rosji. Niektore z jego reportaży były dosłownie unikalne jak wywiady z Rydzem-Śmigłym i z Beckiem w Rumunii, czy z Abrahamem Yairem Sternem, żydowskim terrorystą poszukiwanym przez Anglików. Wańkowicz, będąc w Palestynie, starał się o kontakt z nim. Nie mógł go uzyskać co nie dziwne. W końcu dostał wiadomość, że ktoś przyjdzie do niego wieczorem i od przebiegu rozmowy zależy, czy dojdzie do spotkania. Rozmowa toczyła się przez całą noc. Gość ulotnił się po końcu godziny policyjnej. Troche później Wańkowicz wyszedł na ulicę i na plakatach z ogłoszeniami o osobie poszukiwanej zobaczył swojego rozmówcę
Wątkiem interesującym dla historyka jest jednak także samo życie Wańkowicza. Biologowie mawiają, że patrząc na kroplę wody pod mikroskopem można wiele dowiedzieć się o nadspodziewanie szerokich zagadnieniach. Bogate życie Wańkowicza mogłoby być pryzmatem, przy pomocy którego dałoby się napisać kawał historii Polski. Niektóre jego etapy dokumentował sam Wańkowicz, inne albo te same opisała oraz zilustrowała dokumentami autorka. W książce pojawia się życie przedwojenne pisarza, dzieje wydawnictwa Rój, zawirowania wojenne, jego życie na emigracji i (co ważne!) wśród emigrantów, kontakty z Kulturą”, decyzja o powrocie i jej echa w środowisku emigracyjnym... no i życie w PRL. Ten ostatni etap bardzo mnie zainteresował bowiem nasunął mi pytanie jakie okoliczności sprawiły, że w komunistycznej Polsce Wańkowicz mógł być tak wielką postacią. Potwierdził też moje przekonanie, wywiedzione zarówno z pracy zawodowej, jak ze wspomnień, o niekoherencji tego systemu przynajmniej po 1956 r.

Stwierdzenie, że Wańkowicz był wielką postacią bowiem był wielkim pisarzem, jest tylko częściową prawdą. W PRL nie on jeden był wybitnym pisarzem, a mało kto został tak zapamiętany. W końcu władze mogły nie dopuścić, by rósł w siłę jako pisarz. Myślę, że jego popularność w pierwszym rzędzie budowały cechy osobiste. PRL była w znaczącym stopniu krajem ludzi szarych i typowych. Nawet wśród relatywnie znanych postaci mało było oryginałów, osób nietuzinkowych, nieszablonowych. Takich władza zresztą nie lubiła. Wańkowicz zaś taki był. Robił wrażenie swoją postawą, przynajmniej zewnętrzną pewnością siebie, rozbudowanym ego:
 
 („Ileż różnych cech miał w sobie ten czlowiek! Był jednocześnie i egoistą, i gotowym do poświęceń, wielkim łgarzem, egocentrykiem, gruboskórnym, a także wrażliwym na ludzkie cierpienie, lękającym się o sobie myśleć jako o wielkim pisarzu, delikatnym, czułym, tkliwym. Był sprzecznością. Sama nie wiem, które cechy dominowały, zależało to od ludzi, od układów, od sytuacji - s. 101; Był sprzecznością: i chciał, i nie chciał nagrody państwowej, orderu, uroczystego pogrzebu, wielkiej śmierci - s. 110).

Bardzo mało było w PRL ludzi utrzymujących styl człowieka "do wypitki i do wybitki", przypominających szlachcica we dworze, prowadzących otwarty dom, gdzie bywała cała Warszawa .
(Lubił przyjmowć ludzi, lubił dawać dobrze zjeść. Ugaszczał ich delicjami, smakołykami, wyszukanymi różnościami, jak ośmiornice, ślimaki, żaby itp. - s. 103). 

Był trochę człowiekiem dawnych czasów co w PRL nie zdarzało się często, przynajmniej wśród osób funkcjonujących publicznie. Utrzymywał szeroką korespondencję, masowo otrzymywał listy od najróżniejszych nadawców, w tym od zwykłych ludzi. Wątpię, czy wiele znanych osób ludzi w ówczesnej Polsce odpowiedziałoby na list z pytaniem, czy dziecko ma nazwać psa Dupek (imię psa Wańkowicza), czy Melchorek (oczywiście od imienia samego pisarza). Jeszcze mniej odpowiedziałoby następująco: 

 Drogi Kubusiu, odbyłem z Dupkiem naradę, ale na razie do niczego nie doszliśmy: on chciał, żeby Twoj piesek nazywał się Dupek, a ja żeby Melchiorek. Ale stało się tak, że już jedna dziewczynka nazwała swój jasiek Melchiorkiem, a biednego Dupka nikt jeszcze nie uczcił. Wobec czego powiedziałem Dupkowi "mądry głupiemu ustąpi", na co on zamerdał ogonkiem. Ale powiedziałem: dobrze, niech piesek Kubusia zostanie Dupkiem Nr 2 i nie przynosi wstydu, ale na drugie imię niech ma Melchiorek. Na co Dupuś polizał mnie w nos, a więc się zgodził. Tak więc, jeśli Twój piesek będzie miał synka, to mu koniecznie wpisać należy imię ojca: "Dupek-Melchiorek". Daj mu z powodu tych chrzcin jakąś honorową kość. Całuję Ciebie Melchior Wańkowicz (s. 63-64).
Pisarz był co wówczas rzadkie - człowiekiem-firmą, autorytetem otwartym na kontakty, wręcz lubiącym chcących się do niego zbliżyć. Zatrudniał sekretarkę, budował dom, gromadził własne archiwum, produkował mnóstwo tekstów. Był atrakcyjny jako człowiek z Zachodu. Jako ten, który wrócił, był dla władz do pewnych granic wygodny. Jego dzieła znajdowały uznanie czytelników w różnych gronach także w szeroko rozumianym środowisku ludzi władzy. Wówczas było w nim przecież już znacznie więcej ludzi o mentalności z grubsza przeciętnej niż charakterystycznej dla wiekowych komunistow. W latach sześćdziesiątych PZPR coraz bardziej uderzała w nutę patriotyczną. Robiła to i dawniej, ale wówczas ta patriotyczna stopniowo stawała się niemal jedyną. Coraz częściej wracał klasyczny dyskurs o bohaterstwie Polakow. Oczywiście, cała ta ewolucja miała ograniczenia ale zaryzykuję powiedzenie, że właśnie dlatego mówienie o Monte Cassino było dla ówczesnych władz wygodniejsze niż mówienie na przykład o AK i Powstaniu Warszawskim. W ramach tej ewolucji Wańkowicz mógł być nawet wygodny z punktu widzenia władz. Prawda, bywały z nim kłopoty. Nie chciał siedzieć cicho. Podpisal list 34. Praktycznie nie ukrywał swoich myśli. Gdy przyszedł kiedyś do mojego liceum na spotkanie z młodzieżą, ktoś z uczniów (nie ja!) zapytał go dlaczego nie pisze o i tu wymienił jakąś sprawę wtedy drażliwą, doprawdy nie pamiętam już jaką. Pisarz odpowiedział jednym słowem: Dlatego. Brak mi talentu Wańkowicza (sic!), by oddać tę scenę ale nikt na sali nie miał wątpliwości, że miało to znaczyć, iż władza nie pozwala. Niemniej jednak narastający w latach sześćdziesiątych moczaryzm go potrzebował. On zresztą przyjmował w domu niektorych ludzi wyraźnie o takiej orientacji (Załuskich, Jana Zygmunta Jakubowskiego) trudno powiedzieć, czy cynicznie, czy z prawdziwej chęci. Na tym tle proces Wańkowicza był czymś więcej niż strzeleniem sobie przez establishment w stopę 
(Ostatecznie proces przyniósł Wańkowiczowi jeszcze większa popularnosć, stał się kimś w rodzaju bohatera. Ludzie zatrzymywali go na ulicy, otrzymywał kwiaty i listy od czytelników. Znany był powszechnie wypadek, kiedy przyszedł do teatru, zajął miejsce w pierwszym rzędzie i w połowie aktu jeden z aktorów, rozpoznawszy go, podszedł do rampy, ukłonił się i dopiero potem wznowił grę. Brawa publiczności pokwitowały to zdarzenie - s. 358). 

Ten proces był czymś sprzecznym z logiką ówczesnej ewolucji PZPR. Całe posunięcie bardziej pasowało do Gomułki niż do Moczara i wszystkich ówczesnych arywistów z tego okresu. Nie mam na to żadnych dowodów, ale odnoszę wrażenie, że proces Melchiora Wańkowicza (1964) był nie tylko ukaraniem pisarza przez Gomułkę ze złości za niepodporządkowywanie się PRL-owskim władzom, ale również komunikatem dla środowiska literackiego, że władza jest zdecydowana wymóc posłuszeństwo (jeśli nie zawahała się zamknąć, postawić przed sądem i skazać na 3 lata tak wybitnego pisarza, na dodatek mającego wtedy 72 lata…). Ostatecznie władza nie zdecydowała się uwięzić Wańkowicza – choć istnieje legenda jakoby on w pewnym sensie nawet chciał tego. Trudno oczywiście powiedzieć, że ktoś chce siedzieć w więzieniu – ale on też w swojej roli oskarżonego coś rozgrywał.

Logiki trudno się było doszukać w systemie także w przedstawianych w książce mniejszych sprawach. Po przyjeździe do Londynu pisarza odległego duchowo (i zaznaczającego swój dystans ukrytymi, ale przecież wyczuwanymi przez władzę czynami) witał na miejskim teminalu lotniczym konsul z koniakiem i kwiatami. Zasłużony dla wydawania Wańkowicza wydawca utrzymywał jakieś mętne konszachty z SB w wysiłkach pozyskania jego archiwum, zresztą nie udanych. Jak owego wydawcę dzisiaj oceniać nawet tylko w ramach tematu Wańkowicz? Co było ważniejsze?

Józef Tejchma, wicepremier i Minister Kultury, osłaniał pisarza i pozostawał z nim w prywatnych stosunkach tak bliskich, że ten do jego żony pisał wierszyk: Tejchmo Alicjo, Moja delicjo... (s. 84). Pisarz aresztowany, z rewizją przeprowadzoną nawet w zawodowych materiałach, był jednak przetrzymywany w dobrych warunkach poza regularnym więzieniem. Został skazany, ale zwolniony od odbycia kary. Skazany, ale przyjęty na rozmowę przez samego Gomułkę 
(Pisarz mówił, że jedynie w Polsce możliwa jest sytuacja, aby skazany żył z wyrokiem półtorarocznego więzienia, poruszał się swobodnie, a nawet wyjeżdżał za granicę” - s. 358). 

Nawet jeżeli w tle może kryły się rozgrywki wewnętrzne w ramach PZPR, których nie znamy to opisywane zjawisko było jednak głębsze.
Wańkowicz, pisarz opozycyjny, procesował się z Tadeuszem Walichnowskim czołową postacią moczaryzmu, jedną z głównych postaci ofensywy marcowej, jedną z najmocniejszych postaci ówczesnego establishmentu policyjnego. Dobrze, procesował się o to, że tamten w swoim dziele napisał, iż Na tropach Smętka przyczyniło się do śmierci wielu osób (wskazując je Niemcom). Niemniej jednak procesował się. Proces zresztą wygrał co niestety niewiele mu przyniosło, gdyż nie dożył wyroku.

Ten system był niekoherentny, niespójny, zaś Wańkowicz swoją postacią i swoją twórczością, nawet okraiwaną, ową niekoherencję powiększał. W Polsce czytano Bitwę o Monte Cassino, nawet jeśli okrojoną, w wielkich nakładach, nieporównywalnych z ewentualnym przeszmuglowaniem pewnej liczby tej książki z Zachodu – co pewno miałoby miejsce, gdyby tam pozostał. Barwność postaci pisarza też była elementem zdrowia w niezdrowej PRL. Choćby dla takich przyczyn cenne było, że wrócił wbrew wszystkim krytykującym ten jego krok. 
Z punktu widzenia cech systemu PRL – pomijając oczywisty ludzki aspekt sprawy ciekawe są ostatnie momenty życia pisarza. Aleksander Małachowski odnotował:

 „Umierający Melchior Wańkowicz wezwał moją żonę oraz mnie i przez wiele nocnych godzin przekonywał nas, dlaczego nie możemy dopuścić , by mu sprawiono uroczysty, państwowy pogrzeb. Oni - mówił - zechcą to zrobić nie dla mnie, ale po to, by się sfotografować przy mojej trumnie

Pisarz wyraził życzenie, by w nagrobku na rodzinnym grobie nie naprawiać rzeźby uszkodzonej kulą wystrzeloną podczas Powstania Warszawskiego. Skądinąd dziś powszechnie uważany za nieskończenie tępiony Kościół wysyłał księdza z ostatnią posługą choć Wańkowicz o niego nie prosił. W pogrzebie uczestniczył minister kultury, sam pogrzeb celebrował jeden z biskupów, kamery TV filmowały (unikając widoku księży w kadrze), SB spisała swoje raporty z pogrzebu. Cenzorskie zapisy w sprawach związanych z Wańkowiczem trwały, rzecz jasna, po jego śmierci. W sumie: totalne pomieszanie, ale lepiej było tak, niż inaczej.

Last but not least, dla historyka ciekawe jest widoczne w sprawach Wańkowicza długie trwanie pewnych spraw dziejowych. One się w Polsce choć nie tylko tu nie mogą skończyć, niektóre nawet odradzają się. Za PRL niektóre były wyciszane, ale może tym bardziej żyły. Gomułka pomówił Jasienicę o sprawy z grubsza ćwierć wieku wcześniejsze a potem miała miejsce obrosłą negatywną legendą rozmowa Wańkowicza z umierającym. Upadł komunizm, a Polska wciąż żyje historią. Inni teraz mówią o Wałęsie sprzed pół wieku. Wielu ludzi jest przekonanych, że tak trzeba i że w ogóle można rozwiązać wszystkie dawne sprawy. Także o tym, że o obraz przeszłości trzeba walczyć (w praktyce przy odwołaniu się do niego trzeba walczyć z przeciwnikami). W sumie: mało to zachęcające, przynajmniej z punktu widzenia historyka, który wolałby widzieć poparcie dla badań niż boje prowadzone w ramach tzw. polityki historycznej.
Marcin Kula, Wańkowicz po latach: towarzysz podróży historyków, PAMIETNIK LITERACKI, Londyn, grudzień 2019.