niedziela, 23 lutego 2020

Piotr Wandycz



„Zrobiłem maksimum tego co się dało”




Z prof. Piotrem Wandyczem rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Urodził się Pan w Krakowie, a wychował we Lwowie. Co pozostawiły w Panu te dwa niezwykłe miasta?

Mam sentyment do obu, z tym, że Lwów znałem lepiej, a z Krakowem i Krakowskim miałem związki ze strony matki, której rodzina mieszkała na Sądecczyźnie. Moja matka Stefania Dunikowska, wychowana w zakładzie sióstr niepokalanek w Niżniowie, była autorką książek dla młodzieży. Między innymi napisała książki autobiograficzne Dzieciństwo Fuli i Fula w piątej klasie (mamę nazywano w domu Fulą), dzięki którym czułem sentyment do tamtych stron.
W 1930 r. przenieśliśmy się do Lwowa, gdzie była centrala przemysłu naftowego, w której pracował mój ojciec. Miałem wtedy 7 lat. Lubiłem szczególnie niektóre części miasta. Po wojnie śniło mi się wielokrotnie, że chodzę po Lwowie i staram się odnaleźć znane zakątki.

Jak zapamiętał Pan rok 1939 i wyjazd z rodzicami do Rumunii?

Przeżyliśmy kilkadziesiąt nalotów niemieckich we Lwowie. Następnie, gdy 13-14 września pod miasto podeszła niemiecka kolumna pancerna, pojechaliśmy do Kosowa. Zakładaliśmy, że tam się ustabilizuje przyczółek utworzony przez sojusznicze Rumunię i Francję i tam przetrwamy zimę. Myśleliśmy, że Niemcy przegrają wojnę i wszystko dobrze się skończy. Wiadomość, że Armia Czerwona przekroczyła nasze granice 17 września, była zaskoczeniem i zmieniła nasze plany.
Od pierwszych dni wojny prowadziłem rodzaj dziennika, kolejno w czasie pobytu w Rumunii i we Francji. Te zapiski mam i teraz powoli je przepisuję. Widać z nich, że wybuch wojny i dalsze jej następstwa były niewątpliwie szokiem, jednak miałem raczej optymistyczne nastawienie. Ten okres był ogromnym przełomem w moim życiu, ale dla 15-letniego chłopca była to też wielka przygoda. Komentowałem każdą wiadomość z Polski… że Warszawa się broni, że generał Sosnkowski przeprowadził udaną kontrofensywę pod Lwowem…

Jak wyglądały Pana lata we Francji i studia tamże w okresie wojny? Jak dalece żył Pan wieściami z Polski?

Mój ojciec pracował w Bukareszcie dla Ambasady RP, następnie został wezwany przez rząd polski do Francji. Dzięki temu rodzice, siostra i ja mogliśmy wiosną 1940 r. przyjechać do Francji. Mój brat był tam już wtedy w wojsku polskim. W maju 1940 r. rozpoczęła się ofensywa niemiecka i 22 czerwca doszło do upadku Francji. Próbowaliśmy – jak wielu Polaków – przedostać się do Anglii. Po nieudanych próbach musieliśmy dostosować się do życia pod reżimem Vichy. Rząd francuski oddał do dyspozycji uchodźców polskich pewną liczbę hoteli. My zamieszkaliśmy w Grand Hotelu w Grenoble. Mieścił on śmietankę emigracyjną i nazywano go złośliwie "Mądralin". Mieszkańcami byli m.in. eksministrowie, b. ambasador w Moskwie Wacław Grzybowski, sędziowie Najwyższego Trybunału Administracyjnego i Trybunału Stanu.
Przez następne dwa lata ojciec starał się o wydostanie z Francji i wyjazd legalną drogą do Anglii.
W tym okresie zdałem maturę w polskim Liceum im. Cypriana Norwida w Villard-de-Lans, górskiej miejscowości oddalonej o 35 km od Grenoble. Oczywiście śledziliśmy wydarzenia w Polsce, ale żyło się dniem codziennym i jego sprawami – np. problemem wyżywienia. Ja i wielu moich kolegów dostało się na uniwersytet w Grenoble. Studiowałem historię, pierwszy rok ukończyłem z tzw. Certificat z historii nowożytnej i najnowszej. Wreszcie w 1942 r. ojcu udało się uzyskać wizy francuską, hiszpańską i portugalską dla trzech osób z naszej rodziny. Moja matka zmarła w 1941 r.

Jak Pan sobie radził z językiem francuskim i angielskim?

Francuskiego uczyłem się w Rumunii i przez dwa lata we Francji. Nie było łatwo studiować na uniwersytecie z moją ówczesną francuszczyzną, ale tak jak inni dawałem sobie radę. Angielskiego uczyłem się trochę we Francji, a po przyjeździe do Szkocji, gdzie stacjonowały nasze oddziały, zachodziłem do miejscowej szkoły i pytałem, czy mogę brać udział w lekcjach angielskiego. Byłem zawsze miło potraktowany.

W 1942 roku, nie mając skończonych 20 lat, po przedostaniu się do Anglii, wstąpił Pan do polskiego wojska. Dlaczego nie kontynuował Pan studiów?

Kiedy wreszcie znaleźliśmy się w Anglii jesienią 1942 r. via Hiszpania i Portugalia, było oczywiste, że pójdę do wojska. Nie kontynuowałem nauki, choć możliwość "urlopowania na studia" istniała i była popierana przez wielu polskich przywódców, którzy uważali, że trzymanie młodych mężczyzn w wojsku przez kilka lat (ja byłem w wojsku od 1942, mój brat od 1940 r.) nie miało sensu.
Nie wydawało mi się to jakoś uczciwe i dopiero kiedy skończyła się wojna, wstąpiłem do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Osiedlenia przeznaczonego dla żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych i otrzymałem urlop na studia.

Jak dalece angielskie wykształcenie wpłynęło na pana późniejszą pracę zawodową?

Wykształcenie, styl życia i studiów w Anglii wywarły niewątpliwie silniejszy wpływ na moją osobowość niż następne lata w USA. Od najmłodszych lat lubiłem angielską literaturę w polskich przekładach. W 1942 r. Anglia była symbolem walki z hitlerowskimi Niemcami. Podziwiałem sposób zachowywania się Anglików podczas wojny. Na przykład, gdy szedłem do kina w Londynie i ogłaszano alarm lotniczy, nikt nie ruszał się z miejsca. Spokojnie czekano na ogłoszenie końca alarmu. To angielskie upper lip i zachowanie zimnej krwi – nie widziałem nigdy paniki – bardzo mi imponowało. Lubiłem Cambridge, system nauczania i zwyczaje. Miałem bardzo dobre stosunki z ludźmi. Gdy rząd brytyjski opuścił nas po wojnie, miałem uczucie zawiedzionej miłości.

Czemu wybrał Pan Stany Zjednoczone, a nie Wielką Brytanię jako miejsce pracy? Najpierw Indiana University, potem Yale. Patrząc z perspektywy lat, czy to był dobry wybór?

O wyjeździe do USA decydowały głównie względy rodzinne. Ameryka jako taka wcale mnie nie pociągała. Przyjechałem tu z siostrą i bratem. Druga siostra została w Europie. Podczas wojny dostała się w ręce niemieckie – przeszła przez Ravensbrück i Bergen-Belsen. Jej syn, niewiele ode mnie młodszy, też był w Dachau.
W Nowym Jorku połączyliśmy się z ojcem, którego rząd londyński w 1944 r. wysłał do USA na negocjacje o powojenną pożyczkę amerykańską dla Polski. Gdy cofnięto uznanie naszego rządu, ojciec znalazł się w próżni. Był chory. Nie mogliśmy go zostawić samego.
Rząd brytyjski dawał byłym wojskowym trzy możliwości: pozostania na wyspie, wyemigrowania do któregoś z krajów Zjednoczonego Królestwa albo do USA. Rząd ponosił koszty podróży.
Przez wiele lat tęskniłem za Europą i każdy przyjazd do niej na wakacje rozbudzał nostalgię, choć nie miałem powodów uskarżać się na Amerykę i jej styl życia. Patrząc z perspektywy czasu muszę też przyznać, że kariera naukowa, jaką zrobiłem w Stanach Zjednoczonych, nie byłaby zapewne możliwa w powojennej Anglii.

Jakie były początki Pana pracy naukowej w USA?

Po przyjeździe do Nowego Jorku dzięki pomocy rodaków dostałem się do Mid-European Studies Center, a następnie poprzez związki z Cambridge otrzymałem posadę profesora na Indiana University. Spędziłem tam 10 lat z dwuletnią przerwą jako fellow na Harvardzie. Potem zostałem zaproszony przez Yale, gdzie wykładałem przez 31 lat – aż do emerytury. Mój obecny tytuł brzmi Bradford Durfee Professor of History Emeritus.

Melchior Wańkowicz napisał o Panu w tomie "W pępku Ameryki", cytuję: "Wieczór u profesora Wandycza. Jest to jeden z kilku setek naszych naukowców, którzy są niezawiśli politycznie, nie czerpią środków utrzymania z politycznych funduszy amerykańskich i którego głos waży dzięki temu na stosunku Ameryki do nas".

Ładna ocena. Jak wspomina Pan spotkanie z pisarzem w Bloomington w latach 50.? Był Pan wtedy młodym naukowcem.

Odczyt Wańkowicza w Bloomington był wieczorem i gdy się skończył – zaprosiłem pp. Wańkowiczów na kawę do mojej kawalerki. Pani Zofia była zmęczona, więc pan Melchior przyszedł sam. Rozmawialiśmy o różnych sprawach, aż zeszło na temat pisania i wydawania w kraju przez emigrantów. Ja byłem temu przeciwny, ale Wańkowicz jak rumak bojowy ruszył do ataku i zaczął mnie długo przekonywać. Robiło się późno, byłem bardzo zmęczony po całym dniu pracy. On nie, jego wigor był imponujący. Zacząłem ustępować, chciałem iść spać i rozmowa skończyła się jego zwycięstwem. Taka to historyjka.

Napisał Pan wstęp do zawierającego dwie książki – "Polacy i Ameryka" i "Tworzywo" – tomu z serii dzieł Melchiora Wańkowicza, które ukazują się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka w Warszawie. W pierwszej z nich pisarz przywołuje dwa tytuły, które ukazały się w Stanach Zjednoczonych nakładem uniwersytetów: Harvarda "White Eagle on a Red Field" Samuela L. Sharpa i Yale "Woodrow Wilson and the Rebirth of Poland" Louisa L. Gersona. Wańkowicz pisze o wielkich kontrowersjach wokół tych książek.

Wydana w okresie zimnej wojny książka Sharpa przedstawiała Polskę w najgorszym świetle. Polonia amerykańska gwałtownie ją zaatakowała. Wańkowicz, daleki od polskiej megalomanii, odcinał się od emocjonalnych i nieskutecznych ataków, ale potępiał książkę Sharpa z innych powodów. Sprawa polska – jego zdaniem – winna być ujmowana z szerszej, globalnej perspektywy. Wańkowicz widział rolę czynnika polskiego, zwłaszcza emigracji, jako łącznika między cywilizacjami, a antypolonizm porównywał do antysemityzmu.
Z kolei monografię Gersona skrytykował zarzucając autorowi nieuctwo i elementarne błędy faktograficzne. Rzeczywiście Gerson nie znał dobrze tematu i nie orientował się w polskich realiach. Starał się być oryginalny i wystąpił z "nową interpretacją" polityki Wilsona wobec Polski wynikającą jakoby z cynicznego realizmu.
W swej miażdżącej krytyce Wańkowicz przypisał może zbyt wielkie znaczenie motywom, jakimi kierowały się wydawnictwa Harvardu i Yale. Nie sądzę, aby za decyzją o publikacji kryły się powody polityczne. Można dodać, że Harvard wycofał książkę Sharpa z serii poświęconej USA i innym krajom, zastępując ją po latach moją pracą The United States and Poland. Pochlebną przedmowę napisał ambasador Edwin O. Reischaer, ale koła polonijne nie nadały tej książce większego rozgłosu.

Uznawany jest pan za wybitnego znawcę historii Europy Środkowo-Wschodniej. Napisał pan kilkaset artykułów i blisko 20 książek, z których wiele nagrodzono, np. "France and Her Eastern Allies" otrzymała nagrodę Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego, "The Price of Freedom: A History of East Central Europe from the Middle Ages to the Present" wyróżnił History Book Club w 1992 roku; ta książka została przetłumaczona na osiem języków. Które ze swoich prac uważa pan za szczególnie ważne?

Trudno oceniać własne prace, ale na ogół zgadzam się z recenzjami moich książek, które wnikliwie omawiały ich zalety i wady. Myślę, że oba tomy o stosunkach Francji z Polską i Czechosłowacją były nowatorskie. Lands of Paritioned Poland wnosiło nietypowe ujęcia, uwzględniając szerzej inne narodowości zamieszkujące ziemie Rzeczypospolitej. Moje książki ukazywały się także w języku polskim. Np. O czasach dawniejszych i bliższych jest wciąż obecna na rynku księgarskim.

Został Pan odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta, jest laureatem emigracyjnej Nagrody Fundacji Jurzykowskiego, otrzymał pan Medal Czechosłowackiej Akademii Nauk, a także doktoraty honoris causa uniwersytetów Wrocławskiego, Jagiellońskiego, KUL i francuskiej Sorbony. Wymieniam jedynie te najważniejsze honory. Jak dalece docenienie pańskich dokonań naukowych w rodzinnym kraju jest dla Pana ważne?

Jest bardzo istotne, zwłaszcza uznanie ze strony środowiska naukowego. Mam tu na myśli wybór do Polskiej Akademii Nauk i Polskiej Akademii Umiejętności, honorowe członkostwo Polskiego Towarzystwa Historycznego, księgi wydane z okazji jubileuszów itp.

W latach 1999-2008 był Pan prezesem Polskiego Instytutu Naukowego w Nowym Jorku, mającego duże zasługi w szerzeniu wiedzy o kulturze i historii Polski w Stanach Zjednoczonych, m.in. dzięki publikacji kwartalnika "The Polish Review", który dociera do blisko 400 bibliotek na świecie. Jak pan ocenia rolę PIN obecnie i w minionych latach?

Była ona szczególnie ważna w okresie komunizmu w Polsce, gdy nauka była skrępowana, ale nadal pozostaje istotna. Chciałbym tu dodać, że bardzo ważną, choć nieco inną rolę spełnia zorientowany w pełni na historię nowojorski Instytut Piłsudskiego. Przez wiele lat byłem członkiem jego Rady.

Kim czuł się Pan przez te wszystkie lata na obczyźnie?

Zawsze tkwiłem w tzw. nurcie polskim. Od końca wojny uważałem się za emigranta politycznego. Wstąpiłem do Polskiego Ruchu Wolnościowego Niepodległość i Demokracja, który był partią polityczną niewywodzącą się z żadnego przedwojennego stronnictwa, która starała się wprowadzić nowy styl politycznego myślenia. Kładła szczególny nacisk na federalizm przyszłej Europy, w której Polska miałaby odpowiednie znaczenie.
Na uniwersytetach Cambridge i London School of Economics działałem w związku polskich studentów, w LSE jako prezes. Stale interesowałem się polityką i sprawami kraju. Pisywałem do paryskiej Kultury i Zeszytów Historycznych i innych periodyków emigracyjnych, a kiedy stało się to możliwe, do Tygodnika Powszechnego, Więzi itd.


Jest Pan żonaty z Marią Teresą z Chrząszczów, mają państwo dwie córki i syna. Jak dzieci ułożyły sobie życie mieszkając w różnych miejscach na świecie?

Starsza córka Kasia mieszka we Francji, jest fotograficzką i pracuje dla wydawnictwa Paris Match. Druga, Joanna, jest głównym koordynatorem programu dla studentów zagranicznych na Uniwersytecie Pablo de Olavide w Sewilli. Ma męża Hiszpana i dwoje dzieci. Syn Antoni mieszka w San Francisco i pracuje w dziedzinie bioinformatyki/biotechnologii.

Czy uważa się Pan za człowieka spełnionego?

Próbę analizy mojej działalności podjąłem w artykule autobiograficznym "Historyk emigracyjny", przedrukowanym w książce O czasach dawniejszych i bliższych. Sądzę, że w istniejących warunkach zrobiłem maksimum tego, co się dało.

Dziękuję za rozmowę.


[W:] „Odra” Nr 5, 2011

[W:] „Przegląd Polski”, dodatek kulturalny do „Nowego Dziennika”, Nowy Jork, 6 maja 2011


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza