środa, 7 października 2015

Wiersze zadedykowane

Wiersze zadedykowane
Tomasz Lychowski, Witold Smętkiewicz, Alicja Szoda, Jan Karoń, Franciszek Klimek, Renata Fialkowska, Harry Duda



***
Tomasz Lychowski

W końcu
                      Aleksandrze Ziółkowskiej-Boehm


Czas normalny (?):
przeszły

Czas odkupiony:
ten, co w ciemnościach się krył
czy ten, co jasno wytycza drogę?

Czas:
nostalgii minionych wzlotów?
Ten w codzienności bytowania?

Objektywny –
czas serca?

W końcu to ja się pytam:

„Czas?”

„  ”

Tomasz Łychowski
Rio de Janeiro, 28 lutego 2015 r.

^^^



Harry Duda






PATRZYMY:
INDIANIN PRZED SKLEPEM
W TRENTON, NEW JERSEY,
A JA W SAMOCHODZIE

                               Aleksandrze Ziółkowskiej-Boehm,
                               Autorce „Otwartej rany Ameryki”

Bez ruchu jak część słupka, na którym skulony
bez reszty w sobie siedzi, a spojrzeniem sięga
daleko za widnokrąg. Jesienne ma klony
za tło dla rytej w mroku twarzy: ślad czerwieni
jedyny na portrecie. Pióropusza wstęga
wyłącznie w wyobraźni krucze zdobi włosy.
I jakby w katalepsji szamana zmyśleni,
patrzymy poprzez siebie, na wskroś znając losy:

on moje, a ja – jego. W nim niebo kaleczą
gwiazd pazury niedźwiedzie nad prerią, a we mnie
rozumu rytualne sztylety. I rzeczą
jest przypadku, na kogo spadnie ciężar winy
poniesionej przez przodków. Zanim się więc zdrzemnie
czyjeś serce lub głowa, trzeba by do siebie
rychło podejść, wzajemne uprzedzając czyny,
zamiast żal wysiadywać na wspólnym pogrzebie.


16.08.2010


***

Witold Smętkiewicz

Spotkanie z Aleksandrą Ziółkowską – Boehm  3. XI. 2011r.
w  Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Łodzi

  „ Melchior  Wańkowicz wciąż krzepi”

             Dla sympatycznej i Drogiej Pani Aleksandry


Kiedyś mówiłem do Pani o „tem”,
że fraszka z kotem będzie potem;
a takich zalet jak słowność
całe życie się uczę
więc proszę się nie dziwić,
że trochę sobie pomruczę.
Spoglądam na Panią nieraz,
a patrzeć bardzo miło…
Czyż byśmy byli na moście
pomiędzy tu i teraz
a tym co dawniej było?
I ciesząc się ze spotkania
tak myślę: bogi pozwolą,
że jeszcze kiedyś w przyszłości
pochodzimy po molo.
A póki co niech dalej
kręcą się wkoło te światy,
a z nimi razem, dla Pani,
życzliwe słowa i kwiaty.

   Z serdecznymi pozdrowieniami

                          Witold Smętkiewicz, Łódź
***
Drogiej Pani Aleksandrze

To o czym kazdy z nas marzy,
To na co kazdy nas czeka,
To usmiech na drogiej twarzy
to bliskosc drugiego czlowieka
Z serdecznymi podrowieniami

Witold Smętkiewicz 
z rodzina

*

     Utaiży


Utalentowana i życzliwa

bardzo rzadko tak bywa

Wiadomo że  brak talentu przeważnie
z zawiścią i chęcią niszczenia idzie w parze

Sławni zajęci są swoją karierą
rzadko życzliwość komuś okazują

A jednak bywają wielcy i wspaniali
z otwartym sercem dla zwierząt i ludzi
i taką jesteś Ty Oleńko


                                                          Aleksandrze Boehm-Ziółkowskiej
                                                          dziękując za bezinteresowną życzliwość

                                                                                          Renata
 Renata Fialkowska

Kraków 2005



*
Lodz, 6 XI 2013

***


Alicja Szoda

                Oleńce Ziółkowskiej – Boehm, 2010                                  



Była sobie pewna Ola, nie wiem, czy chodziła do przedszkola
za to życie, to w Warszawie zaczynało pisać bajkę
- nie jedną, pogodna natura i uśmiech pomogły Oleńce piąć
się w górę - krok po kroku sukces wieńczył rok, za rokiem.
   Dzisiaj każdy o Niej słyszał i kolejną książkę może przeczytać
w nich tyle ważnych, ciekawych spraw i ja mam
pyszną minę - autorkę poznałam osobiście.
             Co wyczytam sercem czuję, gdyby być Jej cieniem skradającym się na paluszkach?
To dzielna Polka pełna pasji, matka, żona, kobieta wykształcona
o tym artykuły w gazetach to nie jest zabawa, śmiech, lecz
- Pisarka całą duszą.

          Dom stworzyła pełen magii, książki w nim bardzo ważne,
kwiaty, bibeloty, a w ogrodzie przeuroczym przysiąść
zamknąć oczy i pomarzyć, nawet koty są na straży dobrych myśli.
           Czyżby, kiedyś w tajemnicy kierowały Jej mądrością,
- kształtowały młode życie, trudno pojąć - kot podobnie,
jak Aleksandra samodzielny indywidualista.
            Sercem próbuję ogarnąć to piękno, nadal nie pamiętam,
czy mała Ola chęć wiedzy zgłębiała od przedszkola,
a może dobre wróżki dopiero w Warszawie pozwoliły Jej
- śnić na jawie???

 * 
 Alicja Szoda, Wołczkowo k/ Szczecina

***


Jan Karoń


Pani Aleksandrze Ziółkowskiej
Pisarce Ludzkiej

Czemu z Hanią obie
Nie jestescie w jednej osobie
Byłaby muza skrzydlata
I doboć, co splata


Bo ludzi, jak wezbrana rzeka
A trudno spotkać człowieka


Jan Karoń
Houston, Texas, 17 listopda 1996


***
Franciszek Klimek

Koty zbliżają
                    Dla Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm

Trochę żal, że niektórzy
Tej reguły nie znają,
iż cudownym sposobem
koty ludzi zbliżają .

Nie zawsze i nie wszystkich,
nie zawsze chcą, lub mogą,
ale swym kocim sercem
czują kiedy i kogo .

Niechaj nad tą zagadką
raczej nikt się nie trudzi,
czy to lepiej dla kotów,
czy to lepiej dla ludzi .

Lecz jest taka myśl płocha
(albo fakt niewątpliwy) :

Kogo kot nie pokocha
rzadko bywa szczęśliwy.

*


Franciszek Klimek

O co ta sprawa . . .



Ostatnimi czasy

liczę na spotkanie z Suzy
ewentualnie za czyjąś protekcją
nie wykluczona korupcja
koniecznie sam-na-sam
albo tylko w towarzystwie Muzy.

Koteczkę chciałbym namówić
gdy jakoś będziemy sami
aby zechciała się kiedyś
zamienić ze mną miejscami .
Tak, aby kochana jej Pani
zamiast jak zwykle Suzy
zupełnie niespodziewanie
m n i e miała w swojej podróży

Powiem :
- Wydaje się tobie,
że to przypadek zbyt rzadki,
ale – ja chętnie to zrobie,
a nawet wejde do klatki .
Naturę mam niewybredną,
nie trzeba brać mnie z pościelą,
trudne może być jedno :
nie wiem jak będzie z kąpielą ...
Ale – to sprawa nie nowa
i nie w tym rzeczy istota
bo ja przecież tak czy owak
będę udawał tam kota
i jako k o t w ogóle
będę miał kocie prawa
a wtedy – do Pani się wtulę
i – o to jest cała sprawa .


Franciszek Klimek
                  Aleksandrze Ziółkowskiej-Boehm
                  autorce książki  Podróże z moją kotką



S u z y

Wbrew podsłuchanym miłym plotkom
i różnym na ten temat zdaniom,
nie P a n i podróżuje z Kotką ,
to k o t k a podróżuje z Panią .

Z w y c z a j n y kot – nie podróżuje,
zwyczajny kot tego nie lubi,
zwykle w podróży źle się czuje
a czasem się w podróży gubi .

Natomiast S u z y -
dziwna kotka
i to wiadomość miarodajna,
każdy to przyzna kto ją spotka,
jest absolutnie nadzwyczajna .

Nie to, że śliczna, bo tak bywa
(potwierdzą to uczeni znani )
Suzy po prostu jest szczęśliwa
kiedy w pobliżu jest jej Pani .

Więc zawsze chętna - gdy tak los chce
świat z Nią przejechać wzdłuż i wszeż
ale cóż tu się dziwić kotce -

ja bym chciał też . . .

***



            „Rozgardiasz”


W pewnym mieście,  w pewnym domu,
koty znane z cierpliwości
narzekały po kryjomu
przed wizytą  ważnych  gości :

-        Była w domu  szyszka  mała
i pachnąca ziemi grudka,
a pani mi to zabrała
i zaniosła do ogródka .

-        Wzięła szmatki z pod fotela
i  włozyła je do paki
nie wiem czemu właśnie teraz
robi się bałagan taki ...

-  A widziałeś  dzisiaj rano
co sie działo na poddaszu ?
Tam najbardziej nasza pani
narobiła rozgardiaszu:

Odkurzyła dywaniki,
wstawiła nowe stoliki,
na stolikach jakieś spodki
przypuszczalnie nie dla kotki,

jakieś błyszczące nakrycia
których  nie  zna nawet  Kicia,
nowy wazon, świeże kwiatki
no słowem – rozgardiasz rzadki.

Pusia bardzo rozżalona,
Misiek również   - tak jak ona,
zwłaszcza tym był urażony,
że  dziś na stół  wstęp wzbroniony.

 Doszedł   Maciek, oraz Kuba :
 -  Po co ta cała rozróba,
po co wszędzie się zamiata,
po co ktoś ze ścierką  lata ?

Odezwała się  Malwinka :
-  A ja wiem komu to służy,
bo  usłyszałam, że właśnie
przyjeżdża Suzy z podróży.

Kuba miauknał zaskoczony :
- To przypadek chyba rzadki ...
napewno ta z pierwszej strony? 
Ta prawdziwa? Ta z okładki ?
...............................................
Po spotkaniu, każdy kocur
z aprobatą oczy mruży :
-        Niech już będzie ten rozgardiasz
i niech znów przyjedzie Suzy .

Franciszek Klimek 

                                                              

***

wtorek, 6 października 2015

Muzeum Polskie w Ameryce i Ksiegarnia Polonia - Chicago, 3 pazdziernika 2015


Muzeum Polskie w Ameryce  i Ksiegarnia "Polonia"
Chicago, 3 pazdziernika 2015

Spotkanie prowadzi: Mira Puacz



Kwiatek






















*



Chicago, 3 października 2015.   
Aleksandra Ziółkowska-Boehm w Muzeum Polskim w Ameryce,
Biblioteka

Chicago, 3 pazdziernika 2015, Aleksandra Ziółkowska-Boehm,  
Biblioteka Muzeum Polskiego w Ameryce




Aleksandra Ziółkowska-Boehm 
i Małgorzata Kot, dyrektor Muzeum Polskiego w Ameryce 
Mira Puacz (Ksiegarnia "Polonia") otwiera spotkanie









Mira Puacz i Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Mira Puacz i Aleksandra Ziółkowska-Boehm


Spotkanie prowadzi Mira Puacz , po prawej AZB
Mira Puacz i Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Spotkanie prowadzi Mira Puacz, po prawej AZB








Aleksandra Ziółkowska-Boehm i Wiesław Adamczyk



Aleksandra Ziółkowska-Boehm i Wiesław Adamczyk
Aleksandra Ziółkowska-Boehm i Wiesław Adamczyk


AZB, Maria Kowal, Wiesław Adamczyk



Maria Kowal, bohaterka opowiesci "Byłam tym dzieckiem, które miało się narodzić",
[W:] Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowiesci".

















Aleksandra Ziółkowska-Boehm i Maria Kowal



Maria Kowal, dr Antoni Kowal, Aleksandra Ziólkowska-Boehm








Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Maria Kowal, dr Antoni Kowal

Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Maria Kowal, dr Antoni Kowal























Małgorzata Kot, dyrektor Muzeum Polskiego w Ameryce, Aleksandra Ziółkowska-Boehm







**


Aleksandra Ziółkowska-Boehm i  Elżbieta Berkowicz




















Aleksandra Ziółkowska-Boehm i  Elżbieta Berkowicz


Aleksandra Ziółkowska-Boehm i  Elżbieta Berkowicz


Fotografie: Elżbieta Berkowicz i Dominik Halbderda
*

Artykul  Krystyny Cygielskiej w "Dzienniku Zwiazkowym"(Chicago, 11 października 2015) :

http://dziennikzwiazkowy.com/polonia/zycie-wankowiczem-naznaczone/


*

Artykul Elżbiety Berkowicz w "Super Express" (16-22 pazdziernika 2015):





























** LISTY:


Pani Aleksandro,

Chcialam bardzo podziekowac za cudowny sobotni wieczor w Muzeum.
KwiatekMowi Pani pieknie i pisze pieknie.
Mam w mojej bibliotece prawie wszystkie Pani ksiazki. Do kazdej wracam.
KwiatekBliskie sa mi te, zwiazane z Wankowiczem, fantastyczny dialog z Szymonem Kobylinskim, fascynujaca Ulica Zolwiego Strumienia, barwne Podroze z moja kotka, wzruszajaca opowiesc o Kaji od Radoslawa, ktora wlasnie teraz czytam.
Bardzo chcialam Pania poznac i uslyszec. Moje marzenie sie spelnilo.
Wrocilam do domu szczesliwie wzruszona.
Czekam na dalsze Pani ksiazki.......
Basia Szewc



**

Kochana Pani Oleńko,
bardzo dziękuję za sobotnią ucztę duchową, którą zawdzięczam Pani i wspaniałym opowieściom. Nie tylko ja, podejrzewam, że i inni uczestnicy spotkania, nie zauważyli, jak szybko upłynął czas poświęcony tematom fascynującym Polonię i "obrabianym" Pani piórem.
Natychmiast zabrałam się do czytania książek, które kupiłam i zastał mnie nad nimi blady świt. (...)
Życzę miłej jesieni, dobrych pomysłów twórczych i wielu wiernych czytelników

Halina Czajkowska
sekretarz redakcji Głosu Nauczyciela


**
Szanowna i Kochana Pani Aleksandro,

Dziękujemy gorąco za pamięć i gratulujemy z całego serca wspaniałych osiągnięć literackich!
Pani piękne książki uczą i wychowują, otwierają oczy czytelnika na wiele problemów, których często nie dostrzega się w zabieganym współczesnym świecie.
Jest Pani wspaniałą Polką, która obudza godność narodową i więź Polonii z Ojczyzną nad Wisłą!
Dzięki za wszystko i życzymy Pani dalszych sukcesów na przyszłość.
Zapraszam Panią do Düsseldorfu.
Mama od wielu miesięcy jest bardzo słaba. 
Pozdrawiamy Panią oraz szanownego Małżonka i Syna.

b. oddani Henryk Janusz Dechnik z mamą Pauliną Lemke i rodziną

**


(...) Jestem po przeczytaniu "Lepszego dnia...." Mysli klebia sie w glowie... Zal, niemoc, zlosc...moze i lepiej, ze nie pamietalismy ,, tamtej" Polski? Dla mnie osobiscie, wolalabym chyba urodzic sie w tamtych czasach... Nawet za cene , jaka przyszlo tym ludziom zaplacic. Nikt nie zalowal.
Pozdrawiam bardzo cieplo z zimnego dzis Chicago.
Ela Berkowicz


poniedziałek, 5 października 2015

Thomas Tomczyk Dziennikarz z wysp karaibskich

(see:Wiki)

 

Thomas Tomczyk Dziennikarz z wysp karaibskich

 

 

PAULINA POTOCKA

Dziennikarz z Wysp Karaibskich - Thomas Tomczyk



Dziennik Polonii w Kanadzie www.gazetagazeta.com 

List oceaniczny - dodatek kulturalny


Paulina Potocka
Apr 5, 2004

Dodatek Kulturalny "Gazety" pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka, marzec, numer 15 

O małym Tomku w domu Wańkowicza napisała Zofia Kucówna w pięknej książce „Zatrzymać czas”, że kiedy odwiedziła pisarza „po pokojach biegało małe dziecko, chłopczyk... i dzięki niemu ten dom nie był smutny”. Był rok 1973 – rok później 82-letni autor „Monte Cassino” zmarł.

Jako czteroletni chłopiec przeniósł się z Łodzi do Warszawy z mamą, która po ukończeniu studiów zaczęła pracę u wielkiego pisarza Melchiora Wańkowicza, z którego najpierw pisała magisterium, a później doktoryzowała się. Po śmierci pisarza w książce „Blisko Wańkowicza” Aleksandra Ziółkowska napisała osobny rozdział zatytułowany „Król Herod to był mądry król...” cytując wielkiego reportera, który starszy i schorowany, nie miał cierpliwości do przeszkadzających mu dzieci. Ziółkowska pokazuje także, jak Wańkowicz straszył jej małego wtedy synka policjantem, kiedy ten w ogrodzie obłupał korę z drzewa; jak dawał mu order czarnego ciastka za dobre zachowanie, układał wierszyki na urodziny malca i jak czytał mu Koziołka Matołka naśladując „jak wyją wilki”. Oto wiersz Wańkowicza (cytat z „Blisko Wańkowicza”):

Dobra nasza, dobra nasza!... 



 Tomasz Tomczyk, Kenia



Dziś urodziny Tomasza.
Frajda taka, frajda taka,
Że możem uczcić dzieciaka.

Dostanie tort i skakankę
I składankę budowlankę
A jak Ania będzie chora
Może bawić się w doktora.

Pamiętaj: kto ma pięć lat
To jest straszak, no i chwat
Nie jest zbyt gorąca zupka
Nie ciągnie za ogon Dupka
Bo kto dybie ciągle na psa
Ten dostaje za to klapsa.
Nie ciągnie go też za ucho
No i starszych zawsze słucha.

Wynosząc Cię pod niebiosy
Życzymy byś miał dwa nosy
Rączkę, nóżkę zapasową
I jeszcze i to, i owo.
Abyś był chłopaczek żywy
Ale grzeczny, nie wrzaskliwy
I w sędziwych pięciu latach
Nigdy nie deptał po kwiatach.
I jeśli jesteś coś warty
Zawsze słuchaj pani Marty.

I jak przetrwasz tak rok cały
Będziesz szkolniak doskonały
Wszyscy będą lubić Ciebie
I będziesz się czuł jak w niebie.


Tomek jest także bohaterem późniejszej książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm „Ulica Żółwiego Strumienia”, po lekturze której Szymon Kobyliński (który znał Tomka od dziecka, oceniał jego rysunki namawiając do własnego spojrzenia) napisał:

„-Tomek jawi się przede wszystkim jako dobry, a to komplement najszczytowszy z możliwych, zwłaszcza dziś, a ponadto od małego mądry życiowo i sercowo... Jego losy, rozpostarte po mnóstwie krain i szkół, jednak zaliczanych „w cuglach”, są świetnym leitomotivem całej narracji. Coś rośnie i dojrzewa z tym chłopakiem, coś się spełnia i czyni coraz bogatszym duchowo” (cytat z książki „Nie minęło nic, prócz lat”).

Na coroczne wakacje zimą i latem jeździł z mamą do Halamy w Zakopanem i do Nieborowa. Mama jakby wciąż dbała o jego nowe wrażenia i przeżycia. Poleciała z nim samolotem do Krakowa, „aby chłopiec zaznał lotu samolotem”. Po latach jego babka będzie mówić – „mój wnuk więcej jeździ samolotami niż ja autobusami..”.

Tomasz Tomczyk z mama Aleksandra Ziółkowską-Boehm


Pierwszą daleką podróż pani Aleksandra wymyśliła przed rozpoczęciem szkoły. Na „zakończenie dzieciństwa” wybrali się w podróż morską statkiem handlowym do Włoch i do Maroka.

Po skończeniu piątej klasy szkoły podstawowej towarzyszył jej na stypendium do Kanady, gdzie chodził do katolickiej szkoły (Ziółkowska opisała ten okres w rozdziale „Szkoła w Kanadzie” w książce „Nie tylko Ameryka”). W Toronto zastał ich stan wojny i pozostali ponad dwa lata. Tomek nauczył się języka angielskiego, zaczął naukę francuskiego, którą potem kontynuował w Instytucie Francuskim w Warszawie. Nauczył się także dobrze hiszpańskiego. Matka pisze, że nauka języków jest niewątpliwie pozytywnym rezultatem ich częstego przemieszczania się.

W Toronto roznosił gazety, należał do harcerstwa, wyjeżdżał z mamą na Florydę i do Nowego Jorku. W Kanadzie, jak pisze Pani Aleksandra, „usposobienie zmieniło mu się na pozytywniejsze”, ale Tomek tęsknił do rodziny, do zostawionego z dziadkami jamnika i bardzo chciał wracać. Wrócili do Warszawy w grudniu 1983 roku mając wcześniej przyznany stały pobyt w Kanadzie. Śmieszne perypetie ze zdobyciem podręczników, z wywiadówką w polskiej szkole opisane są także w przywoływanej książce „Ulicy Żółwiego Strumienia”. Starannie przygotował się do egzaminów wstępnych, które zdał i dostał się do dobrej szkoły Reytana w Warszawie. Miał czas szczelnie wypełniony - uczył się gry na flecie, chodził na naukę języków.

Z chłopcem rozmiłowanym w grze w szachy nie chciała grać mama (bo ponoć nie umie), ale grywał on z przywiezionym z Kanady komputerem, a także z odwiedzającym przyjacielem domu Michałem Radgowskim. Szachami i fotografią zainteresował chłopca młodszy brat matki, Krzysztof.

W pokoju Tomka na ścianie wisiała duża mapa świata. Ulubioną zabawą z mamą było, by poszukała na mapie jakiekolwiek miejsce: miasto czy region w świecie i spytała o nie Tomka, który miał wyznaczony krótki czas na odszukanie. Znał bowiem mapę świata na pamięć. Częstym gościem matki w mieszkaniu na Mokotowie bywał Ryszard Kapuściński, który zachodził do pokoju chłopca, mówił mu, że marzenia o podróżach można spełnić, że można pojechać wszędzie, na przykład do Afryki także. Jak się tylko bardzo chce. Kapuściński swoją serdecznością i delikatnością ujmował, i Tomek z czasem stał się zapalonym czytelnikiem jego książek.

Będąc uczniem szkoły Reytana przerwał naukę i towarzyszył matce w jej kolejnym amerykańskim tym razem stypendium, cały semestr uczęszczając do szkoły na Florydzie. Do Stanów jeździł jeszcze dwukrotnie z matką na jej stypendia (zawsze amerykańskie, nie polskie). Jak Pani Aleksandra mówi, jakimś cudem nigdy nie powtarzał roku i zawsze uzupełnił materiał. Po maturze jako kierunek studiów wybrał architekturę ucząc się wcześniej dwa lata rysunku. Zdał dobrze egzaminy wstępne i stał się studentem wydziału architektury Politechniki Warszawskiej. Jako student miał praktyki w Sandomierzu, także Czechosłowacji, ale jak wielu młodych ludzi jeździł po całej Europie, między innymi zbierał winogrona we Francji.

Mama opisuje wzruszającą historię, gdy ukradziono mu plecak w Lizbonie, znalazł schronienie u ojców Pallotynów i po tygodniu sam odnalazł złodzieja. Ten sam fakt opisał później ksiądz Andrzej Gładysz w „Naszej Rodzinie” (przedrukowanym w „Nowym Dzienniku” 25-25 lipca 1992) w artykule „Polacy w Portugalii”. Cytuję:

„Jako ostatniego, wspomnę pewnego studenta architektury, bardzo miłego i kulturalnego, który poprzedniego lata, podróżując jako turysta, został w Lizbonie doszczętnie okradziony (przypadek wcale nierzadki). Zamieszkał u nas na kilka dni do czasu, aż Konsulat wyrobi mu powrotne dokumenty. W ciągu kilku dni chłopak wytropił złodzieja, odzyskał większość swych rzeczy, a winowajcę oddał w ręce policji. Ostatni akt tego dramatu rozegrał się w mojej obecności w komisariacie policji: Tomek wraz ze złodziejem, już w kajdanach, padli sobie w objęcia za pożegnanie i ściskali się ze łzami w oczach”.

Według książki „Ulica Żółwiego Strumienia” (str. 445) ta historia od strony Tomka wyglądała tak:
„Patrzyłem na niego i zrobiło mi się go żal. Podszedłem, podałem dłoń – Con Dio (zostań z Bogiem), powiedziałem... Portugalczyk popatrzył na mnie, oczy mu się zaszkliły, chwycił mnie wpół i schylił głowę.
Trwaliśmy tak chwilę”.

Tomasz Tomczyk z Ryszardem Kapuścińskim



Był na drugim roku architektury, gdy mama wyszła za mąż za Amerykanina i przeniosła się do Stanów. Tomek doleciał do nich i kontynuował studia architektury na uniwersytecie w Fayetteville w stanie Arkansas, gdzie wykładał słynny amerykański architekt Fay Jones. W czasie wakacji jeden miesiąc pracował, resztę podróżował. Był na przykład w Puerto Rico, objechał autobusem cały Meksyk aż do Jukatanu, mając wciąż polski paszport pojechał na Kubę. Wiele fotografował i fotografia stała się jego dużą pasją. Na czwartym roku studiów, zgodnie w programem, cała grupa studentów architektury uniwersytetu w Fayetteville przeniosła się na studia do Rzymu. Tomek dorabiał jako tłumacz w TV, wykonywał rysunki-portrety i jeździł - i po Włoszech i po innych krajach. Bywał także w Warszawie. W „Twoim Stylu” (listopad 1992) przeprowadzono z nim wywiad z cyklu ”Rodzinne wartości”, powiedział w nim, że chociaż studiuje architekturę, ale ciągnie go do reportażu. Powiedział także:

„Mama miała i ma przyjaciół z kręgu literackiego. Tematy, o których się u nas rozmawia, były mi znacznie bliższe, niż te poruszane z rówieśnikami. Czasami czułem się niezręcznie, gdy stwierdzałem, że nudzę się z kolegami. Nie było to żadne wywyższanie się. (...) Podziwiam moją mamę za to, że przez tyle lat udało jej się pozostać samodzielnym i niezależnym człowiekiem. I że mnie tak wychowała. Nigdy nie patrzę w przeszłość, myśląc, że chciałbym coś w niej zmienić, odwrócić. Czasami było ciężko. Zmiana kraju, kontynentu, oderwanie się od czegoś, co się znało, nowe środowisko, inne problemy... Polska, Kanada, znów Polska, potem Stany, Polska i znowu Stany... Myślę, że jednak udało mi się odnaleźć siebie w takim rytmie życia, wyciągnąć z niego korzyść.

Jestem przygotowany na to, że w każdej chwili mogę zmienić miejsce zamieszkania, studiów” (...)

Jak pisze Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Tomek ma swoje nieduże pokoje z książkami i w warszawskim mieszkaniu i w domu w Wilmington w stanie Delaware.

O swoim podróżowaniu do Jugosławii mówił w radiu WAWA. W „Polityce”(19 marca 1994) ukazał się jego tekst „Jak studiować w Ameryce”, przedrukowany potem w nowojorskim „Nowym Dzienniku”, zaczynający się od słów:

”Przeżyłem głęboką konsternację, gdy podczas jednego z pierwszych wykładów kolega poklepał po plecach 60-letniego profesora i spytał: ”Jak ci leci, Earl?”. Starszy pan odpowiedział: ”W porządku. Czy miałeś okazję popracować nad zadaniem, Ken?” Przez następne dwa miesiące stopniowo zmieniałem własne wyobrażenia o stosunkach między studentami a ciałem pedagogicznym”.

W „Rzeczypospolitej” drukuje duży reportaż z fotografiami z Gruzji zatytułowany ”W krainie anarchii” („W Gruzji nie istnieje armia z prawdziwego zdarzenia – w Tbilisi i większych miastach widać czasem patrole armii rządowej, natomiast wieś i rejony przygraniczne zostały pozostawione samym sobie”...).

Tomasz Tomczyk, Tybet


Fotografie Tomka drukuje „Gazeta Wyborcza”. W „Twoim Stylu” (Nr 11,1992) ukazuje się jego obszerny reportaż z fotografiami z Albanii: „Albania, czyli przebudzenie”. Cytat:
„Wydaje się, jakby trzy czwarte miasta wzięło jednocześnie urlop, ale nikt nie miał pieniędzy, by gdziekolwiek wyjechać”.(...)

Teraz Albania stała się miejscem swoistego polowania na dusze. Do Tirany przylecieli bogaci muzułmanie z Jordanu i Arabii Saudyjskiej. Nie skąpią oni pieniędzy na odbudowę meczetów i na uczenie młodzieży i dorosłych jak powinien modlić się pobożny muzułmanin. Otwiera się także na nowo świątynie, których fasady i wnętrza zostały kiedyś przebudowane, aby zatrzeć ich religijny charakter i przystosować do nowej funkcji. (...) Przyjechać do Albanii teraz, to dla jednych o kilka lat za późno. Dla innych o wiele lat za wcześnie”.

Także w „Twoim Stylu” (Nr 6, 1993) ukazał się reportaż Tomasza Tomczyka z Kuby: „Plaże pod specjalnym nadzorem”. Cytat:

„Niewątpliwym sukcesem nowego systemu jest zlikwidowanie uprzedzeń rasowych. Ten najbardziej zhispanizowany, kiedyś najbardziej konserwatywny skrawek Ameryki Łacińskiej, stał się przykładem tolerancji. (...) Jeśli widać na wyspie dyskryminację, to jest ona skierowana przeciw... samym Kubańczykom. Kubańczyk nie ma prawa wejść do hotelu, do restauracji czy sklepu, a nawet na niektóre plaże, o ile nie znajduje się w towarzystwie obcokrajowców” (...)

„Maria mówi, że ma szczęście. Poznałem ją w drodze z Hawany do Bahia Honda. Zatrzymała nasz samochód. Maria jechała na kilka dni do swojej rodziny na wsi. Przywoziła stamtąd żywność, tak trudno osiągalną w stolicy” (...).

W amerykańskim piśmie „Northwest Arkansas Times” (October – November 1992) jako Thomas Tomczyk drukuje cykl reportaży z Albanii: „A little slice of Albanian history”, „Poor country rich in culture, hospitality”, „Albania: Forty-eight years of Isolation”.

Na studiach obok architektury jako przedmiot dodatkowy wybrał dziennikarstwo, otrzymał prestiżową nagrodę przyznawaną przez Fulbright College Awards – „The Larry Obsitnik Award in Photojournalism”. Po otrzymaniu dyplomu architekta pracuje w Dallas w dużej firmie architektonicznej, kupił stare Porsche. W rok później sprzedał samochód i wyjechał w podróż, o której mówił matce od dawna, podróż dookoła świata. Marzył o niej jako chłopiec słuchający opowieści Kapuścińskiego. Był blisko rok w Turcji, Egipcie (gdzie nawiązał kontakt z pismem i drukował w „Cairo Today”), Iranie, Afganistanie, Pakistanie, Nepalu, Tybecie, objeżdża Indie (kupiwszy motocykl w New Delhi i po trzech miesiącach sprzedając go w tym samym miejscu), Sri Lance, Chinach, Japonii...

Pani Aleksandra zapytana o odwiedzone przez syna miejsca, nie umie wymienić wszystkich krajów, pamięta tylko, że co tydzień telefonował, i pamięta, jak nie spała nocami, gdy tydzień mijał, a telefon nie dzwonił.

Z Alaski pojechał do San Francisco, miasto zrobiło na nim urzekające wrażenie i postanowił w nim zamieszkać. Wynajął mieszkanie na słynnej Lombard Street, pieszo chodząc do pracy do dużej firmy architektonicznej. Ma motocykl, zawsze uprawia sport – jeszcze w Polsce judo, w Stanach szermierkę, polo i boks. W San Francisco zrobił licencję z paragliding. I znowu obmyśla wyjazd. Tym razem jedzie do Afryki, między innymi do Kenii, Etiopii, Sudanu i Somalii. W „Polityce” (11 września 1999) w cyklu „Na własne oczy” ukazuje się jego poruszający reportaż zatytułowany „Sudańska fabryka głodu” ze wstrząsającymi zdjęciami. Reportaż zaczyna tak:

„Wokół snują się nagie postacie o patyczkowych kończynach i olbrzymich głowach. Obcy czuje się tu nieswojo. Jest jak na innej planecie, otoczony przez mieszkańców o twarzach mędrców i zanikłym ciele.

Najsłabsze dzieci leżą w cieniu drzew nie mając sił, by odgonić z twarzy muchy. Trzylatki nie potrafią jeszcze chodzić. Dzieci wyglądające na cztery lata, mają siedem. W centrach terapeutycznych południowego Sudanu tygodniami balansują na granicy życia i śmierci. Wolontariusze organizacji „Lekarze bez granic” przyjmują je tu, gdy ich waga spada poniżej 60 procent normalnej. Nagość jest wszędzie wszechobecna”. (...)

Niebawem potem wspominani w reportażu „lekarze bez granic” otrzymali pokojową nagrodę Nobla.
W nowojorskim „Nowym Dzienniku” Tomasz Tomczyk wydrukował reportaż z Egiptu, Somalii i Sudanu: „Z dala od piramid”, i „W Somalilandzie już nie strzelają”, „Siedem plag Sudanu”.

Tomasz Tomczyk, Kenia

 Tomek postanawia zrobić magisterium właśnie z dziennikarstwa. Wybrał najstarszy amerykański wydział dziennikarstwa na uniwersytecie w Columbii w Missouri. Sam znajduje wcześniej pracę jako „assistant professorship” – prowadzi zajęcia na wydziale architektury i jednocześnie studiuje na wydziale dziennikarstwa (co zwolniło go z ogromnych opłat za studia magisterskie). Otrzymuje dodatkowe stypendium na uniwersytecie, jak i z Miami The American Institute of Polish Culture i z nowojorskiej Fundacji Kościuszkowskiej.


Jest czynny i bardzo zajęty. Drukuje swoje cartoons w prasie (zawsze powołuje się na wpływ politycznych rysunków Szymona Kobylińskiego). Te rysunki z komentarzami także politycznymi drukowane w prasie amerykańskiej są dużym Tomka osiągnięciem.

Drukuje dalej reportaże, duże echa wywołał jego reportaż „Step by Step” w „Columbia Missourian”. W czasie studiów - jak większość studentów dziennikarstwa - dużo jeździ. Jedzie ponownie do Indii. W nowojorskim miesięczniku „Lapis” drukuje „cover story”- reportaż z fotografiami na temat święta „Maha Kumbha Mela”, jego fotografie ukazują się w „Missouri Life”, z Sudanu w „World and I”, „Global Journalist”.

W uniwersyteckim miasteczku Columbia organizuje wystawę fotograficzną „Stacje Krzyżowe”. Powiedział, że inspirację do tego tematu uzyskał w Sudanie, kiedy patrzył na ludzkie nieszczęścia. Wystawa wzbudziła poruszenie w kościele, ksiądz Edwin Cole mówi, że fotografie młodego fotoreportera ożywiły parafię.

Praktyki studenckie odbywa w wielkiej codziennej gazecie w Santiago de Chile, gdzie drukuje po hiszpańsku swoje teksty. Pracę magisterską pisze z Erytrei, gdzie spędza 3 miesiące zbierając materiał na temat odbudowywania kolei, w której biorą udział Włosi. Otrzymuje nagrodę jako finalista w „Photographer’s Forum Magazine” w Los Angeles. Po skończeniu magisterium pracuje jako architekt w Nowym Jorku, wyjeżdża do Nikaragui i Hondurasu.

Od marca 2003 roku jest na Karaibach – na wyspie Roatan otwiera własny dwutygodnik „Bay Islans Voice”. Jest w języku angielskim i ma kilka stron w języku hiszpańskim. Ukazało się ponad 20 numerów, obejmuje zasięgiem wyspy Roatan, Utila i Guanaja. Pismo ma wiele ogłoszeń, wspiera lokalny uniwersytet, sponsoruje uzdolnioną biegaczkę. Przeprowadza wywiady między innymi z „pierwszą damą Hondurasu”, z szefem policji, z gubernatorem wyspy. Tomek zatrudnia dwie osoby, poszukuje odpowiedzialnych ludzi znających nie tylko angielski, ale i hiszpański. Na ogłoszenie o pracę zgłosiło się 50 amerykańskich młodych dziennikarzy. Od 2004 roku uruchamia kwartalnik „Echo”. Na stronie internetowej podkreśla, że urodził się w Łodzi (którą opuścił jako 4-letni chłopiec), że jest z Polski.

- Czy brakuje mu ojczyzny? – na te i inne pytania nie mam odpowiedzi. Może kiedyś, gdy będzie w Stanach, uda mi się z nim przeprowadzić wywiad?
W 1992 roku w „Twoim Stylu” w wywiadzie z Elżbietą Chęcińską powiedział:
„Gdzie jest mój dom rodzinny? Nie wiem. Najbardziej chyba cenię dom moich dziadków, który pachnie dzieciństwem. Dziadek zmarł, ale jest babcia, są wujkowie(...) Dużo podróżuję i wiem, że mama martwi się o mnie. Po powrocie opowiadam jej przeróżne, niesamowite historie, a ona aż wstrzymuje oddech. Zapewniam ją, że uważam na siebie, ale i tak się niepokoi”(...).

Porozmawiałam na jego temat z mamą, Aleksandrą Ziółkowską-Boehm. Mówi, że Tomek ma wielkie serce, że jest wrażliwy, pełen inicjatywy, wymagający dużo od siebie, i że ciężko pracuje. Podziwia jego niemałą wiedzę, jego oczytanie, znajomość języków, umiejętność zorganizowania się i dostosowania. Oczywiście, że jest dumna - jest jej jedynym ukochanym synem, którego sama wychowała. Mówi: „Gdy się rodzi dziecko, troska i zmartwienie już nas nie opuszcza. Tym bardziej, gdy jest wciąż w ruchu... Każdy jego kolejny wyjazd to mój wielki niepokój, czasami wręcz strach”. Ziółkowska uważa także, że płaci się dużą cenę za to podróżowanie i przemieszczanie. Tomek wciąż nie ułożył sobie życia, czego i jemu i sobie życzy. Są wciąż oddaleni. - Może gdybym go nie wychowała w przekonaniu, że świat stoi otworem, że można sięgać po marzenia...

Daje przykład swojego starszego brata Henryka, który w Polsce buduje dom z czterema osobnymi mieszkaniami, w których zamieszkają jego dwaj synowie. Będą pod jednym dachem. Jest to inny model życia – jakże pełen komfortu psychicznego, - mówi Aleksandra Ziółkowska-Boehm.
.

(skrócona wersja tego tekstu ukazała się w: WEEKEND, Nowy Dziennik, Nowy Jork, 21 lutego 2004)




https://www.cultureave.com/dziennikarz-z-wysp-karaibskich