środa, 4 czerwca 2014

Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowiesci

Aleksandra Ziółkowska-Boehm


NA TROPACH WAŃKOWICZA PO LATACH
WARSZAWA 2009, 
wyd Prószyński i S-ka

STRONY 309-313




Na temat procesów Wańkowicza i hojnosci pisarza uzyskałam (15 czerwca 2009 roku) wypowiedź Jana Olszewskiego, którą przytaczam.

„Proces Melchiora Wańkowicz 1964 roku był oczywistym aktem odwetu władz PRL-u za podpisanie tzw. „listu 34”. Ten zbiorowy protest wybitnych przedstawicieli polskiej nauki i literatury Władysław Gomułka potraktował niemal jako osobiste wyzwanie. Nazwisko Wańkowicza złożone pod tym listem mogło być dla niego szczególnie nieprzyjemnym zaskoczeniem. Pisarz od chwili powrotu do kraju nie wypowiadał się oficjalnie w żadnych sprawach politycznych. Równocześnie korzystał jakby ze szczególnego przywileju publikowania książek poświeconych polskiemu udziałowi w II-giej wojnie światowej (w tym słynnego opisu bitwy o Monte Cassino), a więc tematom cieszącym się równie wielką popularnością wśród czytelników, jak niechęcią  wśród cenzorów. W tej sytuacji nazwisko pisarza widniejące pod zbiorowym protestem przeciwko cenzurze wzbudziło zrozumiałą wściekłość „ludowej władzy”. Okoliczności te organy bezpieczeństwa wykorzystały do podjęcia akcji represyjnej przeciwko grupie pisarzy, których podejrzewały o publikowanie swoich prac pod pseudonimami w wydawnictwach emigracyjnych. Wkrótce po aresztowaniu i skazaniu Wańkowicza wszczęto śledztwa przeciwko Janowi Nepomucenowi Millerowi, Stanisławowi Mackiewiczowi i Januaremu Grzędzińskiemu.
Proces Wańkowicza, jako pierwszy z zamierzonych, został przeprowadzony w trybie błyskawicznym. Jedynym świadkiem oskarżenia, na którego zeznaniach prokuratura oparła zarzuty był funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa. Wyrokowi nadano publiczny rozgłos zamieszczając w wybranych pismach nie tyle sprawozdania, co propagandowe ataki personalne na oskarżonego pisarza. Oczywiście ani korespondentów zagranicznej prasy, ani w ogóle osób nie zaakceptowanych przez bezpiekę nie wpuszczono na salę rozpraw. Karę 3 lat więzienia (zmniejszoną do 1,5 roku na podstawie amnestii) orzeczono za rzekome „rozpowszechnianie fałszywych wiadomości  mogących wyrządzić istotną szkodę interesom państwa”.
          Zaraz po wyroku, kiedy sąd uchylił zastosowany wobec oskarżonego tymczasowy areszt, Wańkowicz nawiązał kontakt z adwokat Anielą Steinsbergową i wyraził chęć spotkania z obrońcami występującymi w procesach politycznych. Do Anieli Steinsberg zwrócił się z tą prośbą, ponieważ słyszał o jej obronie w głośnej sprawie Kazimierza Moczarskiego. W spotkaniu, które odbyło się kilka dni później u Anieli Steinsberg, oprócz mnie uczestniczyli, o ile dobrze pamiętam, Andrzej Grabiński i – być może - Stanisław Szczuka lub Władysław Winawer. Wańkowicz poprosił nas o opinię na temat szans rewizji wydanego w jego sprawie wyroku I instancji. Nasza ocena była jednomyślna: wyrok jest oczywiście błędny zarówno prawnie jak i pod względem dowodowym, ale szanse jego uchylenia w Sądzie Najwyższym ze względu na skład personalny Izby Karnej SN, w której rozpatrywana była rewizja, są właściwie żadne. Mimo to uważaliśmy, że rewizja powinna być wniesiona, ponieważ stwarzała okazję wykazania oczywistej bezsensowności oskarżenia, a ponadto odsuwała przynajmniej na pewien czas niebezpieczeństwo osadzenia przeszło 70-letniego pisarza w więzieniu.
Jednakże Wańkowicz nie podzielił  naszych argumentów. Uznał, że dobrowolny udział w postępowaniu procesowym, które ma oczywiście fikcyjny i stronniczy  charakter, mogłoby być odebrane przez opinię publiczną, jako zgoda z jego strony na uznanie jaskrawego bezprawia za akt wymiaru sprawiedliwości, a przy tym zgodę podyktowaną obawą przed zamknięciem w więzieniu. Dyskusja była momentami niemal burzliwa, ale ostatecznie Wańkowicz pozostał przy swoim zdaniu. Okazało się, że miał rację. Wobec uprawomocnieniu się wyroku powstał problem wykonania orzeczonej kary 1,5 roku pozbawienia wolności, ale nikt w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie nie odważył się wydać decyzji o zamknięciu do więzienia bardzo popularnego pisarza. Zwrócono się w tej sprawie do Ministerstwa Sprawiedliwości. Stamtąd trafiła ona do Komitetu Centralnego PZPR. Czas płynął, a żadna urzędowa ani polityczna instancja nie ośmieliła się ostatecznie rozstrzygnąć tego drażliwego problemu. Szukając jakiegoś rozwiązania postanowiono „zachorować” Wańkowicza i orzec niemożliwość osadzenia go w więzieniu ze względu na podeszły wiek i zły stan zdrowia. Pisarza wezwano więc do stawienia się przed komisję lekarską celem zbadania czy kwalifikuje się do osadzenia w zakładzie karnym. Odpowiednio dobrany i poinstruowany skład tej komisji miał orzec niezdolność badanego do przebywania w warunkach więziennych. Wszyscy obrońcy radzili Wańkowiczowi, aby stawił się na badanie, uważając, że jest to najbardziej bezbolesny sposób zakończenia sprawy. Z drugiej strony istniała obawa, że odmowa stawienia się przed komisją może zdenerwować władze i spowodować zamknięcie opornego pisarza w areszcie. Podzielałem to stanowisko kolegów adwokatów. Moja sytuacja była jednak szczególna. Przewodniczący IV Wydziału Karnego Sądu Wojewódzkiego w Warszawie, w którego kompetencji znajdowała się ta sprawa, zwrócił się do mnie z prywatną – jak zapewnił – prośbą o przekazanie memu klientowi jego osobistej gwarancji, że badanie lekarskie ograniczy się wyłącznie do wywiadu o stanie zdrowia pisarza, będzie zupełnie nieuciążliwe, a jednocześnie pozwoli ostatecznie uwolnić go od groźby wykonania orzeczonej kary. Nie mogłem odmówić przekazania prośby. Wańkowicz wysłuchał mnie uważnie, a potem powiedział: „Wykonał pan swój obowiązek adwokacki, a teraz proszę powiedzieć szczerze, co by pan zrobił będąc na moim miejscu? Odpowiedziałem: Zrobiłbym to samo, co Pan zamierza zrobić. Nie poszedłbym tam.” Pan Melchior uścisnął mi rękę i zakończył rozmowę stwierdzeniem: "To właśnie spodziewałem się i chciałem usłyszeć.” Ostatecznie akta sprawy zostały zamknięte na parę lat w kasie pancernej prezesa Sądu i tam doczekały kolejnej amnestii w 1969 r., która uwolniła komunistyczny wymiar sprawiedliwości od tak kłopotliwego skazańca.
          Z doświadczeń z Wańkowiczem władze PRL-u wyciągnęły wnioski w sprawach pozostałych ofiar antyliterackiej  nagonki przeprowadzonej przez SB w 1964 r. W stosunku  do J.N.Millera orzeczono od razu karę pozbawienia wolności z zawieszeniem jej wykonania. Wobec Stanisława Mackiewicza w ogóle zrezygnowano z oskarżenia, Januarego Grzędzińskiego gnębiono kilkuletnim śledztwem, zakończonym dopiero z chwilą śmierci podejrzanego.
Ale sprawa Wańkowicza nie zakończyła się na tym. Pan Melchior zgodnie z tradycją obowiązującą litewską szlachtę, z której się wywodził, uznał, że nie może pozostawić bez odpowiedzi, insynuacji i pomówień zawartych w inspirowanych przez SB publikacjach prasowych relacjonujących przebieg procesu sądowego. Nie sposób było odpowiedzieć na wszystkie tego rodzaju paszkwile. Wańkowicz wybrał więc z tej operacyjnej ekipy dziennikarskiej jednego, ale najważniejszego autora. Był nim rozpoczynający wtedy przyszłą karierę w politycznej nomenklaturze PRL-u przyszły szef Urzędu ds. Wyznań, a wówczas redaktor naczelny pisma „Prawo i Życie” – Kazimierz Kąkol. Próba uzyskania satysfakcji w normalnej drodze procesu sądowego o zniesławienie byłaby w ówczesnych warunkach w najlepszym razie dowodem skrajnej naiwności pokrzywdzonego. Trzeba było szukać innego sposobu uzyskania sprawiedliwości. Wańkowicz znalazł taki – zgodny z tradycją kresowych karmazynów niekonwencjonalny sposób. Z jego upoważnienia zainicjowałem i prowadziłem to postępowanie – przyznaję, jedyne tego rodzaju w całej mojej ponad 30-letniej praktyce adwokackiej. Zaproponowaliśmy redaktorowi „Prawa i Życia” poddanie sporu o rzetelność zamieszczonego w tym piśmie jego sprawozdania z procesu Wańkowicza postępowaniu rozjemczemu przed sądem koleżeńskim jednego z tzw. stowarzyszeń twórczych, do których należały strony tego konfliktu – Wańkowicz jako literat, Kąkol jako dziennikarz.
          Kazimierz Kąkol, w młodości żołnierz AK z bardzo dobrą kartą bojową w Powstaniu Warszawskim ( co nota bene uznaliśmy za okoliczność umożliwiającą przyjęcie honorowego trybu rozstrzygnięcia sporu) wyzwanie przyjął.
          Po skomplikowanych i żmudnych pertraktacjach sprawę przyjął do rozpatrzenia Sąd Koleżeński Związku Literatów Polskich. Toczyła się w przeciwieństwie do błyskawicznego procesu sądowego, jeśli dobrze pamiętam, co najmniej przez kilka miesięcy. Nie chcę tu przedstawiać bardzo interesującego jej przebiegu, bo po upływie 40 lat od tych wydarzeń nie mogę zaufać własnej pamięci. Pełna dokumentacja z aktami powinna znajdować się w archiwum ZLP. W każdym razie zakończyła się pełnym zwycięstwem Wańkowicza.
           Na zakończenie tej relacji muszę powiedzieć parę zdań w sprawie, o której zwykle nie rozmawiają dżentelmeni – o pieniądzach. W warszawskim środowisku literackim dość szeroko rozpowszechniana była opinia o jakoby szczególnie komercyjnym stosunku Wańkowicza do wszelkich spraw życiowych łącznie z własną twórczością literacką. Uważam więc za swój obowiązek opowiedzieć o własnych doświadczeniach w tej kwestii.
          Po zakończeniu procesu pan Melchior zwrócił się do mnie o przedstawienie mu sumy moich należności za świadczoną pomoc prawną w jego sprawie. Odpowiedziałem, że nic mi nie jest winien, ponieważ w mojej praktyce adwokackiej przyjąłem zasadę nie pobierania wynagrodzenia za występowanie w procesach politycznych, a tak właśnie traktuję jego sprawę. W odpowiedzi oświadczył mi, że w żadnym wypadku nie może się na to zgodzić. Wynikł z tego długi i zacięty – chociaż toczący się w bardzo sympatycznej atmosferze spór, w którym żadna ze stron nie przejawiała najmniejszej chęci do zgody. Ostatecznie konflikt znalazł rozwiązanie w marcu 1968 r., kiedy zostałem przez ministra sprawiedliwości zawieszony w wykonywaniu zawodu adwokata. W związku z tym moja sytuacja życiowa stała się dość trudna. Niespodziewanie dowiedziałem się, że na moje konto w PKO, którego stan był dość mizerny wpłynęła wpłata o wysokości 10 tysięcy złotych, co w tamtym czasie była dość dużą kwotą pieniędzy. Okazało się, że wpłacającym był Wańkowicz. Gdy usiłowałem zaoponować przeciw temu, pan Melchior oświadczył mi: „Pan ma swoje zasady, a ja swoje. Pan prowadzi bezpłatnie obrony polityczne, a ja w miarę moich możliwości staram się świadczyć pomoc ludziom prześladowanym z powodów politycznych. Szanujmy wzajemnie nasze zasady.” Musiałem się z tym zgodzić, bo od połowy lat sześćdziesiątych Wańkowicz przekazywał pieniądze na akcję pomocy dla represjonowanych ludzi opozycji prowadzoną przez Jana Józefa Lipskiego, w której ja także z nim współpracowałem. Pisarz zastrzegł sobie w tej sprawie całkowitą i bezwzględną tajemnicę. O przekazywanych przez niego pieniądzach wiedziały tylko 3 osoby: J.J. Lipski, ja i b. prezes Klubu Krzywego Koła Aleksander Małachowski. Zobowiązanie zachowania tajemnicy zostało przez wszystkich ściśle wykonane. Dzisiaj uważam za swój obowiązek jej ujawnienie”. 

**












 

niedziela, 4 maja 2014

Márquez - magiczny pisarz






Aleksandra Ziółkowska-Boehm
 
Márquez - magiczny pisarz

17 kwietnia w wieku 87 lat w Mexico City zmarł Gabriel Garcia Márquez, jeden z największych pisarzy hiszpańskojęzycznych od czasów Miguela de Cervantesa. Uważany jest za jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy świata, jak Dickens, Tołstoy czy Hemingway. W 1982 roku otrzymał Literacką Nagrodę Noblaza „powieści i opowiadania, w których fantazja i realizm łączą się w złożonyświat poezji, odzwierciedlającej życie i konflikty całego kontynentu”.
Za jego najznakomitsze dzieło uważana jest powieść zatytułowana Sto lat samotności”.Wydana w 1967 roku przyniosła Márquezowi wielką sławę, przetłumaczona została na ponad 35 języków, sprzedana w dziesiątkach milionów egzemplarzy. Chilijski poeta Pablo Neruda nazwał ją „najważniejszym dziełem literatury hiszpańskojęzycznej od czasów Don Kichota”.
Akcja dzieje się w bezdrożach wioski Macondo. Tak, jak podziwiany przez Márqueza William Faulkner umieszczałakcje niektórych swoich utworów w wymyślonym Yoknapatawpha County w Mississippi, tak niektóre powieści Márqueza rozgrywają się w - lub w pobliżu - Macondo.
Z lekturą „Stu lat samotności” zmagałam się, pamiętam, dość długo. Bohaterowie sagi rodu Buendia targani sa sprzecznymi uczuciami, mocują z samotnością, bezcelowością wojny domowej, z niezdolnościąkochania. Akcja książki przynosi niesamowite - wręcz magiczne - wydarzenia i zdarzenia. Nie ma granicy między tym co realne, a tym co fantastyczne. Jak w innych powieściach i opowiadaniach Márqueza dzieją się dziwne rzeczy: kapłani lewituja, zwłoki sięnie rozkładają, wybuchają epidemie bezsenności i utraty pamięci, spada deszcz w postaci kwiatów... Książka prowokuje, przyciąga i odrzuca. Jest jak filmy Federica Felliniego. Przypomina pisarstwo Jorge Luis Borgesa, Michaiła Bułhakowa, czy Güntera Grassa lub Salmana Rushdiego. Jej specyficzny styl nazwano „realizmem magicznym”.

„Sto lat samotności” zawiera wiele pięknych powiedzeń. Oto kilka cytatów z książki:

...Sekretem dobrej starości jest nie co innego, tylko szczery pakt z samotnością.
...Plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi.
...Przytomna starość może więcej powiedzieć niż wróżby z kart.

...Człowiek nie należy do żadnej ziemi, póki nie ma w niej nikogo ze swych zmarłych.
Ponoć świadomość kruchościżycia zawsze towarzyszyła pisarzowi. Od kilku lat chory na raka limfatycznego wycofałsię z życia publicznego, a do swoich przyjaciół rozesłał pożegnalny list. List ten zaistniał potem na na internecie, rozsyłany w różnych jezykach jako składanka fotografii z myślami pisarza, który u schyłku życia dzielił się swoją mądrością (dostałam i ja wiele miesiecy temu taką składankę). Cytowano np. słowa : Nauczyłem się, że człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby siępodniósł.”, „Gdybym wiedział, że są to ostatnie minuty, kiedy cię widzę, powiedziałbym „kocham cię”, a nie zakładałbym głupio, że przecież o tym wiesz.”
Kiedy chorował, prasa podawala, że istnieje nieopublikowany tekst, który według życzenia pisarza ma być ogłoszony po jego śmierci. Ma mieć ponoć tytuł „Zobaczymy sie w sierpniu” („We’ll See Each Other in August,”,„En Agosto Nos Vemos”).
Ameryką Łacińską interesuję się od ponad dwudziestu lat. Także ze względu na mojego syna, który otworzył pismo na Karaibach, potem w Nikaragui. Odwiedzając miejsca na południe od Stanów – Puerto Rico, Meksyk, Costa Ricę, Brazylię,Argentynę, Paragwaj, pamiętam, że rozmawiając z ludźmi, którzy dowiadywali sięo mojej pasji pisania i czytania, zawsze byłam pytana, czy znam książki ich„Gabo”, jak nazywano ukochanego pisarza. Był takim i dla Kolumbijczyków (urodził się w Kolumbii), i dla Meksykanów (w Mexico City spędził większą część swojego życia), i w innych miejscach.

Druga książka Márqueza, o której chce napisać, to „Miłośćw czasach zarazy. Jest jedną z piękniejszych jakie czytałam książek o miłości. Miłości, która okazała się silniejsza od samotności i śmierci. Jest to historia uczucia dwojga ludzi poety Florentino Arizy oraz rozsądnej Ferminy Dazy pokazana na przełomie XIX i XX wieku. W 2007 roku powstał na jej podstawie film (na postawie książek Márqueza nakręcono kilka filmów) w reżyserii Mike’a Newella z Javier Bardem i Giovanną Mezzogiorno w głównych rolach. Jest to opowieść o miłości, która znalazła spełnienie dopiero u kresu życia, po półwieczu wyczekiwania, wbrew wszelkim przeciwnościom losu. Uczucie rodzi się z przelotnej znajomości. Młodzi prowadzą kilkuletni miłosny dialog poprzez listy i krótkie spotkania. Ojciec Feminy przeciwny związkowi córki z biednym poetąwywozi córkę z małego miasteczka. Florentino zmaga się ze swoim bólem nie tracąc nadziei na spotkanie. Mijają lata. Fermina godzi się na małżeństwo z rozsądku: jej wybrankiem zostaje doktor - arystokrata, któremu po powrócie z zagranicy udaje się pokonać w miasteczku niebezpieczną cholerę. Doktor Urbino zyskuje szacunek okolicznej ludności i miłość Ferminy. Dziewczyna zapomina o biednym, zakochanym w niej poecie. Mija 50 lat, 9 miesięcy i cztery dni... kochankowie odnawiają swoją pasję po półwieczu niewidzenia siebie.
Inne powieści Márqueza, to m.in. „Jesień patriarchy”, „Generał w labiryncie”,„Raport z pewnego porwania”, „ Życie jest opowieścią”, „Opowieść rozbitka”, „Zła godzina”,”Niewiarygodna i smutna historia niewinnej Erendiry i jej niegodziwej babki”, Dialog lustra”,„Jesień patriarchy”, „Kronika zapowiedzianej śmierci”, „Na fałszywych papierach w Chile”,„Rzecz o smutnych dziwkach”.

Gabriel García Márquez urodził się 6 marca 1927 roku w Aracataca, małym miasteczku w pobliżu karaibskich wybrzeży Kolumbii , jako najstarsze dziecko urzędnika pocztowego i wędrownego farmaceuty, który nie był w stanie utrzymac żonę i dwana
ścioro dzieci. Najstarsze dziecko, Gabriel, spędziłwczesne dzieciństwo w dużym, zrujnowanym domu swoich dziadków ze strony matki. Ten dom będzie przywoływał w swoich książkach, podobnie jak duchy dziadków po nim krążące. Ponoć dziadek nosił wyraźne podobieństwo do pułkownika Buendia , bohatera „Stu lat samotności”, a mityczna wioska Macondo oparta jest na Aracataca.
Gabriel García Márquez kolejno mieszkal w Bogocie, studiował prawo, ale studiów nie ukończył. Zaczynał pisanie od dziennikarstwa. W połowie lat 1950. dwa lata spędził jako korespondent zagraniczny w Europie Zachodniej. Uważał, że Europejczycy byli protekcjonalni wobec Ameryk i Łacińskiej, a i sam Márquez nie ulegl urokowi Europy.
Podobnie jak wielu intelektualistów i artystów z AmerykiŁacińskiej, Garcia Márquez patrzył na świat z perspektywy lewicowej, m.in. wspieral Fidela Castro na Kubie. Ponoć byli tak zaprzyjaźnieni, że pisarz pokazywał mu projekty swoich niepublikowanych książek. Rzadko udzielał wywiadów i prawie nie występował w telewizji. Amerykańskiemu „Playboyowi” – gdy zapytano go o przyjaźńz Castro odpowiedział: „Nikt przecież nie uwierzy, że najczęściej rozmawiamy ołowieniu ryb, więc po co mam to mówić". Więzi Garcii Márqueza z Castro niepokoiły niektórych intelektualistów i obrońców praw człowieka, publicznie wypowiadała się Susan Sontag w 1980 roku, mówiąc, że to „skandal, że pisarz z tak ogromnym talentem jest rzecznikiem rządu, który wsadził do więzieńwięcej osób ( proporcjonalnie do liczby ludności) niż jakikolwiek inny naświecie”.
Podobno pomógł w finansowaniu partii politycznej Wenezueli, był też obrońcą lewicowych rewolucjonistow, którzy przejęli władzę w Nikaragui .



Amerykanie odmawiali mu wizy blisko trzydzieści lat, może dlatego, że był członkiem Komunistyczej Partii Kolumbii w 1950 roku, może ze względu na przyjaźń z Castro. W 1995 roku prezydent Bill Clinton zaprosił Margueza do Stanów. Po jego śmierci prezydent powiedział, że „miał zaszczyt byćprzyjacielem pisarza i poznać jego wielkie serce i genialny umysł”.
Prezydent Barack Obama powiedział, że świat stracił jednego z największych pisarzy, że był jego ulubionym autorem od czasów młodości.
Prezydent Enrique Pena Nieto ogłosił, że w imieniu całego Meksyku wyraża smutek z powodu śmierci jednego z największych pisarzy naszych czasów.

Podobnie wypowiedzieli się prezydenci Kolumbii, Brazylii, Urugwaju, Kuby, Francji, wielu pisarzy, i wielu czytelników. Odej
ście pisarza opłakuje świat.

Amerykański publicysta Eugene Robinson napisał, że Márquez wywarł duży wpływ na jego życie,że po „lekturze „Stu lat samotno
ści” zmienił swoje spojrzenie na świat.
„Years before I met him, Gabriel Garcia Márquez changed my life”...zaczął swój tekst zatytułowany „Adventures in magical realism”, który ukazał się w “Washington Post”.

[W:] Przeglad Polski/Nowy Dziennik, Nowy Jork, 5 maja 2014


http://dziennik.com/archiwum/przeglad-polski/marquez-pisarz-magiczny/

środa, 27 listopada 2013

Ingrid Bergman and her American Relatives


Aleksandra Ziolkowska-Boehm

INGRID BERGMAN AND HER AMERICAN RELATIVES


Lanham, MD: Hamilton Books. The Rowman and Littlefield Publishing Group (2013),

Lanham. Boulder. New York. Toronto. Plymouth, UK

ISBN      978-0-7618-6150-8

E: book  978-0-7618-6151-5

124 pages

*In Polish:  Aleksandra Ziółkowska-Boehm,''Ingrid Bergman prywatnie'', Warszawa: Prószyński i S-ka (2013), ISBN 978-83-7839-518-8

Contents

List of Photographs: from the Archives of Norman Boehm v

Foreword vii

Acknowledgments ix

Introduction xi

1 American Relatives 1

2 Childhood: Ingrid’s Swedish and German Family 11

3 Early Years 17

4 First Two Visits to America: Ingrid Visits Her American Relatives 21

5 Her Beauty, Her Height 27

6 Casablanca 29

7 Hollywood 31

8 Petter Lindstrom 33

9 Leading Men Actors 37

10 Roberto Rossellini 39

11 Anastasia and the End of the Second Marriage 55

12 Lars Schmidt 67

13 Her America 73

14 Italians, Swedish 79

15 Pia and the Rossellini Children 83

16 Love for Acting 89

17 Illness 93

Contents

Epilogue: For Love and Glory 99

Annex: A Few Selected Scanned Letters to Aunt Blenda, Carl

Norman, and Norman 101

References 113

About the Author 115

https://rowman.com/ISBN/9780761861508


“Ingrid will best remembered for her part in “Casablanca”, staring with Humphrey Bogart in 1942. It was one of the many films, plays and TV documentaries she acted in during her lifetime. She lived to act, saying she left her shyness behind when she stepped on the stage. As a tall, sensuous and beautiful Swedish woman, she began acting early in life, in London, Paris, America and Sweden. She won many awards, including three Oscars, during her lifetime. The book describes the relationship with her American relatives, the Boehm. Cousin Norman Boehm visited with her during her lifetime. Correspondence between Aunt Blenda Boehm, her son Carl and grandson Norman reveal the nature of the actress. The author, Aleksandra Ziolkowska-Boehm did not meet, but research and family contacts with Ingrid bring her to life.
Ingrid’s first marriage to Peter Lindstrom ended in bitter divorce over the child, Pia, all this happening while Ingrid was pregnant with Roberto Rossellini’s child. (After her divorce she married Rossellini and later had three more children with him.) This caused a huge scandal, with Senator Edwin C. Johnson denouncing her on the floor of the Senate. She was finally forgiven 22 years later, in 1975. The Rossellini marriage ended in 1957 when Rossellini became involved with another woman. Later Ingrid marries Lars Schmidt, a marriage which lasted for 17 years.
Ingrid maintained close contact with her children (they did not live with her as Rossellini had custody of the children), stopping work for 18 months to stay with her daughter Isabella when she had serious surgery. She also maintained contact with the Boehms and other family members; much of the correspondence is provided here.
Bergman was diagnosed with cancer in 1974 and struggled with it, continuing to act until she became too weak. She died on August 30, 12982, at the age of 67. She will be remembered as a beautiful actress, and a warm, generous, kind and compassionate person”
Florence Waszkelewicz Clowes, Books in Review, POLISH AMERICAN JOURNAL, October 2013, pg. 23
*
What a nice book written by Aleksandra Ziółkowska-Boehm, a well known scholar of literature, the author of numerous biographies and contemporary history. Ingrid was a kin of Norman Boehm, the author’s husband. The book presents correspondence between Ingrid Bergman and her relatives residing in the United States.Z iolkowska has cleverly interwoven family letters with the biography of the actress. Ingrid Bergman had a life fulfilled. Her roles in films and theatrical creations provided audiences with joy and pleasure. Bergman is probably one of the few actresses who inspired a spontaneous acceptance. Readers of Ziolkowska’s book will be rewarded with generally warm feelings."
Maja Cybulska, Ex Libris, Tydzien Polski, London, April 27, 2014

*
Ingrid Bergman was loved by critics, directors, writers, and above all by audiences, not only of cinema, but the theater as well.
Aleksandra Ziolkowska-Boehm was able to tell all that should be said about the actress but also about her artistry that grew as much from native talent as from her extraordinary personality.
Bergman’s adventures in acting helped her become someone else, someone who did not feel fear. As a girl, she was kind to others, and so it remained for the rest of her life. The book by Ziółkowska - Boehm recalls not only the history of Ingrid Bergman and her family, but also what happened to her three husbands and four children.
From the letters cited by the author, Bergman is shown as one oriented in the fate of her loved ones. Always interested in their lives, she was appreciative of any sign of feelings for her from them.
Hardly surprising is the fact that the documents provided by the author’s husband were interpreted with a great culture by Ziolkowska-Boehm. The reader will find a beautiful portrait of a woman and an artist, one that anyone would like to be near or in her presence.
Andrzej Józef Dabrowski, Play it again, Ingrid! PRZEGLAD POLSKI, NOWY DZIENNIK,. New York, May 2014
*
Aleksandra Ziolkowska-Boehm includes many tales, and much more in her book. After Norman visited his famous cousin Ingrid Bergman and her husband Roberto Rossellini in Paris on his first company vacation, he wrote that he was "treated royally in France": "a high speed spin around Paris late at night in a Ferrari"; a party in the home of the painter Jean Renoir. On his next holiday, he spent a weekend with Bergman and others, including Yul Brynner, in Deauville, France one time dancing with the Swedish actress and Rita Hayworth. He continued to meet Ingrid Bergman over the years (she died in 1982). He is clearly entranced with his cousin, writing in the foreword of Aleksandra's book that, aside from having the talent to win three Oscars, Bergman "was blessed with warmth, generosity, compassion, devotion, dedication and enthusiasm".
Al-Ayyam Al-Jamilah, Spring 2014

*

"Aleksandra Ziolkowska-Boehm’s “Ingrid Bergman and Her American Relatives” states that in fact, Bergman had no Jewish ancestry. A careful genealogical investigation was made of a maternal cousin in the 1950s before he could be granted a work visa for Saudi Arabia, which formally banned Jews from entering the country."
Benjamin Ivry, Ingrid Bergman's Lifelong Love Affair With the Jews, Forward, Sept. 1, 2015

*

I found it a great pleasure to learn that the famous star of stage and screen had time for her American relatives. Being an extremely busy person, she found and allocated time to stay in contact, if only briefly, with them. Here is a true tribute to the woman’s character. Ingrid Bergman was and is still loved and respected by her many loyal fans. Similarly, Ziolkowska-Boehm’s book clearly discloses the same feelings for her by the American relatives.

(Beverly Martin. Google.com)


By reading the enjoyable book by Aleksandra Ziolkowka-Boehm, I learned that there were Americans related to Ingrid Bergman. Throughout her career, she was always portrayed as the Swedish actress and as being totally European. For me, another revelation was her German ancestry that was never disclosed by the media. Why should such a fact be “covered up” when the largest ethnic part of America’s population was of German ancestry? (Klaus Schneider)
http://www.bookdepository.com/Ingrid-Bergman-Her-American-Relatives-Aleksandra-Ziolkowska-Boehm/9780761861508?b=-3&t=-21#Reviews-21

*

Being of Italian ancestry, I very much admire and appreciate how delicately the author Aleksandra Ziolkowska-Boehm was able to bring about respect and understanding for Roberto Rossellini, the husband of Ingrid Bergman. As a director, Rossellini achieved great respect and recognition for his talents. The author led me to have empathy for him as well as Bergman over the stigmas of their relationship and the failure of marriage. (Anthony Perlosi)
http://www.kalahari.com/Books/Ingrid-Bergman-and-Her-American-Relatives_p_47355443


*

The author has cleverly interwoven the career of Ingrid Bergman with the relationship the actress had with American relatives. Over a time span of nearly forty years, Bergman maintained contact with these relatives. The warmth and gratuitousness of the famous actress is beautifully portrayed by Ziolkowska-Boehm from Bergman’s letters to and personal contacts individually described. Here we learn of a very famous woman caring for, and treating accordingly, her not so famous relatives. (Virginia Degiorgio)
http://www.easons.com/p-1394151-ingrid-bergman-and-her-american-relatives.aspx

*

I do admire your writing a great deal – it is as if you are speaking to the reader.  And I do review a great many any books
 Florence Clowes, Vero Beach, Florida, 11/22/2013
*
“What a wonderful tribute to a special lady”.
Jean Wahl, Wilmington, Delaware, January 2014
 *


Sembra impossibile poter pubblicare qualcosa di nuovo su un'attrice famosa e celebrata come Ingrid Bergman, eppure questo piccolo libro c'e' riuscito: il suo maggior pregio e' la riproduzione di diverse lettere e fotografie inedite di Ingrid Bergman. Un ritratto affettuoso e rispettoso di una grande attrice e di una donna gentile e coraggiosa.
Rosario Tronnolone, March 23, 2014, Amazon.com


*
I read your book ….whenever I read about mamma I get very sad and miss her a lot.
I sent the copy of your book to mamma's archive at the Wesleyan University in Connecticut where all paper concurring her is kept.
Isabella Rossellini, August 3, 2015
 *
.The book was so interesting I could hardly put it down. Ingrid was indeed a very beautiful woman, and a strong one with what she had to go through.
Ruth Grabner, Washington, NJ, August 28,  2015
*