poniedziałek, 9 czerwca 2014

Wybieramy Najwybitniejszych Łodzian

http://www.historialodzi.obraz.com.pl/ankieta/


  1. Michał napisał(a):
    11 lutego 2014 o godz. 19:05

Proszę pamiętać o Aleksandrze Ziółkowskiej-Boehm. Wspaniała pisarka.

  1. Lech napisał(a):
    11 lutego 2014 o godz. 20:30

Wspaniała poetka.

  1. Tomasz napisał(a):
    11 lutego 2014 o godz. 20:30

Aleksandra Ziółkowska-Boehm: wybitna piasarka i wspaniały człowiek.

  1. Jan napisał(a):
    11 lutego 2014 o godz. 22:29

Aleksandra Ziółkowska-Boehm bardzo dobrze kontynuuje dzieło swojego mistrza Melchiora Wańkowicza.

  1. admin napisał(a):
    11 lutego 2014 o godz. 23:28

Aleksandra Ziółkowska-Boehm jest w wykazie

  1. Wacława napisał(a):
    12 lutego 2014 o godz. 01:22

Aleksandra Ziółkowska-Boehm: autorka kilkunastu książek, również w j.angielskim. Uhonorowana b.licznymi nagrodami.

Łodzianie, gratuluję Wam wybitnej pisarki, patriotki, wspaniałego człowieka.
Jestem posiadaczką wszystkich książek Pani Aleksandry Ziółkowskiej.

  1. magda napisał(a):
    12 lutego 2014 o godz. 09:01

Aleksandra Ziółkowska – Boehm, ważna postać w łodzkim świecie literackim!!!

  1. Jerzy napisał(a):
    12 lutego 2014 o godz. 15:49

Trudny wybór.

  1. Wojciech napisał(a):
    12 lutego 2014 o godz. 20:06

Aleksandra Ziółkowska-Boehm jest kustoszem spuścizny Melchiora Wańkowicza, popularyzuje jego dzieło, kontynuuje świetną szkołę reportażu. A przy tym nie odcina kuponów od popularności swojego mistrza; obrała własną drogę twórczą, którą cechuje świetne pióro i (wcale nie tak częsta) umiejętność słuchania ludzi, ciekawość drugiego człowieka, do tego – erudycja i rzetelność. Jej ciepło wewnętrzne, życzliwość, urok osobisty budzą zaufanie rozmówcy. To się czuje podczas lektury jej książek. Czekam nieciepliwie na każdą następną.

  1. Urszula napisał(a):
    12 lutego 2014 o godz. 22:06

Aleksandra Ziółkowska-Boehm wybitna pisarka w moim domu obok ksiazek Melchiora Wańkowicza najwyższa półka.Rzetelna w przekazywaniu historii.Wspaniałe pióro.Na spotkaniach autorskich można Jej słuchac godzinami.Wiarygodna bardzo życzliwa ,kroczy prawą drogą.Poza granicami ojczyzny jest niepodważalną Ambasadorką.Wielka patriotka.
Każda Jej książka to Perła literacka.Mam w domu Jej wszystkie dzieła literackie i strzegę jak oka w głowie.Dzis wreszcie kolej na nagrodę od rodaków….za oceanem ,w Anglii i poza polską wyrózniana wielkimi nagrodami .GRATULACJE.!!!

  1. Halina napisał(a):
    13 lutego 2014 o godz. 04:27

Aleksandra Ziółkowska-Boehm, to wielce znana postać w świecie literackim.
Kontynuując dzieło wybitnego pisarza Melchiora Wańkowicza, w swoich ksążkach-reportażach nie zapomina także o ludziach, którzy doświadczyli okrucieństwa Wojny. Posiadam jej literackie dzieła, do których często wracam. Czekam na jej następne dzieła literackie. Ona jest wspaniałą osobistością, Prawdziwa patriotka. Zasługuje na wyróżnienia i nagrody… Duże Brawa!

  1. Halina napisał(a):
    13 lutego 2014 o godz. 04:49

Aleksandra Ziólkowska–Boehm, to wybitna postać w świecie literackim.
Kontynuując dzieło swojego mistrza Melchiora Wańkowicza, w swoich książkach-reportażach nie zapomina także o ludziach, którzy doświadczyli okrycieństwa Wojny. Posiadam jej dzieła literackie,
do których często wracam. Czekam na jej następne dzieła literackie. Wspaniała osobowość..
To wielka patriotka. Zasługuje na wyróżnienia i nagrody… Duże Brawa!

  1. Adam napisał(a):
    13 lutego 2014 o godz. 14:49

Aleksandra Ziółkowska-Boehm to pisarka z dużym dorobkiem autorskim, znana nie tylko w kraju ale i za granicą, szczególnie w USA. Wspaniała osobowość, ambasadorka Polski i Polaków.

  1. Marek napisał(a):
    13 lutego 2014 o godz. 19:11

Tak jak za młodych lat uwielbiałem poezję Tuwima, a będąc harcerzem – poznanego osobiście w Łodzi – autora „Kamieni na szaniec”, tak obecnie , na stare lata, czytam z wielkim zainteresowaniem każdą nową książkę Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm.
Wybór jest jednak trudny bo z Łodzi pochodzi wielu sławnych ludzi; tych , którzy już odeszli i tych, którzy bądź żyją w swym mieście bądź rozsiani są po świecie.

  1. Rafał S. napisał(a):
    14 lutego 2014 o godz. 10:03

Głosowałem:
Aleksandra Ziółkowska- bo to, że opiekuje się dziełem Wańkowicza to wiadomo, ważne iż dzieło to tak wspaniale kontynuuje i wzbogaca swymi książkami
Joanna Woś – bo jest najpiękniejszym głosem nie tylko w Łodzi, i nie tylko głosem
Wiesława Jędrzejczyk – bo moi wnukowie chcą czytać książki, które wydaje
Kinga Dunin – za odwagę i śmiałość myśli (mądre są wszystkie)
Sława Lisiecka – za wspaniałe przyswajanie obcych literatur pięknymi przekładami
A parytet? A po co parytet ?
Wszak Łódź to KOBIETA!

  1. Elżbieta napisał(a):
    14 lutego 2014 o godz. 18:13

No oczywiście, Aleksandra Ziółkowska-Boehm ,ale też Pani prof. Urszula Bereźnicka-Pniak która całe życie poświęciła muzyce – filharmonii łódzkiej i uczelni muzycznej. Na dodatek jest cudowną kobietą – żoną, matką i babcią.

  1. Edward napisał(a):
    14 lutego 2014 o godz. 21:55

To jest mój wybór.Mam nadzieję,że dobry!!!!!

  1. bożena napisał(a):
    15 lutego 2014 o godz. 11:48

Julian Tuwim-mój uwielbiany poeta,towarzyszący przez lata,nie tylko szkolne,
dał dzieciom i dorosłym nie tylko lirykę,także sporo realizmu.
Artur Rubinstein-rozsławił i muzykę i Polskę.
Aleksandra Ziółkowska-Boehm-z wielu powodów:ciekawą fabułą powieści biograficznych wprowadza czytelników w świat wartościowych,a często zapomnianych ludzi i ich środowiska[np.Hubal].
Godnie reprezentuje Polskę,tworząc za granicą.
Marek Edelman-mimo tak tragicznych przeżyć pozostał w Polsce,w Łodzi,jako lekarz oddany chorym,działał do końca.
Aleksander-Harcmistrz Szarych szeregów,przedstawił wielkie czyny zwykłych
ludzi,którzy żyją do dziś na kartach powieści”Kamienie na szaniec”

  1. Andrzej napisał(a):
    15 lutego 2014 o godz. 12:23

…jak widać dobrze mieć swoich klakierów. Gdyby nie ta ankieta nie wiedziałbym, że jakaś A. Ziółkowska-Boehm istnieje…

  1. Rafał S. napisał(a):
    15 lutego 2014 o godz. 14:46

Panie Andrzeju, mój poprzedniku we wpisach,
dowiedział się Pan o istnieniu tej znakomitej pisarki, brawo…
skoro nie w bibliotece, nie w księgarni to chociaż tu
ale czemu tyle złości w Panu, po co to słowo „jakaś” ?
oj, jakiś Andrzeju, nieładnie, niegrzecznie…

  1. Bogusław napisał(a):
    15 lutego 2014 o godz. 16:32

Ankieta powinna być podzielona na 2 kategorie: osób żyjących i tych, którzy już odeszli. Wśród żyjących oczywiście Aleksandra Ziółkowska-Boehm autorka wielu pięknych i wzruszających opowiadań o trudnych losach polskich bohaterów, Joanna Woś o głosie tak pięknym, iż żadne słowa tego nie oddadzą, Wanda Wiłkomirska, Piotr Pustelnik i wielu innych.
Tych, którzy odeszli jest tak bardzo dużo, iż podanie nawet 15 nazwisk byłoby wielką krzywdą dla innych osób, również tych niewymienionych. Dlatego ta forma ankiety wzbudza moje wątpliwości.

  1. Jesse Flis napisał(a):
    15 lutego 2014 o godz. 21:01

Aleksandra Ziolkowska-Boehm’s writings have motivated many non-Polish citizens to re-discover their Polish roots.

  1. Anna napisał(a):
    15 lutego 2014 o godz. 21:22

Pani Aleksandra Ziółkowska-Boehm posiada doskonałą umiejętność łączenia patriotycznej pasji z talentem pisarskim co w przypadku przebywania na emigracji nie jest rzeczą łatwą. Doświadczenie nabyte u boku mistrza, jakim był Melchior Wańkowicz, pomogło stworzyć jej własny bardzo interesujący sposób przekazu i interpretacji.

24.  Stawiam na sztukę.

  1. Barbara napisał(a):
    18 lutego 2014 o godz. 12:38

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

  1. andrzej napisał(a):
    19 lutego 2014 o godz. 19:18

Mam przyjemność znać Panią Aleksandrę Ziółkowską – Boehm osobiście. Poznałem ją przy okazji historii Ewy. Przemiła gawędziarka i pasjonatka naszej historii. Ktoś napisał, że książki Pani Aleksandry uzależniają – też tak uważam. Cieszę się, że tak wiele osób na nią głosuje.
Pani Aleksandro, pozdrawiam. A.P.

  1. Mateusz G. napisał(a):
    20 lutego 2014 o godz. 00:57

Przypuszczam, że mój poprzednik – Andrzej – ma na myśli książkę „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon” (Demon – to imię konia Hubala). Tam jedną z bohaterek jest Ewa – czyli Ewa Bąkowska, której rodzina posiadała dwór i stadninę koni w Kraśnicy pod Opocznem. Ewa wysiedlona ze swojego dworu – po tzw. parcelacji majątku – osiadła z matką w Gdańsku. Książka pięknie wydana przez PIW kilka lat temu, chyba już jej nie ma na rynku. Chcę zwrócić uwagę na dwie inne książki Aleksandry Ziółkowskiej „Lepszy dzień nie przyszedł już” i „Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego krzyża”. Przypomnę też książkę indiańską „Otwarta rana Ameryki” i uroczą, inną od poprzednich „Podróże z moją z kotką”.(te książki ukazały sie także po angielsku w USA). Na uwagę zasługuje wspomnieniowa „Ulica Zółwiego Strumienia”, gdzie Autorka pisze między innymi o Łodzi.
Napisała też historię decezji łódzkiej, ale tej książki nie można nigdzie znależć.

Pani Aleksandro, pozdrawiam. A.P.

28    Mateusz G. napisał(a):
20 lutego 2014 o godz. 00:57

Przypuszczam, że mój poprzednik – Andrzej – ma na myśli książkę „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon” (Demon – to imię konia Hubala). Tam jedną z bohaterek jest Ewa – czyli Ewa Bąkowska, której rodzina posiadała dwór i stadninę koni w Kraśnicy pod Opocznem. Ewa wysiedlona ze swojego dworu – po tzw. parcelacji majątku – osiadła z matką w Gdańsku. Książka pięknie wydana przez PIW kilka lat temu, chyba już jej nie ma na rynku. Chcę zwrócić uwagę na dwie inne książki Aleksandry Ziółkowskiej „Lepszy dzień nie przyszedł już” i „Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego krzyża”. Przypomnę też książkę indiańską „Otwarta rana Ameryki” i uroczą, inną od poprzednich „Podróże z moją z kotką”.(te książki ukazały sie także po angielsku w USA). Na uwagę zasługuje wspomnieniowa „Ulica Zółwiego Strumienia”, gdzie Autorka pisze między innymi o Łodzi.
Napisała też historię decezji łódzkiej, ale tej książki nie można nigdzie znależć.

andrzej napisał(a):



Do Mateusz G.:
Rzeczywiście, chodzi o Ewę Bąkowską. Panią Aleksandrę poznałem przy okazji promocji „Dworu…” w Opocznie. Jestem w posiadaniu wymienionych przez pana książek z osobistymi dedykacjami Pani Aleksandry. Znam osobiście i pozostaję w kontakcie telefonicznym z Ewą Bąkowską. Zajmuje się amatorsko filmowaniem i nagrałem wspomnienia Pani Ewy. Wytrwale sekundowała mi w tym Pani Aleksandra.

Mateusz G. napisał(a):


W Bibliotece UW jest książka Aleksandry Ziółkowskiej: DIECEZJA ŁÓDZKA I JEJ BISKUPI.Diecezjalne Wydawnictwo Łózkie. 1987 rok. Drukarnia Pallotinum, Poznań. Bibliografia, Indeks.Stron 296.ISBN 83-85022-00-7.
Rzetelnie pokazany rys historyczny, pierwsi biskupi: Wincenty Tymieniecki, Kazimierz Tomczak, Włodzimierz Jasiński,kolejni biskupi: Michał Klepacz, Jan W.Kulik, Józef Rozwadowski, Władysław Ziółek. Ładnie,że autorka poczytnych książek, którą los rzucił do Warszawy (praca u Wańkowicza)i potem za ocean, ma w swoim dorobku rzetelną książkę napisaną na temat rodzinnego miasta. Ładnie też, że nie traci kontaktu z Polską, wydaje kolejne książki. I że jej książki – także te o polskiej historii – wydawane są w języku angielskim. Proszę zwrócić uwage na wpis wyżej w jęz. angielskim – jej pisarstwo motywuje do odkrywania polskich korzeni.


31    Kasia napisał(a):
20 lutego 2014 o godz. 22:20

Pani Aleksandra Ziółkowska-Boehm to nie tylko ambitna i zaangażowana pisarka. Mój głos dostaje przede wszystkim za to, że nie stroni od swoich czytelników. Miłe usposobienie to jej kolejny atut. Miałam okazję nawet wypić z nią herbatę w jej mieszkaniu. Pani Aleksandro, trzymamy kciuki!



32 Elżbieta U. napisał(a):
23 lutego 2014 o godz. 01:08

We ambitnym wrocławskim miesięczniku “Odra” (luty 2014) jest wywiad z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm zatytułowany PISZĄC OCALAM MOJĄ POLSKĄ TOŻSAMOŚĆ.

Zachęcam także do lektury wydanej przez Wyd Prószyński i S-ka książki Aleksandry Ziółkowskiej INGRID BERGMAN PRYWATNIE. Jesienią 2013 r. Magda Olczyk w łódzkiej TV miała program o tej książce.

33 Maria napisał(a):
23 lutego 2014 o godz. 21:31

Mój wybór to: Artur Rubinstein, Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Karl Dedecius, Wanda Wiłkomirska i Jan Karski.
Serdecznie pozdrawiam p. Aleksandrę Ziółkowską- Boehm za nieskazitelną postawę pisarki i za Jej wspaniałe książki, za ciepło i serdeczność do ludzi. Żyjąc na emigracji nie zapomina o korzeniach, godnie reprezentuje swoje miasto i Polskę.

34 Henryk napisał(a):
23 lutego 2014 o godz. 21:40

Pani Aleksandra Boehm-Ziółkowska wspaniała pisarka, wspaniały człowiek i ambasador Polski i polskości. Oczarowała mnie piękną opowieścią o losach trzech rodzin z kresów II Rzeczpospolitej dla których lepszy dzień nie przyszedł już. Czekam Pani Aleksandro na następnę książki.



35

Wanda napisał(a):
24 lutego 2014 o godz. 17:57

Głosuję na Aleksandrę Ziółkowską-Boehm ze względu na jej piękne i mądre książki oraz postawę życiową, którą cechuje przede wszystkim ogromny patriotyzm – więcej takich Polaków, którzy swoją pracowitością i skromnością osiągają uznanie na świecie!


36Mateusz G. napisał(a):
24 lutego 2014 o godz. 21:57

Oto co znalazłem.
W książce Jana Nowaka Jeziorańskiego POLSKA DROGA DO NATO, Wrocław 2006 jest biogram Pani Aleksandry i jej męża Normana, są kopie listów do i od senatora Joe Bidena (obecnie wiceprezydenta USA). Zacytuję ze wstępu (str. 16)
„Przykladem organizowania nacisku na nieprzekonanych sentorów jest korespondencja Jana Nowaka-Jeziorańskiego z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm i jej mężem Normanem Boehmem. To oni także, pośród innych osób, organizując listy z podpisami nie tylko Polaków, ale również Amerykanów w stanie Delaware, zmusili senatora Joe Bidena do złagodzenia stanowiska, które później zmieniło się pod wpływem m.in. ambasadora Koźmińskiego tak, że jeden z najbardziej zaciętych przeciwników stał się jednym z ważnych zwolenników rozszerzenia. To samo dotyczy senator Kay Hutchison, która ostatecznie głosowała za rozszrzeniem ze względu na opinie swoich wyborców”.


37Maria Rubin napisał(a):
25 lutego 2014 o godz. 06:13

Glosuje m.in. na Aleksandre Ziolkowska-Boehm…Jej ksiazka „Otwarta rana Ameryki” powinna stac sie lektura obowiazkowa, „elementarzem” dla ludzi przybylych na teren Ameryki….aby „zrozumiec miejsce” na jakim zyja…mozna zapoznac sie z historia INDIAN roznych plemion , ludobojstwem w przeszlosci i ich sytuacja w czasach dzisiejszych…
n.p. Indianie Navajo, slynni „szyfranci”, bohaterowie z II wojny swiatowej doczekali sie skromnego uznania dopiero dziesiatki lat po wojnie…….. dzis Indianie probuja odzyskiwac swoja GODNOSC…niech jej symbolem bedzie rzezba wodza Crazy Horse jaka powstaje w Poludniowej Dakocie…jest to rzezbiona gora, najwiekszy monument na swiecie !!! a jego autorem jest Korczak Ziolkowski…….ksiazka wydana jest w Polsce po polsku , a Apacze pomogli w jej anglojezycznym wydaniu ….


38    Hanna napisał(a):
27 lutego 2014 o godz. 12:06

Zgadzam się z osobą, która napisała, że powinien być podział na tych wspaniałych ludzi, którzy przekroczyli już próg nadziei…i te osoby, które żyją i są nieprzeciętnymi Łodzianami.
Mieszkam w Szczecinie, od 40 lat pracuję w Książnicy Pomorskiej , która trzykrotnie miała przyjemność gościć Panią Aleksandrę Ziółkowską – Boehm. Te spotkania, to były wspaniałe uczty duchowe. Wielki patriotyzm, piękny język polski ( od wielu lat autorka mieszka w USA), niezwykła dociekliwość w poszukiwaniu materiałów dotyczących bohaterów swoich książek, ogromny szacunek do ludzi, którzy błąkali się po świecie, a mieli korzenie polskie. Cieszę się, że mogłam zagłosować na Panią Aleksandrę!!! Brawo dla Organizatorów, za wspaniały pomysł. Niestety nigdy nie byłam w ŁODZI ,ale ludzi miała i ma wspaniałych.

39

Zbigniew napisał(a):
2 marca 2014 o godz. 15:03

Głosuję na Aleksandrę Ziółkowską-Boehm za Jej wspaniałe książki.

40 henryk napisał(a):
3 marca 2014 o godz. 14:46

kto wylosował książki?

41

Krystyna napisał(a):
3 marca 2014 o godz. 18:09

Jestem dumna , że moją ulubioną pisarką jest Pani Aleksandra -Boehm, która cieszy się uznaniem wielu czytelników

42


Jestem dumna , że Pani Aleksandra – Ziółkowska – Boehm – moja ulubiona pisarka cieszy się uznaniem wielu czytelników. Krystyna

niedziela, 8 czerwca 2014

Warszawskie Targi Ksiazki maj 2014

Z Andrzejem Kuchno


Nizej: Z Igą Henderson

Nizej: Z Łukaszem Ksytą, autorem książki "Hubal. Historia prawdziwa".


Nizej: Z Marianem Jerzym Dąbrowskim

Niżej: z tłumaczką Anną Bankowską

środa, 4 czerwca 2014

Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowiesci

Aleksandra Ziółkowska-Boehm


NA TROPACH WAŃKOWICZA PO LATACH
WARSZAWA 2009, 
wyd Prószyński i S-ka

STRONY 309-313




Na temat procesów Wańkowicza i hojnosci pisarza uzyskałam (15 czerwca 2009 roku) wypowiedź Jana Olszewskiego, którą przytaczam.

„Proces Melchiora Wańkowicz 1964 roku był oczywistym aktem odwetu władz PRL-u za podpisanie tzw. „listu 34”. Ten zbiorowy protest wybitnych przedstawicieli polskiej nauki i literatury Władysław Gomułka potraktował niemal jako osobiste wyzwanie. Nazwisko Wańkowicza złożone pod tym listem mogło być dla niego szczególnie nieprzyjemnym zaskoczeniem. Pisarz od chwili powrotu do kraju nie wypowiadał się oficjalnie w żadnych sprawach politycznych. Równocześnie korzystał jakby ze szczególnego przywileju publikowania książek poświeconych polskiemu udziałowi w II-giej wojnie światowej (w tym słynnego opisu bitwy o Monte Cassino), a więc tematom cieszącym się równie wielką popularnością wśród czytelników, jak niechęcią  wśród cenzorów. W tej sytuacji nazwisko pisarza widniejące pod zbiorowym protestem przeciwko cenzurze wzbudziło zrozumiałą wściekłość „ludowej władzy”. Okoliczności te organy bezpieczeństwa wykorzystały do podjęcia akcji represyjnej przeciwko grupie pisarzy, których podejrzewały o publikowanie swoich prac pod pseudonimami w wydawnictwach emigracyjnych. Wkrótce po aresztowaniu i skazaniu Wańkowicza wszczęto śledztwa przeciwko Janowi Nepomucenowi Millerowi, Stanisławowi Mackiewiczowi i Januaremu Grzędzińskiemu.
Proces Wańkowicza, jako pierwszy z zamierzonych, został przeprowadzony w trybie błyskawicznym. Jedynym świadkiem oskarżenia, na którego zeznaniach prokuratura oparła zarzuty był funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa. Wyrokowi nadano publiczny rozgłos zamieszczając w wybranych pismach nie tyle sprawozdania, co propagandowe ataki personalne na oskarżonego pisarza. Oczywiście ani korespondentów zagranicznej prasy, ani w ogóle osób nie zaakceptowanych przez bezpiekę nie wpuszczono na salę rozpraw. Karę 3 lat więzienia (zmniejszoną do 1,5 roku na podstawie amnestii) orzeczono za rzekome „rozpowszechnianie fałszywych wiadomości  mogących wyrządzić istotną szkodę interesom państwa”.
          Zaraz po wyroku, kiedy sąd uchylił zastosowany wobec oskarżonego tymczasowy areszt, Wańkowicz nawiązał kontakt z adwokat Anielą Steinsbergową i wyraził chęć spotkania z obrońcami występującymi w procesach politycznych. Do Anieli Steinsberg zwrócił się z tą prośbą, ponieważ słyszał o jej obronie w głośnej sprawie Kazimierza Moczarskiego. W spotkaniu, które odbyło się kilka dni później u Anieli Steinsberg, oprócz mnie uczestniczyli, o ile dobrze pamiętam, Andrzej Grabiński i – być może - Stanisław Szczuka lub Władysław Winawer. Wańkowicz poprosił nas o opinię na temat szans rewizji wydanego w jego sprawie wyroku I instancji. Nasza ocena była jednomyślna: wyrok jest oczywiście błędny zarówno prawnie jak i pod względem dowodowym, ale szanse jego uchylenia w Sądzie Najwyższym ze względu na skład personalny Izby Karnej SN, w której rozpatrywana była rewizja, są właściwie żadne. Mimo to uważaliśmy, że rewizja powinna być wniesiona, ponieważ stwarzała okazję wykazania oczywistej bezsensowności oskarżenia, a ponadto odsuwała przynajmniej na pewien czas niebezpieczeństwo osadzenia przeszło 70-letniego pisarza w więzieniu.
Jednakże Wańkowicz nie podzielił  naszych argumentów. Uznał, że dobrowolny udział w postępowaniu procesowym, które ma oczywiście fikcyjny i stronniczy  charakter, mogłoby być odebrane przez opinię publiczną, jako zgoda z jego strony na uznanie jaskrawego bezprawia za akt wymiaru sprawiedliwości, a przy tym zgodę podyktowaną obawą przed zamknięciem w więzieniu. Dyskusja była momentami niemal burzliwa, ale ostatecznie Wańkowicz pozostał przy swoim zdaniu. Okazało się, że miał rację. Wobec uprawomocnieniu się wyroku powstał problem wykonania orzeczonej kary 1,5 roku pozbawienia wolności, ale nikt w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie nie odważył się wydać decyzji o zamknięciu do więzienia bardzo popularnego pisarza. Zwrócono się w tej sprawie do Ministerstwa Sprawiedliwości. Stamtąd trafiła ona do Komitetu Centralnego PZPR. Czas płynął, a żadna urzędowa ani polityczna instancja nie ośmieliła się ostatecznie rozstrzygnąć tego drażliwego problemu. Szukając jakiegoś rozwiązania postanowiono „zachorować” Wańkowicza i orzec niemożliwość osadzenia go w więzieniu ze względu na podeszły wiek i zły stan zdrowia. Pisarza wezwano więc do stawienia się przed komisję lekarską celem zbadania czy kwalifikuje się do osadzenia w zakładzie karnym. Odpowiednio dobrany i poinstruowany skład tej komisji miał orzec niezdolność badanego do przebywania w warunkach więziennych. Wszyscy obrońcy radzili Wańkowiczowi, aby stawił się na badanie, uważając, że jest to najbardziej bezbolesny sposób zakończenia sprawy. Z drugiej strony istniała obawa, że odmowa stawienia się przed komisją może zdenerwować władze i spowodować zamknięcie opornego pisarza w areszcie. Podzielałem to stanowisko kolegów adwokatów. Moja sytuacja była jednak szczególna. Przewodniczący IV Wydziału Karnego Sądu Wojewódzkiego w Warszawie, w którego kompetencji znajdowała się ta sprawa, zwrócił się do mnie z prywatną – jak zapewnił – prośbą o przekazanie memu klientowi jego osobistej gwarancji, że badanie lekarskie ograniczy się wyłącznie do wywiadu o stanie zdrowia pisarza, będzie zupełnie nieuciążliwe, a jednocześnie pozwoli ostatecznie uwolnić go od groźby wykonania orzeczonej kary. Nie mogłem odmówić przekazania prośby. Wańkowicz wysłuchał mnie uważnie, a potem powiedział: „Wykonał pan swój obowiązek adwokacki, a teraz proszę powiedzieć szczerze, co by pan zrobił będąc na moim miejscu? Odpowiedziałem: Zrobiłbym to samo, co Pan zamierza zrobić. Nie poszedłbym tam.” Pan Melchior uścisnął mi rękę i zakończył rozmowę stwierdzeniem: "To właśnie spodziewałem się i chciałem usłyszeć.” Ostatecznie akta sprawy zostały zamknięte na parę lat w kasie pancernej prezesa Sądu i tam doczekały kolejnej amnestii w 1969 r., która uwolniła komunistyczny wymiar sprawiedliwości od tak kłopotliwego skazańca.
          Z doświadczeń z Wańkowiczem władze PRL-u wyciągnęły wnioski w sprawach pozostałych ofiar antyliterackiej  nagonki przeprowadzonej przez SB w 1964 r. W stosunku  do J.N.Millera orzeczono od razu karę pozbawienia wolności z zawieszeniem jej wykonania. Wobec Stanisława Mackiewicza w ogóle zrezygnowano z oskarżenia, Januarego Grzędzińskiego gnębiono kilkuletnim śledztwem, zakończonym dopiero z chwilą śmierci podejrzanego.
Ale sprawa Wańkowicza nie zakończyła się na tym. Pan Melchior zgodnie z tradycją obowiązującą litewską szlachtę, z której się wywodził, uznał, że nie może pozostawić bez odpowiedzi, insynuacji i pomówień zawartych w inspirowanych przez SB publikacjach prasowych relacjonujących przebieg procesu sądowego. Nie sposób było odpowiedzieć na wszystkie tego rodzaju paszkwile. Wańkowicz wybrał więc z tej operacyjnej ekipy dziennikarskiej jednego, ale najważniejszego autora. Był nim rozpoczynający wtedy przyszłą karierę w politycznej nomenklaturze PRL-u przyszły szef Urzędu ds. Wyznań, a wówczas redaktor naczelny pisma „Prawo i Życie” – Kazimierz Kąkol. Próba uzyskania satysfakcji w normalnej drodze procesu sądowego o zniesławienie byłaby w ówczesnych warunkach w najlepszym razie dowodem skrajnej naiwności pokrzywdzonego. Trzeba było szukać innego sposobu uzyskania sprawiedliwości. Wańkowicz znalazł taki – zgodny z tradycją kresowych karmazynów niekonwencjonalny sposób. Z jego upoważnienia zainicjowałem i prowadziłem to postępowanie – przyznaję, jedyne tego rodzaju w całej mojej ponad 30-letniej praktyce adwokackiej. Zaproponowaliśmy redaktorowi „Prawa i Życia” poddanie sporu o rzetelność zamieszczonego w tym piśmie jego sprawozdania z procesu Wańkowicza postępowaniu rozjemczemu przed sądem koleżeńskim jednego z tzw. stowarzyszeń twórczych, do których należały strony tego konfliktu – Wańkowicz jako literat, Kąkol jako dziennikarz.
          Kazimierz Kąkol, w młodości żołnierz AK z bardzo dobrą kartą bojową w Powstaniu Warszawskim ( co nota bene uznaliśmy za okoliczność umożliwiającą przyjęcie honorowego trybu rozstrzygnięcia sporu) wyzwanie przyjął.
          Po skomplikowanych i żmudnych pertraktacjach sprawę przyjął do rozpatrzenia Sąd Koleżeński Związku Literatów Polskich. Toczyła się w przeciwieństwie do błyskawicznego procesu sądowego, jeśli dobrze pamiętam, co najmniej przez kilka miesięcy. Nie chcę tu przedstawiać bardzo interesującego jej przebiegu, bo po upływie 40 lat od tych wydarzeń nie mogę zaufać własnej pamięci. Pełna dokumentacja z aktami powinna znajdować się w archiwum ZLP. W każdym razie zakończyła się pełnym zwycięstwem Wańkowicza.
           Na zakończenie tej relacji muszę powiedzieć parę zdań w sprawie, o której zwykle nie rozmawiają dżentelmeni – o pieniądzach. W warszawskim środowisku literackim dość szeroko rozpowszechniana była opinia o jakoby szczególnie komercyjnym stosunku Wańkowicza do wszelkich spraw życiowych łącznie z własną twórczością literacką. Uważam więc za swój obowiązek opowiedzieć o własnych doświadczeniach w tej kwestii.
          Po zakończeniu procesu pan Melchior zwrócił się do mnie o przedstawienie mu sumy moich należności za świadczoną pomoc prawną w jego sprawie. Odpowiedziałem, że nic mi nie jest winien, ponieważ w mojej praktyce adwokackiej przyjąłem zasadę nie pobierania wynagrodzenia za występowanie w procesach politycznych, a tak właśnie traktuję jego sprawę. W odpowiedzi oświadczył mi, że w żadnym wypadku nie może się na to zgodzić. Wynikł z tego długi i zacięty – chociaż toczący się w bardzo sympatycznej atmosferze spór, w którym żadna ze stron nie przejawiała najmniejszej chęci do zgody. Ostatecznie konflikt znalazł rozwiązanie w marcu 1968 r., kiedy zostałem przez ministra sprawiedliwości zawieszony w wykonywaniu zawodu adwokata. W związku z tym moja sytuacja życiowa stała się dość trudna. Niespodziewanie dowiedziałem się, że na moje konto w PKO, którego stan był dość mizerny wpłynęła wpłata o wysokości 10 tysięcy złotych, co w tamtym czasie była dość dużą kwotą pieniędzy. Okazało się, że wpłacającym był Wańkowicz. Gdy usiłowałem zaoponować przeciw temu, pan Melchior oświadczył mi: „Pan ma swoje zasady, a ja swoje. Pan prowadzi bezpłatnie obrony polityczne, a ja w miarę moich możliwości staram się świadczyć pomoc ludziom prześladowanym z powodów politycznych. Szanujmy wzajemnie nasze zasady.” Musiałem się z tym zgodzić, bo od połowy lat sześćdziesiątych Wańkowicz przekazywał pieniądze na akcję pomocy dla represjonowanych ludzi opozycji prowadzoną przez Jana Józefa Lipskiego, w której ja także z nim współpracowałem. Pisarz zastrzegł sobie w tej sprawie całkowitą i bezwzględną tajemnicę. O przekazywanych przez niego pieniądzach wiedziały tylko 3 osoby: J.J. Lipski, ja i b. prezes Klubu Krzywego Koła Aleksander Małachowski. Zobowiązanie zachowania tajemnicy zostało przez wszystkich ściśle wykonane. Dzisiaj uważam za swój obowiązek jej ujawnienie”. 

**












 

niedziela, 4 maja 2014

Márquez - magiczny pisarz






Aleksandra Ziółkowska-Boehm
 
Márquez - magiczny pisarz

17 kwietnia w wieku 87 lat w Mexico City zmarł Gabriel Garcia Márquez, jeden z największych pisarzy hiszpańskojęzycznych od czasów Miguela de Cervantesa. Uważany jest za jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy świata, jak Dickens, Tołstoy czy Hemingway. W 1982 roku otrzymał Literacką Nagrodę Noblaza „powieści i opowiadania, w których fantazja i realizm łączą się w złożonyświat poezji, odzwierciedlającej życie i konflikty całego kontynentu”.
Za jego najznakomitsze dzieło uważana jest powieść zatytułowana Sto lat samotności”.Wydana w 1967 roku przyniosła Márquezowi wielką sławę, przetłumaczona została na ponad 35 języków, sprzedana w dziesiątkach milionów egzemplarzy. Chilijski poeta Pablo Neruda nazwał ją „najważniejszym dziełem literatury hiszpańskojęzycznej od czasów Don Kichota”.
Akcja dzieje się w bezdrożach wioski Macondo. Tak, jak podziwiany przez Márqueza William Faulkner umieszczałakcje niektórych swoich utworów w wymyślonym Yoknapatawpha County w Mississippi, tak niektóre powieści Márqueza rozgrywają się w - lub w pobliżu - Macondo.
Z lekturą „Stu lat samotności” zmagałam się, pamiętam, dość długo. Bohaterowie sagi rodu Buendia targani sa sprzecznymi uczuciami, mocują z samotnością, bezcelowością wojny domowej, z niezdolnościąkochania. Akcja książki przynosi niesamowite - wręcz magiczne - wydarzenia i zdarzenia. Nie ma granicy między tym co realne, a tym co fantastyczne. Jak w innych powieściach i opowiadaniach Márqueza dzieją się dziwne rzeczy: kapłani lewituja, zwłoki sięnie rozkładają, wybuchają epidemie bezsenności i utraty pamięci, spada deszcz w postaci kwiatów... Książka prowokuje, przyciąga i odrzuca. Jest jak filmy Federica Felliniego. Przypomina pisarstwo Jorge Luis Borgesa, Michaiła Bułhakowa, czy Güntera Grassa lub Salmana Rushdiego. Jej specyficzny styl nazwano „realizmem magicznym”.

„Sto lat samotności” zawiera wiele pięknych powiedzeń. Oto kilka cytatów z książki:

...Sekretem dobrej starości jest nie co innego, tylko szczery pakt z samotnością.
...Plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi.
...Przytomna starość może więcej powiedzieć niż wróżby z kart.

...Człowiek nie należy do żadnej ziemi, póki nie ma w niej nikogo ze swych zmarłych.
Ponoć świadomość kruchościżycia zawsze towarzyszyła pisarzowi. Od kilku lat chory na raka limfatycznego wycofałsię z życia publicznego, a do swoich przyjaciół rozesłał pożegnalny list. List ten zaistniał potem na na internecie, rozsyłany w różnych jezykach jako składanka fotografii z myślami pisarza, który u schyłku życia dzielił się swoją mądrością (dostałam i ja wiele miesiecy temu taką składankę). Cytowano np. słowa : Nauczyłem się, że człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby siępodniósł.”, „Gdybym wiedział, że są to ostatnie minuty, kiedy cię widzę, powiedziałbym „kocham cię”, a nie zakładałbym głupio, że przecież o tym wiesz.”
Kiedy chorował, prasa podawala, że istnieje nieopublikowany tekst, który według życzenia pisarza ma być ogłoszony po jego śmierci. Ma mieć ponoć tytuł „Zobaczymy sie w sierpniu” („We’ll See Each Other in August,”,„En Agosto Nos Vemos”).
Ameryką Łacińską interesuję się od ponad dwudziestu lat. Także ze względu na mojego syna, który otworzył pismo na Karaibach, potem w Nikaragui. Odwiedzając miejsca na południe od Stanów – Puerto Rico, Meksyk, Costa Ricę, Brazylię,Argentynę, Paragwaj, pamiętam, że rozmawiając z ludźmi, którzy dowiadywali sięo mojej pasji pisania i czytania, zawsze byłam pytana, czy znam książki ich„Gabo”, jak nazywano ukochanego pisarza. Był takim i dla Kolumbijczyków (urodził się w Kolumbii), i dla Meksykanów (w Mexico City spędził większą część swojego życia), i w innych miejscach.

Druga książka Márqueza, o której chce napisać, to „Miłośćw czasach zarazy. Jest jedną z piękniejszych jakie czytałam książek o miłości. Miłości, która okazała się silniejsza od samotności i śmierci. Jest to historia uczucia dwojga ludzi poety Florentino Arizy oraz rozsądnej Ferminy Dazy pokazana na przełomie XIX i XX wieku. W 2007 roku powstał na jej podstawie film (na postawie książek Márqueza nakręcono kilka filmów) w reżyserii Mike’a Newella z Javier Bardem i Giovanną Mezzogiorno w głównych rolach. Jest to opowieść o miłości, która znalazła spełnienie dopiero u kresu życia, po półwieczu wyczekiwania, wbrew wszelkim przeciwnościom losu. Uczucie rodzi się z przelotnej znajomości. Młodzi prowadzą kilkuletni miłosny dialog poprzez listy i krótkie spotkania. Ojciec Feminy przeciwny związkowi córki z biednym poetąwywozi córkę z małego miasteczka. Florentino zmaga się ze swoim bólem nie tracąc nadziei na spotkanie. Mijają lata. Fermina godzi się na małżeństwo z rozsądku: jej wybrankiem zostaje doktor - arystokrata, któremu po powrócie z zagranicy udaje się pokonać w miasteczku niebezpieczną cholerę. Doktor Urbino zyskuje szacunek okolicznej ludności i miłość Ferminy. Dziewczyna zapomina o biednym, zakochanym w niej poecie. Mija 50 lat, 9 miesięcy i cztery dni... kochankowie odnawiają swoją pasję po półwieczu niewidzenia siebie.
Inne powieści Márqueza, to m.in. „Jesień patriarchy”, „Generał w labiryncie”,„Raport z pewnego porwania”, „ Życie jest opowieścią”, „Opowieść rozbitka”, „Zła godzina”,”Niewiarygodna i smutna historia niewinnej Erendiry i jej niegodziwej babki”, Dialog lustra”,„Jesień patriarchy”, „Kronika zapowiedzianej śmierci”, „Na fałszywych papierach w Chile”,„Rzecz o smutnych dziwkach”.

Gabriel García Márquez urodził się 6 marca 1927 roku w Aracataca, małym miasteczku w pobliżu karaibskich wybrzeży Kolumbii , jako najstarsze dziecko urzędnika pocztowego i wędrownego farmaceuty, który nie był w stanie utrzymac żonę i dwana
ścioro dzieci. Najstarsze dziecko, Gabriel, spędziłwczesne dzieciństwo w dużym, zrujnowanym domu swoich dziadków ze strony matki. Ten dom będzie przywoływał w swoich książkach, podobnie jak duchy dziadków po nim krążące. Ponoć dziadek nosił wyraźne podobieństwo do pułkownika Buendia , bohatera „Stu lat samotności”, a mityczna wioska Macondo oparta jest na Aracataca.
Gabriel García Márquez kolejno mieszkal w Bogocie, studiował prawo, ale studiów nie ukończył. Zaczynał pisanie od dziennikarstwa. W połowie lat 1950. dwa lata spędził jako korespondent zagraniczny w Europie Zachodniej. Uważał, że Europejczycy byli protekcjonalni wobec Ameryk i Łacińskiej, a i sam Márquez nie ulegl urokowi Europy.
Podobnie jak wielu intelektualistów i artystów z AmerykiŁacińskiej, Garcia Márquez patrzył na świat z perspektywy lewicowej, m.in. wspieral Fidela Castro na Kubie. Ponoć byli tak zaprzyjaźnieni, że pisarz pokazywał mu projekty swoich niepublikowanych książek. Rzadko udzielał wywiadów i prawie nie występował w telewizji. Amerykańskiemu „Playboyowi” – gdy zapytano go o przyjaźńz Castro odpowiedział: „Nikt przecież nie uwierzy, że najczęściej rozmawiamy ołowieniu ryb, więc po co mam to mówić". Więzi Garcii Márqueza z Castro niepokoiły niektórych intelektualistów i obrońców praw człowieka, publicznie wypowiadała się Susan Sontag w 1980 roku, mówiąc, że to „skandal, że pisarz z tak ogromnym talentem jest rzecznikiem rządu, który wsadził do więzieńwięcej osób ( proporcjonalnie do liczby ludności) niż jakikolwiek inny naświecie”.
Podobno pomógł w finansowaniu partii politycznej Wenezueli, był też obrońcą lewicowych rewolucjonistow, którzy przejęli władzę w Nikaragui .



Amerykanie odmawiali mu wizy blisko trzydzieści lat, może dlatego, że był członkiem Komunistyczej Partii Kolumbii w 1950 roku, może ze względu na przyjaźń z Castro. W 1995 roku prezydent Bill Clinton zaprosił Margueza do Stanów. Po jego śmierci prezydent powiedział, że „miał zaszczyt byćprzyjacielem pisarza i poznać jego wielkie serce i genialny umysł”.
Prezydent Barack Obama powiedział, że świat stracił jednego z największych pisarzy, że był jego ulubionym autorem od czasów młodości.
Prezydent Enrique Pena Nieto ogłosił, że w imieniu całego Meksyku wyraża smutek z powodu śmierci jednego z największych pisarzy naszych czasów.

Podobnie wypowiedzieli się prezydenci Kolumbii, Brazylii, Urugwaju, Kuby, Francji, wielu pisarzy, i wielu czytelników. Odej
ście pisarza opłakuje świat.

Amerykański publicysta Eugene Robinson napisał, że Márquez wywarł duży wpływ na jego życie,że po „lekturze „Stu lat samotno
ści” zmienił swoje spojrzenie na świat.
„Years before I met him, Gabriel Garcia Márquez changed my life”...zaczął swój tekst zatytułowany „Adventures in magical realism”, który ukazał się w “Washington Post”.

[W:] Przeglad Polski/Nowy Dziennik, Nowy Jork, 5 maja 2014


http://dziennik.com/archiwum/przeglad-polski/marquez-pisarz-magiczny/