Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Delaware. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Delaware. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 lutego 2018

Wilmington, Delaware


Z Normanem - widok na centrum Wilmington w Delaware



Z kuchni wyjscie na ogrod .. .Suzy na stole /!/
Pokoj "ogrodowy"

Widok z okna z pokoju goscinnego

cont pokój ogrodowy

salonik

czesc pokoju - biblioteki

kominek nr 1




Pokoj "ogrodowy" cont.

salonik - kominek nr 2

skrzynia z Medyny, salonik, piesek z wizyta

jadalnia


cont. salonik



kotka Suzy

no comments...



koty przed kominkiem nr 1, biblioteka





Ogrod w Delaware





















Norman i Suzy w ogrodzie
Claude i Suzy
Ogrodowy Domek dla Kotow, ktory Norman zbudowal




piątek, 2 września 2016

Zielony stan Delaware

Aleksandra Ziółkowska-Boehm                        

ZIELONY STAN DELAWARE
 

    Wilmington w stanie Delaware jest miastem, w którym mieszkam z przerwami od 1990 roku (dziewięć lat spędziłam w Teksasie i rok w Południowej Karolinie). Położone na wschodniej granicy wzdłuż plaż nad Atlantykiem graniczy z malowniczą rzeką Delaware dzielącą stany Delaware i New Jersey (rzeka dalej wpada do Atlantyku). Wilmington leży w połowie drogi między Waszyngtonem a Nowym Jorkiem, do obu wielkich miast można dojechać samochodem w ciągu mniej więcej dwóch godzin, do Baltimore w ciągu godziny, a do pobliskiej Filadelfii w ciągu 40 minut (na lotnisko w Filadelfii można dojechać w pół godziny). Jadąc autostradą I 95 z Florydy na północ mijamy Waszyngton, Baltimore, Wilmington, dalej Filadelfię i Nowy Jork. Wygodne położenie ułatwia też komunikacja kolejowa, w Wilmington zatrzymują się pociągi jadące z Bostonu i z Nowego Jorku do Waszyngtonu.
  
     Stan Delaware nazywany często Szwajcarią Ameryki ze względu na zasobność i ilość banków stanowi centrum wielu dużych przedsiębiorstw i spółek handlowych, kampanii kredytowych i banków (np. Chase Manhattan, Citibank, Mellon, J.P.Morgan, Maryland Bank N.A.). Setki firm w całym kraju rejestruje się właśnie w tym stanie, ponieważ sprzyja temu korzystne finansowo prawo podatkowe. Centrum Wilmington posiada główne siedziby DuPont Co., Hercules Inc., wielu przedsiębiorstw chemicznych. Do Delaware sprowadziły się amerykańskie i międzynarodowe firmy takie jak Conoco Inc. (do niedawna własność DuPonta a obecnie Phillipsa), ICI American Inc., Sprzyja im także lokalizacja i dogodne połączenie z wielkimi miastami Wschodniego Wybrzeża.
    Od ponad 20 lat Delaware ma wyrównany budżet (o co stara się Kongres dla całego kraju), z czego stan jest bardzo dumny. Delaware nie posiada podatku od kupna ("sales tax"), co powoduje, że przyjeżdżają tu na zakupy ludzie z sąsiednich stanów: Maryland, Pensylwanii, New Jersey.          

     Delaware nazywane "pierwszym stanem Ameryki" jest jednym z 13 oryginalnych stanów Unii, pierwszym, który ratyfikował Konstytucję. Po Rhode Island jest najmniejszym stanem Ameryki, i piątym od końca pod względem zaludnienia (ma więcej ludności niż Wyoming, Alaska, Vermont i Północna Dakota). Ze względu na ustabilizowaną gospodarkę i stosunkowo niskie podatki stan ludności stale się powiększa.

    Stan Delaware od roku 1976, kiedy Sąd Najwyższy w USA wydał orzeczenie zezwalające, wznowił wykonywanie śmierci. Wiele jest na ten temat prowadzonych dyskusji na łamach lokalnego pisma "News Journal".

    Delaware szczególnie chętnie podkreśla swoje związki ze Szwecją. Opowiada mi o tym Ruth Swanson Crossan, autorka kroniki Towarzystwa Szwedzkiego w Delaware i jego wieloletnia prezeska. Towarzystwo to powstało w 1938 roku, liczy blisko 500 członków, kultywuje historyczną przeszłość stanu Delaware. W 1976 roku odwiedził je oficjalnie król szwedzki Karol XVI Gustaw.

    Dominująca w "pierwszym stanie Unii" firma DuPont zatrudnia tysiące naukowców i przy wjeździe do miasta jest tablica "Wilmington - miejsce, gdzie możesz kimś zostać". Delaware szczyci się nazwiskami wybitnych naukowców, z których wielu urodziło się i wykształciło w tym stanie. Na przykład wysokie wyróżnienia w dziedzinie medycyny otrzymał Mohamed Oz (znany z transplantacji serca) i Daniel Nathans (absolwent chemii Uniwersytetu w Delaware w 1950 roku), który w 1978 roku otrzymał Nagrodę Nobla. Znani ludzie z tych terenów i okolic to między innymi: William Penn, Peter Stuyvesant, George Washington, Lord Baltimore i przede wszystkim rodzina francuska DuPont.

    Delaware przez wiele lat był stanem rodziny DuPont'ów, właścicieli wielu posiadłości i gigantycznej kampanii chemicznej. W 1802 roku młody emigrant z Francji osiadł w okolicach rzeki Brandywine. W książce "DuPont. The Autobiography of an American Enterprise" i innej "DuPont Romance" napisanej przez George'a H. Kerr'a dowiadujemy się, ogólnie mówiąc, że największe pieniądze rodzina zdobyła w ciągu pierwszych 40 lat początku wieku, że DuPontowie wzbogacili się w czasie I-wszej wojny światowej, stali się wtedy gigantami chemicznymi. Firma prowadzona była przez trzech kuzynów, którzy w czasie wojny sprzedawali proch obu stronom. Wynalezienie nylonu, teflonu, celofanu, gumy syntetycznej, filmu fotograficznego itd. dało firmie DuPont rozgłos światowy i trwałe korzyści finansowe.

    DuPontowie w Delaware wiele lat kontrolowali główne banki, prasę, uniwersytet, muzea, teatr, szpitale, hotel, polityczne i towarzyskie układy. Wiele ludzi chciało być w ich orbicie, mogli bowiem wypłynąć, awansować, wzbogacić się. Zatrudnienie w zakładach DuPont dawało stabilizację i pewność pracy. Powoli jednak francuska dynastia traciła swoje wpływy. W 1991 roku DuPont ogłosił masowe zwolnienia, co nie było praktykowane na przykład dziesięć lat wcześniej. Okazało się, że wspaniała firma nie może ofiarować pracy niemal do grobowej deski, jak było wcześniej.

    W całym niemal stanie można zaobserwować ślady XIX-wiecznego bogactwa DuPontów. Przedstawicielstwo kampanii na rogu ulicy Market i 10-ej wybudowało budynki o ciekawej architekturze: Hotel DuPont ze złotą salą balową, teatrem, "Green Room" (jest to ekskluzywne miejsce na eleganckie przyjęcia). Znany z wysokiego poziomu wydział chemiczny na Uniwersytecie Delaware jest pod opieką DuPont'ów, cały Uniwersytet został pobudowany dzięki pomocy finansowej rodziny. Uniwersytet w Delaware jest szczególnie znany właśnie z wydziału chemii, posiada też unikalne wydziały, jak wyspecjalizowany program nauki jazdy na łyżwach, całoroczny program studiów w sportowej medycynie. Na treningi łyżwiarskie do Delaware przyjeżdżają wszyscy młodzi ludzie z wszystkich stanów (pisze o tym w książce wspomnieniowej m.in. Tara Lipiński z Teksasu, zdobywczyni złotego medalu olimpijskiego). Szczególnie znany w świecie jest program magisterski i doktorancki w dziedzinie konserwacji zabytków.

    Już na początku wieku Pierre DuPont pobudował 90 publicznych szkół i 2 parafialne. T. Coleman DuPont, późniejszy senator, wybudował hotel i budynki publiczne, które otwarto w 1913 roku: teatr, szpital dla dzieci. Wybudował 100-milową drogę aby połączyć Wilmington ze Wschodnim Wybrzeżem stanu Maryland (US 13); niedaleko Lancaster Pike zbudował także lotnisko. DuPontowie założyli parki, jak: Wawaset, Westover Hills, Bellevue State Park of Philadelphia. Wspaniałe budynki w Wilmington dotąd zachwycające rozmachem i europejskim stylem były przeznaczane dla dyrektorów firmy.
    "The Winterthur Museum i Gardens" - posiadłość Henry Francis DuPont, który zebrał ogromną kolekcję mebli, jest jedną z najciekawszych atrakcji stanu Delaware. Jest to 200-pokojowa posiadłość z 1839 roku. Winterthur w ramach studiów Uniwersytetu w Delaware prowadzi specjalny program konserwacji zabytkowych mebli i obrazów. Muzeum i ogrody w Winterthur położone są stosunkowo niedaleko słynnych Longwood Gardens.

    Aby obejrzeć elegancję, styl posiadłości i ogrodów Alfreda I. DuPont'a należy zwiedzić 102-pokojowy "Nemours Mansion and Gardens". Zbudowano ją w latach 1909/1910 na 300-u akrowej przestrzeni i zaprojektowano w stylu Ludwika XVI. Obecnie część tej posiadłości, jeden z głównych budynków, wedle woli DuPontów, przeznaczony jest na szpital dziecięcy.

    Najbardziej jednak znanym miejscem oddanym publiczności przez Pierre S. Du Pont'a są Longwood Gardens w Kennett Square. Longwood Gardens leżą w dolinie rzeki Brandywine na granicy stanu Delaware, ale położone są w stanie Pennsylvania. 350-akrowa posiadłość otwarta dla publiczności cały rok z teatrem na powietrzu i 20 ogrodami wewnątrz pod szkłem. Longwood Gardens są jednymi z największych i najpiękniejszych ogrodów botanicznych nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale w całym świecie. Eksponują ponad 11 tysięcy krzewów i kwiatów. Kwiatowe klejnoty: cudowne storczyki w oranżeriach zaaranżowanych tematycznie pękate i wijące się kaktusy, aleje azaliowe, gaj palmowy. W oranżeriach pnie się kilka tysięcy gatunków krzewów, można podziwiać pełzające jak węże kaktusy, romantyczne akacje, storczyki. Można zwiedzić las tropikalny z rozmaitymi afrykańskimi fiołkami i swojskimi begoniami. W ogrodach japońskich są kolekcje drzewek bonzai, miniaturowe klony, dęby, lipy i akacje.

    Longwood Gardens sięgają historią roku 1798. Amerykańscy kwakrzy: Joshua i Samuel Peirce otworzyli abrboretum. W 1906 roku Pierre S. DuPont nabył posiadłość i wykreował wspaniałe ogrody, wybudował oranżerie, fontanny, sale balowe, teatr na wolnym powietrzu. Zapraszał gości i miejsce kwitło. W 1954 roku po jego śmierci według pozostawionego testamentu ogrody zostały oddane publiczności. Na pielęgnację posiadłości ze spadku ogromnej fortuny każdego roku przeznaczane jest 17 milionów dolarów, bo i o to zadbał Pierre S. DuPont. Każdego sezonu, cały rok, odbywa się około 300 różnych imprez: koncerty, widowiska teatralne, występy chórów, baletu itd. Oranżerie w Longwood nie tylko bawią ale i uczą. Są tam grządki ziół, roślin jadalnych, medycznych, owadożernych i wielu innych. Fontanny, kolorowe strumienie wody tańczą w powietrzu w takt muzyki: rozróżniamy Walc kwiatów, Dziadek do orzechów, i inne melodie.

    Oprócz słynnych ogrodów i oranżerii miejsce to jest znane jako centrum badań i doświadczeń. Dwuletni program uniwersytecki badań rolniczych oferuje program magisterski (Jest to jedyne tego typu miejsce w świecie dające możliwość zdobycia tytułu magisterskiego). Absolwenci znajdują pracę jako dyrektorzy ogrodów, parków, ogrodów zoologicznych. Ogrody zatrudniają 177 pracowników i 84 dorywczo pracujących, na ich terenie stale mieszka 45 osób. Każdego roku około 830 tysięcy ludzi odwiedza te wspaniałe ogrody. W ciągu dnia odbywają się koncerty, wczesnym wieczorem można posłuchać chórów z orkiestrą wraz ze wspaniałymi starymi organami.

    W okresie świąt Bożego Narodzenia w oranżerii w Longwood Gardens zachwyca dorodna sosna Douglasa o wysokości 22 stóp. Jest ozdobiona tysiącami poinsecji i oświetlana przez 6 tysięcy białych świateł. Cała oranżeria tonie w kremowych, różowych, zielonkawych poinsecjach. W 1825 roku Francuz Joel Poinsett stale mieszkający w Charlestonie w Południowej Karolinie sprowadził ją z Meksyku do Stanów. Poinsecje obecnie znane są już w wielu miejscach świata i eksponowane są na święta Bożego Narodzenia.

    Delaware tak związany z rodziną DuPont uważa Longwood Gardens niemal za swoje, pomimo że, jak wspomniałam, leżą już w sąsiednim stanie. W komitecie zarządzającym ogrodami zasiada jednak większość obywateli stanu Delaware, co moi rozmówcy bardzo podkreślają.



Longwood Gardens

Longwood Gardens

Longwood Gardens


Christiana River, Wilmington, Delaware


środa, 26 września 2012

Anna Bernat : Magiczny dom Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm




PLUS 50  Środa, 04 Luty 2009


Każdej kobiecie życzę, aby choć raz w życiu mogła urządzić własny dom, i to tak od podstaw: od koloru ścian po najdrobniejszy szczegół...


Anna Bernat:

Magiczny dom Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm







 



  

Pisarka Aleksandra Ziółkowska-Boehm od blisko dwudziestu lat mieszka na stałe w Stanach Zjednoczonych. Jednak regularnie dwa razy do roku przyjeżdża do Polski, aby odwiedzić matkę i braci w Łodzi oraz na spotkania autorskie z okazji kolejnych wydanych w kraju książek. (W tej chwili w księgarniach znajdują się jej trzy pozycje: „Podróże z moją kotką”, „Ulica Żółwiego Strumienia” i „King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów”). Ma więc dwa domy: mieszkanie przy ul. Kmicica w Warszawie, i dom w Wilmington w stanie Delaware przy Ridgewood Circle. Oba adresy brzmią literacko, co bardzo odpowiada pisarce. Oba domy, i ten warszawski, i amerykański, są dla niej bardzo ważne. Będąc w Warszawie, pokazuje z dumą przeszkloną osłoniętą delikatnymi seledynowymi żaluzjami, wyłożoną zielonkawymi kaflami altankę, jaka powstała na obudowanym balkonie służewieckiego bloku. Tam przy kawie oglądamy zdjęcia z amerykańskiego ogrodu Pani Oleńki, w którym posadziła przywiezione z Polski malwy, ostróżki i tulipany.

- Tak naprawdę liczy się zieleń w domu i wokół niego, oraz światło. Nie bójmy się wpuścić słońca do naszego domu mówi Oleńka.- I dlatego tak się cieszę z mojej warszawskiej „altanki”, jak i z pokoju w Delaware, który z mężem nazywamy „słonecznym” (sun room), ponieważ ma aż dziesięć okien! Rozsłoneczniony, otoczony zielenią dom to zdrowy dom - uważa pani Ola. - Każdej kobiecie życzę, aby choć raz w życiu mogła urządzić własny dom, i to tak od podstaw: od koloru ścian po najdrobniejszy szczegół, ulubiony drobiazg na komódce, czy jakąś szczególnie użyteczną szafkę w kuchni.


- Najpierw trzeba zacząć od budowy domu…


¬Otóż, nie w Stanach. Amerykanie zwykle nie budują swoich domów, tylko je kupują gotowe lub wynajmują. Owszem, na dalekich obrzeżach dużych miast powstają osiedla nowych domów, ale są one z reguły bardzo oddalone od centrum, a poza tym nie mają tego, co Amerykanie uważają za warunek konieczny, aby się gdzieś osiedlić i zainwestować w to miejsce pieniądze, a mianowicie nie mają well established neighborhood. Dobre sąsiedztwo każdego cieszy, ale Amerykanie rzeczywiście przywiązują do tego szczególną wagę.

Dobre, bezpieczne sąsiedztwo jest możliwe na przedmieściach, w niektórych częściach dzielnic wielkich miast, które od wielu lat zamieszkuje ta sama mała społeczność o dobrej renomie. Ludzie dbają tu o wygląd swoich domów, pielęgnują ogrody. Wszyscy solidarnie podporządkowują się rozmaitym prawom i wymaganiom porządkującym życie w tej małej społeczności. Kupując dom, dostaje się dołączony do kontraktu spis panujących zasad. Na Ridgewood Circle nie wolno np. wycinać bez pozwolenia drzew, nie można rozbudowywać domu, nie tylko bez zgody miasta, architekta, ale i sąsiadów. Nie można ogrodzić domu z przodu, co jest praktykowane w wielu dobrych dzielnicach, mamy za to ogrodzenie z tyłu. Nie można prowadzić biznesu w domu, aby spokoju nie zakłócali przyjeżdżający klienci. Trzeba mieć umiar w zachowaniu i dbać o zewnętrzny wygląd domu czy ogrodu. Podcinać krzewy, ścinać regularnie trawę, zbierać jesienią liście. Zima odśnieżamy tylko własny dojazd od garażu, bo uliczka jest odśnieżana, a chodników w naszym sąsiedztwie nie ma. Dbają o ogrody z przodu, jak i z tyłu domu, wszyscy sąsiedzi. Ale tak jest chyba teraz i w Polsce.



Znacie zatem państwo swoich sąsiadów, kim oni są?


Naszymi sąsiadami na Ridgewood Circle są ludzie wykształceni, nieźle zarabiający i ustabilizowani. Obok nas mieszka lekarz, architekt z prawniczką, jeden z dyrektorów DuPonta i Boeinga. W sąsiedztwie mieszka prokurator. Są to miłe wygodne domy, ale bez przesady, nie są to żadne rezydencje czy posiadłości typu mansion.

- A co się dzieje, gdy mimo wszystko pojawi się w sąsiedztwie ktoś niechciany, kto nie dba o dom, puszcza głośno muzykę, a jego ogród porastają chaszcze.


Tracimy wszyscy; ceny domów spadają. Niekiedy doprowadza to do sytuacji, że lepiej dom sprzedać i wyprowadzić się.

- Ale na razie się tym nie martwmy, bo oto wprowadziła się pani do swojego pięknego domu. Proszę nas po nim oprowadzić.


Jest to stary, bo ponad 40-letni murowany dom na wzgórzu z duszą i charakterem. Całkowicie go wyremontowaliśmy, wstawiając nowe okna i do wszystkich pokojów drewniane ładne drzwi, kładąc nowe glazury w łazienkach. Wyposażyliśmy też dom w nowoczesną kuchnię. Mamy piękne drewniane podłogi. A do tego też przywiązuję wagę, bo uważam, że one są zdrowe. Mamy osiem pokoi, trzy i pół łazienki, garaż na dwa samochody.

- Co to znaczy pół łazienki?


To jest dodatkowa toaleta z umywalką, bez wanny czy prysznica. Mamy też dwa kominki, i w sumie ponad 30 okien. Dom jest bardzo jasny, prześwietlony słońcem. Pokój, który ma dziesięć okien, jest wysunięty na ogród, jest naszym ulubionym miejscem do odpoczynku, do czytania. Stoją w nim ogrodowe wiklinowe białe meble, podłoga wyłożona jest dużymi kaflami. Dom ma trzy wejścia: z przodu, od strony kuchni i ogrodu (są to drzwi ze szklanymi szybkami), na dole od strony pokoju gościnnego, oraz wewnętrzne wejście przez garaż, z którego najczęściej korzystamy.
Nasz ogród z tyłu sąsiaduje ze stanowym parkiem, skąd przychodzą do nas liski, szopy i oposy. Obok nas, na parceli sąsiada, rośnie najstarsze drzewo w Delaware: ponad 300-letnia sykomora.

- Czy przy urządzaniu ładnego, wygodnego i zdrowego domu pomagał Pani architekt lub dekorator wnętrz?


Nie, nikt nam nie pomagał. Mamy meble, obrazy przywiezione z całego świata, i stąd, ze Stanów; zostały kupione, ponieważ nam się podobały, a nie dlatego, że pasują kolorystycznie do kanapy i foteli – jak często postępują dekoratorzy wnętrz.
Nasz dom odzwierciedla nasze życie. Salon urządzony został w stylu Środkowego Wschodu; stoi w nim arabska skrzynia z Medyny, są lampy, dywany, obrazy przywiezione przez Normana z Persji i Arabii. Norman spędził w Arabii Saudyjskiej 16 lat pracując dla
Aramco, (Arabian American Oil Company). Pracował także cztery lata w Londynie i cztery w Norwegii, ma więc np. starą broń kupioną w sklepach antycznych w Londynie i wiele innych rzeczy stamtąd, np. bujane drewniane fotele. Z naszych podróży oboje przywozimy rzeczy, które nam się podobają, jak obrazy z Peru, Bali, Argentyny, Hawajów, czy rozmaite drobiazgi, np. mamy małe kolekcje drewnianych rzeźb. Jeden pokój jest wypełniony indiańskimi pamiątkami, które przywieźliśmy z naszych wypraw do rezerwatów; są tam rozmaite amulety, „łapacze” złych snów, i wręcz przeciwnie – witraże ściągające energię słoneczną i „łapacze”. W tym pokoju panuje dość tajemnicza aura, mająca wpływ na nasze dobre samopoczucie. W jadalni natomiast mam obrazy przedstawiające polskie pejzaże i Starówkę warszawską. Obrazy, podobnie jak książki, są dla mnie bardzo ważnym elementem wnętrza. Mamy mnóstwo książek. Pokój z podniesionym sufitem, w którym jest wysoki z cegły kominek, po obu stronach ma półki z książkami, nazywamy biblioteką. Tam lubię także oglądać telewizję. Bibliotekę mam dużą także w Polsce.

- No właśnie, w warszawskim mieszkaniu obrazy, i książki też zajmują niemal wszystkie ściany.


Moje mieszkanie na Kmicica, niewielkie, ale miłe trzypokojowe też wypełnione jest pamiątkami związanymi z moim okresem warszawskim. Portrety Wańkowicza, płaskorzeźba przedstawiająca pisarza zrobiona przez moją przyjaciółkę, rzeźbiarkę Przemkę Karolak. Są grafiki Szymona Kobylińskiego, Teresy Jonkajtys Sołtanowej, Stanisława Fijałkowskiego, Stanisława Gliwy, Wiesława Śniadeckiego, Mai Berezowskiej, obraz Zygmunta Karolaka (ojca Przemki), Konstantego Mackiewicza, Madonna namalowana przez Irenę Lorentowicz, itd. Jest krzyż koptyjski od Rysia Kapuścińskiego i krzyż przywieziony przeze mnie z Jerozolimy. Ale są także oprawione malunki małego Tomka, bardzo mi bliskie. I kolejno kolaż fotografii z Veranasi z Indii, już dorosłego Tomka.
Jakże można to wszystko gdzieś schować do szafy i zostać namówionym przez architekta wnętrz na obce sprzęty i gadżety? Nasz dom pokazuje nas i nasze życie. Nasza dusza powinna być obecna w zamieszkanych przez nas przestrzeniach. To wtedy można mówić o pewnej harmonii między człowiekiem a domem, który on zamieszkuje.

Jedynie, kiedy mieszkaliśmy z Normanem w wynajętych mieszkaniach w Teksasie, były one właśnie urządzone starannie przez specjalistów. Przypominały wysokiej klasy międzynarodowe hotele podobne w całym świecie; czy się jest w Singapurze czy San Antonio - Hilton Hotel jest taki sam, ma dobry standard, ale nie ma w sobie nic specyficznego i dopiero trzeba wyjrzeć przez okno, żeby zobaczyć, w jakim się jest mieście. Wolę pensjonaty, bo te mają zwykle specyficzny własny charakter. Kilka lat temu odkryłam w Krakowie miły pensjonat o nazwie „Retro”, gdzie zatrzymaliśmy się w czasie Targów Książki.

- A gdybym zapytała panią o przedmiot, który w swoim domu najbardziej Pani lubi...


Pianino. Tak... pianino, na którym grywa Norman; swego ulubionego Chopina, ale i Cole Portera, Duke`a Ellingtona. Dzięki niemu muzyka jest obecna w naszym domu. A to mnie zawsze dobrze nastraja.

- Bez czego nie wyobraża sobie Pani swego domu?


- Bez zwierząt. Teraz mamy dwa koty: Suzy rodem z Teksasu, i kota, który dołączył do nas w stanie Delaware. Nazwaliśmy go Claudem. Norman nazywa go Pretty Boy Claude, bo jest, tak jak Suzy, bardzo piękny: ma rudawe futro i biały brzuszek i skarpetki. Dokarmiamy też puchatą kotkę Fluffy, która ma właścicieli, ale oni wciąż gdzieś jeżdżą i trzymają ją na zewnątrz; dokarmiamy oposy, szopy i nawet lisek przychodzi coś przegryźć. Przede wszystkim karmimy ptaki, mamy trzy karmniki, jeden dla kolibrów zawieszony nad oknem w kuchni, dwa pozostałe w głębi ogrodu. Kolibrom trzeba co kilka dni podawać wodę z cukrem, naczyńko jest czerwone, przyciągające ich uwagę, ze specjalnymi otworkami na długie dziubki. Kolibry przylatują wczesną wiosną, w kwietniu, a odlatują w końcu września.

- Przejdźmy się zatem do ogrodu…


Urządzanie ogrodu, choćby najmniejszego, stanowi też wielką radość. Pamiętam, jak chętnie czytałam, że Krzysztof Penderecki zakłada swój wielki ogród, jak zwozi doń drzewa z całego świata. Nie musi to być jednak wielki park, by dawał radość. Mój brat z żoną Marylką do swojego ogrodu pod Łodzią przywozili zebrane przez siebie nasionka z Doliny Kościeliskiej, zasadzili je najpierw na balkonie, potem przesadzili do ogrodu, a wyrosły z nich już nawet spore drzewa.
W moim amerykańskim ogrodzie rosną różne piękności: azalie, hibiskus, róże Sharonu, wisteria, ale i bardziej swojskie astry, ostróżki, klematis, hortensje, peonie. Wszystko zaczyna się ożywiać wczesną wiosną, w marcu już rozkwitają krokusy, w kwietniu żonkile, tulipany i krzak bzu. Potem zakwitają azalie, rododendrony, lilie, irysy, peonie, gladiole, aż nadchodzi czas róż. Mój ogród zachwyca od wczesnej wiosny do późnej jesieni, bo wciąż coś kwitnie, aż do późnego listopada.

Urządziłam go zresztą zupełnie na nowo, bo poprzedni właścicielka uprawiała jedynie zioła. Z Normanem posadziliśmy drzewa, blisko 30 cyprysów, cedry, magnolię, dwa srebrne świerki, sosnę, nawet brzozę, która niezbyt lubi ciepły klimat Delaware i jest wątła.
Posadziłam też drzewka brzoskwini, moreli, czereśnie i jabłoń. Ale, niestety, już kolejny rok nie mamy z nich owoców, bo mimo że drzewa obradzają obficie, to wiewiórki zrywają owoce zanim te dojrzeją. Nie pomogły siatki otulające drzewo, wiewiórki były sprytniejsze od nas. Więc się już pogodziliśmy, że drzewa pięknie kwitną wiosną, potem owoce zjadają wiewiórki, a my jesteśmy szczęśliwi, gdy kilka zostanie dla nas. Może jeszcze się pochwalę, że po raz pierwszy w życiu mam własne pomidory. Pycha i samo zdrowie.

- A więc, pani Aleksandro: zdrowy dom to taki, w którym jest zieleń, promienie słoneczne docierają w jego najodleglejsze zakamarki, dom, w którym mieszkają kochający się ludzie, a razem z nimi zamieszkują go też zwierzęta.


Dodałabym do tego: dom, w którym dobrze się czują też nasi przyjaciele, i do którego wraca się zawsze z przyjemnością, nawet z tych najbardziej rozdzierających serce wyjazdów do Polski.