Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 września 2012

Anna Bernat : Magiczny dom Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm




PLUS 50  Środa, 04 Luty 2009


Każdej kobiecie życzę, aby choć raz w życiu mogła urządzić własny dom, i to tak od podstaw: od koloru ścian po najdrobniejszy szczegół...


Anna Bernat:

Magiczny dom Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm







 



  

Pisarka Aleksandra Ziółkowska-Boehm od blisko dwudziestu lat mieszka na stałe w Stanach Zjednoczonych. Jednak regularnie dwa razy do roku przyjeżdża do Polski, aby odwiedzić matkę i braci w Łodzi oraz na spotkania autorskie z okazji kolejnych wydanych w kraju książek. (W tej chwili w księgarniach znajdują się jej trzy pozycje: „Podróże z moją kotką”, „Ulica Żółwiego Strumienia” i „King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów”). Ma więc dwa domy: mieszkanie przy ul. Kmicica w Warszawie, i dom w Wilmington w stanie Delaware przy Ridgewood Circle. Oba adresy brzmią literacko, co bardzo odpowiada pisarce. Oba domy, i ten warszawski, i amerykański, są dla niej bardzo ważne. Będąc w Warszawie, pokazuje z dumą przeszkloną osłoniętą delikatnymi seledynowymi żaluzjami, wyłożoną zielonkawymi kaflami altankę, jaka powstała na obudowanym balkonie służewieckiego bloku. Tam przy kawie oglądamy zdjęcia z amerykańskiego ogrodu Pani Oleńki, w którym posadziła przywiezione z Polski malwy, ostróżki i tulipany.

- Tak naprawdę liczy się zieleń w domu i wokół niego, oraz światło. Nie bójmy się wpuścić słońca do naszego domu mówi Oleńka.- I dlatego tak się cieszę z mojej warszawskiej „altanki”, jak i z pokoju w Delaware, który z mężem nazywamy „słonecznym” (sun room), ponieważ ma aż dziesięć okien! Rozsłoneczniony, otoczony zielenią dom to zdrowy dom - uważa pani Ola. - Każdej kobiecie życzę, aby choć raz w życiu mogła urządzić własny dom, i to tak od podstaw: od koloru ścian po najdrobniejszy szczegół, ulubiony drobiazg na komódce, czy jakąś szczególnie użyteczną szafkę w kuchni.


- Najpierw trzeba zacząć od budowy domu…


¬Otóż, nie w Stanach. Amerykanie zwykle nie budują swoich domów, tylko je kupują gotowe lub wynajmują. Owszem, na dalekich obrzeżach dużych miast powstają osiedla nowych domów, ale są one z reguły bardzo oddalone od centrum, a poza tym nie mają tego, co Amerykanie uważają za warunek konieczny, aby się gdzieś osiedlić i zainwestować w to miejsce pieniądze, a mianowicie nie mają well established neighborhood. Dobre sąsiedztwo każdego cieszy, ale Amerykanie rzeczywiście przywiązują do tego szczególną wagę.

Dobre, bezpieczne sąsiedztwo jest możliwe na przedmieściach, w niektórych częściach dzielnic wielkich miast, które od wielu lat zamieszkuje ta sama mała społeczność o dobrej renomie. Ludzie dbają tu o wygląd swoich domów, pielęgnują ogrody. Wszyscy solidarnie podporządkowują się rozmaitym prawom i wymaganiom porządkującym życie w tej małej społeczności. Kupując dom, dostaje się dołączony do kontraktu spis panujących zasad. Na Ridgewood Circle nie wolno np. wycinać bez pozwolenia drzew, nie można rozbudowywać domu, nie tylko bez zgody miasta, architekta, ale i sąsiadów. Nie można ogrodzić domu z przodu, co jest praktykowane w wielu dobrych dzielnicach, mamy za to ogrodzenie z tyłu. Nie można prowadzić biznesu w domu, aby spokoju nie zakłócali przyjeżdżający klienci. Trzeba mieć umiar w zachowaniu i dbać o zewnętrzny wygląd domu czy ogrodu. Podcinać krzewy, ścinać regularnie trawę, zbierać jesienią liście. Zima odśnieżamy tylko własny dojazd od garażu, bo uliczka jest odśnieżana, a chodników w naszym sąsiedztwie nie ma. Dbają o ogrody z przodu, jak i z tyłu domu, wszyscy sąsiedzi. Ale tak jest chyba teraz i w Polsce.



Znacie zatem państwo swoich sąsiadów, kim oni są?


Naszymi sąsiadami na Ridgewood Circle są ludzie wykształceni, nieźle zarabiający i ustabilizowani. Obok nas mieszka lekarz, architekt z prawniczką, jeden z dyrektorów DuPonta i Boeinga. W sąsiedztwie mieszka prokurator. Są to miłe wygodne domy, ale bez przesady, nie są to żadne rezydencje czy posiadłości typu mansion.

- A co się dzieje, gdy mimo wszystko pojawi się w sąsiedztwie ktoś niechciany, kto nie dba o dom, puszcza głośno muzykę, a jego ogród porastają chaszcze.


Tracimy wszyscy; ceny domów spadają. Niekiedy doprowadza to do sytuacji, że lepiej dom sprzedać i wyprowadzić się.

- Ale na razie się tym nie martwmy, bo oto wprowadziła się pani do swojego pięknego domu. Proszę nas po nim oprowadzić.


Jest to stary, bo ponad 40-letni murowany dom na wzgórzu z duszą i charakterem. Całkowicie go wyremontowaliśmy, wstawiając nowe okna i do wszystkich pokojów drewniane ładne drzwi, kładąc nowe glazury w łazienkach. Wyposażyliśmy też dom w nowoczesną kuchnię. Mamy piękne drewniane podłogi. A do tego też przywiązuję wagę, bo uważam, że one są zdrowe. Mamy osiem pokoi, trzy i pół łazienki, garaż na dwa samochody.

- Co to znaczy pół łazienki?


To jest dodatkowa toaleta z umywalką, bez wanny czy prysznica. Mamy też dwa kominki, i w sumie ponad 30 okien. Dom jest bardzo jasny, prześwietlony słońcem. Pokój, który ma dziesięć okien, jest wysunięty na ogród, jest naszym ulubionym miejscem do odpoczynku, do czytania. Stoją w nim ogrodowe wiklinowe białe meble, podłoga wyłożona jest dużymi kaflami. Dom ma trzy wejścia: z przodu, od strony kuchni i ogrodu (są to drzwi ze szklanymi szybkami), na dole od strony pokoju gościnnego, oraz wewnętrzne wejście przez garaż, z którego najczęściej korzystamy.
Nasz ogród z tyłu sąsiaduje ze stanowym parkiem, skąd przychodzą do nas liski, szopy i oposy. Obok nas, na parceli sąsiada, rośnie najstarsze drzewo w Delaware: ponad 300-letnia sykomora.

- Czy przy urządzaniu ładnego, wygodnego i zdrowego domu pomagał Pani architekt lub dekorator wnętrz?


Nie, nikt nam nie pomagał. Mamy meble, obrazy przywiezione z całego świata, i stąd, ze Stanów; zostały kupione, ponieważ nam się podobały, a nie dlatego, że pasują kolorystycznie do kanapy i foteli – jak często postępują dekoratorzy wnętrz.
Nasz dom odzwierciedla nasze życie. Salon urządzony został w stylu Środkowego Wschodu; stoi w nim arabska skrzynia z Medyny, są lampy, dywany, obrazy przywiezione przez Normana z Persji i Arabii. Norman spędził w Arabii Saudyjskiej 16 lat pracując dla
Aramco, (Arabian American Oil Company). Pracował także cztery lata w Londynie i cztery w Norwegii, ma więc np. starą broń kupioną w sklepach antycznych w Londynie i wiele innych rzeczy stamtąd, np. bujane drewniane fotele. Z naszych podróży oboje przywozimy rzeczy, które nam się podobają, jak obrazy z Peru, Bali, Argentyny, Hawajów, czy rozmaite drobiazgi, np. mamy małe kolekcje drewnianych rzeźb. Jeden pokój jest wypełniony indiańskimi pamiątkami, które przywieźliśmy z naszych wypraw do rezerwatów; są tam rozmaite amulety, „łapacze” złych snów, i wręcz przeciwnie – witraże ściągające energię słoneczną i „łapacze”. W tym pokoju panuje dość tajemnicza aura, mająca wpływ na nasze dobre samopoczucie. W jadalni natomiast mam obrazy przedstawiające polskie pejzaże i Starówkę warszawską. Obrazy, podobnie jak książki, są dla mnie bardzo ważnym elementem wnętrza. Mamy mnóstwo książek. Pokój z podniesionym sufitem, w którym jest wysoki z cegły kominek, po obu stronach ma półki z książkami, nazywamy biblioteką. Tam lubię także oglądać telewizję. Bibliotekę mam dużą także w Polsce.

- No właśnie, w warszawskim mieszkaniu obrazy, i książki też zajmują niemal wszystkie ściany.


Moje mieszkanie na Kmicica, niewielkie, ale miłe trzypokojowe też wypełnione jest pamiątkami związanymi z moim okresem warszawskim. Portrety Wańkowicza, płaskorzeźba przedstawiająca pisarza zrobiona przez moją przyjaciółkę, rzeźbiarkę Przemkę Karolak. Są grafiki Szymona Kobylińskiego, Teresy Jonkajtys Sołtanowej, Stanisława Fijałkowskiego, Stanisława Gliwy, Wiesława Śniadeckiego, Mai Berezowskiej, obraz Zygmunta Karolaka (ojca Przemki), Konstantego Mackiewicza, Madonna namalowana przez Irenę Lorentowicz, itd. Jest krzyż koptyjski od Rysia Kapuścińskiego i krzyż przywieziony przeze mnie z Jerozolimy. Ale są także oprawione malunki małego Tomka, bardzo mi bliskie. I kolejno kolaż fotografii z Veranasi z Indii, już dorosłego Tomka.
Jakże można to wszystko gdzieś schować do szafy i zostać namówionym przez architekta wnętrz na obce sprzęty i gadżety? Nasz dom pokazuje nas i nasze życie. Nasza dusza powinna być obecna w zamieszkanych przez nas przestrzeniach. To wtedy można mówić o pewnej harmonii między człowiekiem a domem, który on zamieszkuje.

Jedynie, kiedy mieszkaliśmy z Normanem w wynajętych mieszkaniach w Teksasie, były one właśnie urządzone starannie przez specjalistów. Przypominały wysokiej klasy międzynarodowe hotele podobne w całym świecie; czy się jest w Singapurze czy San Antonio - Hilton Hotel jest taki sam, ma dobry standard, ale nie ma w sobie nic specyficznego i dopiero trzeba wyjrzeć przez okno, żeby zobaczyć, w jakim się jest mieście. Wolę pensjonaty, bo te mają zwykle specyficzny własny charakter. Kilka lat temu odkryłam w Krakowie miły pensjonat o nazwie „Retro”, gdzie zatrzymaliśmy się w czasie Targów Książki.

- A gdybym zapytała panią o przedmiot, który w swoim domu najbardziej Pani lubi...


Pianino. Tak... pianino, na którym grywa Norman; swego ulubionego Chopina, ale i Cole Portera, Duke`a Ellingtona. Dzięki niemu muzyka jest obecna w naszym domu. A to mnie zawsze dobrze nastraja.

- Bez czego nie wyobraża sobie Pani swego domu?


- Bez zwierząt. Teraz mamy dwa koty: Suzy rodem z Teksasu, i kota, który dołączył do nas w stanie Delaware. Nazwaliśmy go Claudem. Norman nazywa go Pretty Boy Claude, bo jest, tak jak Suzy, bardzo piękny: ma rudawe futro i biały brzuszek i skarpetki. Dokarmiamy też puchatą kotkę Fluffy, która ma właścicieli, ale oni wciąż gdzieś jeżdżą i trzymają ją na zewnątrz; dokarmiamy oposy, szopy i nawet lisek przychodzi coś przegryźć. Przede wszystkim karmimy ptaki, mamy trzy karmniki, jeden dla kolibrów zawieszony nad oknem w kuchni, dwa pozostałe w głębi ogrodu. Kolibrom trzeba co kilka dni podawać wodę z cukrem, naczyńko jest czerwone, przyciągające ich uwagę, ze specjalnymi otworkami na długie dziubki. Kolibry przylatują wczesną wiosną, w kwietniu, a odlatują w końcu września.

- Przejdźmy się zatem do ogrodu…


Urządzanie ogrodu, choćby najmniejszego, stanowi też wielką radość. Pamiętam, jak chętnie czytałam, że Krzysztof Penderecki zakłada swój wielki ogród, jak zwozi doń drzewa z całego świata. Nie musi to być jednak wielki park, by dawał radość. Mój brat z żoną Marylką do swojego ogrodu pod Łodzią przywozili zebrane przez siebie nasionka z Doliny Kościeliskiej, zasadzili je najpierw na balkonie, potem przesadzili do ogrodu, a wyrosły z nich już nawet spore drzewa.
W moim amerykańskim ogrodzie rosną różne piękności: azalie, hibiskus, róże Sharonu, wisteria, ale i bardziej swojskie astry, ostróżki, klematis, hortensje, peonie. Wszystko zaczyna się ożywiać wczesną wiosną, w marcu już rozkwitają krokusy, w kwietniu żonkile, tulipany i krzak bzu. Potem zakwitają azalie, rododendrony, lilie, irysy, peonie, gladiole, aż nadchodzi czas róż. Mój ogród zachwyca od wczesnej wiosny do późnej jesieni, bo wciąż coś kwitnie, aż do późnego listopada.

Urządziłam go zresztą zupełnie na nowo, bo poprzedni właścicielka uprawiała jedynie zioła. Z Normanem posadziliśmy drzewa, blisko 30 cyprysów, cedry, magnolię, dwa srebrne świerki, sosnę, nawet brzozę, która niezbyt lubi ciepły klimat Delaware i jest wątła.
Posadziłam też drzewka brzoskwini, moreli, czereśnie i jabłoń. Ale, niestety, już kolejny rok nie mamy z nich owoców, bo mimo że drzewa obradzają obficie, to wiewiórki zrywają owoce zanim te dojrzeją. Nie pomogły siatki otulające drzewo, wiewiórki były sprytniejsze od nas. Więc się już pogodziliśmy, że drzewa pięknie kwitną wiosną, potem owoce zjadają wiewiórki, a my jesteśmy szczęśliwi, gdy kilka zostanie dla nas. Może jeszcze się pochwalę, że po raz pierwszy w życiu mam własne pomidory. Pycha i samo zdrowie.

- A więc, pani Aleksandro: zdrowy dom to taki, w którym jest zieleń, promienie słoneczne docierają w jego najodleglejsze zakamarki, dom, w którym mieszkają kochający się ludzie, a razem z nimi zamieszkują go też zwierzęta.


Dodałabym do tego: dom, w którym dobrze się czują też nasi przyjaciele, i do którego wraca się zawsze z przyjemnością, nawet z tych najbardziej rozdzierających serce wyjazdów do Polski.








wtorek, 25 września 2012

Rozmawia Ewa Matuszewska: W USA i Polsce "osiołek" pracuje nieustannie




Z ALEKSANDRĄ ZIÓŁKOWSKĄ-BOEHM rozmawia Ewa Matuszewska


W USA i Polsce “osiołek” pracuje nieustannie





Aleksandra Ziółkowska-Boehm z Suzy przed obrazem z Bali



Aleksandra Ziółkowska-Boehm, pisarka i dziennikarka, w latach 1972 – 1974 asystentka i sekretarka Melchiora Wańkowicza. Swą ostatnią książkę, "Karafkę La Fontaine'a", pisarz zadedykował tej, bez której książka by nie powstała - Aleksandrze Ziółkowskiej.

Podobno Melchior Wańkowicz dał ci pocztówkę, którą podpisał „pracuj osiołku, pracuj”. Mówię tak niekiedy sama do siebie, gdy zapadam w nic nie pisanie. Takie żartobliwe popędzanie dobrze ci zrobiło - od roku 1975 do 2011 napisałaś blisko dwadzieścia książek, bardzo różnych zresztą. Nie licząc nadzorowanych serii, do których pisałas przedmowy, przypisy czy posłowia, jak na przykład do 16-tomowej serii Dzieł Wszystkich Wańkowicza.

Zaczęłam pisać już na studiach, w prasie łódzkiej, w Więzi, Literaturze, wywiady, felietony. Wybierając temat pracy magisterskiej na polonistyce na Uniwersytecie Łódzkim o Wańkowiczu, nie wiedziałam, że będę mu pomagała w pracy w ostatnich dwóch latach jego życia. Kiedy zostałam jego sekretarką i asystentką, stało się to szczególną sensacją – wielki, sędziwy pisarz i magistrantka polonistyki. Po śmierci pisarza zapraszano mnie do wielu domów ludzi związanych z kulturą, bacznie obserwowano i wypytywano o Wańkowicza. Opowiadałam, opowiadałam, aż w końcu przyjaciele namówili mnie - zamiast opowiadać, opisz czas spędzony z Wańkowiczem. Do napisania mojej pierwszej książki ostatecznie skłonił mnie Andrzej Kurz, ówczesny dyrektor Wydawnictwa Literackiego. Pisałam po całych dniach, przez cztery miesiące, rzecz dosyć osobistą. Książka się ukazała w ładnej płociennej okładce, miała trzy wydania. Ja kontynuowałam prace nad serią utworów wybranych Wańkowicza dla Wydawnictwa Literackiego i PAX-u i otworzyłam przewód doktorski na Uniwersytecie Wraszawskim.

W znaczący sposób uczestniczyłaś w pracy twórczej Melchiora Wańkowicza. Pomogło to we własnej pracy, na przykład w poszukiwaniu materiałów, w opanowaniu warsztatu literackiego?

Gdy jest się młodą osobą, tuż po studiach, ma się zapał do pracy z tak niezwykłym człowiekiem, to nie liczy się swojego czasu. Gdybym była starsza, pewnie broniłabym wolnych niedziel, uregulowanych, stałych godziny pracy. Ale widziałam, że Wańkowicz ściga się z czasem. On też to wiedział, kiedy zaczął pisać „Karafkę La Fontaine'a”, wymagajacą bendyktyńskiej pracy w zbieraniu materiałów. Zaangażowałam się tak bardzo w poszukiwania, że wystarczyło na dwa tomy. Wańkowicz nie oszczędzał się, pracował bez zwracania uwagi na godziny, nie miał wolnych dni, poświęcał się całkowicie tej książce. Pracował, choć czuł się coraz gorzej. Miał jeszcze chęć na nową książkę, o strzelcach podhalańskich, ale wiedział, że po ten temat nie sięgnie, bo czas miał naznaczony ciężką chorobą. Po śmierci Wańkowicza obroniłam doktorat, zaczęłam pracę w Teatrze Telewizji, i napisałam kilka książek. Rozpoczął się nowy etap mego życia.

I wyjechałaś z Polski.


Nie od razu. Przed stanem wojennym znalazłam się w Kanadzie, zaproszona tam na nieduże stypendium przez Kanadyjsko - Polski Instytut Badawczy w Toronto.Tam mnie zastał stan wojenny, przedłużyłam pobyt, uzyskałam bardzo dobre dwa stypendia. Kanada obchodziła dwustulecie swego istnienia i w ramach obchodów tej rocznicy ogłoszono konkurs na książki na temat największych grup etnicznych, o życiu tych grup w Kanadzie. Stypendium na pisanie książki wygrały trzy osoby: Japończyk, Ukrainiec i ja. Ministerstwo Kultury Ontario nadzorowało projekt, dostałam także wsparcie z Fundacji Adama Mickiewicza w Toronto. Przygotowywałam się starannie - czytałam pamiętniki emigrantow, rozmawialam ze starą, ale i młodszą Polonią. Chciałam pokazać mozaikę różnorakich postaci i ich losy w Kanadzie. Wśród autentycznych osób, o których napisałam, był znany radiowiec Peter Gzowski, potomek słynnego Casimira, Maria Zielińska z Biblioteki Narodowej i dr Tadeusz Brzeziński, przedwojenny konsul RP w Montrealu, piękna zasłużona postać wśród nie tylko montrealskiej, ale całej Kanadyjskiej Polonii.

Moja opowieść o Tadeuszu Brzezińskim i jego losach trafiła do jego znakomitego syna. Poleciałam do Waszyngtonu i przeprowadziłam z nim wywiad. Rozmowę z dr Zbigniewem Brzezińskim, wybitnym Amerykaninem urodzonym w Polsce i mającym kanadyjski rozdział w swoim życiu, włączyłam do książki. Ukazała się pt. „Dreams and Reality”, a później w Polsce jako „Kanada, Kanada”. Rozmowę tę po latach uzupełnilam i dałam w książkach: angielskojęzycznej „The Roots Are Polish” i polskiej „Korzenie są polskie”.

W Toronto napisałam także książkę poświęconą senatorowi polskiego pochodzenia, dr Stanleyowi Haidaszowi, którą mi wydała Polonia w Toronto, później w Polsce ukazała się pt. „Kanadyjski Senator”. W sumie byłam dwa lata i trzy miesiące w Kanadzie, wróciłam do Polski na Boże Narodzenie 1983 roku. Wszystko przywitałam ze łzami, że wróciłam do siebie, że mam tu Rodziców i braci.

Przychodzi rok 1990 i zmieniasz stan cywilny.


Napisałam i wydałam wcześniej książki „Z miejsca na miejsce”, „Moje i zasłyszane”, „Na tropach Wańkowicza”, „Proces M.Wańkowicza 1964 roku” i wyjechałam na amerykańskie stypendium Fulbrighta do Stanów. Poznałam Normana. W 1990 roku pojechałam na drugie stypendium, tym razem Fundacji Kościuszkowskiej, i zaraz po jego zakończeniu, w czerwcu, wyszłam za mąż. Bardzo się bałam tego małżeństwa, mieszkania poza krajem. Zawsze dotąd wracałam, miałam poczucie domu we własnym kraju. Ale była też inna sytuacja - Polska była już wolna, nie miałam odczucia, że ... uciekam.

Mój mąż to człowiek otwarty na świat, na różne kultury. Może nie jest typowym Amerykaninem? Ma ukończone studia chemiczne i prawnicze, jest wysokiej klasy specjalistą od pisania kontraktów. Dwadzieścia trzy lata pracował poza Ameryką, w Arabii Saudyjskiej, potem w Londynie i w Stavanger w Norwegii. Od naszego ślubu, z czasem, stał się swoistym polskim patriotą, zabierał wiele razy czynny głos na rzecz, na przykład, przyjęcia Polski do NATO.

Co cię ciągnie do Polski?

Wszystko!

Wyszłaś za Amerykaniana, od lat mieszkasz w USA, jednak wciąż tkwisz w polskich tematach, wciąż szukasz polskich śladów na obczyźnie.

W pisanie o Polsce wkładam wiele serca i emocji wczuwając się w trudne losy bohaterów moich książek. Tak było przy pisaniu „Kai od Radosława czyli historii Hubalowego Krzyża”, „Dworu w Kraśnicy i Hubalowego Demona”, książki „Lepszy dzień nie przyszedł już”, czy wspomnieniowej „Ulicy Żółwiego Strumienia”.

"Lepszy dzień nie przyszedł już" ukazuje się niebawem w warszawskim wydawnictwie Iskry. O czym jest ta książka?

Bardzo na nią czekam. Zawsze martwię się o nową swoją książkę i niepokoję, jak zostanie przyjęta. Chciałabym się nią zaopiekować jak najczulej ."Lepszy dzień nie przyszedł już" zawiera trzy opowieści - związane z polską historią, polskimi losami. Sa to historie rodzin, czy - jak w przypadku Wartanowiczów- sagi rodu. Pokazuję wyrzuconych ze swoich domów konkretnych ludzi, których wcześniej przedstawiam czytelnikowi i się z nimi niemal zaprzyjaźnia. Pokazuję, co się działo z nimi i ich rodzinami. Wywózki, obozy, nasze polskie tragedie.

Pokazuję niezwykły hart ducha i wolę przetrwania w jakże ciężkich sytuacjach, i pokazuję dalsze pokolenia. Piszę, co stało się z rodzinami patriotycznych dzielnych ludzi, z ich dziećmi i wnukami, którzy mieszkają teraz w Stanach Zjednoczonych, w zachodniej Europie czy w Johannesburgu, ale i w Polsce. Jak patrzą i czy chcą wiedzieć o pokoleniach swoich dziadków, którzy przeszli gehennę. Niczego nie krytykuję, niczego nie oceniam, pokazuję postawy pewnej generacji ludzi, i póżniejsze. Czytelnikowi zostawiam nasuwające się przemyślenia.... Wiesz Ewo, duże fragmenty tej ksiazki pisałam na przydechu i ze skurczonym sercem.

Jak piszesz? Jaka jest twoja recepta na pisanie i pokazywania tych przecież niełatwych i bolesnych tematów?


Piszę jakby cała sobą i w pisaniu jestem sama ze sobą. Staram się jednak zapanować nad emocjami, bo inaczej niczego sensownego bym nie napisała. Uważam, że mogą one popychac do pisania, ale nie mogą zapanować. Trzeba tekst odłożyć na pewien czas i cyzelowac, ukryć wszystkie emocje... (świadomie pełną czułości jest moja opowieść „Podróże z moją kotką”). Na pewno z uczuciem ale spokojnie napisałam „Otwarta rana Ameryki” poświęconą współczesnej sytuacji amerykańskich Indian. W USA targają mną bowiem rozmaite odczucia.

A jak jest w Polsce? Emocje mogą się tutaj rozhuśtać?


Tutaj jest bardzo różnie.. Przede wszystkim, cieszę się wszystkim, co jest w Polsce. Jestem w kraju dwa razy w roku, zwykle są to kilkutygodniowe pobyty. Ale w Zakopanem byłam ostatni raz dziesięć lat temu.

Czym dla ciebie jest Zakopane? Mitem kulturalnym, literackim? A może nastąpiło zderzenie mitu z rzeczywistością nie najpiękniejszą?

Basia Wachowicz mówi, że tu się wychowała, ale ja wychowałam tutaj mojego syna, Tomka, który dziś jest dziennikarzem. Sama go wychowywałam. Każdego roku byłam z nim w Zakopanem, zawsze przyjeżdżaliśmy do Halamy, do pani Kasi Wojakowej. Należałam do ZAIKS-u już jako dwudziestoparoletnia literatka, dlatego mogłam przyjeżdżać do Domu Pracy Twórczej. Z rozczuleniem i radością widzę, że Halama nie zmieniła się, są już wprawdzie inne panie, ale nastrój pozostał taki sam. W Halamie spotykalismy się z Basią, jej Ziukiem, Bogusławem Kaczyńskim, Zbigniewem Rogowskim. W czasie pierwszego przyjazdu z mężem, na początku lay 1990-tych, zdarzyła się zabawna sytuacja – byliśmy na Gubałówce z Michałem Radgowskim, który powiedział, bym przetłumaczyła Normanowi, że te podziwiane przez nas Tatry należą do Czechosłowacji...

Wtedy mało kto nazywał Tatry po południowej stronie „Słowackimi”, choć zapomniany dziś piosenkarz Tadeusz Woźniak śpiewał, że ma „dziewczynę po słowackiej stronie”. W roku 1968, w sierpniu zmodyfikonao tekst „a ja mam dziewczynę po słowackiej stronie, wsiądę na transporter i postrzelam do niej. Hej Hanno, kryj się, kryj..”

...Powiedziałam wtedy Michałowi: – Po co będę tłumaczyć, niech Norman sobie je podziwia jako polskie. Starałam się mu zawsze pokazywać Polskę od najlepszej strony, nie tłumaczyłam mu różnych politycznych zawirowań, bo ta wiedza do niczego nie była mu potrzebna. Norman zachwycał się Zakopanem i Tatrami. Mówił dłuższy czas, że ładnie by było, gdybyśmy mieszkali w Zakopanem i tylko wpadali do Warszawy.

Ale nie wykorzystywałaś w swej twórczości zakopiańskich wątków?

Nie, nie byłam tak wrośnięta w środowisko zakopiańskie jak Basia Wachowicz, zaprzyjaźniona z Marusią Kasprowiczową, pisząca zakopiańskie książki i artykuły. Dla mnie Zakopane zawsze łączyło się z przyjemnością i swoistą radością, że tu jestem. Pierwszy pokazał mi Zakopane Ojciec, byłam tu też ze starszym bratem i jego rodziną, i potem były regularne przyjazdy z moim synem. Pobyt w Zakopanem zawsze to było swoiste święto. Również na samym początku małżeństwa z Normanem byliśmy w Zakopanem, w niedługim czasie trzy razy. Dotąd opowiada swoim znajomym o Zakopanem, mówi także, jaką ma cudowną architekturę i jaka to piękna polska perła.
Z latami tak się porobiło, że będąc w Polsce byłam uwikłana w różne sprawy zawodowe, w pisanie, promocje, trudno było mi znaleźć czas na oddech w Zakopanym. Ale wciąż narzekałam, że nie mogę wygospodarować tygodnia, by pojechać w Tatry...

I jak widzisz Zakopane po tylu latach?

Zawsze niezwykłe, ale też przeraża mnie i budzi niesmak komercjalizacja. Idziemy na spacer pod skocznię i wszędzie atakują człowieka stragany z dość obrzydliwymi „pamiątkami”. Do tego ogłuszająca muzyka. Wiem, że te stragany stoją na prywatnym terenie, a prywatna własność to rzecz święta, albo inaczej mówiąc „wolnosć Tomku w swoim domku”. Niestety, Zakopane stało się towarem na sprzedaż. Nie ono jedno, Ameryka ma wiele takich miejsc.

Nic nie zostało z mitu Zakopanego? Dwudziestolecie międzywojenne, literaci, malarze, filozofowie...

Ciagle myślę o tamtych czasach z szacunkiem i pietyzmem, cenię Basię Wachowicz, że tak wspaniale je opisuje. Dla mojego pokolenia tamto Zakopane wciąż trwało, mimo zmian ustojowych i kulturowych. A tego nowego Zakopanego jeszcze nie rozgryzłam – na razie mnie jakby drażni.

Masz ochotę je „rozgryzać”? Na spotkaniu w Białej Izbie Związku Podhalan, na promocji tomiku poetyckiego Jerzego Tawłowicza „Serce z widokiem na Giewont” spotkałaś się z nieco innym Zakopanem.

Podobało mi się to inne Zakopane bardzo... To niezwykłe mimo wszystko miasto dla mnie zawsze było prywatną sprawą, zawsze tu pisałam, choć nie o Zakopanem. Przyjeżdżałam na dwa tygodnie w lipcu z synem i jeden tydzień jakoś tradycyjnie był deszczowy. Pisałam na maszynie po Wańkowiczu, na malutkim Hermesie, maszynie z historią: Wańkowicz przekraczał z nią wpław granicę w Zaleszczykach podczas wojny. Potem pożyczałam ją Rysiowi Kapuścińskiemu, sama pisałam na Olivetti. Od lat piszę oczywiście już na komputerze. Wiele godzin na pracy tu spędziłam, i odbyłam wiele wiele godzin spacerów. Mam w pamięci obrazy, widoki, zapachy, które pozostaną ze mną jako najdroższe do końca życia.

Jest ładna książeczka „Nie minęło nic, prócz lat”, w której znalazło się co najmniej 100 listów Szymona Kobylińskiego do mnie i Zakopane też tam się pojawia. W listach Szymon pisze, że nie może zrozumieć, jak mogę żyć w Ameryce – według niego nasi górale mają swój styl, tradycję, kulturę, a Amerykanie nie mają niczego. A ja piszę, żeby przestał narzekać na Amerykę i jej bronię.

Jakiej Ameryki bronisz?

Bardzo różnych Ameryk – Ameryki wynalazków na miarę Nobla, Ameryki wybitnych muzyków i znakomitych orkiestr, Ameryki literackiej, filmowej. Ameryki pomagajacej ludziom zdolnym, pracowitym... Amerykanie nie wstydzą się mówic, o czym marzą, kim chcieliby być, mówią o swoich sukcesach, i jakoś to nie drażni. Polacy tego nie potrafią, a ja lubię taką szczególną prostolinijność. Bronię Ameryki pełnej kultury, otwartej, dającej ludziom szanse na nowe życie.

Polscy emigranci potrafią korzystać z tych szans?

Są różni. Są Polacy w kraju, którzy narzekają na Polskę, znajdując ku temu sto pięćdziesiąt powodów - politycznych, ekonomicznych, zawodowych, towarzyskich czy religijnych. Przyjeżdżają do USA i są tacy sami. Znajdą sobie dwadzieścia nowych powodów, by nie lubić tego nowego kraju. A do tego lekceważące określenia: „Kanadyjce”, „Amerykańce”... Niektórzy na okrągło oglądają polską telewizję – na przykład w Teksasie słońce, upał, a nasz rodak patrzy na śnieg padający w Polsce i narzeka, że nie sprzatają go. Narzeka, że wybrali na posła Kowalskiego, a nie Malinowskiego. I robi wrażenie, że oprócz tego, kto jest prezydentem, nie wie, co się w Ameryce dzieje. Cierpi na swoiste rozdwojenie jaźni – w Polsce było mu źle, w USA też mu nie najlepiej. Jednak gdy ktoś ma pozytywne nastawienie, jest pracowity i rozważny, to oczywiście poradzi sobie w Ameryce. Wielu jest znakomitych Polaków, którzy zajmują wspaniałe stanowiska, są otwarci i twórczy, i mogę tylko z dumą o nich mówić. Wańkowicz mawiał, że człowiek jeśli ustawi sobie wysoko poprzeczkę, to nawet osiągając połowę, odniesie sukces. Ameryka, mimo kryzysu, wciąż jest krajem ogromnych możliwości

Czego nauczyła cię Ameryka?


Korzystania z przestrzeni i dystansu do wszystkiego. Nauczyła i pokazała że jest do „dotknięcia”, że przyjmuje obcych. Dostałam nagrodę stanu Delaware w „creative nonfiction”, wysłana zostałam jako „Fulbright scholar” na dwanaście miesięcy do własnego kraju. W Ameryce wydano mi książkę o amerykańskich Indianach, inną o kotce Suzy, niebawem ukazuje się tłumaczenie „Kaia Heroine of the 1944 Warsaw Rising”.

Ale do Polski musisz wracać?


Muszę i chcę. Teraz, w Zakopanem czuję, że wróciłam do domu. Małe miasto, małe góry – na miarę człowieka. Mój mąż jeździ na nartach i bardzo sobie chwali. Bywaliśmy w Utah, ale tamte góry choć piękne, dla mnie są jakby za ... duże. I architektura nie tak piękna jak w Zakopanem. Norman fotografuje tu nie tylko domy ale i płoty.
...Tatry to nie tylko góry – to ważny rozdział naszej kultury, historii, miejsce bliskie każdemu Polakowi.
***
http://ewamatuszewska.pl/index.php/polecane/


***