Jolanta Nadzieja Szaniawska
rozmawia z Aleksandrą Ziółkowska-Boehm
TRANSATLANTYK NADZIEI, OTTAWA,
KANADA TNPolonia.com
Z cyklu - Spotkanie w
wirtualnej kawiarence Nadziei
Aleksandra Ziółkowska-Boehm: "Piszę o wszystkim dobrym, za czym
tęsknię"
Jolanta Nadzieja Szaniawska
JS Pani Aleksandro, nie mogło być
ciekawiej! Cóż może być cenniejszego dla pisarza, jak nie ożywiona dyskusja na
wieczorze autorskim! Pani ją miała za sprawą książki "Amerykanie z wyboru
i inni", gdzie w rozdziale "Sekret pułku - Zdzisław Julian
Starostecki" ujawnia pani kulisy natarcia na szczyt Widmo w bitwie o Monte
Cassino, natarcia, które na podstawie relacji jej uczestnika, Jana
Kochanowskiego, opisał i utrwali "na wieki" ówczesny reporter
wojenny, Melchior Wańkowicz. Choć później odkryte fakty okazały się inne, sam
pisarz korekty nie wprowadził. Uczyniła to pani ogłaszając pomyłkę publicznie.
Na ottawskim spotkaniu sama zobaczyłam, jak pani odkrycie wciąż bulwersuje
byłych żołnierzy. Cóż według pani jest przyczyną, że ta historia "z
pomyłkowym bohaterem" wciąż wzbudza takie ogromne emocje?
A.Z-B. - Za ten
wywiad ze Zdzisławem Starosteckim wciąż jestem krytykowana, a nawet atakowana,
aż z dwóch stron. Byli żołnierze walk o Monte Cassino jakby nie chcą dać wiary,
że coś takiego się mogło stać. Jakby bali się także, że pisanie o tej historii
może mieć negatywny wpływ na legendę bitwy. A sam pan Zdzisław Starostecki jest
jakby zawiedziony, że nie zmieniam fragmentów słynnej książki znanego
pisarza...
Stało się tak (nie pierwszy raz, bo
zgłasza się do mnie wiele osób, tylko ta sprawa nabrała niemałego rozgłosu), że
powiadomiono mnie, iż na Florydzie mieszka były żołnierz spod Monte Cassino,
który ma "inną wersje" zdobycia Widma. Mówił o tym wielu osobom, ale
chciał, abym i ja się dowiedziała. Przekazał mi tę wiadomość i telefon do
siebie poprzez znajomego dziennikarza. Sama do niego zadzwoniłam, myśląc, że to
skromnie żyjący człowiek, i nie będzie dzwonił "long distance".
Okazał się nieźle sytuowanym panem, wynalazcą głowic "Patriots".
Opowiedział swoją wersje wydarzeń
ciekawie i wręcz mnie zaintrygował. Chodziło o to, że nie jego dowódca, Jan
Kochanowski, który w chwili napięcia ponoć spanikował, tylko on jest tym, który
poprowadził dowodzenie i przyczynił się do zdobycia Widma. Tymczasem, gdy potem
leżał ranny w szpitalu, to Kochanowski opowiedział pisarzowi wypadki robiąc z
siebie bohatera. I taki obraz został utrwalony we fragmencie książki
"Bitwa o Monte Cassino". Poprosiłam, by pan Starostecki mi całą tę
sprawę dokładnie opisał i przysłał, co też w niedługim czasie zrobił. Zadałam
mu wtedy kolejne pytania. Pytałam, czy swoją opowieść przekazał Wańkowiczowi.
Powiedział, że zrobił to, ale dopiero kilka lat po wojnie, gdy książka,
wszystkie trzy tomy słynnego rzymskiego wydania "Bitwy o Monte
Cassino", dawno już była wydrukowana.
Starostecki odwiedził Wańkowicza,
gdy ten mieszkał pod Nowym Jorkiem z żoną i rodziną córki Marty Erdman.
Powiedział mi, że pisarz wpisał mu dedykacje na książce, że trochę rozmawiali.
Ale po tym spotkaniu nie przysłał Wańkowiczowi dokładnie opisanej swojej wersji
wypadków, aby ten miał w swoim archiwum. Gdyby taką wersję pisarzowi przysłał
wtedy byłaby szansa, że Wańkowicz by ją ewentualnie uwzględnił w nowych
wydaniach książki. Te wydania pojawiły się w Polsce dopiero po 1958 roku.
Pisarz poprawiał pisownię nazwisk, wyjaśniały się okoliczności śmierci
niektórych żołnierzy, itd. Sadzę, żeby tę wersję - o ile by takowa istniała na
piśmie - uwzględnił. A także próbowałby nawiązać kontakt z drugą przywoływaną
osobą, z Janem Kochanowskim, który wtedy mieszkał w Londynie.
Pan Starostecki nie może mieć do
Wańkowicza pretensji, i takich nie ma, o czym mi powiedział. Nie napisałam
nowej wersji zdobycia Widma, bo nie żyli uczestnicy wydarzeń, by z nimi także
sprawę omówić. Jedyne, co ja mogłam zrobić - po latach, kiedy już Jan
Kochanowski nie żył, to właśnie w formie wywiadu udzielić głosu Starosteckiemu.
Wersja, z którą zgłosił się do mnie
Zdzisław Starostecki była niezwykle ciekawa, sam także budził moje zaufanie.
Uwierzył w nią także Jerzy Giedroyć, który wydrukował mój wywiad w
"Zeszytach Historycznych". Niebawem po tym rozpętała się wielka
burza, istna druga bitwa o Monte Cassino, bo byli żołnierze w Londynie ostro
zaprotestowali. Zagrozili nawet procesem Giedroyciowi.
Dość późno, już po wydrukowaniu
wywiadu także w mojej książce "Amerykanie z wyboru", Starostecki
odszukał świadka wydarzeń sprzed lat, Tadeusza Trejdosiewicza, który
potwierdził na piśmie jego historię. Giedroyć długo zwlekał z umieszczeniem tego
oświadczenia na łamach "Zeszytów Historycznych", aż jemu zagroził,
jak wcześniej żołnierze "Skorpiona" w Londynie, tak teraz Starostecki
- procesem w sądzie.
Ale - podkreślam - to wszystko stało
się za późno, jeżeli chodzi o samą książkę Wańkowicza. Tymczasem kilka miesięcy
temu zatelefonował do mnie pan Starostecki, mocno poirytowany, bo przysłano mu
z Polski nowe wydanie książki "Monte Cassino" i był zaskoczony, że
nie ma... zmian. Jakby liczył, że ja "poprawię" odpowiednie fragmenty
w książce. Takich rzeczy się nie robi, i nic takiego mu nigdy nie mogłam
obiecać, bo to było nadużycie etyki zawodowej, sprawa copyright itd. Całą
sprawę - chodzi o konflikty, które narosły, chcę spokojnie przedstawić i wydać
w osobnej książce. Może nazwę ją właśnie "Druga bitwa o Monte
Cassino"?...
JS - To
proszę się śpieszyć, bohaterowie już mogą nie doczekać, a młode pokolenie nie
pojmie... różnicy. Na spotkaniu obecny był też pan Stanisław Zybała, były
reporter torontońskiego "Związkowca", który piórem rozpętał nagonkę
na Melchiora Wańkowicza, oskarżając pisarza o komunistyczne kontakty, co
bezpośrednio zaważyło na popularności pisarza a tym samym odebrało możliwość
pracy. "Człowiek może zrobić wszystko z człowiekiem" - napisał
Miłosz, w tym wypadku opaskudzić słowem, że niby siniaków nie ma, to wolno -
nie boli. A bolało, i jakże! (Listy Wańkowicza do żony) Uznany przed wojną
pisarz (!), za sprawą dziennikarzy niskiego lotu, goniących tylko za sensacją
by "sprzedać numer" został na obczyźnie pozbawiony środków do życia!
Wpłynęło to bezpośrednio na jego decyzję powrotu do kraju. Tak się szczęśliwie
ułożyło, że Wańkowicz nie "skończył na Syberii", za duże nazwisko, że
mógł dalej pracować, tworzyć... że mu p o z w o l o n o! Zaraz po jego śmierci
objęto prace pisarza cenzurą, myślę, że była to kara za finansowe wspieranie
opozycjonistów. Pani Aleksandro, czy Wańkowicz kiedykolwiek wracał on do sprawy
"nagonki", jakiej doświadczył na obczyźnie od Rodaków emigrantów? Jak
z dystansu oceniał ówczesną emigracje? Odpowiedzią pisarza była wtedy książka
"Kundlizm" szkoda, że dziś nie do kupienia...
A.Z-B. - Wańkowicz
uważał, że dobrze zrobił, że wrócił do Polski. A pan Zybała w mojej książce
"Kanada, Kanada", gdzie poświęciłam mu rozdział zatytułowany
"Polonijny luzak" przyznał, że nie powinien takiej nagonki na pisarza
robić...
Cóż ja mogę na ten temat po latach
powiedzieć, i jak skomentować te niezwykle przykrą sprawę?... Jakich słów
użyć?...
Wańkowicz dusił się na emigracji. Ze
swoim charakterem, swoją niezależnością, chodzeniem w pojedynkę, nie należał do
żadnej grupy, żadnego stowarzyszenia, które by go popierało.
Wrócił do Polski w 1958 roku. I
bardzo dobrze zrobił. Ukazały się jego wydane na emigracji książki, jak
wspominana wcześniej "Monte Cassino", także "Hubalczycy" ,
"Westerplatte", "Ziele na kraterze", "Tworzywo".
Legenda majora Hubala zakwitła w Polsce dzięki wielkiemu pisarzowi. A
"Monte Cassino" było czytane jak biblia w wielu domach, starannie
przechowywane, sprzedawane spod lady, bo był taki ogromny popyt... To wszystko
stało się w dobrych latach, wspierało naród, który był pod uciskiem, dawało mu
dumę narodową, podtrzymywało na duchu.
Gdyby teraz, po 1990 roku te książki
ukazały się po raz pierwszy w Polsce, w jakim nakładzie, by się rozeszły i kto
by wiedział o majorze Sucharskim, czy Dobrzańskim, oprócz zapaleńców
historycznych? To właśnie dzięki pisarzowi legendy te zakwitły i latami były
kultywowane.
JS - Tego dnia w Domu Polskim SPK, domu wybudowanym
rękoma byłych żołnierzy, obecnych była garstka weteranów. Z domu wyjść im
kazało, niczym wojskowa komenda, słowo "Wańkowicz". Ze wzruszeniem
patrzyłam na pochylone do dołu sylwetki... To odchodzące na wieczną wartę
pokolenie wciąż pamiętało pisarza, który zatrzymał ich na wieki w chwale,
młodości i sile! Poczułam jak na moich oczach nieodwracalnie zamyka się pewien
rozdział historii Polski. Czy razem z nimi nie odchodzi "ich pisarz"?
Czy książki Wańkowicza są obecnie drukowane w Polsce? Czy znajdują się w
lekturach obowiązkowych?
A.Z-B. - W lekturze
nadobowiązkowej (zależy od nauczyciela, który tytuł wybierze) jest "Ziele
na kraterze". Książki Wańkowicza, jak mi wydawcy mówią, już się tak
"nie sprzedają" jak kiedyś, kiedy znikały z księgarń, sprzedawane
były "spod lady". Ale takie są czasy, wydawcy narzekają, że książki
się nie rozchodzą, biblioteki nie mają pieniędzy, by zakupywać nowości,
inteligencja polska jest biedna, książki są dość drogie, dzieciom trzeba kupić
komputer, książka stała się dla wielu luksusem.
Tak, czas mija i pokolenie, które
pisarz uwiecznił w swoich książkach odchodzi... Ja mam ogromny pietyzm
wyniesiony z domu, od Wańkowicza, do ludzi, którzy stanowią część naszej
trudnej pięknej historii.
Pani Jolanto, ostatnie miesiące
spotykam się i spisuję opowieści kilku osób - między innymi Zofii Korbońskiej i
Cezarii Kari Szymańskiej, wspaniałych kobiet Powstania Warszawskiego... Panie
maja skończone 90 lat... Obyśmy zdążyły.
JS - Czego życzę paniom. I po raz kolejny dziennikarz -
patriota "łapie odchodzący czas". Robi pani wiekopomną pracę, której
założeniem - ocalić od zapomnienia! Tak jak pani, mam ogromny szacunek do
starszego pokolenia, które jawi mi się jakieś ... lepsze niż to ...
"współczesne". Cóż może być piękniejszego niż przebywanie w otoczeniu
ludzi, którzy nauki dobrego wychowania wynieśli z domu rodzinnego jeszcze przed
wojną? Ludzi, którym słowa Bóg - Honor - Ojczyzna są przysięgą? Zaplątałam
się... obawiam się, że w większości przypadków "współcześni" słowa
"przysięga" też już nie rozumieją.
Pani Aleksandro, w ostatnich latach życia pisarza była pani jego
asystentką. On, mający już 80-lat, czyli zero czasu na pomyłki, zaufał
młodziutkiej studentce, i zapisał jej swe archiwa. (Już słyszę komentarze
"warszawki")... Jak się wkrótce okazało, wybrał najlepszą z najlepszych.
I choć minęło ponad 30 lat od śmierci Melchiora Wańkowicza, pani
wciąż niestrudzenie niesie imię pisarza przez czytelniczy świat. Będąc w
posiadaniu archiwów dba pani o druk tekstów, opracowuje pani korespondencje
pisarza m.in. z Jerzym Giedroyciem, Czesławem Miłoszem. Dziełem wręcz
wiekopomnym jest pani praca nad korespondencją Zofii i Melchiora Wańkowiczów.
Czemu zdecydowała się pani na wydanie listów prywatnych? Ile czasu zajęło pani
ich opracowanie? Czy łatwo było je wydać - to są obszerne dwa tomy?
A.Z-B. - Listy między
Zofią i Melchiorem Wańkowiczami są piękne i godne, obejmują lata 1914-1968
(pani Zofia zmarła w 1969 roku), pokazują różne światy i przestrzenie i są
świadectwem historycznym wielu zdarzeń. Są osobiste, ale nie ma w nich prywatności,
żadnych żenujących kogokolwiek fragmentów. Zresztą bohaterowie tych listów, to
są także bohaterowie książek pisarza, bo Wańkowicz pisał o swojej rodzinie w
swoich książkach, i już niektóre z prezentowanych listów wykorzystał w
"Zielu na kraterze".
Listy te opracowałam dawno, potem
tylko uzupełniałam, aktualizowałam przypisy i komentarze. Najpierw przepisałam
odręcznie pisane listy, kartki i karteluszki, było tego ponad 1000 stron.
Musiałam także uwspółcześnić i ujednolicić pisownię, bo ta zmieniała się w
Polsce na przestrzeni ponad 50 lat; wszystkie zmiany odnotowałam w nocie
redakcyjnej umieszczonej po wstępie do całości. Długo szukałam wydawcy. Proszę
sobie wyobrazić, że na "Korespondencję Wańkowiczów" szukałam wydawcy
przez 10 lat! Podpisywałam kolejno umowę z Instytutem Wydawniczym PAX, który
niemal zbankrutował, potem z Wydawnictwem Polonia, które całkiem zbankrutowało,
z kolei Wydawnictwo "Prószyński i Spółka", z którym podpisałam umowę
powiedziało, że bez wsparcia finansowego nie zdoła wydać dwóch tomów. I tak
mijały lata. Chwała Bogu, że "Wydawnictwo Książkowe Twój Styl"
zdecydowało się! Bez wsparcia finansowego, starannie i z pietyzmem wydało w
piękny sposób, w sztywnej oprawie, z fotografiami oba tomy.
JS - Czy są jeszcze w pani posiadaniu jakieś teksty,
które nie były publikowane, jak ten o Wołyniu?
A.Z-B. - Są właśnie
reportaże o Wołyniu, jest druga część "De Profundis" pt. "Ziemia
zanadto obiecana", jest reportaż "Kennedy na tle Międzyepoki",
są listy pisarzy i różnych osobistości emigracji polskiej, dziennikarzy i
pisarzy polskich, itd.
JS - Pani Aleksandro, zrobiło się z tego dla pani niemal
całe życie z Wańkowiczem. Miłość do książek Wańkowicza zaszczepił w pani
Ojciec, potem współpraca z mistrzem, czego efektem był doktorat, książki i
opieka nad archiwum.
Przed naszą rozmową rozczytałam się w książce - dzienniku
"Ulica Żółwiego Strumienia", na kartach, której opisuje pani swoje
obecne życie w Ameryce i przeplata je obrazami z przeszłości. Właśnie te
"obrazy z przeszłości" (od lat mieszkam za granicą i coraz bardziej
wzrusza mnie wszystko, co z Polski rodem, od muzyki po haftowane serwety ze wsi
Korbielowa) były mi najcenniejsze, a szczególnie te, które dotyczyły osoby
Wańkowicza, osób z jego otoczenia i przyjaźni, jakie pani z nimi zawarła.
Dziękuje, dużo się dowiedziałam. W książce pada zdanie, że lepiej jest poznać
dobrze jednego autora, nie cała literaturę. Czy przeczuwała pani wtedy, że
będzie nim właśnie On, Melchior Wańkowicz?
A.Z-B. - Chyba o tym mi
mówił Michał Radgowski, znany felietonista. Dla humanisty, który studiuje
literaturę, ważne, by znal dobrze twórczość jednego autora. Radgowski mi
powiedział, że właściwie zna dobrze recepcje jednej książki
("Czarodziejskiej Góry" Tomasza Manna). To szczęście wybrać pisarza,
którego życie i twórczość się dosyć dobrze zna... Bardzo doceniam tę możliwość,
którą mi życie niejako podarowało, a raczej możliwość podążenia tą ścieżką. W
obecnym świecie, gdzie jest niemal przerost informacji, ważne jest wybranie
sobie własnej specjalizacji. I nie tylko dotyczy to literatury. Moja znajoma
Amerykanka ma piękny ogród, hoduje w nim róże, wiele ich odmian, i potrafi mi o
nich opowiadać wspaniale, niemal bez końca. Weronika Kobylińska, wnuczka Szymona, kocha konie, umie o nich ciekawie rozmawiać, a także je maluje. Jej
obrazy z końmi są przepiękne, bo to jej pasja i ukochanie. Przy okazji chcę
wspomnieć, że znam nieźle życie i twórczość aktorki Ingrid Bergman (cioci
mojego męża), której kolekcje listów do babki, ojca i mojego męża Normana mamy
w domu, także jej nieznane fotografie autobiografie i książki na jej temat.
JS - Młodego człowieka nie tylko wychowuje dom, tradycje
w nim przestrzegane, ale często osoba z zewnątrz. Ona to może być wzorcem na
życie, więcej - osobą wprowadzającą w życie. Pani to szczęście miała, że
spotkała taką osobę. W trakcie pracy z Wańkowiczem naturalnym było, że poznała
pani jego rodzinę, przyjaciół, ludzi z jego otoczenia... Z Łodzi przeniosła się
pani na stale do Warszawy. Bywała pani w ośrodkach pracy twórczej w Oborach,
Konstancinie, a to już są miejsca bardzo elitarne... Pani robiła w stolicy
karierę! I wiem to wszystko z książki "Ulica Żółwiego Strumienia",
gdzie we wstępie do niej napisała pani "jest to książka o wszystkim
dobrym, za czym tęsknię".
Czy dziś, z odległości minionego czasu, może pani powiedzieć,
jaką rolę odegrał w pani życiu pisarz?
A.Z-B. - Spotykamy w
życiu "ważnych" ludzi, którzy mają wpływ na nas, nasze wybory.
Niektórych mijamy nie wiedząc, co z tym zrobić, bo akurat "nie był to
dobry czas". Spotkanie Wańkowicza dla mnie, wtedy młodej studentki
polonistyki było w najodpowiedniejszym jakby czasie. Robiłam z niego
magisterium i moja praca doktorska na Uniwersytecie Warszawskim była jemu
poświęcona.
Jak napisałam w pierwszej swojej
książce "Blisko Wańkowicza", istnieją gry dziecięce, które polegają
na tym, że człowiek znajdujący się na określonym polu przesuwa się o kilkanaście
miejsc do przodu. Coś takiego zaszło w moim życiu. Gdy poznałam pisarza, gdy
zaczęłam pracować dla niego, moje życie potoczyło się szybciej, burzliwiej,
moje obserwacje zaczęły dotyczyć spraw istotnych, poważanych, wymagających
zdwojonej wrażliwości. Zdawałam sobie także sprawę z faktu, że sama jestem
przedmiotem obróbki, tworzenia, modelowania przez inną, potężną osobowość.
Wańkowicz miał na mnie ogromny
wpływ, w jakimś sensie mnie ukształtował. Miał dla mnie, wtedy bardzo młodej
osoby, czas. A czasu mu wtedy bardzo brakowało, ścigał się z postępującą
chorobą, kończył książkę. Rozmawiał wiele ze mną, wypytywał, opowiadał o swoim
życiu. Po latach, szczególnie to doceniam, i po latach, mogę powiedzieć, że
została mi przez niego jakby wpojona ciekawość świata, ludzi, poszanowanie
pracy, oddanie się tej pracy... Duży wpływ wywarł także na Zofię Romanowiczową,
pisarkę mieszkającą w Paryżu, autorkę miedzy innymi "Basi, Baśki i
Barbary", która była jego sekretarką w czasie pisania książki o bitwie
Monte Cassino.
Znałam Wańkowicza niecałe trzy lata,
choć mnie nieraz przedstawiano jako "wieloletnią sekretarkę". Ale
ważne były te lata bardzo!
W przywołanych przez panią tzw.
domach pracy twórczej bywam jako członek Stowarzyszenia Autorów ZAIKS czy
Stowarzyszenia Pisarzy Polskich SPP. Wszyscy członkowie ZAIKS mogą przyjeżdżać
do "Halmy" w Zakopanem, do Konstancina, Krynicy czy Sopotu. Aby być
członkiem Stowarzyszenia twórczego trzeba spełniać kryteria, wydać co najmniej
dwie książki, i zostać oficjalnie zaakceptowanym. Nie bywam więc jako
"sekretarka Wańkowicza", bo co to byłby za status? Mogłam zostać z
tytułem sekretarki Wańkowicza i nie napisać żadnej książki... Teraz, w Stanach,
mogłabym podróżować i zajmować się domem i ogrodem, a nie siedzieć wiele godzin
przy komputerze, zarywać noce by pisać w języku, który jest moim, ale którym w
amerykańskim domu się nie posługuję na co dzień, bo mąż nie zna polskiego.
Pisanie zrobiło się moją pasją, moim
zawodem, moim sposobem na życie. Mówiąc o stowarzyszeniach, w Stanach
Zjednoczonych jestem członkiem Fundacji Kościuszkowskiej, Polskiego Instytutu
Naukowego, szanowanych wspaniałych organizacji, jak i także amerykańskiego PEN
Clubu, znanego w świecie związku pisarzy amerykańskich. I w Stanach niebawem
ukaże się moja książka "A Polish Partisan's Story", o której Pani
wspomniała wyżej.
JS - Gdy czytałam wspomnienia z okresu współpracy z
pisarzem przy książce "Karafka La Fontaine'a", wyczuwałam ogromne
pani zaangażowanie, wiarę w to, co się robi... Bezwiednie powiedziałam - Każdy
pisarz chciałby mieć taką muzę.
A.Z-B. - Może, dlatego w
drugim tomie "Karafki La Fontaine'a" pisarz umieścił dedykacje dla
mnie z "podziękowaniem za współpracę"? (Brzmi ona: "Mojej
sekretarce, pani Aleksandrze Ziółkowskiej, bez której oddanego
współpracownictwa byłaby to jeszcze gorsza książka"). Czy może być
piękniejszy prezent?
I zapisał mi swoje archiwum, co było
ogromnym zaufaniem. Udzielone mi zaufanie zobowiązuje i spłacam je całymi
latami.
JS - By rozbudować myśl, pozwolę sobie na zacytowanie
fragmentu listu Szymona
Kobylińskiego z dnia 17 maja 1995 ("Nie
minęło nic, prócz lat" - wydawnictwo Nowy Świat 2003), w którym jest o to
słowo więcej by zrozumieć... poznać... wyobrazić sobie... Nazwał tam panią
"magnesem i katalizatorem ludzkiej dobroci".
(...) Intrygowałem człeka ( Krzysztof Kąkolewski autor książki pt.
"Wańkowicz krzepi") do ukazania portretu mistrza Melchiora, jako
Duszy Niespodzianej, zaskoczonej czemś, czego nie praktykował, czego
emocjonalnie nie znał - przyłapanego na kapitulacji przed Dobrocią - To mu się
nie zdarzyło przez całe długie lata, twardą skorupą opancerzone życie
bezlitosnego obserwatora. Umiał wzruszać jak mało, który pisarz, ale sam nie
wzruszał się nigdy, nie ulęgał tej, jakby to określić - tej słabości. Taki był
zresztą wymóg jego precyzyjnie obmyślanego warsztatu, zimnego skalpela i
chłodnego, lodowatego szkiełka badacza. I oto nagle, tuż przed odejściem, tuż
przed definitywnym adieu - trafia go, trafia mu się niespodzianka... uczuć?
Nie, to nie celne określenie. Raczej: - odczuć.
Nowego typu wrażliwości, nowej relacji w bezinteresownej sferze,
dotychczas mu obcej, w sferze Dobroci właśnie. On nie wiedział, co z tym
zrobić, jak to przeżywać, "czym to się je", gdy się samemu ulega
napływowo serdeczności, jakże dalekiej wprzódzi, jak bardzo przezeń nie
używanej! (...)
Jeśli tak właśnie przyjaciele Wańkowicza widzieli pani rolę, to
naturalnym było, że mistrz zaufał i pod opiekę swe archiwa oddał. Na spotkaniu
w Ottawie powiedziała pani, że myśli nad przekazaniem zbiorów i szuka dla nich
godnego miejsca.
A.Z-B. -Zapewne będzie to
Ossolioneum we Wrocławiu, gdzie Wańkowicz wcześniej zdeponował swoje
maszynopisy-rękopisy. Gabinet z pamiątkami został przekazany do Muzeum
Literatury w Warszawie na Rynku Starego Miasta, gdzie jest "sala
Wańkowicza" jako ekspozycja stała.
JS - Od piętnastu lat stale mieszka pani za granicą? Stąd
stara się być pani obecna na polskim rynku wydawniczym. Czy pisarz może żyć
szczęśliwie w innym środowisku niż własne, znane, rozumiane? Jak tu przetrwać,
bez kawiarnianego "stolika w Czytelniku"?
A.Z-B. - Bez stolika w
Czytelniku żyje w Polsce wielu doskonałych pisarzy. Bywam w Polsce regularnie,
każdego roku jestem miesiąc, a od kilku lat dwa miesiące każdego roku spędzamy
z mężem. Zachowałam w Warszawie swoje mieszkanie, które na mnie czeka, co jest
także ważne.
W Stanach zaczęłam cenić pewną ciszę
i komfort pięknego ogrodu, o który bardzo dbam, wygodnego domu. Karmię kolibry,
wieczorem racoony, mam dwa koty, które są bardzo z naszym domem zżyte i które
zabieramy w dalekie podróże. Mój syn, Thomas Tomczyk, skończył wydział
architektury na Uniwersytecie w Arkansas, magisterium zrobił z fotoreportażu na
wydziale dziennikarstwa w Columbia w Missouri. Jeździ dużo po świecie, w prasie
amerykańskiej drukuje swoje cartoony, rysunki satyryczne, reportaże,
fotografie, od dwóch lat ma własne pismo na Karaibach.
Pewne oddalenie od spraw Polski
pozwala mi na dystans, który często jest potrzebny. Przechodzimy różne fazy w
życiu, ja cenię sobie ten okres ostatnich 15 lat - podróży, zmian miejsca
zamieszkania, poznania nowego języka i kultury... Bardzo mi się świat otworzył...
I dbam, choć nie jest to zawsze łatwe zadanie, by być blisko kultury polskiej,
ludzi, przyjaciół. Jest to duże wyzwanie, ale warte zachodu. Mam kontakt z
wieloma osobami, staram się śledzić, co się dzieje na rynku wydawniczym. W
dobie Internetu i przy dużych chęciach można wiele zdziałać. Czasami myślę, że
mając jakby dwie kultury można z nich czerpać i stać się bogatszym o nie.
JS - I robi to pani znakomicie! Książki "Ulica
Żółwiego Strumienia" i "Podróże z moją kotką", choć dziejące się
w realiach amerykańskich, są bardzo polskie... Inaczej - nie ma w nich granic,
jest o świecie i o tym, że my w nim. I za te książki pani serdecznie dziękuje -
są, jak by powiedziała moja, niestety już nieżyjąca przyjaciółka, Daria
Trafankowska - cudne! A to największy komplement! Pani Aleksandro, nad czym
pani aktualnie pracuje?
A.Z-B. - Mam kilka
tematów na warsztacie... Jedna z książek, którą powoli piszę, to temat
indiański, współczesna sytuacja w rezerwatach, na którego opracowanie dostałam
tutaj stypendium. Mój stryj, rzeźbiarz Korczak Ziolkowski zaczął w Południowej
Dakocie rzeźbić w skalach pomnik wodza Crazy Horse (po jego śmierci prace
kontynuuje jego rodzina). Ja sobie taką górę też wytoczyłam. Jeżdżę do
rezerwatu Pine Ridge, prenumeruje od pięciu lat dwa pisma indiańskie (między
innymi "Indian Country Today"), mam kilku przyjaciół Indian. Im
bardziej poznaję ten temat, tym mi trudniej, bo widzę, jak jest złożony. Ale
jak mawiał Korczak Ziolkowski "Każdy z nas ma swoją górę do
przebycia".
JS - Dziękuję za rozmowę i mam nadzieję, że "Do
zobaczenia w Ottawie!" na promocji książki "A Polish Partisan's
Story".
Jolanta Nadzieja
Szaniawska
Na dole fotografie ze spotkania: Aleksandra Ziólkowska-Boehm
i Aleksandra Ziółkowska-Boehm w otoczeniu [rzyjaciól w Ottawie, ktorzy pozostali po skończeniu prelekcji.