piątek, 8 lutego 2019

JAN OLSZEWSKI NA TEMAT MELCHIORA WANKOWICZA

Aleksandra Ziółkowska-Boehm


NA TROPACH WAŃKOWICZA PO LATACH
WARSZAWA 2009, 
wyd Prószyński i S-ka

STRONY 309-313




Na temat procesów Wańkowicza i hojnosci pisarza uzyskałam (15 czerwca 2009 roku) wypowiedź Jana Olszewskiego, którą przytaczam.

„Proces Melchiora Wańkowicz 1964 roku był oczywistym aktem odwetu władz PRL-u za podpisanie tzw. „listu 34”. Ten zbiorowy protest wybitnych przedstawicieli polskiej nauki i literatury Władysław Gomułka potraktował niemal jako osobiste wyzwanie. Nazwisko Wańkowicza złożone pod tym listem mogło być dla niego szczególnie nieprzyjemnym zaskoczeniem. Pisarz od chwili powrotu do kraju nie wypowiadał się oficjalnie w żadnych sprawach politycznych. Równocześnie korzystał jakby ze szczególnego przywileju publikowania książek poświeconych polskiemu udziałowi w II-giej wojnie światowej (w tym słynnego opisu bitwy o Monte Cassino), a więc tematom cieszącym się równie wielką popularnością wśród czytelników, jak niechęcią  wśród cenzorów. W tej sytuacji nazwisko pisarza widniejące pod zbiorowym protestem przeciwko cenzurze wzbudziło zrozumiałą wściekłość „ludowej władzy”. Okoliczności te organy bezpieczeństwa wykorzystały do podjęcia akcji represyjnej przeciwko grupie pisarzy, których podejrzewały o publikowanie swoich prac pod pseudonimami w wydawnictwach emigracyjnych. Wkrótce po aresztowaniu i skazaniu Wańkowicza wszczęto śledztwa przeciwko Janowi Nepomucenowi Millerowi, Stanisławowi Mackiewiczowi i Januaremu Grzędzińskiemu.
Proces Wańkowicza, jako pierwszy z zamierzonych, został przeprowadzony w trybie błyskawicznym. Jedynym świadkiem oskarżenia, na którego zeznaniach prokuratura oparła zarzuty był funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa. Wyrokowi nadano publiczny rozgłos zamieszczając w wybranych pismach nie tyle sprawozdania, co propagandowe ataki personalne na oskarżonego pisarza. Oczywiście ani korespondentów zagranicznej prasy, ani w ogóle osób nie zaakceptowanych przez bezpiekę nie wpuszczono na salę rozpraw. Karę 3 lat więzienia (zmniejszoną do 1,5 roku na podstawie amnestii) orzeczono za rzekome „rozpowszechnianie fałszywych wiadomości  mogących wyrządzić istotną szkodę interesom państwa”.
          Zaraz po wyroku, kiedy sąd uchylił zastosowany wobec oskarżonego tymczasowy areszt, Wańkowicz nawiązał kontakt z adwokat Anielą Steinsbergową i wyraził chęć spotkania z obrońcami występującymi w procesach politycznych. Do Anieli Steinsberg zwrócił się z tą prośbą, ponieważ słyszał o jej obronie w głośnej sprawie Kazimierza Moczarskiego. W spotkaniu, które odbyło się kilka dni później u Anieli Steinsberg, oprócz mnie uczestniczyli, o ile dobrze pamiętam, Andrzej Grabiński i – być może - Stanisław Szczuka lub Władysław Winawer. Wańkowicz poprosił nas o opinię na temat szans rewizji wydanego w jego sprawie wyroku I instancji. Nasza ocena była jednomyślna: wyrok jest oczywiście błędny zarówno prawnie jak i pod względem dowodowym, ale szanse jego uchylenia w Sądzie Najwyższym ze względu na skład personalny Izby Karnej SN, w której rozpatrywana była rewizja, są właściwie żadne. Mimo to uważaliśmy, że rewizja powinna być wniesiona, ponieważ stwarzała okazję wykazania oczywistej bezsensowności oskarżenia, a ponadto odsuwała przynajmniej na pewien czas niebezpieczeństwo osadzenia przeszło 70-letniego pisarza w więzieniu.
Jednakże Wańkowicz nie podzielił  naszych argumentów. Uznał, że dobrowolny udział w postępowaniu procesowym, które ma oczywiście fikcyjny i stronniczy  charakter, mogłoby być odebrane przez opinię publiczną, jako zgoda z jego strony na uznanie jaskrawego bezprawia za akt wymiaru sprawiedliwości, a przy tym zgodę podyktowaną obawą przed zamknięciem w więzieniu. Dyskusja była momentami niemal burzliwa, ale ostatecznie Wańkowicz pozostał przy swoim zdaniu. Okazało się, że miał rację. Wobec uprawomocnieniu się wyroku powstał problem wykonania orzeczonej kary 1,5 roku pozbawienia wolności, ale nikt w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie nie odważył się wydać decyzji o zamknięciu do więzienia bardzo popularnego pisarza. Zwrócono się w tej sprawie do Ministerstwa Sprawiedliwości. Stamtąd trafiła ona do Komitetu Centralnego PZPR. Czas płynął, a żadna urzędowa ani polityczna instancja nie ośmieliła się ostatecznie rozstrzygnąć tego drażliwego problemu. Szukając jakiegoś rozwiązania postanowiono „zachorować” Wańkowicza i orzec niemożliwość osadzenia go w więzieniu ze względu na podeszły wiek i zły stan zdrowia. Pisarza wezwano więc do stawienia się przed komisję lekarską celem zbadania czy kwalifikuje się do osadzenia w zakładzie karnym. Odpowiednio dobrany i poinstruowany skład tej komisji miał orzec niezdolność badanego do przebywania w warunkach więziennych. Wszyscy obrońcy radzili Wańkowiczowi, aby stawił się na badanie, uważając, że jest to najbardziej bezbolesny sposób zakończenia sprawy. Z drugiej strony istniała obawa, że odmowa stawienia się przed komisją może zdenerwować władze i spowodować zamknięcie opornego pisarza w areszcie. Podzielałem to stanowisko kolegów adwokatów. Moja sytuacja była jednak szczególna. Przewodniczący IV Wydziału Karnego Sądu Wojewódzkiego w Warszawie, w którego kompetencji znajdowała się ta sprawa, zwrócił się do mnie z prywatną – jak zapewnił – prośbą o przekazanie memu klientowi jego osobistej gwarancji, że badanie lekarskie ograniczy się wyłącznie do wywiadu o stanie zdrowia pisarza, będzie zupełnie nieuciążliwe, a jednocześnie pozwoli ostatecznie uwolnić go od groźby wykonania orzeczonej kary. Nie mogłem odmówić przekazania prośby. Wańkowicz wysłuchał mnie uważnie, a potem powiedział: „Wykonał pan swój obowiązek adwokacki, a teraz proszę powiedzieć szczerze, co by pan zrobił będąc na moim miejscu? Odpowiedziałem: Zrobiłbym to samo, co Pan zamierza zrobić. Nie poszedłbym tam.” Pan Melchior uścisnął mi rękę i zakończył rozmowę stwierdzeniem: "To właśnie spodziewałem się i chciałem usłyszeć.” Ostatecznie akta sprawy zostały zamknięte na parę lat w kasie pancernej prezesa Sądu i tam doczekały kolejnej amnestii w 1969 r., która uwolniła komunistyczny wymiar sprawiedliwości od tak kłopotliwego skazańca.
          Z doświadczeń z Wańkowiczem władze PRL-u wyciągnęły wnioski w sprawach pozostałych ofiar antyliterackiej  nagonki przeprowadzonej przez SB w 1964 r. W stosunku  do J.N.Millera orzeczono od razu karę pozbawienia wolności z zawieszeniem jej wykonania. Wobec Stanisława Mackiewicza w ogóle zrezygnowano z oskarżenia, Januarego Grzędzińskiego gnębiono kilkuletnim śledztwem, zakończonym dopiero z chwilą śmierci podejrzanego.
Ale sprawa Wańkowicza nie zakończyła się na tym. Pan Melchior zgodnie z tradycją obowiązującą litewską szlachtę, z której się wywodził, uznał, że nie może pozostawić bez odpowiedzi, insynuacji i pomówień zawartych w inspirowanych przez SB publikacjach prasowych relacjonujących przebieg procesu sądowego. Nie sposób było odpowiedzieć na wszystkie tego rodzaju paszkwile. Wańkowicz wybrał więc z tej operacyjnej ekipy dziennikarskiej jednego, ale najważniejszego autora. Był nim rozpoczynający wtedy przyszłą karierę w politycznej nomenklaturze PRL-u przyszły szef Urzędu ds. Wyznań, a wówczas redaktor naczelny pisma „Prawo i Życie” – Kazimierz Kąkol. Próba uzyskania satysfakcji w normalnej drodze procesu sądowego o zniesławienie byłaby w ówczesnych warunkach w najlepszym razie dowodem skrajnej naiwności pokrzywdzonego. Trzeba było szukać innego sposobu uzyskania sprawiedliwości. Wańkowicz znalazł taki – zgodny z tradycją kresowych karmazynów niekonwencjonalny sposób. Z jego upoważnienia zainicjowałem i prowadziłem to postępowanie – przyznaję, jedyne tego rodzaju w całej mojej ponad 30-letniej praktyce adwokackiej. Zaproponowaliśmy redaktorowi „Prawa i Życia” poddanie sporu o rzetelność zamieszczonego w tym piśmie jego sprawozdania z procesu Wańkowicza postępowaniu rozjemczemu przed sądem koleżeńskim jednego z tzw. stowarzyszeń twórczych, do których należały strony tego konfliktu – Wańkowicz jako literat, Kąkol jako dziennikarz.
          Kazimierz Kąkol, w młodości żołnierz AK z bardzo dobrą kartą bojową w Powstaniu Warszawskim ( co nota bene uznaliśmy za okoliczność umożliwiającą przyjęcie honorowego trybu rozstrzygnięcia sporu) wyzwanie przyjął.
          Po skomplikowanych i żmudnych pertraktacjach sprawę przyjął do rozpatrzenia Sąd Koleżeński Związku Literatów Polskich. Toczyła się w przeciwieństwie do błyskawicznego procesu sądowego, jeśli dobrze pamiętam, co najmniej przez kilka miesięcy. Nie chcę tu przedstawiać bardzo interesującego jej przebiegu, bo po upływie 40 lat od tych wydarzeń nie mogę zaufać własnej pamięci. Pełna dokumentacja z aktami powinna znajdować się w archiwum ZLP. W każdym razie zakończyła się pełnym zwycięstwem Wańkowicza.
           Na zakończenie tej relacji muszę powiedzieć parę zdań w sprawie, o której zwykle nie rozmawiają dżentelmeni – o pieniądzach. W warszawskim środowisku literackim dość szeroko rozpowszechniana była opinia o jakoby szczególnie komercyjnym stosunku Wańkowicza do wszelkich spraw życiowych łącznie z własną twórczością literacką. Uważam więc za swój obowiązek opowiedzieć o własnych doświadczeniach w tej kwestii.
          Po zakończeniu procesu pan Melchior zwrócił się do mnie o przedstawienie mu sumy moich należności za świadczoną pomoc prawną w jego sprawie. Odpowiedziałem, że nic mi nie jest winien, ponieważ w mojej praktyce adwokackiej przyjąłem zasadę nie pobierania wynagrodzenia za występowanie w procesach politycznych, a tak właśnie traktuję jego sprawę. W odpowiedzi oświadczył mi, że w żadnym wypadku nie może się na to zgodzić. Wynikł z tego długi i zacięty – chociaż toczący się w bardzo sympatycznej atmosferze spór, w którym żadna ze stron nie przejawiała najmniejszej chęci do zgody. Ostatecznie konflikt znalazł rozwiązanie w marcu 1968 r., kiedy zostałem przez ministra sprawiedliwości zawieszony w wykonywaniu zawodu adwokata. W związku z tym moja sytuacja życiowa stała się dość trudna. Niespodziewanie dowiedziałem się, że na moje konto w PKO, którego stan był dość mizerny wpłynęła wpłata o wysokości 10 tysięcy złotych, co w tamtym czasie była dość dużą kwotą pieniędzy. Okazało się, że wpłacającym był Wańkowicz. Gdy usiłowałem zaoponować przeciw temu, pan Melchior oświadczył mi: „Pan ma swoje zasady, a ja swoje. Pan prowadzi bezpłatnie obrony polityczne, a ja w miarę moich możliwości staram się świadczyć pomoc ludziom prześladowanym z powodów politycznych. Szanujmy wzajemnie nasze zasady.” Musiałem się z tym zgodzić, bo od połowy lat sześćdziesiątych Wańkowicz przekazywał pieniądze na akcję pomocy dla represjonowanych ludzi opozycji prowadzoną przez Jana Józefa Lipskiego, w której ja także z nim współpracowałem. Pisarz zastrzegł sobie w tej sprawie całkowitą i bezwzględną tajemnicę. O przekazywanych przez niego pieniądzach wiedziały tylko 3 osoby: J.J. Lipski, ja i b. prezes Klubu Krzywego Koła Aleksander Małachowski. Zobowiązanie zachowania tajemnicy zostało przez wszystkich ściśle wykonane. Dzisiaj uważam za swój obowiązek jej ujawnienie”. 

**












 

2 komentarze:

  1. piekna historia o dwoch panach z zasadami,

    OdpowiedzUsuń
  2. Prawdopodobnie represje za podpisanie protestu w 1964 r. poniósł też prof. Kazimierz Wyka - stracił szansę na funkcję Rektora UJ.

    OdpowiedzUsuń