sobota, 6 lutego 2016

Karol Narocz Historia i ja Druga Bitwa o Monte Cassino i inne opowiesci

Karol Narocz, Historia i ja


"Był listopad. Alzatczyk zobaczył na stoliku fotografię, a przy niej bukiecik kwiatów, więc się zainteresował, kogo przedstawia. Halina powiedziała, że to marszałek Józef Piłsudski, a 11 listopada jest świętem narodowym. Dla udowodnienia swego patriotyzm żołnierz pobiegł po mundur i pokazał, jak sobie izoluje hitlerowską «wronę» od serca. Z wewnętrznej kieszonki odpiął kawałek materiału i zaczął rozwijać. Miał tam trzy papierki, a w nich schowane oddzielne kawałeczki wstążek: białej, czerwonej i niebieskiej, oraz igłę i nitkę. Wytłumaczył, że gdy nadejdzie odpowiedni moment, naszyje to na mundurze, żeby każdy wiedział, że jest Francuzem" - dlaczego zaczynam tym cytatem? Bo jest różny od innych? Bo uświadamia nam, że żołnierz Wehrmachtu też był człowiekiem, niekoniecznie hitlerowcem? W każdym, rodzinnym wspomnieniu z II wojny światowej znajdziemy opowieść o... dobrym Niemcu? U moich wileńskich Dziadków, w zaścianku Trepałowo, rozklejał się Austriak. Ciekawe, że właśnie oni wracają w tych epizodach? Ta opowieść (o wiele dłuższa i zaskakująca) po raz kolejny uświadamia nam, że nie ma historii tylko białej i tylko czarnej. Zaczerpnąłem ją z książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm "Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści" (Wydawnictwa Iskry).

"W grobie było sześciu chłopców i dziewczyn. Krysia była jedyną kobietą w oddziale. Więc - już kres... I pewność. Nachyliła się nad zetlałymi resztkami. Wie nieomylnie - to nie Krysia. To nie jej układ rąk, to nie Krysia [...]" - to cytat z M. Wańkowicza*. Bo tą ważną książkę otwiera opowieść "Ostatnie dni Krystyny Wańkowiczówny - opowieść «Gryfa»". I jest zdjęcie, podpisane: "Krystyna, ps. «Anna», córka Zofii i Melchiora Wańkowiczów". Młoda dziewczyna patrzy przed siebie. Uśmiecha się? Nie wiem. Włosy spięte w dwa warkocze. «Gryf», to późniejszy generał Janusz Brochwicz Lewiński (ur. 17 IX 1920 r.). To, co nie udało się M. Wańkowiczowi spełniła jego była osobista asystentka i sekretarka Aleksandra Ziółkowska-Boehm. Spotkali się w 2010 r.: "«Gryf» wspominał Krysię ze wzruszeniem. Mówił, że wywarła na nim duże wrażenie jako dzielny, prawy człowiek. [...] Towarzyszył jej w ostatnich dniach życia. Widział ją poległą i on ją pochował. Jej śmierć ciężko przeżył". O tym jest ta książka - o spotykaniach z ludźmi, którzy widzieli... którzy walczyli... którzy nie mogli po 1945 r. wrócić do swych gniazd... którzy tułactwem swym płacili za wierność Rzeczypospolitej. Ale tej bez Sowietów i narzuconego przez ich bagnety reżimu!...
To ważna książka dla poznania i zrozumienia wygnanego, zdradzonego przez Aliantów pokolenia! Historia Krystyny "Anny" Wańkowiczówny, to jedna z wielu, jakie tu poznajemy, jakie nas wzruszają, jakie stają cząstką zbiorowej pamięci o tych, co padli. Tytuł może nas lekko zwieść? Dużo o powstaniu warszawskim. "Po przebiegnięciu Świętokrzyskiej odczekaliśmy wybuch na rogu Moniuszki i wtedy pędem ruszyliśmy na południe. Gdy przecinaliśmy ulicę, nastąpił nieprzewidziany strzał w to skrzyżowanie. Ja byłem ostatni. Pocisk uderzył w resztki kamienicy z lewej strony i stoczył się po stromym gruzie. W biegu przeskoczyłem nad wpadającym mi pod nogi niewypałem" - wspominał Wiesław Chrzanowski.

Wstrząsające są wspomnienia Haliny Chrzanowskiej, żony Wiesława. Walczyła na Ochocie. Zbierała rannych:"Zobaczyliśmy w trawie leżącego rannego. Miał otwartą ranę na brzuchu, widoczne były wewnętrzne organy. Płakał i błagał, by go zastrzelić. Uszliśmy kawałek z noszami, mój kolega zatrzymał się. Wrócił i strzelił do rannego".  Czy ten obraz burzy nasze idealizowane kadry AD '44? Może wreszcie jest czas, aby odmitologizować powstanie i w ogóle II wojną światową. Jestem zdania, że podobna relacja buduje prawdziwy obraz walk i psychiki żołnierzy Armii Krajowej. Jestem zdania, że pani Halina Chrzanowska zdobyła się na ogromną odwagę, że uratowała dla nas ten epizod, że nie zabrała go ze sobą, nie zataiła. Przeżycia z obozu koncentracyjnego wRavensbrück możemy skonfrontować z tym, co opowiedziała pani Alicja Gawlikowska Świerczyńska**. "Obrazy obnażonych ciał ludzi ciężko chorych, które wraz z innymi więźniarkami nosiłam i układam na stosach, całymi latami mnie prześladowały i teraz jeszcze mocniej wracają" - pada we wspominaniach. Wstrząsająca jest świadomość, że los połączył Halinę i Wiesława, ale dzieli ich nigdy nie opowiadana historia: "Byliśmy jakby sami ze swoimi doświadczeniami. Wiesław wiedział, gdzie byłam, ale nie znał moich przeżyć". Powinniśmy czuć się wyróżnieni, że zaproszono nas do tych wspomnień? Pora się obejrzeć dookoła. Może jeszcze ktoś obok nas pamięta, zdobędzie się na wspomnienie, wzbogaci nas i nauczy rozumienia historii?...

Może być zaskoczenie odnalezienie takich słów Zofii Korbońskiej, żony Stefana (Delegat Rządu na Kraj) o... współczesnej Polsce: "Jaka jest moja wizja Polski? Chciałabym, żeby Polska stała się praworządna, żeby zapanował w niej ład wewnętrzny, a znikła «poprawność polityczna» [...], żeby przestał królować w niej oportunizm, a wrócił patriotyzm, czyli żeby świat polski odzyskał duszę. [...] Rządzą teczki. Ale kto je stworzył i po co?". Proszę znaleźć odpowiedź na to i inne pytania. Potraktujmy ten głos, jako świadectwo troski i zainteresowania krajem przez Polaków rozsianych po całym świecie? Aleksandra Ziółkowska-Boehm cytuje m. in. listy małżonków Korbońskich do siebie. Bardziej zaskakującym jest zapewne ten, który odczytano na pogrzebie Zofii Korbońskiej, zaczynał się tak: "Drodzy Przyjaciele! Nie myślcie, że piszę do Was z za grobu. Wprawdzie list ten otrzymacie już wtedy, gdy będę patrzyła na Was z nieba (mam nadzieję?), ale piszę go za życie jeszcze, gdyż czuję lodowaty oddech Kostusi na swoich plecach [...]". Autora tego niezwykłego listu zmarła w 16 VIII 2010 r. i została pochowana w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie, u boku męża.
Osobiście zaskakuje mnie jedno ze wspomnień pani Beaty Chomicz: "Byłam w trzeciej klasie, gdy pojechaliśmy na wycieczkę do Wilna. Było to po wielkiej powodzi, która zalała miasto. Woda wdarła się nawet do katedry. W bocznej kaplicy z lewej strony na wysokich katafalkach stały trzy królewskie trumny wyniesione z podziemi. w jednej z nich były szczątki Barbary Radziwiłłówny". Tu wtrąca swoje grosze i podpowiem, że należy koniecznie sięgnąć do wspomnień nieodżałowanej pamięci pana  dra Stanisława Lorentza***. To są te opowieści, których "po tytule" książki po prostu nie spodziewamy się znaleźć. A są! Ogromną jej wartością są liczne zdjęcia rodzinne, wojenne, z emigracji. Jest możność przeczytania wpisu w pamiętniku pani Beaty z 29 sierpnia 1939 r.: "Beatko, pamiętaj, że czeka nas wojna w obronie niepodległości i honoru, a w tej wojnie wszyscy będziemy żołnierzami". Jako mieszkanka kresowego Wołożyna była świadkiem agresji sowieckiej: "Nagle usłyszeliśmy łomot na końcu ulicy - wjeżdżały czołgi. Mnie, naiwnej, nawet do głowy nie przyszło, że są to czołgi wroga, ale gdy zbliżały się do nas, spostrzegłam, że stojąca po drugiej stronie ulicy grupa Żydów ożywiła się, podskakuje, wyrzuca w górę czapki i krzyczy: hura! W otwartych włazach czołgów zobaczyłam obcych żołnierzy w czapkach z czubem i z dużą czerwoną gwiazdą". Jak nieprawdopodobieństwo brzmi wspomnienie o zamieszkaniu w domu rodziców pani Beaty... Leopolda Skulskiego, byłego premiera. Tam też został przez sowieckich okupantów aresztowany i wywieziony do Brześcia Litewskiego. Mamy faksymilia listu pani Janiny Skulskiej pisany z Warszawy do rodziców pani Beaty. To właśnie z tejże wspomnień zaczerpnąłem cytowane spotkanie z Alzatczykiem w mundurze Wehrmachtu.

Gdzie tu Monte Casino? - niecierpliwi się gimnazjalistka, która ma do wykonania zadanie domowe i wybrała książkę pani   Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm "Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści" i próżno szuka dzielnych żołnierzy II Korpusu Polskiego? Tak, to prawda owe "...inne opowieści" na razie dominują. To, że o niektórych nie wspominam (np. rzeź wołyńska) nie wynika z mego nie-zainteresowania? Chcę, za każdym chyba razem to robię, wyłuskać zaskoczenia, jakie odnajduję na kartach kolejnej książki. Nie będę oryginalny, ale mogę tylko wystawić kolejną LAURKĘ wydawnictwu! Wielu może się od ISKIER uczyć, jak należy wydawać książki historyczne! Pewnie, że serce żywiej bije, kiedy odnajduję bliskie lub ważne kresowe "stanice": Wilno, Grodno, Czortków, Stanisławów, Pińsk, Oszmiana. Jakie to zaskoczenie, kiedy znajduje się własne, życiowe motto, według którego żyję od 1977 r.: VERBA VOLANT, SCRIPTA MANENT! I  cytat z listu pana Rudolfa Falkowskiego do Autorki (Montreal, 21 VII 2009), kiedy wspominał 1939 r.: "Pozostał jakiś nieokreślony żal, że to tak się skończyło. Ale jakoś przebrnąłem, wskrzesiłem wszystkich i usunąłem wszystko czego nie chciałem zostawić w dzienniku. Przekonałem się, że ludzie nie bardzo wierzą faktom, alej jeśli ten fakt zostanie podany w smacznym fikcyjnym sosie, połkną bez kłopotu". Bezcenne są cytowane fragment pamiętnika R. Falkowskiego, lotnika Dywizjonu 303. Odnajdziemy zaskakującą życiową zasadę: "Jak Niemcowi i  Anglikowi nie obijesz mordy, to nigdy twoim przyjacielem nie zostanie". Wart przytoczenia jest fragment zapisu z 22 VI 1943: "Dziś odwiedził nas prezydent Raczkiewicz. Staliśmy w szeregu. [...] Postawą przypominał prezydenta Mościckiego. Przeszedł przed szeregiem i do końca powoli cofał się, podając rękę żołnierzom. Zagadywał, pytał: skąd? jak długo? I uważnie słuchał. Biła od niego bezpośredniość; ot. pogaduszki przy piwie ze starymi znajomymi".
"Zdobycie Widma, jak i cała walka Polaków, związała na tyle siły nieprzyjaciela dokoła Monte Cassino, ze w tym czasie udało się brytyjskiemu korpusowi pomyślnie sforsować rzekę Liri [...]" - wreszcie pada uświęcone krwią kresowej i karpackiej Monte Cassino. Dalej czytamy: "Dzięki bohaterstwu polskich żołnierzy i ich poświęceniu dla wspólnej alianckiej sprawy, dla Polski, udało się pokonać wroga, zdobywając uznanie alianckiego dowództwa" . To fragmenty z wywiadu z podchorążym Zdzisławem Starosteckim. Proszę uważnie przeczytać, jak... walczono o prawdę o Monte Cassino między... sobą, weteranami. Ale ja chcę przywołać inny fragment wspomnienia. Kolejna historyczna niemożliwość? "...ujrzałem na ścieżce przed nami leżących dwóch naszych rannych saperów. Wyskoczyłem natychmiast z podręczną apteczką, ale widząc poważną ranę brzucha jednego z nich, poczułem się bezradny ze swoimi kilkoma bandażami. Ranny był półprzytomny. Kiedy uniosłem głowę, spostrzegłem w skałach ponad nami wynoszony szybkimi ruchami znak Czerwonego Krzyża. Obok ukazał się hełm niemieckiego żołnierza. Przywołujący ruch mojej ręki skłonił go do zejścia i wkrótce opatrywaliśmy wspólnie rannych. Niemiec miał doskonale wyposażony zasobnik i rutynę wyszkolonego sanitariusza. Kiedy założyliśmy rannym opatrunki, zamknął swoją walizkę i bez słowa się oddalił. Oszołomiony tym niezwykłym wydarzeniem zdążyłem krzyknąć: - Danke!, zanim zniknął w skalnym rumowisku. Nie oglądając się, uniósł rękę w odpowiedzi". Zawsze w takich chwilach tłumaczę swoim uczniom: gdybym to wymyśli, to powiedzielibyście,  że to kicz i melodramat! Jak widać życie plecie swymi nićmi... I pojąć tego, ani ogarnąć logiką nie da się! Spodziewaliście się takiej historii? Bo ja - nie.
Jeśli ktoś zastanawia się skąd wziął się tytuł książki, to ma na to cały rozdział (z niego wszystko, co wypełniło poprzedni akapit) "Czołgi na Widmie, czyli druga bitwa o Monte Cassino". Smutne, że jednak wspólna walka, ustalanie kto i na ile de facto był bohaterem - dzieli? Bogata korespondencja. Zaskakujące wnioski. Trochę gorzka lektura? Chce się za klasykiem rzec: "a to Polska właśnie"? Dobrze, że pani Aleksandra Ziółkowska-Boehm ukazuje nam TEN świat. BUNT - wśród żołnierzy II Korpusu? Chciałbym móc zamknąć oczy i tego nie widzieć? Może niepotrzebnie sięgnąłem po  "Drugą bitwę o Monte Cassino i inne opowieści"? Nie wiedzieć, to żyć w nieświadomym świecie ułudy?... "Rozpoczął bunt kapral Adam Piwiński z Polski, z Borysławia, kierowca czołga podporucznika Kochanowskiego, po tym ja - jako drugi kierowca czołga i operator przedniego karabinu maszynowego - poparłem Piwińskiego. Jako trzeci przyłączył się do nas młody żołnierz, który przyszedł z junaków z Egiptu i był w naszym czołgu operatorem radiowym" - to z cytowanego listu jednego ze świadków. W innym liście czytamy: "Starostecki nawet zaprzecza teraz, że nie było w naszym czołgu «buntu», że Wańkowicz pisał nieprawdę, że to tylko było malutkie nieporozumienie. Dobre mi malutkie nieporozumienie, gdzie dowódca plutonu a zarazem naszego czołgu grozi użyciem broni bocznej przeciwko swojej załodze".



Książka pani Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm "Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści", to cenny głos w rozumieniu czym naprawdę była II wojna światowa, jaką cenę za jej skutki zapłacił nasz umęczony i doświadczony Naród. Chyba nie znajdę rodziny, w której nie znaleźlibyśmy śladów po jej weteranach.  To pokolenie odchodzi na naszych oczach. Wśród moich krewnych, członków z rodzinami skoligaconych, którzy z bronią w ręku walczyli - nie ma już nikogo. Wkrótce nie będzie już kogo zapytać, jak był naprawdę. Tym bardziej "Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści" staje się dokumentem, źródłem dla nas, którzy nie stawali przed wyborami lat 1939-1945. Stawiam swój egzemplarz m. in. obok dwóch wydań "Monte Cassino" - to z 1957 i to z 1989.”

Karol Narocz, Historia i ja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz