poniedziałek, 15 czerwca 2015

Roman Rodziewicz pochowany na Powązkach


Modlitwą pożegnałam Romana. Zawsze serdecznego i zawsze bliskiego i mnie, i mojej Rodzinie: mojemu synowi Tomkowi, braciom Henrykowi i Krzysztofowi, mężowi Normanowi. I moim zmarłym już Rodzicom. Wszyscy kochaliśmy Romana. Właściwie nie było osoby, która po spotkaniu z nim, nie czuła się natychmiast jego przyjacielem. Umiał rozmawiać tak, że nie urażał, że aprobował i doceniał każdego. Zwykle mówił tak, by każdemu było „miło” (trochę mu to nawet zarzucałam lata temu).
.
Nasza znajomość trwała 40 lat, od moich czasów studenckich, kiedy Melchior Wańkowicz przedstawił mi Romana i zaprosił w Konstancinie na kolację (pamietam, zamówiliśmy wszyscy raki). Potem widywaliśmy się wiele razy w Warszawie, w Manchesterze, w Sheffield (i pod koniec jego życia w Huddersfield). Po śmierci Wańkowicza Roman odwiedzając Polskę często pomieszkiwał w moim warszawskim mieszkaniu przy ulicy Kmicica na Mokotowie.
Poznałam jego siostry: Zofię i Jadwigę, także jego kolegów od Hubala. Wśród nich był wspaniały żołnierz, dumny Józek Alicki, Marek Szymański, Henryk Ossowski, także Jan Sekulak, i wielu innych.
Zofia i Jadwiga, i Roman, chętnie wspominali dzieciństwo w Mandżurii, wczesną młodość w majątku Ławski Bród na Kresach. Wtedy właśnie zrodził się pomysł książki, którą po ukończeniu zatytułowałam "Z miejsca na miejsce. W cieniu legendy Hubala". Roman cieszył się nią i jej popularnością. Miała cztery wydania (1983, 1986, 1997), czwarte uzupełnione o duże fragmenty i uaktualnione fotografie ukazało się w 2012 roku w Wyd. Iskry w książce pt. "Lepszy dzień nie przyszedł już". W Stanach Zjednoczonych w 2013 roku ukazała się angielskojęzyczna wersja pt. "Polish Hero Roman Rodziewicz. Fate of a Hubal Soldier in Auschwitz, Buchenwald and Postwar England".
Dumna jestem, że mogłam napisać o dzielnym Romanie, którym los rzucał z miejsca na miejsce. Moja opowieść to jeden z naszych polskich losów, trudny, bolesny, ale piękny, i zawsze bliski naszym sercom.
.
Razem z Romanem odwiedziliśmy Auschwitz, on pierwszy raz po wojnie, ja byłam tam wtedy jedyny raz. Jeden z najtrudniejszych momentów, jaki pamiętam, o którym piszę w książce, był w 1978 roku w Warszawie, kiedy spotkał się ze swoją dawną narzeczoną, Halinką Czermińską (po mężu Żelaźniewicz). Ich losy tragicznie się przerwały. Teraz zobaczyli się pierwszy raz po wojnie i dopiero wtedy ustalili, co naprawdę się stało. Łzy mam, gdy wspominam ich spotkanie, w którym i ja uczestniczyłam.
.
 
Romana ostatnio odwiedziłam w 2012 roku w Domu Opieki Jasna Góra w Huddersfield, w Anglii, gdy skończył 99 lat. Spędziłam popołudnie i wieczór, dzięki gościnności ks. J.Wojaczyńskiego przenocowałam i wyjechałam kolejnego dnia.
Roman już był słaby, już nie prowadziliśmy szybkich rozmów, przerywając sobie nawzajem, jak kiedyś. Był wyciszony, z trudem dobierał wyrazy, nie kończył zdania. Był już niemal jakby nieobecny.
.
Chciał, by jego prochy spoczęły na szańcu Hubala w Anielinie. Były z tym trudności, wtedy powstała obawa, że jego prochy będą rozrzucone...i - jak w książce - tułać „z miejsca na miejsce”. Pod koniec życia, Roman podpisał oświadczenie, że chce być pochowany na warszawskich Powązkach. I tak się stało.
.
Modlę się za spokój duszy ś.p. Romana. I wierzę, że się spotkamy „po tamtej stronie”. Będą także inni, z którymi Roman, wierzę, już się spotkał: jego rodzice Natalia i Antoni, siostry, brat Stefan, stryj Leon, Hubal, koledzy, Wańkowicz... Czas upływa i coraz mniej nas „po tej wciąż stronie życia”.




Aleksandra Ziółkowska-Boehm z Romanem Rodziewiczem i synem, Tomaszem. Warszawa, 2004

http://www.dziennik.com/publicystyka/artykul/pozegnanie-ostatniego-hubalczyka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz