Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wladyslaw Tatarkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wladyslaw Tatarkiewicz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 maja 2020

Krzysztof Zajaczkowski Kaja od Radoslawa


Aleksandra Ziolkowska-Boehm, Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyza, Warszawskie Wydawnictwo Muza SA, Warszawa 2006, s. 272



PRZEGLĄD POLSKI – NOWY DZIENNIK, Nowy Jork, 13 kwietnia 2007, str.10

Krzysztof Zajączkowski

                           Wspomnienia napisane z pasją

           
W 1979r. ukazały się "Wspomnienia" Teresy i Władysława Tatarkiewiczów. Oddzielną część książki stanowiły "Wspomnienia" Teresy Tatarkiewicz, osobną "Zapiski do autobiografii" Władysława Tatarkiewicza. Syn Krzysztof  w posłowiu napisał: mojej matki są wydrukowane w tym tomie w zasadzie w całości - Ojciec wprowadził tylko najkonieczniejsze skróty. Czytając je trzeba pamiętać, że nie były one przeznaczone do druku, a tylko (w głównej swej cześci) tworzyć miały rodzaj informatora rodzinnego”.
Syn usprawiedliwia więc publikację wspomnień matki. Różnią się one od wspomnień ojca – pisanych z myślą o przyszłym wydaniu; mówiących o sprawach „ważnych i poważnych”: polityce, szczegółach życia zawodowego, kontaktach naukowych, dylematach w pracy badawczej. Życie osobiste toczy się gdzieś obok, między wierszami, na bocznym planie. U matki jest odwrotnie: ciotki, wujkowie, dziadki, kuzyni, idące niemal w setki imiona, nazwiska i zdrobnienia – wszyscy traktowani  z równym ciepłem i serdecznością. Odwiedziny, pogawędki i  pytania „co się z nim stało?”, „co u niej słychać?”. Całe, bogate życie wokół kuchni, posiłków i stołu. Dalej: wychowanie dzieci, ich dorastanie i wspólne przeżycia. Dbałość o sprawy codzienne: kupno mebli do mieszkania, wyjazdy za granicę, na wakacje itd. Chrzciny, śluby i pogrzeby...
Gdy czytałem „Wspomnienia” Tatarkiewiczów kilka lat temu, zapamiętałem, że w dzisiejszym świecie to wspomnienia Teresy Tatarkiewiczowej brzmią ciekawiej. Są bliżej życia, bliżej czytelnika. Może też bliżej prawdy.
Wspomnienia kobiety... Zwykłe? Niezwykłe.

Niezwykłą książką jest też opublikowana przez warszawskie wydawnictwo Muza „Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża” Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm. Piękna opowieść przedstawia losy Cezarii Iljin-Szymańskiej, zwanej Kają, dziś 90-letniej; od trzydziestu lat zaprzyjaźnionej z autorką. 
Podcza lektury wróciły do mnie refleksje związane ze „Wspomnieniami” Tatarkiewiczów. Historia Cezarii to też wspomnienia, ale wypowiadane w rozmowach z autorką, wypisywane w listach. I przede wszystkim przekazywane w późnym wieku. Przez to inne, nie pamiętnikarskie, nie pisane na bieżąco, dzień po dniu. 
Bogactwem życiorysu Kai możnaby obdzielić kilka osób. A i tak dużo by jeszcze zostało. Wychowana w Zajsanie na Syberii w rodzinie polskich zesłańców, wraca po wielu perypetiach do przedwojennej Polski. W czasie wojny włącza się w konspirację. W 1940r. Tereska, kurierka majora Hubala, przywozi do mieszkania Kai, gdzie spotykali się hubalczycy, należący do majora krzyż Virtuti Militari do naprawy (wcześniej urwał mu się z piersi, co zwiastowało mu nieszczęście – rzeczywiście niedługo potem zginął). Po aresztowaniu Tereski Kaja przechowuje krzyż niczym amulet. Towarzyszy jej w kanałach podczas Powstania Warszawskiego, cudem nie zostaje odebrany w trakcie przesłuchania przez sowieckiego pułkownika. Podczas zesłania do obozu w Ostaszkowie przechowuje go w obcasie buta. Są i takie sceny:
„Nagle otoczyli nas rosyjscy żołnierze z NKWD(...). Ustawili nad niewielkim okopem przypominającym grób.
- Tu będzie wasza mogiła. – Wycelowali w nas pepesze.
Struchlałam. Boże, nie przechowam krzyża Hubala, będzie ze mną w ziemi. Nie, myślę, krzyż nie może zginąć, więc i ja ocaleję.”

Kaja wraz z krzyżem rzeczywiście ocalała. W 1946r. chora na malarię i tufus, ważąca 38 kilogramów, wraca do Polski. Zostaje cenionym architektem, odbudowuje stolicę. Wychodzi za mąż za Marka Szymańskiego - „Sępa”, hubalczyka, porucznika 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, uczestnika Powstania Warszawskiego.

Scenek o wielkiej wadze historycznej, jak chociażby ta ze spotkania Bolesława Piaseckiego albo opis znajomości z Zygmuntem Berlingiem – jest w książce mnóstwo. Autorka odtwarza wspomnienia Kai dbając o wiarygodność każdego z przedstawianych szczegółów i rozbudowując tło historyczne. Dociera do publikacji historycznych poszerzających wiedzę o przedstawianych wydarzeniach. Czasami niektóre fakty zaskakują, jak chociażby informacje o dobrowolnej emigracji Polaków na Syberię. Okazuje się, że za chlebem wyjeżdżano nie tylko na Zachód. Zdarzały się też wędrówki odwrotne – na wschód. Mamy tu więc dysonans – wspomnienie z beztroskiego dzieciństwa w Zajsłanie u stóp Ałtaju i opisywanego z sentymentem życia wśród polskich zesłanców, ale też dobrowolnych osiedleńców. Kilkadziesiąt lat później bohaterka trafia do straszliwego sowieckiego obozu w Ostaszkowie, gdzie praca „była wyróżnieniem”, a kto nie pracował ten umierał. Pojawia się widmo śmierci zgłodu i wyczerpania, warunki sanitarne uragają wszystkiemu; pojawiają się nawiązania do Katynia i Workuty. 
Mimo tak wielu intensywnych przeżyć, u schyłku życia Kaja pytana o szczegóły odpowiada „w swój sposób – bagatelizująco” , a kiedy indziej mówi: „Na mnie nic nie robiło w życiu tak wielkiego wrażenia <żeby przysiąść>”. I tak właśnie się te wspomnienia czyta. Widać wielką powściągliwość i skromność bohaterki. Ona patrzy na swoje losy ze spokojem i bez jednego słowa podkreślenia ich wyjątkowości czy własnych zasług.  Apogeum takiego podejścia do życia następuje wtedy, gdy czytamy w przypisie list, jaki napisała przy okazji przekazania krzyża majora do Izby Pamięci w Tomaszowie Mazowieckim:
„Cieszę się, że zdołałam przechować krzyż przez okupację niemiecką, Powstanie Warszawskie i obóz sowiecki NKWD nr 41 w Ostaszkowie. Krzyż miała przywieźć do Warszawy Marianna Cel ”, aby przylutować kółko na wstążkę, a przywiozła go po śmierci majora do mnie na przechowanie. W moim mieszkaniu był punkt kontaktowy hubalczyków. Mój brat, porucznik magister inżynier Modest Iljin, pseudonim był w oddziale majora Hubala od początku. Zostawiła krzyż bym się nim zaopiekowała.”
W taki własnie  sposób Kaja żegna się z krzyżem po 54 latach.
Jest w tej opowieści nieco kłótni między światami męskim i żeńskim, które scharakteryzowałem przy okazji „Wspomnień” Tatarkiewiczów. Nie da się ich oddzielić, egzystują obok siebie i mają się dobrze. Czytelnik sam wybiera, co go bardziej interesuje. Autorka zostawia pełne pole do własnych przemyśleń i do zbudowania sobie własnego Kajowego obrazu. Chcąc wiernie oddać jestestwo bohaterki, nie naruszając jej przekazu. Komentarzy odautorskich tu mało. Ale gdy już są, to zawsze niezwykle ujmujące. Warto jako przykład przytoczyć jeden z fragmentów, charakteryzujący liryczny styl Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm:

„Piętnastego lipca 1950 roku Cezaria Iljin pseudonim została żoną Marka Szymańskiego, dzielnego, przystojnego, prawego i szlachetnego człowieka.
Dawał jej pąsowe róże i bladoliliowe hiacynty. Róże pojawiały się na rocznice ślubu. Ostatni bukiet miał ich czterdzieści pięć”.

Wspomnienia Kai zostały pięknie wydane. Bardzo wiele wnoszą do lektury zdjęcia, a zwłaszcza mapki i rysunki. Opisy historyczne, o które tak zadbała asystentka Melchiora Wańkowicza, będą bardzo przydatne nie tylko dla czytelników w Stanach Zjednoczonych, do których książka zapewne dotrze. Równie wartościową rolę spełnią wobec polskiego czytelnika, bowiem - jak podkreśla pisarka: „zostajemy na straży przeszłości i staramy się ją uporządkować, jak ja to właśnie robię, snując opowieść o ...”
Aleksandra Ziółkowska-Boehm przytacza we wstępie słowa Isaaca B.Singera: „Kiedyś miałem dobry temat, ale nie miałem pasji i dlatego nie napisałem nic”. Była współpracowniczka  mistrza reportażu pisze o Kai od Radosława z pasją, o którą zapewne chodziło Singerowi. I pisze w sposób pasjonujący.

Krzysztof Zajączkowski

Aleksandra Ziolkowska-Boehm, Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyza, Warszawskie Wydawnictwo Muza SA, Warszawa 2006, s. 272



poniedziałek, 6 stycznia 2020

Wielka wdziecznosc

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Wielka wdzięczność





[w:] Danuta Blaszak, Anna Maria Mickiewicz, Do zobaczenia (rozdział: Wielka wdzięczność).  Contemporary Writers of Poland, Dreammee Little City, 2019, ISBN 9780359436781

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

Wielka wdzięczność

Książki były - i są - dla mnie ważne. Mam wiele wspomnień, wręcz fascynacji, tytułami, które w dzieciństwie wybierał do lektury mój Ojciec, mówiąc: – Trzeba odpowiednie książki czytać w odpowiednim wieku.
Nie raz wybierałam lekturę - zamiast spotkania. Pamiętam słowa profesora Władysława Tatarkiewicza, który w „Zapiskach do autobiografii” pisze, że zamiast spotykać się w tym samym gronie i powtarzać te same rzeczy, lepiej usiąść i poczytać. Lepiej wrócić „do swej pracy, książki, myśli”.  Cytuję:

”życie towarzyskie w małym gronie rodziny czy przyjaciół, owszem, daje poczucie bliskości ludzkiej, ale długie rozmowy przy stole czy lampie są najczęściej powtarzaniem rzeczy stokrotnie już mówionych. W bliskim gronie najchętniej powiem to, czego inni z tego grona jeszcze nie wiedzą, niech i inni to zrobią, a potem- wracajmy do swej pracy, książki, myśli”.[1]


Znałam osobiście profesora Władysława Tatarkiewicza. Mam od niego dedykacje na książkach i mam listy. Jego cenne dzieła pomogły mi przybliżyć poglądy filozofów, nauczyć szanowania piękna i różnorodności szczęścia.

Dla pisarzy mam podziw i poczucie wdzięczności. Jak wiele książek pomogło mi przejść przez trudności... Pamiętam, gdy wywołały moje wzruszenie, łzy i uśmiech. Książka cenna i ważna - gdy jest taka - uczy czegoś nowego, poszerza  wiedzę, zmienia zdanie, opinię, rozszerza punkt widzenia, obchodzi go z różnych stron, uwraźliwia, wywołuje refleksje, daje nadzieję...

Przywołam tych autorów, których znałam osobiście, a którzy już odeszli:...Melchior Wańkowicz, Krzysztof Kąkolewski, Ryszard Kapuścinski, Robert Jarocki, Marek Nowakowski, Barbara Wachowicz, Michał Radgowski, Wiesław Górnicki, Kazimierz Dziewanowski, Stefan Kozicki, Aleksander Rowiński, Wesley Adamczyk, Tadeusz Kisielewski, Marian Brandys, Danuta Mostwin, Isaac Bashevis Singer.

Danuta Mostwin podzieliła się interesującą teorią na temat „trzeciej wartości”: gdy się kocha dwa miejsca, dwa kraje, to można nabyć „trzecią wartość”.

Specjalne miejsce wdzięczności chcę dać Wańkowiczowi, bo wiele zaczęło się „od Wańkowicza”. Pisałam pracę magisterską na Uniwersytecie Łódzkim na temat reportażu, którego najwybitniejszym przedstawicielem był autor „Bitwy o Monte Cassino”. Wysłałam do pisarza list z pytaniami, które mi się pojawiły w trakcie badania jego twórczości. W odpowiedzi zaprosił mnie na spotkanie w Warszawie. Przywiozłam swoje „prace zaliczeniowe”, eseje na temat jego książek. Poprosił o nie i w mojej obecności je przeczytał. Tego samego dnia zaproponował mi współpracę - bym została jego „researcherką”- poszukującą materiały do powstającej wtedy książki o pisarstwie (jak się okazało - ostatniej) zatytułowanej: „Karafka La Fontaine’a”.

Opowiedział mi o przykrym doświadczeniu z „researcherem” Aleksandrem Koteckim Horodyskim,  który poczuł się „współautorem” książki „Wojna i pióro”. Myślę, że kiedy pisarz zobaczył mnie - swoistego „pracusia z polonistyki” - postanowił, że ja mu mogę przywozić materiały i nie będę miała „pomysłów na współautorstwo”.
Gdy skończyłam studia, zaproponował mi pracę swojej asystentki. Pracowałam ledwie rok, pisarz zachorował. Przed wyjazdem ma operację do Anglii, na drugim tomie „Karafki La Fontaine’a”, który szedł do druku, wpisał dla mnie dedykację i zapisał w testamencie swoje archiwa. Wielki to skarb takie prezenty od znakomitego pisarza.
Po śmierci Wańkowicza na temat jego twórczości obroniłam na Uniwersytecie Warszawskim pracę doktorską, napisałam trzy książki, z których każda miała kilka wydań, także w języku angielskim (nazwałam go w niej „polskim Hemingwayem”).

Znałam pisarza począwszy od pierwszego spotkania jedynie 2 lata i 3 miesiące. Na pewno ten niedługi okres mnie w dużej mierze ukształtował. Wańkowicza książki dały mi moźliwość spojrzenia pod różnym kątem na te same sprawy..., że nieraz  są ”dwie prawdy”, że patrzenie na karafkę odbijającą się w świetle słońca może dać różne kolory, zależnie od miejsca, z którego się patrzy.

Moi znajomi mówią:- Miałaś szczęście, że znałaś Wańkowicza, teraz piszesz książki. Chcę odpowiedzieć: -Tak, wiele się nauczyłam, ale Wańkowicz mi z nieba ich nie dyktuje...
Swoją pierwszą książkę napisałam mając 25 lat, była wspomnieniem pracy z pisarzem. Tytuł wymyślił mi Ryszard Kapuścinski, wielkiej klasy pisarz, wielki reporter.  Powiedział - Musi być Wańkowicz w tytule, i jeszcze jedno słowo... na przykład: blisko, obok, ...lepiej: blisko...
 I tak książka dostała tytuł „Blisko Wańkowicza”.
Mam Ryszarda książki z pięknymi dedykacjami, mam od niego karteczki i liściki. Mam piękny krzyż koptyjski, który przywiózł ze swoich podróży. Żal, że odszedł – za wcześnie.

Bedąc na stypendium Fulbrighta miałam w Nowym Jorku umówione spotkanie z Isaakiem B. Singerem. Było niezwykłe, jak niezwykłe są jego książki. Podarował mi między innymi książkę z poprawkami, które sam poczynił do kolejnego wydania. Mam autoryzowany z nim wywiad, gdzie pytam m.in. o rady dla młodych piszących. Fragment - że pisarz przynależy do swojego narodu - umieściłam na początku książki „Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego krzyża”. Cała rozmowa ukazała się w książkach w języku angielskim i polskim.[2] Zacytuję:

-„...Jakie mam przesłanie dla pisarzy? - Aby spełniali trzy warunki. Po pierwsze, aby mieli historię do opowiedzenia. W obecnej literaturze coraz bardziej to się zaniedbuje. Ważne jest, aby historia ta miała swój początek, rozwinięcie i zakończenie. Wskazania Arystotelesa możemy zmienić, ale wciąż ważne jest, by była to opowieść dobrze prowadzona przez piszącego. Zapał, gorliwość, pragnienie druku, kazały pisarzom zapomnieć, że opisywanie ludzkich zdarzeń jest artystycznym przesłaniem pisarstwa.
Po drugie - aby posiąść potrzebę opowiedzenia tej właśnie, a nie innej historii. Kiedyś miałem dobry temat, ale nie miałem pasji i dlatego nic nie napisałem.
Po trzecie - musi to być moja opowieść, przekonanie, że nikt inny nie może tego tak dobrze opisać jak ja. Nie jest łatwo mieć takie przekonanie. Tylko wielcy to posiadają. Trzeba pisać o tym, co się zna, wie najlepiej, własną opowieść, własny temat.”

Ładne i mądre przesłanie.







[1] Władysław Tatarkiewicz, Zapiski do Autobiografii, „Kwartalnik Historii Nauki i Techniki”- Instytut Historii Nauki PAN, Rok XXI – 2-1976, str. 224.


[2] Aleksandra Ziółkowska-Boehm, „Korzenie są polskie”, Warszawa 1992, str. 55-59. „The Roots Are Polish”, Toronto 2004, str. 159-169.