środa, 6 stycznia 2016

Warsztat

Agnieszka Bogucka ze Wspolnoty Polskiej, 


opiekunka legendarnego "Gryfa" gen. Janusza Brochwicz Lewińskiego:



Miałam unikalną okazję popatrzeć na warsztat Pani Aleksandry wtedy, gdy powstawał artykuł o Krystynie Wańkowiczównie i okolicznościach jej śmierci w czasie walk na Woli w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego.
W 2002 roku powrócił do Warszawy z długoletniej emigracji politycznej Janusz Brochwicz Lewiński ps. Gryf, żołnierz batalionu Parasol, który dowodził grupą szturmową w czasie walk o Pałacych Michla i później na Żytniej i cmentarzach ewangelickich. To wtedy Krystyna, nosząca pseudonim Anna została z Gryfem i jego drużyną, zafascynowana przebiegiem walk, gotowa spełniać rolę korespondenta wojennego. Mimo zagrożenia nie odeszła na tyły, a została z walczącymi. Opisał to w „Zielu na kraterze” Melchior Wańkowicz. Tam pojawia się postać Gryfa, którego łączniczką dobrowolnie została Krystyna, a który po kapitulacji Powstania zgubił się gdzieś na emigracji. Nadaremnie poszukiwali go rodzice poległej Krysi, a przecież był on jej dowódcą i jedynym świadkiem jej śmierci i on pochował jej ciało. Tak bardzo chcieli je odnaleźć i godnie pochować. A informacje były sprzeczne: byli tacy, co ją widzieli żywą w Pruszkowie, więc matka nie uwierzyła, że Krysia zginęła. Odnaleziono ciała tych, co razem z nią polegli, sześciu i dziewczynę. Pani Zofia nie rozpoznała w tych szczątkach Krysi. Nigdy nie odnalazła ciała swego dziecka.
Po latach Oleńka spotkała się z Gryfem w Warszawie. Dobrych kilka godzin rozmowy i myśl, dlaczego matka nie rozpoznała ciała córki. Może wzięło się stąd, że Krysia wyszła na Powstanie w plisowanej spódniczce i z warkoczami, a według relacji Gryfa wkrótce to się zmieniło. Sytuacje, w jakich te dziewczyny musiały wykonywać zadania bojowe zmusiły je do przystosowania się tych trudnych warunków polowych. Dziewczyny szybko zamieniły spódniczki na spodnie mundurowe, zdobyte na Stawkach z magazynów niemieckich, a na długie włosy nie było czasu, więc Krysia te włosy szybko ścięła.
To spotkanie Oleńka – Gryf wkrótce zaowocowało przepięknym i poruszającym tekstem, opublikowanym najpierw w „Rzeczpospolitej”. Potem Oleńka umiejscowiła go trwale w pierwszym rozdziale niezwykłej książki o polskich emigrantach wojennych i ich powojennych losach pt. „Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowiadania”.
Ale zanim doszło do publikacji, Oleńka na odległość transoceaniczną zasypywała mnie, a w efekcie Gryfa dziesiątkami maili, w których dopytywała o coraz to inne szczegóły z jego opowiadania. Pokazała, ze jest dla niej ważny każdy najmniejszy szczegół, który dla postronnej osoby mógłby się wydać kompletnie nieistotny. Nie bez irytacji Gryf zmuszony był zajmować stanowisko w sprawie detali co do używanej broni, szczegółów odzieży, wypowiedzianych słów i przypuszczalnych powodów decyzji Pani Zofii Wańkowiczowej odnośnie poszukiwań ciała córki. Mnie także zdumiewała szczegółowość tych pytań i to, że w ogóle autorka przyszłego tekstu miała potrzebę tak drobiazgowych analiz. Gdy dostałam do ręki gotowy tekst zrozumiałam, dlaczego to robiła. Po pierwsze tekst ten uzyskał prawdziwą perfekcję pod względem języka ale także zrozumiałam, na czym polega poczucie odpowiedzialności autorki za tekst, który zaprezentuje swoim czytelnikom. Myślę, ze ta postawa odpowiedzialności i perfekcyjnej dokładności w przedstawieniu tematu daje ten niezwykły efekt w postaci pięknego i niezwykłego pisarstwa Pani Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm.
Agnieszka Bogucka
Warszawa, 15 października 2015 r. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza