poniedziałek, 6 stycznia 2020

Krzysztof Masłoń i Tomasz Zbigniew Zapert ROZMOWA DO RZECZY 15-21 lipca 2019



Z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm rozmawiają :
Krzysztof Masłoń i Tomasz Zbigniew Zapert
 

 [w:] DO RZECZY 15-21 lipca 2019









































Z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm 
rozmawiają Krzysztof Masłoń i Tomasz Zbigniew Zapert

- Od trzydziestu lat mieszka pani w Stanach Zjednoczonych, ale regularnie przyjeżdża do kraju i wydając kolejne tytuły, ostatnio: „Wokół Wańkowicza” i „Pisarskie delicje”. Mniej wiemy o pani książkach wydawanych w Ameryce.

- To już dwanaście tytułów, w większości tłumaczonych z polskiego, ale dwa z nich najpierw ujrzały światło w USA, a to z racji tematyki. Były to: „Open Wounds – A Native American Heritage”, książka o Indianach znana w Polsce jako „Otwarta rana Ameryki”, oraz „Ingrid Bergman and her American Relatives” opowiadająca o związkach rodzinnych mojego zmarłego trzy lata temu męża, Normana z jego ciotką, sławną aktorką. A najbardziej poczytną książką są z pewnością „Podróże z moją kotką” czyli „On the Road with Suzy. From Cat to Companion”, systematycznie wznawiane przez Purdue University Press.

- W kraju pani nazwisko kojarzone jest raczej z innymi książkami, między innymi o Melchiorze Wańkowiczu, którego była pani asystentką przez dwa ostatnie lata jego życia, jak również o bohaterach lat wojny: hubalczykach czy Kai od „Radosława”. Ta ostatnia książka nagrodzona została przez londyński Związek Pisarzy na Obczyźnie. Wydana została po angielsku przez Lexington Books pt. „Kaia, Heroine of the 1944 Warsaw Rising”.
Relacje autorów z bohaterami książek miewają swoje następstwa. Niekiedy zaskakujące. Tytułowa bohaterka  „Kai od Radosława” zagwarantowała pani dobry końcowy adres w Warszawie...

- Miejsce w jej grobie na Powązkach! To wyjątkowy gest świadczący o szczególnej sympatii, jaką darzyła mnie Cezaria Iljin-Szymańska, osoba z piękną kartę wojenną. Jej mieszkanie w Warszawie było punktem kontaktowym hubalczyków (jednego z nich Marka Szymańskiego ps. „Sęp” po wojnie poślubiła), następnie wstąpiła do Armii Krajowej. Podczas Powstania Warszawskiego wraz ze zgrupowaniem „Radosław” przeszła przez trzy dna piekła: Starówkę, Powiśle i Czerniaków, skąd razem z rannymi przeprawiła się na praski brzeg Wisłę. Dotarła do domu babci w Białymstoku, tego samego dnia została aresztowana przez enkawudzistow i wywieziona do obozu NKWD nr 41 w Ostaszkowie.
Na początku 1946 roku powróciła do Polski, w Warszawie pracowała w Biurze Odbudowy Stolicy, kolejno w kilku biurach architektonicznych.

- 1 sierpnia 1944 r. zastał ją na Woli.  Brała udział w walkach nieopodal Młynarskiej, Okopowej i Żytniej. W tym samym rejonie poległa Krystyna Wańkowiczówna, której ojciec poświęcił „Ziele na kraterze”. Do dziś nie wiadomo, gdzie spoczywa.

- Snop światła na końcowe dni Krystyny rzucił Janusz Brochwicz-Lewiński ps. „Gryf", do którego udało mi się dotrzeć w 2010 roku. Stwierdził, że przed Godziną W. „Anna” (taki przybrała pseudonim) obcięła warkocze i wdziała wojskowy uniform. Śmiertelnie raniona 6 sierpnia podczas ostrzału cmentarza kalwińskiego została pochowana w prowizorycznej mogile. W dobie identyfikacji przez DNA, być może i ta zagadka doczeka się rozwiązania.

- A czy pojawiły się jakieś sygnały rozwikłujące nić losów innej bohaterki pani książki: „Tereski”, łączniki majora Henryka Dobrzańskiego?

- Niestety, nie. Marianna Celówna, bo tak się nazywała, chciała przekazac do zakładu medalierskiego, celem naprawy, order Virtuti Militari „Hubala”. Nigdy już nie powrócił do właściciela, przechowywała go „Kaja”, traktując niczym relikwię, u schyłku życia przekazując do Jednostki Wojskowej  w Tomaszowie Mazowieckim. „Tereska”, jedyna kobieta w oddziale „Hubala”, za odwagę awansowana do stopnia starszego ułana, wyjechała z zadaniem zleconym przez dowódcę przed rozbiciem jednostki pod Anielinem. Po śmierci majora poszukiwali jej Niemcy. Przez pewien czas jeździła, jako łączniczka ZWZ, na trasie Warszawa-Lwów, później wszelki ślad po niej zaginął.

- Słowem, kolejna wojenna tajemnica, jakich wiele w naszych dziejach najnowszych. Z kolei opisany przez panią dwór w Kunicach w książce „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon" , okazał się azylem dla pewnej żydowskiej dziewczynki o imieniu Hanka.

- To bardzo wzruszająca historia. Jedna z mieszkanek dworu w Kunicach (okolice Opoczna, niedaleko dworu w Kraśnicy) Zofia z Ossowskich Boczkowska widziała, jak żandarm prowadził grupę żydowskich dzieci - na końcu szła szlochając, dziewczynka.  Pani Zofia poruszona podeszła do Niemca, wręczając mu zdjętą naprędce z siebie biżuterię. Przyjął dar, po czym pozwolił zabrać płaczące dziecko. I tak Hanka trafiła do Kunic, gdzie szczęśliwie doczekała zakończenia wojny. Potem wyjechała do Izraela.

- Jej drugim mężem został Paweł Monat, w latach 50. szef attachatów wojskowych PRL-u, po ucieczce na Zachód  skazany zaocznie na karę śmierci. Czytała pani jego wspomnienia opublikowane w USA?

- Z niesmakiem. Są beznamiętne i mocno zakłamane.

- Echa okupacji rezonują także z biografii Tomasza Łychowskiego, opisanego w „Literackich delicjach ".

- Tomasz Łychowski - mieszkający w Rio de Janeiro poeta i malarz, członek londyńskiego Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie (nagrodzony w 2016 roku) działacz polonijny, miał 10 lat, gdy wraz z rodzicami – zadenuncjowanymi przez renegata Ludwika Kalksteina – znalazł się na Pawiaku. Jego ojciec był Polakiem, matka – Niemką , która podczas pobytu w celi zapisała się we wdzięcznej pamięci towarzyszek niedoli, między innymi pomagając im w porozumieniu z niemieckim personelem więziennym.  Po wojnie Koło Byłych Żołnierzy AK w Londynie przyznało Gertrudzie Łychowskiej odznaczenie.
Tomasz urodził się w Angoli, wtedy kolonii portugalskiej, w Polsce spędził ledwie 6 lat (1938-44), mówi pięknie po polsku. Po wojnie kilka lat tułał się z rodzicami po Europie, aż zacumowali w Brazylii. Ukończył tam studia, pracował pedagogicznie, aktywnie kultywuje życie Polonii. Ma ponad 80 lat i jest prawdopodobnie najmłodszym żyjącym więźniem Pawiaka.

- „Wokół Wańkowicza” orbitował i Jan Erdman, czołowy polski dziennikarz sportowy.

- To zięć autora „Na tropach Smętka”. Należał do dziennikarskiej elity II RP, pisywał głównie o sporcie (sprawozdawca „Przeglądu Sportowego” z igrzysk olimpijskich w Garmisch-Partenkirchen oraz Berlinie w roku 1936), ale relacjonował też dojście do władzy Adolfa Hitlera, wojnę domową w Hiszpanii, konferencję monachijską czy rozbiór Czechosłowacji. We wrześniu 1939 r. bronił Warszawy. Po ucieczce z niewoli niemieckiej umknął szlakiem tatrzańskim do Francji. Następnie zasilił Brygadę Karpacką walcząc pod Tobrukiem, co zaowocowało Krzyżem Walecznych. Później piastował stanowisko attaché prasowego ambasady RP w Moskwie (tymczasowo ewakuowanej do Kujbyszewa). W 1944 roku zakotwiczył w USA utrzymując się z... hodowli kur oraz tkania dywanów. Dopiero w 1950 powrócił do dziennikarstwa - dwie dekady przepracował w Głosie Ameryki. Po przedwczesnej śmierci Marty, ożenił się ponownie, od kilku lat chory na chorobę nowotworową popełnił samobójstwo.

- Dodamy tylko, iż zasłynął biografią mjr. dyplomowanego Macieja Kalenkiewicza „Kotwicza” („Droga do Ostrej Bramy”) – skądinąd swego szwagra – hubalczyka i cichociemnego, poległego w starciu z Sowietami pod Surkontami na Wileńszczyźnie latem roku 1944.
Ale skoro wróciliśmy do Wańkowicza, to może warto byłoby odnotować książkę pani pióra prezentującą Amerykanom sylwetkę twórcy „Ziela na kraterze”.

- W tej książce wydanej w 2013 roku przez Lexington Books pod tytułem „Melchior Wańkowicz Poland’s Master of the Written Word” nazwałam go „polskim Hemingwayem”. Myślę, że w jakiś sposób przywróciłam tego pisarza Ameryce, skąd w 1958 r. wyjeżdżał rozczarowany, a przez Polonię oskarżany o „powrót do komunistów”. Po ponad pół wieku wrócił za Wielką Wodę – książką o sobie.

- Naszym zdaniem nic nie przysłużyłoby się popularyzacji jego pisarstwa jak przetłumaczenie na angielski i wydanie w Stanach Zjednoczonych  książki-legendy: „Bitwy o Monte Cassino”. Znane są działania, jakie od dawna podejmuje pani w tym kierunku. Czy są szanse na ich pomyślny finał?

- Nie chcę zapeszać, ale mam pozytywne sygnały z Instytutu Książki, który chce wesprzeć tłumaczenie, podobnie jak  Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce. A wydawca jest - wspominany przeze mnie Lexington Books, znakomity, gdyż książki wydane przez niego natychmiast trafiają do ośmiuset (!) bibliotek naukowych na całym świecie. Są w zbiorach takich uniwersytetów jak Princeton, Harvard, Yale, Columbia, Pensylwania, Stanford.
Kiedy szukałam wydawcę dla „Kai”  zainteresowanie wykazała znana nowojorska oficyna, ale przed podpisaniem umowy zapytano mnie, czy aby na pewno w książce chodzi o powstanie w getcie warszawskim. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że chodzi o zupełnie inne powstanie - 1944 roku. - A, to nas nie interesuje, dowiedziałam się.
W końcu wydawcę znalazłam sama, chodząc po księgarniach i spisując adresy ze stopek wydawniczych. Wysyłałam wszędzie grzeczne maile, i w końcu trafiłam, i to znakomicie.

- Pani książki miały świetne rekomendacje, że wspomnimy tylko Zbigniewa Brzezińskiego.

- Znałam jeszcze jego ojca, a pan Zbigniew był na tyle uprzejmy, by napisać swoje pozytywne opinie o moich książkach, np. „Kaji od Radosława” czy o „Lepszy dzień nie przyszedł już”. Tę drugą książkę, zawierającą opowieści o losach rodzin zamieszkujących przed wojną Kresy Wschodnie, rekomendowała mi także znana i w Polsce ze „Sprawy honoru” para autorów: Stanley Cloud i Lynne Olson.



- O takich wyjątkowych ludziach jak Zbigniew Brzeziński, Zofia Korbońska, Isaac Bashevis Singer czy kanadyjski senator Stanley Haidasz, o którym napisała pani książkę, możemy przeczytać teraz w „Pisarskich delicjach”. Znajdują się w niej też – można by rzec – rady dla autorów książek, zwłaszcza książek reportażowych. Zwraca tu uwagę akcentowanie przez panią dokładności w dokumentowaniu opisywanych spraw, w tym drobiazgowe autoryzowanie przytaczanych wypowiedzi.

- Nauczyłam się tego w Stanach Zjednoczonych i to przy druku mojej książki o… kotach. Otóż, wydawcy w USA domagają się zgody na każdy dłuższy cytat. Oczywiście, można użyć krótkiego odwołania się do czyichś słów; to się nazywa fair usage, ale jak dowiedziałam się w Purdue University Press, toczy się o to wiele spraw sądowych. Trzeba więc być ostrożnym i musiałam, na przykład, uzyskać zezwolenie od zaprzyjaźnionej profesor Uniwersytetu w Houston Ewy Thompson na wykorzystanie maili, jakie otrzymałam od niej o jej umierającej wtedy kotce imieniem Latik. Ewa, oczywiście, nie miała żadnych zastrzeżeń, ale wydawca poprosił o list z potwierdzeniem, że wyraza zgode na cytowanie.



- Znajomość z wieloma wybitnymi osobami zawdzięcza pani sobie samej i, oczywiście, ich życzliwości, ale też – powiemy nieco górnolotnie – czuwa nad panią duch autora „Walczącego Gryfa”. W końcu gdyby nie Wańkowicz, nie zetknęłaby się pani z Romanem Rodziewiczem, zmarłym pięć lat temu w wieku 101 lat, słynnym hubalczykiem, bohaterem pani książek „Z miejsca na miejsce” i „Lepszy dzień nie przyszedł już”.

- Nasza znajomość trwała 40 lat - od moich czasów studenckich, kiedy Melchior Wańkowicz przedstawił mi Romana, który przyjeżdżając do Polski z Anglii, zatrzymywał się w domu pisarza. Wszyscy go kochaliśmy, a mnie zafascynował głównie dlatego, że jego przypadek pokazuje, jak trudności potrafią zmienić zwykłych ludzi w bohaterów. To, że mogłam o nim napisać, traktuję jako zaszczyt.
- Wykorzystała pani archiwum Wańkowicza, by m.in. wydać niepublikowane wcześniej jego teksty o problematyce żydowskiej i o zbrodni na Wołyniu, a także korespondencję pisarza, m.in. z żoną, ale i z redaktorem paryskiej „Kultury”, Jerzym Giedroyciem. O kształt tej ostatniej toczyła pani spory…
- Piszę o tym szczegółowo w "Pisarskich delicjach". Wymieniałam z Jerzym Giedroyciem moc listów, bardzo miłych, jeśli dotyczyły Indian (Redaktor był miłośnikiem westernów) czy zwierząt domowych, ja miałam swoją kotkę, on psa. Ale w tym, co najważniejsze nie było między nami zgody, a właściwie wyglądało to tak, że Redaktor w listach pisał mi, jak wysoko ceni Wańkowicza, natomiast z przedmowy, jaką przygotował do wyboru korespondencji, wynikało coś zupełnie innego. Nie ukrywam, że jestem dumna, bo udało mi się go przekonać, by napisał nową przedmowę, stawiając sprawę niemal na ostrzu noża, gdyż - gdyby tak się nie stało - chciałam wycofac swoje nazwisko z planowanej publikacji. Próbował jakby zbagatelizować problem, utrzymując, że podchodzę do sprawy nazbyt emocjonalnie, moim zdaniem jednak, o czym mu napisałam - nie była to kwestia emocji lecz lojalności.
- Historia ta pokazuje podejście pani do spuścizny po autorze „Ziela na kraterze”, które - na koniec rozmowy - my z kolei rekomendujemy naszym filmowcom, o latach okupacji i Powstaniu Warszawskim kręcącym obrazy według kulawych scenariuszy, a jest gotowy arcydzielny materiał z pod każdym względem niezwykłą główną bohaterką: Krysią Wańkowiczówną. Przepraszamy, ale na co tu czekać?

Ramka:
Aleksandra Ziółkowska–Boehm - reporterka, pisarka, doktor nauk humanistycznych. W latach 1972-74 asystentka i sekretarka Melchiora Wańkowicza, który dedykował jej drugi tom „Karafki La Fontaine’a” i zapisał w testamencie swe archiwum. Od 1990 mieszka w USA. Najważniejsze jej książki to: „Wokół Wańkowicza”, „Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża”, „Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon”, „Ulica Żółwiego Strumienia”, „Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści”, "Lepszy dzień nie przyszedł już".

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza